Lipiec 2022

Lipiec 2022

11/07/2022 Opinie o filmach Opinie o serialach 0

Chcę obejrzeć wszystko z 2022 roku. Jedziemy dalej...

Obejrzanych filmów
22
Obejrzanych seriali
1
Ocena 1 z 5

Droga do odkupienia ("Paradise Highway")

29 lipca | Prime Video

Oglądanie, jak dwie kobiety jadą ciężarówką, jest nudne. Ktoś powinien to powiedzieć twórcom.

Jest coś przykrego w oglądaniu, jak tacy aktorzy męczą się będąc na planie grając postaci bez żadnej osobowości, relacji jeden z drugim, chemii, czegokolwiek. Są tam i próbują, ale co może wyjść? Juliette Binoche naprawdę nie jest aktorką, którą się bierze, kiedy potrzebujecie kogoś do grania… Kobiety. W każdym razie – kobieta kieruje ciężarówką i robi coś, aby pomóc bratu przy wyjściu z więzienia, co oznacza przemyt małej dziewczynki, więc… Jadą. I nic się nie dzieje w międzyczasie. Dojeżdżają do typa, który miał odebrać dziewczynkę, ale wiadomo, jest fuj, dziewczynka go zabija na miejscu i uciekają. Jakiś detektyw się włącza w sprawę, przemytnicy teraz też polują na bohaterkę z tą dziewczynką… I w jakiś sposób pomimo tego nic się nie dzieje. Tak naprawdę trzeba czekać do 64 minut, zanim cokolwiek się wydarzy – mianowicie Juliette Binoche upije się i jakieś przypadkowe kobiety, które wezmą się znikąd, to wykorzystają, aby zlokalizować dziewczynkę. Nic z tego nie wyniknie, ale hej, przynajmniej coś się dzieje.

Film opiera się na tym, że w finale okaże się, jakoby brat w więzieniu współpracował z tymi przemytnikami i on tylko udawał, że nic nie wie, ale jak przemytnik dotknie mu siostry, to on go zastrzeli, bo udawał za bardzo… Czy coś. Nie ma tutaj wiele treści czy chociażby zawartości. Jest matczyna relacja między Juliette Binoche i jej przemycaną dziewczynką. Jest jakiś posmak noir w tym, że okropne rzeczy się dzieją na tym świecie i nic na to nie poradzimy. Więcej twórcy nawet nie próbują. Słabo.

Ocena 5 z 5

Manticora ("Manticore", 2022)

29 lipca | CDA

Powalone doświadczenie, dajcie mnie tego więcej. Ładny film o ludziach, którzy się nawzajem poznają.

Carlos Vermut w 2014 roku zrobił Magical Girl i od tamtego czasu noszę jego godność w sercu, czekając na nowy film. Teraz zrobił Manticorę, na którą trochę czekaliśmy, a potem jeszcze czekaliśmy, bo niby wyszła, ale tylko na festiwale i znikła, pojawiając się na VOD. Powody mogą być w fabule i różnych sposobach jej odczytania, jedne są bardziej szkodliwe dla filmu niż inne, a dzisiaj w kinie kontrowersje wzbudzają tylko słabe filmy, więc lepiej za dużo nie mówić i mówić nie będę – bo to film, który trzeba przeżyć samemu, być na jego początku i dojść do jego końca bez żadnych wstępów, prognoz, nastawień. Czegokolwiek.

Tak teraz spojrzałem na opisy na IMDb czy Filmwebie i są one tam uczciwie skromne. Punkt dla dystrybutorów! Minus za wejście z filmem na polski rynek tylko w wersji na CDA z lektorem, bo Tygodnia Kina Hiszpańskiego pół roku temu liczyć nie będę.

