Pozostawieni („Leftovers”, 2014-17)

Pozostawieni („Leftovers”, 2014-17)

9 czerwca 2019 Opinie o serialach 0
Leftovers

Mój ulubiony serial, ale do tej pory nic o nim nie napisałem. Teraz wróciłem do pierwszego sezonu, aby pochylić się nad każdym odcinkiem i napisać o nim. To nie tylko opinia, ale też analiza o różnym stopniu głębokości. Czytać najlepiej już po zapoznaniu się z całym serialem. Pozwólcie mu zmierzyć się z wami.

5/5

Sezon I (2014) ★★★★★

„Not our dogs” Pamiętam, jak lata temu usłyszałem zarys fabularny tego serialu: w jednej chwili znika 2% populacji ludzkiej. Nie wiadomo dlaczego. I to nigdy nie będzie wyjaśnione. Jak wokół czegoś takiego zbudować serial? Naprawdę kręciłem głową, ponieważ nie umiałem sobie wyobrazić, że to mnie zainteresuje. To w końcu nie jest Tajemnicza Wyspa ani nic w tym rodzaju.

Pierwsze minuty Pozostawionych uderzyły mnie w łeb: oto oglądamy matkę próbującą wykonywać swoje obowiązki, nosząc równocześnie miesięczne dziecko w rękach. Rozmawia przez telefon, wstawia pranie, wraca do samochodu – niewie, w co ręce włożyć. Przestajemy słyszeć dziecko, ale nie zwracamy na to uwagi natychmiast. Na jednym ujęciu widzimy odkładanie do nosidełka, ale gdy wracamy do tylnego siedzenia – nic już tam nie ma. Panika, a minutę później cały świat staje na głowie. Dzieci tracą rodziców, rodzice dzieci, samochody tracą kierowców. A to tylko początek możliwości stojących za tym pomysłem na serial. Jedna scena i ja już czułem się kupiony. Uwierzyłem, że warto to oglądać. Może tego nie potrzebowaliście, może od razu to widzieliście, ale trzeba przyznać, że zawsze będą sceptycy, do których scenarzysta powinien wyciągnąć rękę na początku – a opening Leftovers robi to w wybitny sposób: prosty i wyraźny.

Następuje więc przeskok w czasie o 3 lata do przodu. Poznajemy bohaterów, ich sytuację oraz obserwujemy nowe rzeczy, które powstały po zniknięciu – jak choćby to, że nikt w szkole nie staje do hymnu, ale niektórzy klękają do modlitwy. Dyskusja o naturze Zniknięcia jest, ale z tyłu. Bohaterowie nie mówią o tym, tylko telewizory. Ta rozmowa toczy się w tle, jest drugorzędna albo nawet i nieistotna. Jesteśmy też wystawieni na dziwne rzeczy, które się dzieją na ekranie: choćby znikający jeleń, który pojawia się później w kuchni Kevina, albo Łysy Dupek strzelający do psów, ponieważ… „To nie są nasze psy”. Te i inne tajemnice tego odcinka/serialu działają nie dlatego, że są zagadkami – działają, ponieważ pasują do świata tej produkcji oraz jego motywów. Wydarzyło się coś, czego nie rozumiemy i chcemy zrozumieć, ale możliwe jest, że nigdy to się nie wyjaśni, a my musimy tylko z tym żyć. Z drugiej strony niektóre rzeczy mają wyjaśnienie – na przykład, dlaczego Kevin miał w samochodzie martwego psa. My to wiemy, bo byliśmy razem z nim od początku, ale Jill i pozostali tylko otworzyli bagażnik i nigdy nie poznali historii stojącej za tym zjawiskiem. Odpowiedź i wyjaśnienie jednak istnieje, ale nie one są najważniejsze. Dlatego Jill nie naciska. W ten subtelny sposób pokazano, o co chodzi w całym serialu.