Wracając: to film o człowieku pracującym przy grach komputerowych, który ratuje z sąsiedniego mieszkania chłopca, gdy wybucha tam mały pożar pod nieobecność matki. I w zasadzie tyle mogę napisać z fabuły, wszystko potem jest dla was niespodzianką, zaskoczeniem, szokiem oraz wyczekiwaniem, co z tego dalej wyniknie. Język filmu jest tutaj rzetelny, cierpliwy, pokazujący bohaterów w akcji – szczególnie ich myśli, jak na naszych oczach analizują samych siebie, opcje jakie mają, jak podejmują wybory w ciszy. Praca, codzienność, życie w mieście, rozmowy, chodzenie do knajp, kin i muzeów, ale przede wszystkim samotność w tym wszystkim. Praca na odległość, mechaniczne kontakty w pracy, trudności z zawarciem znajomości jakiejkolwiek, otwarciem się przed drugim człowiekiem w sytuacji, gdy tego potrzebujemy na gwałt, więc tego nie robimy, bo wystraszymy tę obcą osobę składając na jej bark własny ból… Więc ból trwa dalej.

Vermut opowiada o radzeniu sobie z trudami życia we współczesny sposób, gdy te tradycyjne metody przestają być możliwe, za to technologia pozwala wejść na serwer i zabijać ludzi, żeby odreagować. To film o wyzwaniach stojących przed współczesnym człowiekiem, samotnym w wielkim mieście, dający nam piękną opowieść miłosną ukazującą całe bogactwo i radość ze spotkania drugiego człowieka, z którym po prostu można pogadać.

Tylko jest to zaledwie jeden ze sposobów na odczytanie tego filmu. Ja taki wybieram, ale inni mogą tutaj zobaczyć coś brzydkiego. Wchodzicie na własną rękę.

Ocena 1 z 5

Purpurowe serca

29 lipca | Netflix

Cała dramaturgia, jaką tylko dało się wsadzić. Do płakania przez zamknięte oczy, zatkane uszy.

Ona kłóci się ze wszystkimi – nawet klientami w barze, w którym pracuje. On kłóci się ze wszystkimi, bo nie podoba mu się czyjaś koszulka. Nienawidzą się, ale los ich połączy – oboje zyskają na zawarciu fałszywego małżeństwa. Ich życia potoczą się tak, że zrozumieją, iż tak naprawdę kochają się i razem pokonają wszystkie problemy… Tzn. zapomną o nich i nic z nimi nie będą robić, a poprzez „kochają się” mam na myśli kompletnie nie zasłużoną relację, opartą na wymogach gatunku, nie czymś, w co można uwierzyć.

Dramatów tu po kolana – zdrowotne, finansowe, życie też jest zagrożone. Nie ma w tym jednak naturalności, człowieczeństwa. To nie taka produkcja, w której jak bohaterowie mają problemy, to dają z siebie wszystko, byle go rozwiązać. Bohaterowie Purpurowych serc wolą raczej upewnić się, że mają wszystkie możliwe problemy. I radzą sobie z nimi najgorzej, jak to tylko możliwe. Gdy jest jakaś rozmowa, to starają się być największym dupkiem i stworzyć przy okazji jak najwięcej nowych problemów. Gdy jest szansa rozwiązać problem to upewniają się, by stworzyć przy okazji dwa nowe. Ot, dla zasady. Nie ma w nich niczego, co by uzasadniało taką butę.

A same problemy? Nie da się w to uwierzyć. Bohaterka nie posiada kasy na insulinę, ale na kostiumy do koncertów, włosy, instrumenty, własne mieszkanie większe niż jakiekolwiek, w jakim mieszkałem – na to pieniądze ma. To nie jest więc tak, że ona nie ma pieniędzy na insulinę, po prostu ma inne priorytety, ale to raczej nie zamierzony błąd – po prostu twórcy myślą, że portretują rzeczywistość, chociaż nigdy jej na oczy nie widzieli. Tworzą postać piosenkarki, dla której muzyka jest całym życiem, która zaczyna tworzyć własne utwory dopiero po poznaniu żołnierza. Jej sukces jest oczywisty, rozbuchany, ma fanów na całym świecie. W to też nie mogę uwierzyć. On przeżywa w Iraku wybuch i uczy się znowu chodzić, dwie sceny później już próbuje biegać. Już wierzę. Wisi komuś pieniądze, ten ktoś napada na dom jego teściowej – i dopiero wtedy oddaje mu pieniądze na drugi dzień. Czyli miał je cały czas, tylko nie oddawał, świadomie ryzykując życiem fałszywej żony i jej rodziców. Już wierzę. Aha, jeszcze między tymi ludźmi, chociaż nic między nimi nie ma, dojdzie do romansu. Nawet jak będą się nienawidzić wprost, to i tak pójdą do łóżka. Już wierzę. Sąd w końcu zainteresuje się ich fałszywym małżeństwem, ponieważ to dodaje dramatyzmu. Tak, już wierzę.