Każdy na koniec chce krzyczeć, ale nie może. Tom krzyczy dopiero po zanurzeniu; ojciec krzyczy, strzelając do psów dopiero wtedy, kiedy istnieje szansa, że śni; młoda płacze po raz drugi w tym odcinku, sama na schodach po obejrzeniu rozbitego zdjęcia rodzinnego (za pierwszym razem płakała, kiedy dusiła masturbującego się znajomego, zbyt zajętego, aby na nią spojrzeć – była wtedy niewidzialna).

Nie ma czołówki w tym 70-minutowym odcinku. Był na nią oczywiście czas, ale decyzja artystyczna była inna. Nie ma nawet tytułu innego niż „Pilot”, zapewne oddając w ten sposób stosunek świata do wydarzenia: nikt nie wie, jak to nazwać i co o nim myśleć. I jeszcze jedno: najpierw zaprezentowano pomnik przedstawiający widok, który potem będzie powtarzał się w czołówce. Nadano kontekst i udzielono pomocy przy tym pierwszym kroku, żeby część następna przyszła nam łatwiej. Nie dlatego, że twórcy w nas nie wierzą albo jest to zbyt skomplikowane – ale dlatego, że współgra to z motywem głównym serialu: pomaganiem, kiedy pomocy potrzebujemy.

Odcinek ten nie jest skonstruowany w tradycyjny sposób, nawet nie jest temu bliski. Część zasługi wynika oczywiście z tego, że to pilotażowy odcinek przedstawiający poszczególne elementy opowieści. Wiele rzeczy pojawia się tylko po to, by móc je potem rozbudowywać w następnym odcinku: jak Matt, Nora, Wayne czy Meg. To nie są historie lub coś innego: to wszystko są ludzie. Nie znamy ich jeszcze, ale wywierają na nas pewne wrażenie. Inni biorą udział w swoistej narracji, prezentują się już widzom jako bohaterowie: Kevin, Jill, Tom. Ponownie: ludzie, nie historie. Nic jednak nie zostaje tutaj osiągnięte, zamknięte czy podsumowane. Co więc się dzieje w tym odcinku, co go definiuje, co go uzasadnia i sprawia, że on jest?

Jak scenarzyści rozwiązali ten problem? Poprzez powroty. Wszystko tutaj wraca. Nie ma ani jednego luźnego motywu, zdania, czegokolwiek. Wszystko w tym odcinku staje się istotne, ponieważ jest warte powtórzenia przez twórców. Nieważne, czy jest to rozbita fotografia na schodach, polowanie na psy albo matka tracąca niemowlę we wstępie – nikt nie został porzucony, opuszczony, zapomniany. Nikt nie jest tylko środkiem do celu w rękach twórców, zamiast tego wszyscy żyją w tym świecie. Raz pokazani są tutaj na zawsze.

Drobna dygresja: ostatnio w innym serialu widziałem scenę z postrzeloną kobietą, do której przybywają ratownicy. Nie dają rady tego zrobić, kobieta umiera. W tamtym serialu to wszystko było narzędziem do opowiedzenia o jednym z ratowników: pokazanie, jak wykonuje ona swoją pracę, jak jest zaangażowana w tym, ale cała reszta tam tylko „Jest”. Kobieta była tylko po to, aby być postrzeloną, a osamotnione dziecko było tylko po to, aby było jasne, że jej śmierć jest smutna. Nie wracają później i nie są istotni. W Pozostawionych oni wracają, a ich istnienie jest celem samym w sobie. To wszystko. Dlaczego tak jest? Bo o tym jest ten serial!