Nawet nie próbuję rozpracować tego, kogo ten film da radę obrazić. Pada tutaj mnóstwo tekstów o feministkach, patriarchacie, żołnierzach, wojnie płci i czym tylko chcecie, same głupie banały. Jakby potraktować ten film na poważnie, to coś czuję, że obraża on każdego widza. Nie podoba ci się wojna, inwazja na inny kraj, fałszywe szerzenie demokracji? To dlatego, że nie zaruchałaś, hehe.

Ocena 3 z 5

Trzynaście żyć ("Thirteen Lives")

29 lipca | Amazon Prime

Dla miłośników ludzkich historii, gdzie jednoczymy się w obliczu tragedii.

Prawdziwa historia z Tajlandii. Dzieci weszły razem z trenerem do jaskini, gdy miał padać deszcz. I zostali tam uwiezieni. Dlaczego tam weszli, głupi byli czy co? Film tego nie tłumaczy. Ogólnie mało tłumaczy – bardziej tylko prezentuje wydarzenia. Dzieci tam weszły i faktycznie trzeba było nurków, by ich uratować. I pewnie faktycznie nurki siedziały na dupie tydzień, zanim pozwolono im tam wejść. I pewnie na serio pompowali wodę z tej jaskini bez wcześniejszego zablokowania świeżej wody z pobliskiej góry. A to nawet nie początek absurdów, dlatego ja będę wspominał ten obraz jako niezłą komedię.

Jak zapytacie na forum, to was do dokumentu odeślą poświęconego tym wydarzeniom.

Niemniej – jeśli chcecie opowieść o tragedii, gdzie pomagamy sobie nawzajem, wykazujemy siłę ducha itd., to wtedy film dla was. Po prostu cała reszta musi być wam obojętna.

Sceny nurkowania zrealizowano dosyć realistycznie – ciasne przestrzenie, ciemno, jak nurt wody pociągnie, to kamerą też zarzuci. Rezultat: guzik widać. Dialogi to katastrofa, rozwój wydarzeń spowolniony do tego stopnia, że bardziej się zerka, niż to ogląda. Realizm zachowano, tylko tego nie tłumaczono. Nurki mówią władzom „możemy tam wejść już teraz”, na co władza mówi: „Nie”. I to po długim oczekiwaniu. Taka to dramaturgia w tym filmie, jako filmie.

Jakbyście mi powiedzieli, że obejrzę w tym roku dwa filmy Rona Howarda, to bym się zdziwił.

Ocena 3 z 5

Nie w porządku ("Not Okay")

28 lipca | Disney+

Dla faceta udawać podróż do Paryża. Wydaje się, że ten film chciał coś powiedzieć.

Protagonistka pracuje przy redakcji artykułów, ale chciałaby je tworzyć, pisać. Jej dotychczasowe próby są słabe, ale okazja natrafi się, gdy wpadnie na pomysł udawania wyjazdu do Paryża, żeby zaimponować facetowi. W tamtym momencie jednak stolica Francji zostanie zaatakowana przez terrorystów, a bohaterka wzięta będzie za bohaterkę, której udało się przeżyć. Napisze o tym artykuł i stanie się inspiracją dla wielu, dając im odwagę do mówienia: „I’m Not Okay”.

Już sama fabuła wymaga dużego zaufania ze strony widza, że coś takiego jest w ogóle możliwe. To w końcu rejony satyry, więc wszystko przesadzone, ale jakaś realność nadal musi być – bohaterka po prostu przestaje przychodzić do pracy, biorąc nieustalone wcześniej wolne, żeby „jechać do Paryża”, a my nadal mamy się utożsamiać z jej kłopotami finansowymi chociażby. No super. Tylko na co ta satyra? Trudno powiedzieć. Brakuje tutaj fundamentów: czemu protagonistka chce pisać, co na do powiedzenia? Czy chce tylko być sławna? Czemu aż tak jej później wszyscy nienawidzą, skoro nawet sama się przyznała do błędu? Czemu jej artykuł zdobywa taką popularność? Co mówi takiego, czego inne postaci w tym filmie nie mówią? Zresztą – na czym polega nauka, jaką z tego wszystkiego wyciąga protagonistka? Że zrobiła źle? No kurwa.

Tu po prostu brakuje treści, to wszystko. Co chciano powiedzieć, co powiedziano? Trochę banałów, to wszystko.

Wydaje się jednak, że ten tytuł miał pewne ambicje. Przede wszystkim sam finał, jego konstrukcja, ilość pracy wyraźnie włożonej w ostatni monolog – tutaj chciano mieć emocjonalny moment, który jednak odbija się od biednej konstrukcji całości, która nic nie mówi poza banałami na temat wałkowany w ten sam sposób już tyle razy, że nie rusza odbiorcy.

Ocena 4 z 5

Light & Magic - miniserial

27 lipca | 6 odcinków po 50 min | Disney+

Pozwala się zakochać w Star Wars, albo dać im drugą szansę. Pracowało przy nim mnóstwo ludzi, którzy czują dumę. Fajny dokument o dawaniu im głosu.

Zaczęło się w latach 70., kiedy nie było żadnej firmy specjalizującej się w efektach specjalnych, więc George Lucas ją założył. Zebrał najlepszych ludzi, dał im budżet, robotę i pojechał do Anglii kręcić „Star Wars”. Pierwsze dwa odcinki skupione są głównie na „Nowej nadziei” oraz przeszłości pana Lucasa, dalej mówimy o „Impreium”, „Terminatorze 2”, „Parku Jurajskim”, szybko wspomnimy o istnieniu trylogii prequeli i „Iron Man”, kończąc na „Mandalorianie”. To bardzo szybki dokument, przeskakujący po historii i umyślnie rezygnujący z kolejnych sezonów, które mogłyby przybliżyć powstawanie kolejnych filmów.

To powiedziawszy – co dostajemy, jest wystarczające. Na pierwszy plan postawiono ludzi, którzy faktycznie znają się na rzeczy i mają ochotę o tym mówić. Konkrety, konkrety, konkrety, a dopiero potem słowotok o wspaniałym zespole, magicznym czasie i ojej, zmieniliśmy świat. Z tego wszystkiego można wyciągnąć kilka wniosków: chociażby taki, że Lucas faktycznie jest prawdziwym artystą. Z uśmiechem na ustach mówi, że nie jest najlepszym scenarzystą, ale ma wizję w głowie i umie kierować innymi, by tę wizję urzeczywistnić. Oni mu mówią, że to nie jest możliwe, on im mówi, że jest i by posiedzieli nad tym chwilę, po czym sami dochodzą do tego, jak to zrobić.

Co prowadzi do kolejnego – zabawnego raczej – wniosku, czyli reżyserzy mało robią przy swoich filmach. Taki Spielberg chciał po prostu zrobić film o dinozaurach, ale tak się złożyło, że jego podwładni byli ambitni i zrobili zajebiste dinozaury. On nie miał tej konkretnej wizji w głowie, sam był zaskoczony efektem.

Trudno mi oprzeć się wrażeniu, że to trochę przeprosiny dla George’a Lucasa za to, co zrobiono z jego dziedzictwem. Trochę bardziej jest to też przywrócenia statusu panu Lucasowi, przypomnienie jego wpływu na kino i postawienie go w szeregu najważniejszych osób XX wieku. Jeszcze bardziej widzę tu wykupienie się z oskarżeń o to, że Disney morduje swoich pracowników ilością pracy, skutkującą w ostatnim czasie pogorszeniem jakości efektów wizualnych w filmach Marvela – oto dostajemy dokument skupiony wyłącznie na ludziach, którzy to robią. Jeśli taki był zamysł, to kompletnie odklejony od rzeczywistości, bo pokazano na ekranie ludzi, którzy zaczynali w tym biznesie 50 lat temu. Nie współczesnych ludzi, dzisiaj wykorzystywanych ponad ich możliwości za psie pieniądze, zarabiając na tym miliardy. To nie jest podziękowanie za pracę, to podziękowanie za odziedziczony spadek.

A może to po prostu część marketingowa Star Wars i nic więcej. Kto wie?