Nie opowiada on jednak o tym wprost. Żadna z postaci nigdy tego nie powie w monologu, nie. Zamiast tego scenarzysta otula nas przeróżnymi wątkami i z tego dopiero coś powoli wynika. Poza słowami i poza mówieniem na głos, gdzie jedynie film i obraz są w stanie nam coś opowiedzieć i pozwolić nam zrozumieć drugiego człowieka. Ten odcinek jest szalenie precyzyjnie skonstruowany, każdy detal bierze udział w tworzeniu tego jednego odgórnego wrażenia. Zapewne nie jesteśmy w stanie po seansie tego nazwać czy zauważyć, ale te 70 minut ma dać nam spokój. Oglądamy serię rzeczy, których nie rozumiemy w pełni i wydają się one do niczego nie prowadzić, ale są one istotne, mają cel. W ten sposób stajemy przed tym samym co bohaterowie serialu, który właśnie poznajemy: doświadczamy czegoś i możemy to przeoczyć, ale możemy się nad tym zastanowić, przyjrzeć się i zobaczyć wtedy więcej. Ten serial musiał być jak to wydarzenia. Bohaterowie mogli je zignorować, żyć dalej – ale równocześnie mogą zobaczyć w tym wszystkim coś więcej. My też możemy się do tego zbliżyć.

W poprzednim odcinku „pingwinem” nazwano osobę z grupy GR. Ponadto, towarzystwo to pozyskało w bieżącym odcinku nowego członka, a „my” go straciliśmy. Można to odczytywać dosłownie, ale jest w tym pewien niuans, ponieważ GR też jest przekonane, że Meg od nich odeszła. Różnica polega na tym, że oni o nią walczyli i chcieli ją zachować, a „my” (czyli w tym wypadku mąż Megan) poddał walkę. Spójrzmy na to z jeszcze szerszego kontekstu: jesteśmy w świecie, w którym 2% ludzi zniknęło, a mimo to wciąż oglądamy, jak ludzie od siebie odchodzą, są porzucani i oddaleni od siebie. To konflikt o wiele większy. Zwykli ludzie poddają walkę, czy jest to Kevin i jego rodzina, z kolei ludzie głoszący porzucenie wszelkiej nadziei podejmują walkę o swoje przekonania – i chyba obecność tych przekonań jest tutaj kluczowa, ponieważ mamy też trzecią grupę: Toma, Wayne’a i Christie, którzy uciekają, walczą. Tom nawet zabija człowieka, strzelając z broni krótkiej w gardło! Wszystko dlatego, że wierzy w Wayne’a i jego mistyczne umiejętności. Pingwinami są wszyscy wierzący.

Ponownie wszystko wraca. Nawet fakt spalenia barierki na początku odcinka zostaje przypomniany pod koniec, chociaż sens tego wydarzenia nie jest nam podany. Na początku widzimy sekwencję snu, kiedy Kevin nieświadomie stoi w ogniu, podczas gdy Aimee i Łysy Dupek są w lesie, a obca kobieta ledwo unika bycia postrzeloną. Kevin budzi się i widzi, że sąsiad pali rzeczy po bliskiej osobie, która Odeszła. Nie chce, żeby mu one o nim przypominały – nie chce, żeby inni ludzie używali tych rzeczy, nie chce ich magazynować na strychu. Chce je zniszczyć i przy okazji demoluje płot Kevinowi, który ratuje całe wydarzenie od przybrania większych rozmiarów. I nie jest to jedyna rzecz, która płonie w tym odcinku – są jeszcze bajgle Kevina, które znikają w opiekaczu, a nasz bohater nie ma pojęcia, jak to się mogło stać. Z początku w siebie wątpi, ale kiedy okazuje się, że Łysy Dupek jest faktycznie widoczny przez innych ludzi (w tym przypadku Jill, która zabiera od Łysego browary, kiedy ten ich odwiedza), Kevin rozpatruje inne możliwości: pyta panią burmistrz, czy ona ich nie zabrała; w końcu wraca po nocy do pracy z narzędziami, rozkręca opiekacz i znajduje swoje bajgle z tyłu maszyny. Spalone, zniszczone, ale… Wciąż są. I nic więcej się tutaj nie wydarzyło, żadna magia ani ręka Boga. Bajgle wkręciły się w maszynę i nie mogły wyjść.