Light & Magic – sezon II (2025) 3/5 
3 odc po 50 min | Disney+

Nie wiem, czy ktoś pamięta sezon pierwszy, poświęcony historii dokonaniom i ogólnie oddaniu szacunku studiu ILM, stojącym za rewolucjunizacją efektów specjalnych, komputerowych, cyfrowych i praktycznych… Ale powstał drugi. Miałem oglądać tylko po łebkach, ale całość ma tylko trzy odcinki, więc włączyłem całość. I mniej teraz jest to o historii a bardziej jest reklamą. Czegokolwiek, od George’a Lucasa mającego okazję wyjaśnić trylogię prequeli i czemu tak naprawdę są dobre, kończąc na dosłownie wszystkim, co ILM robiło. Każdy film był wyzwaniem, odkrywaniem nowości i ulubionym doświadczeniem w historii kogoś z ekipy. Ponad to chyba musieli odłączyć wtyczkę w trakcie kręcenia, bo te trzy odcinki wyczerpują temat – od lat 90 do zamknięcia studia w 2023 roku. To ja miałem oglądać po łebkach, a nie wy tworzyć cały serial po łebkach…

Ocena 2 z 5

DC Liga Super Pets ("DC League of Super-Pets")

27 lipca | Kino

Uniwersum DC sprowadzone do poziomu istot ludzkich w wieku kilku tygodni. I to jeszcze liczonym przed narodzinami.

Superman ma dziewczynę, więc mniej czasu poświęca swemu psu – czworonóg jest naszym protagonistą. Mówi, ale tylko my i inne zwierzęta go rozumiemy. On też ma super moce, bo też pochodzi z Kryptonu. Coś tam, coś tam, świnka morska też ma super moce i pozbywa ich Supermana, teraz jego pies musi uratować sytuację. Na szczęście ma przyjaciół, którzy też przy okazji dostali supermoce. Zgaduję, że wszystko dobrze się skończy.

Największy problem z tym filmem jest taki, że zawiera wielu bohaterów DC – postaci skomplikowane, bogate, dramatyczne, wielowymiarowe. A tutaj mamy ich uproszczoną wersję, sprowadzoną do wyglądu i jakiegoś głupiego żartu, który może i jest beznadziejny, ale przynajmniej najwięcej osób go zrozumie. Naprawdę nie jestem w stanie tego kupić, bo to jest zbyt dziecinne. Do tego stopnia, że sam nie wiem, jak młoda musi być osoba, by to jej nie przeszkadzało. Są w końcu wersje tych bohaterów dla młodych odbiorców – cholera, to w końcu komiksy – i one nigdy nie były tak infantylne. Jedyną opcją może być fakt, że nowy widz nie zna tych postaci i dlatego nie będzie jej to przeszkadzać. Wtedy uzna te postaci za nudne i nie będzie mieć ochoty poznawać kolejnych wersji przygód Batmana i reszty. Fajnie?…

Film sam w sobie jest marny i tak. Fabuła i postaci to znane schematy, urok tych drugich złożono na barki aktorów i animatorów. Wiemy, dokąd ten film zmierza, a po drodze nie ma żadnych niespodzianek czy atrakcji. Ostatnia walka nie może się skończyć, nikt się niczego nie uczy, film gubi się w tym, co chciał osiągnąć. Chyba chodziło o to, żeby ludzie nauczyli się spędzać czas wyłącznie ze swoimi zwierzakami, ale nikt tego na koniec nie robi, a i tak mamy szczęśliwe zakończenie, bo nikogo nie interesuje ten film. Twórcy jeszcze chyba chcieli nauczyć dzieci łączyć miłość z bólem, tworząc tym samym patologię – na szczęście nikogo ten film nie obchodzi, nikt go nie poleca i nikt go nie ogląda, więc nie trzeba się przejmować jego wpływem na cokolwiek.

Bardzo się cieszę, że corgi dopadł tego skurwysyna z FedExa. Mój bohater.

PS. Polski tytuł serio tak wygląda.

Ocena 2 z 5

Sierota. Narodziny zła ("Orphan: First Kill")

27 lipca | Kino

Filmowcy nadal myślą, że jak coś ma ciemne barwy i idiotyczną fabułę, to jest horrorem

Tylko dla widzów znających oryginalną Sierotę albo mających w poważaniu zwrot akcji, ponieważ ten jest przypomniany na samym początku Narodzin zła. Co nie znaczy jednak, że ktokolwiek powinien ten film oglądać i komukolwiek go polecam, o nie. Fabuła jest obojętna, żadne prawidła dowolnego gatunku nie są tu spełnione – brak straszenia (nawet prób), antagonista jest niedorzeczny, walka absurdalna (finałowe starcie, do którego jedna ze stron idzie ze szablą do szermierki niewiele dłuższą od widelca. Zachowanie bohaterów też dalekie jest od logiki, emocji tu nie stwierdziłem, podobnie jak powodu do istnienia. Ponoć to łata dziurę fabularną z jedynki, ale fakt ten jest mi obojętny i nie pamiętam oryginału na tyle, by to potwierdzić.

Oto znana bohaterka trafia do USA, podszywając się pod zaginioną córkę. Na miejscu okaże się, że to dopiero początek jej walki.

Pozostaje mi tylko streścić wam fabułę: bohaterka jako morderczyni z super rzadką chorobą AKURAT wygląda jak zaginiona córka w rodzinie, która AKURAT swoje dziecko zabiła i ten fakt ukryła, a teraz postanawiają kontynuować tę farsę dla zachowania pozorów – nie mając jednak problemu, by mordować potencjalnych świadków. Na koniec i tak wszyscy mają gdzieś pozory i zaczynają się mordować, byle tylko zostawić czystą kartkę pod właściwy film, który nastąpi po wydarzeniach z Narodzin zła. Byłem pewny, że przysypiam i pominąłem połowę filmu czy coś, ale to na serio jest fabuła tego filmu.

Co mógłbym pochwalić? Starania się, by ukryć wzrost aktorki. Zatrudniono małych ludzi, zmieniano perspektywę, a podczas ucieczki na początku (zrealizowanej prawie w całości na jednym ujęciu), Isabelle Fuhrman wymienia się w kadrze z dublerami. Doceniam. A to, czy efekt tej pracy was przekona, że 23-latka faktycznie odgrywa 9-latkę, to inna sprawa.

PS. Odnośnie porównań do mojej oceny pierwszej części, którą gdzieś-tam możecie odkopać: to było dawno i głównie w reakcji na zwrot akcji w zakończeniu, który odebrałem jako absurdalny. Pewnie jakbym dziś to obejrzał, to oceniłbym wyżej – w końcu nie tylko plot-twist się liczy. Do tego czasu – prequel oceniam wyżej od oryginału, no trudno.

Ocena 2 z 5

Skinamarink

25 lipca | Kino

Przewrócone kamery ukryte w zabawkach. Oddanie uczucia, w które nie umie wprowadzić.

Język filmu to ujęcia na ścianę, nisko zaczynające się kadry, puste pokoje, ziarnisty obraz w którego to ziarna fali będziemy widzieć poprzez mrok różne rzeczy, których tam nie ma. A od czasu do czasu – tani i marny jump-scare, w rodzaju głośnego dźwięku. Film bezwarunkowo nie do oglądania w kinie albo innych warunkach, gdzie nie możemy sami ustawić głośności. Te 100 minut spędzimy nasłuchując, słysząc kawałek ruchu tam i tu – kamera będzie się ruszać, dziecko przejdzie przed obiektywem, obawiając się tego, co może być obok. Czasami będą napisy, czasami nie – w obu przypadkach słychać tyle samo.

Nie mogę napisać, by ten film tworzył atmosferę lub napięcie, ponieważ brak tutaj czegoś namacalnego, jakiejś perspektywy. Kamera może czasami i służy za czyjś punkt widzenia, ale najczęściej odnosiłem wrażenie, że oglądam nagranie z kamery ukrytej w pluszowym misiu, który się przewrócił. Nie miałem poczucia, że to np. dom podczas nieobecności rodziców, albo że wszyscy śpią i wtedy są pewne momenty sił nieczystych. Realizacja całości jest zbyt precyzyjna, to zbyt samoświadomy, spokojny i spójny obraz, aby mógł istnieć jako found footage albo koszmar. Każde ujęcie i jego długość mówi wyraźnie, że oglądamy film. I oglądałem to z nadzieją oraz wyrozumiałością – może to gdzieś prowadzi. Twórcy dają coś na koniec, ale na ogół trzymają się tego, by dawać jak najmniej, aby widz zobaczył w tym szumie jak najwięcej, by minimalizm pozwolił zahipnotyzować i uwierzyć, gdy ciemność zaczyna mówić. Na mnie nie zadziałał, na innych działa. Nie obiecuję, czy dacie radę wytrzymać do końca na tym eksperymentalnym tytule, który od biedy można nazwać horrorem.