Znowu słyszymy „Nie nasze psy” odnośnie do zwierząt, które biegają po mieście. I chyba jeszcze nie mamy tyle informacji, aby zrozumieć to zdanie. Kevin pyta Łysego, dlaczego nie chce strzelać do nich sam: „Bo jestem samotny”. Łysy oddaje mu swój samochód, ponieważ: „Już z tym skończyłem”. Poznajemy Norę Durst bardziej bezpośrednio: widzimy zawartość jej torebki (pistolet!); widzimy, jak wykorzystuje opinię innych o niej (nie gniewają się, kiedy rozbije kubek w restauracji, więc robi to specjalnie, ale nie pozwala, żeby inni byli tego świadomi), widzimy też, jak pracuje – a w ten sposób widzimy, jak rząd próbuje rozegrać problem zniknięcia. Widzimy jej przyjaźń z ojcem Mattem (jeszcze nie wiemy, tak jak Jill, że Nora i Matt są rodzeństwem). I na koniec: poznajemy ojca Kevina, wcześniej tylko wspomnianego. Wiemy już, że burmistrz jest z nim blisko (zapewne jest więc macochą Kevina Jr., naszego bohatera). Widzimy też jak Kevin Sr. porozumiewa się z duchami, a może ma kontakt z tymi, którzy odeszli – albo jest wariatem i tyle.

Ponadto Lindelof pierwszy raz daje znać, że lubi serial Perfect Strangers. W Polsce w ogóle nieznany. Sam wiem o jego istnieniu jednej recenzji Nostalgia Critica, w której omawiał film Pożeracze czasu (teraz patrzę i polski tytuł to… Langoliery).

„Kościół zawsze z tobą będzie” Tytuł nawiązuje do żartu o tonącym księdzu, który odmawiał pomocy ze strony ludzi w łódce i helikopterze, bo wierzył, że Bóg go uratuje. Po tym, jak ksiądz utonął, spotkał się z Bogiem i zapytał, dlaczego nic nie zrobił, na co Bóg odpowiedział: zesłałem ci dwie łódki i helikopter, co jeszcze miałem zrobić?

Odczytywanie znaków to mocny motyw tego odcinka, który jest właśnie jednym z tych najbardziej typowo skonstruowanych w tym serialu. Opiera się z grubsza na znanej metodzie: wziąć bohatera, dla którego liczy się coś i pokazać to na wielu przykładach; następnie sprawić, aby ta postać zaczęła o to walczyć, co chwila przesuwając granicę poświęcenia, które będzie musiał przekroczyć, aby osiągnąć cel. Oglądamy więc ojca Matta, który musi zebrać pieniądze na utrzymanie kościoła, inaczej bank mu go odbierze. Matt odmawia jednak pieniędzy nawet za usługę przeprowadzenia chrztu – bo wie, że jeśli zrobi to „za darmo”. to usłyszy brudne informacje o jednym z tych, którzy zniknęli. Matt nie przyjmie też pieniędzy od siostry, która je da pod warunkiem, że nasz bohater przestanie zbierać takie informacje. Ostatecznie Matt straci kościół i przegra, ale przynajmniej nie zdradził swoich idei, kiedy było mu ciężko.

A ma on ciężkie życie: ktoś, kto wyparował, prowadził auto w momencie, kiedy to się stało. Uderzył w pojazd Matta, który wyszedł z kolizji cało, ale jego żona jest rośliną od tamtego czasu. Ponadto, Matt jest człowiekiem wiary. Potrzebuje wierzyć, że jego istnienie ma wyższe znaczenie. On nie chwali się, on oznajmia z dumą, że modlił się rano za dziewczynę w śpiączce – pochmurnieje, kiedy słyszy, że obudziła się ona zanim jeszcze zaczęli modlitwę. Nie dlatego, że chce być powodem, ale dlatego, że… chce być istotny. Może dlatego tak naprawdę szuka brudów o tych, którzy odeszli. Widzi to jako istotną sprawę – to właśnie mówi mu Aimee, kiedy chciała być dla niego miła w poprzednim odcinku. Może też szuka osoby, która w niego wjechała? Chce mieć dowód, że ta osoba była zła. Albo chce udowodnić, że jedynie źli ludzie zniknęli, chociaż na to jest mała szansa – w końcu wie, że zniknęli też nieletni.