Ocena 2 z 5

Shania Twain: Niezwykła dziewczyna ("Not Just a Girl")

25 lipca | Netflix

Na pierwszy rzut oka chyba najnormalniejszy z tych celebryckich „dokumentów”, tzn. bez narcyzmu, wyolbrzymiania, wciskania głupot. Ot, była sobie babka, odniosła sukces, ludzie ją lubią. I faktycznie pokazują muzykę, nawet parę słów o niektórych utworach powiedzą. To wszystko. Mógłbym nawet zacząć przekonywać samego siebie, że jest w tym pozytywna energia, tylko mnie cynizm pohamowuje, którego się nabawiłem od oglądania tych wszystkich innych celebrytów. Znaczy no… Jej piosenki mają takie teksty:

Any man of mine better be proud of me
Even when I’m ugly, he still better love me
And I can be late for a date—that’s fine
But he’d better be on time

Więc wiadomo, jaka jest prawdziwa energia tego seansu, jedynie ukryta pod spodem. Bezpieczny tytuł, bez wchodzenia w szczegóły, pełen ogólników: pracowała ciężko i ma, koniec. Ludziom się podoba, bo im się podoba – wizualnie, ale ponoć teksty też, bo są kobiece (cokolwiek to znaczy). Na koniec pokazano panią Twain, obecnie mającą 56 lat, która śpiewa swoje klasyczne utwory pisane w wieku 20 lat i z postawą księżniczki, na którą trzeba zasłużyć. Widok cokolwiek groteskowy.

Tylko dla fanów pani Twain. Chciałbym za to usłyszeć, czemu nikt nie zrobi dokumentu o Lucindzie Williams…

Ocena 3 z 5

Predator: Prey

21 lipca | Disney+

Nieustający ciąg scen pełnych zagrożeń i ratowania życia. W pewnym stopniu dostajemy, za co zapłaciliśmy.

Oto film z serii o „Predatorze”, którego akcję umieszczono kilkaset lat temu. Dzidy, łuki, polowania, pierwsza broń palna. I na czymś takim wyląduje pan Predator. Obraz naszych przodków zostanie tu i tam odpowiednio zmieniony, uwspółcześniony, ponieważ przenoszenie akcji w przeszłość jest trudne i tak w ogóle to po co, taki czas akcji jest tylko sztuczką pozwalającą sprzedać jeszcze raz to samo pod pozorem bycia czymś innym: nowym i świeżym.

W praktyce dostajemy cały czas to samo: brak osobowości i napięcia. Predator zabija, Final Girl przeżywa dzięki zbiegom okoliczności i innych wygodnictw. Brutalność jest tchórzliwa – wszystko jest z oddali albo w ogóle poza kadrem. Walki są sztuczne – wszystko z oddali, wyraźnie planowane, bardziej od choreografii aktorów istotna jest choreografia kamerą, aby ta ukrywała co się da i zawsze patrzyła gdzie indziej. A jak pokonać Predatora? Niech przez przypadek stanie w jednym, konkretnym miejscu, chociaż nikt go do tego nie zaganiał. Proste. Tak walczyć to sobie można. Predator to w sumie trochę lamus jest.

Niemniej: twórcy dostarczają jednak ten las i nieustający ciąg scen pełnych zagrożeń i ratowania życia: przez zwierzętami, ludźmi, Predatorem, przyrodą. Jest brud, krzyk, krew i koniec filmu. Lekiem na sceptycyzm jest świadomość, że mogło być gorzej. W tym roku pewnie lepszego polowania nie będzie, więc bierzemy, co jest. Albo i nie, mamy całą przeszłość kina do dyspozycji…