Wracając do symboliki, mamy tutaj prawdziwy chaos, jeśli tylko faktycznie chcemy wziąć każdą rzecz w tym odcinku za coś istotnego. W takiej sytuacji jesteśmy otwarci na sygnały, ale gubimy się w nich, bo często one sobie zaprzeczają. Choćby gołębie: wskazują, aby zagrać w karty, ale też gromadzą się na czerwonym świetle, kiedy bohater jedzie, aby postawić pieniądze.

„There is no family”. Zarys fabularny odcinka kształtuje się następująco: zbliża się Gwiazdka, ale ktoś zabrał plastikowe niemowlę z szopki. Niby nic wielkiego, a jednak każdy o tym mówi. Nawet zaczną szukać tej zabawki.

Jest to odcinek, który chyba nic nowego nie dokłada. To jedynie nowy przykład na powiedzenie tego, co inne odcinki już mówiły. To opowieść o tworzeniu znaczenia, które przypisujemy przedmiotom. Na początku widzimy, jak taka lalka powstaje. Znamienne jest, że to wcale nie jest lalka specjalnie zaprojektowana do odgrywania dzieciątka Jezus, nie! To zwykła lalka. I są ich setki, tysiące, miliony! Pakowane i wysyłane do sklepów, a jednej z nich przypadła rola dzieciątka. Gdy znika, Kevin ma to w dupie, ale słyszy, że według Jill nieszukanie i zastąpienie jej inną zabawką byłoby oszustwem. W końcu dzieciątko jest święte, to symbol czegoś! Dlatego Kevin w końcu pęka i decyduje się szukać lalki.

Okazuje się, że Jill była jedną z tych osób, które niemowlę zabrały. Ot, dla zabawy, ale Jill wyraźnie jest jedną z tych, które robią to w dodatkowym celu. Ona chce, żeby symbole miały znaczenie, żeby za tymi rzeczami coś stało. I jeśli musi zagrozić zniszczeniem symbolu, żeby to udowodnić, niech tak będzie. Znalezienie lalki nie wywołuje żadnych emocji, nie było potrzebne, a na koniec pastor we własnej osobie uzupełnia lukę inną lalką, bo… „miał zapasową”. Religijna osoba, która nie robi z tego wydarzenia nic specjalnego. Jest jeszcze Laurie, która finalnie decyduje się nadać znaczenie zapalniczce, wręcz walczy o nią i dużo ryzykuje. A lalka ostatecznie ląduje w rowie, bo nikt nie wie, co z nią zrobić. To w końcu zwykła lalka.

Są dwie sceny, które coś dodają do całości: plan GR oraz Lauire wręczająca dokumenty Kevinowi. Cała reszta… już była. I tyle. Oczywiście, niech Pozostawieni mają miliony odcinków, ale jednak ten będzie tym „dodatkowym”.

PS. Tytuł ponoć oznacza „Baby Christ and Antichrist”, ale nigdy nie zostało to potwierdzone.

„She’s dosen’t do ok”. Tytułowa Gladys zostaje zabrana do lasu. Wcześniej już ją poznaliśmy – zimne spojrzenie, surowa twarz, bezwzględna osoba przechodząca obok starszej osoby potrzebującej natychmiastowej pomocy z lekami. W lesie jednak Gladys mówi, a konkretnie błaga o życie. Chce żyć w swych ostatnich chwilach, zanim ostatni kamień wypędził z niej ducha.

Wydaje się, jakby znowu był to odcinek oparty o zagadce, ale ta zagadka nie zostaje rozwiązana. Nie wiemy, kto dokonał morderstwa. To nie jest kryminał – zamiast tego oglądamy bohaterów stawiających czoła kolejnym trudnościom życiowym. Matt nalega na udzielenie mu zgody pożegnania się ze zmarłą, chociaż ona i jej towarzysze z GR są powodem, dla którego Matt nie ma już kościoła. Ostatecznie Matt odprawia pożegnanie na ulicy, za to… zostaje wygnany przez samo GR (w osobie Laurie). Obie strony dokonują tutaj wyboru. Gladys też go dokonała. Kevin jako jedyny nie zamienia sprawy w szopkę, chociaż wszyscy mieszkańcy zdają się mieć sprawę w dupie, a policja robi sobie fotki ze zmarłą i nie okazują szacunku jej zwłokom. Najwyraźniej istnieje też więcej takich grup jak GR, rozsianych po kraju, które zdążyły już przedstawić się społeczeństwu.

To ważny motyw nie tylko tego odcinka: jakoby nikt nie rozumiał, dlaczego sekta GR zachowuje się w taki sposób, ale wszyscy zachowują się wobec nich podobnie. Są agresywni i wyprowadzeni z równowagi na sam ich widok. Meg mówi, że celem GR jest przypominanie innym o tym, o czym chcą oni zapomnieć. Nie mówi, czym to jest, ale najwyraźniej jednak wszyscy to rozumieją – chociaż twierdzą inaczej. I są ludzie, którzy są gotowi zająć się tymi grupami. Sprawić, że przestaną być problemem. I jeśli już miałbym szukać odpowiedzi: to oni zabili Gladys. Żeby Kevin potem nawiązał z nimi kontakt, poprosił i zgodził się na ich akcję. Chociaż zachowanie napastników w lesie było takie młodzieżowe i niewinne, jakby robili to pierwszy raz, aż do końca sądząc, że to wcale nie jest na serio, że tylko ją poturbują… Prawda jest jednak inna. Poznamy ją już wkrótce.

Dwie rzeczy pojawiają się w tym odcinku: Kevin patrzący na młode dziewczyny skąpo ubrane oraz afera z koszulami. Zniknęły mu z szafy i myśli, że oddał je do czyszczenia. Ostatecznie praktycznie włamuje się do pralni i terroryzuje sprzedawcę, na co ten oddaje mu koszule – zapewne przypadkowe, byle tylko pozbyć się naszego bohatera, który stara się robić cały czas to, co właściwe i mimo wszystko koniec końców zrobił coś takiego. Wciąż też nie może dogadać się z Jill. A zaraz po tym, kiedy on odzyskuje swoją biel, tę samą barwę przyodziewa chwilę później Meg na znak, że jest „gotowa”, czyli że teraz jest już członkiem GR. Zastanawiam się, czy jest w tym zestawieniu coś więcej niż pokazanie, że obie te grupy są ludźmi – wyznają jakieś wartości i można ich zrozumieć, chociaż ich metody są dyskusyjne?

Dowiadujemy się więcej o Łysym Dupku: ma na imię Dean i mieszka w okolicy, na dodatek ma coś wspólnego z wywożeniem zwłok. Wciąż strzela do psów. Patti łamie zasady i lubi sobie pogadać. Kevin płacze w poduszkę i wyznaje Jill, że rozwodzi się z Laurie. A ludzie w białym na autostradzie z trzeciego odcinka – chyba właśnie poznaliśmy ich genezę.

PS. Genialne ujęcie z latarkami w lesie na początku odcinka. Naprawdę genialne.

„Do you want to feel this way?” Oto najlepszy odcinek sezonu i jeden z najlepszych w całym serialu, przedstawiający najlepszą postać, w którą wcieliła się najlepsza aktorka spośród całej obsady: Nora Durst. Siostra Matta; Durst po mężu, który ją zdradzał, zanim zniknął 14 października (jej dwoje dzieci również wyparowało). Co więc się dzieje w tym odcinku? Na początku kupuje płatki śniadaniowe, którymi karmiła pociechy, żeby stały na półce do czasu, aż je wyrzuci nieotwarte i zastąpi świeżo kupionymi. Na koniec je wyrzuca. Na początku widzimy, że nie uzupełnia papieru ręcznikowego – na koniec to robi. Na początku wszyscy jej korespondenci odpowiadali „Tak” na tajemnicze pytanie 121. Pod koniec odcinka ktoś pierwszy raz odpowiada „Nie”. Na początku Nora wydaje się śledzić kochankę swojego męża. Pod koniec już tego nie robi. A co dzieje się pomiędzy tymi punktami?

Cóż – zapewne można z pozoru odnieść wrażenie, że jest to typowa do bólu opowieść o godzeniu się ze stratą. Widzę teraz, że tak to może wyglądać. Smutna kobieta nie umie zaakceptować i „ruszyć dalej”, ale na końcu spotyka magicznego murzyna, który ją przytula i w ten sposób wszystko przemija. Nora przestaje żyć przeszłością i idzie na randkę z Kevinem. Jeśli jednak o mnie chodzi, to tam na końcu dzieje się coś zupełnie innego.

Dwa lata temu po pierwszym seansie tego odcinka napisałem, że jest to historia kobiety, która nie jest istotna w swoim własnym życiu. A ona chce być istotna – pod tym kątem odczytuje wszystkie znaki, jednak za każdym razem okazuje się, że jest inaczej. Podczas sceny w barze dochodzi do niej prawda: jest zbędna. W swoim własnym odcinku. Nikt nie zabrał jej plakietki celowo, po prostu wypadło na nią. Nikt nie chciał jej szkalować, podszywając się pod nią, aby następnie urządzić burdę w barze. Nikt nie chciał jej przywilejów i współczucia, z jakim ludzie reagują na wieści o jej stracie. Nikt nie chciał być NIĄ. Zachwycają się za to opowieścią faceta, który stracił jedną osobę więcej od Nory. On ma atencję, on dostaje więc opierdol od Nory. Cholera, sama Nora całuje się z manekinem, żeby zdobyć atencję. Wybiera bezpośrednią konfrontację z kobietą, która się w nią wcieliła, zamiast wybrać ciche rozwiązanie. Żadne jednak nie dało jej satysfakcji.

Spotkanie Wayne’a z Norą tak naprawdę nie jest magiczne. On z nią rozmawia: z NIĄ. Jest bezpośredni i wie, co powiedzieć. Nora jest pierwszy raz istotna. I to dla człowieka, który zaczyna jej terapię od słów: „I don’t give a shit about you”. Cóż, szczerość jest najważniejsza. To tutaj Nora może zadać najważniejsze pytanie i dzięki temu dowiadujemy się, dlaczego na początku odcinka płaciła prostytutce za postrzelenie jej. Dlaczego śledziła kochankę męża? Bo nie chce się zabić, ale nie chce też przestać czuć bólu. Bo chce ich pamiętać. Bo myśli, że tylko w ten sposób może to zrobić. To rzuca też dodatkowe światło na fakt, że wybiera całować manekina zamiast prawdziwego człowieka. Nie jest w stanie pożądać czegoś, co jest w teraźniejszości. Wybiera wspomnienia. Wayne mówi jednak, że jest inna droga. Wciska kit o nadziei i mówi to, co Nora chce usłyszeć. Co mu w końcu szkodzi?

Na koniec jeszcze wracamy do najwyraźniej najważniejszego motywu oraz największej zagadki odcinka: pytania 121. Brzmi ono: „Czy uważasz, że ci, którzy odeszli, są teraz w lepszym miejscu?”. Wcześniej Nora zbierała same pozytywne odpowiedzi, teraz ma pierwszą negatywną, udzieloną ze łzami i ciężkim sercem. Ponoć podejście Nory do zadawania tego pytania zaważyła na tym, co jej odpowiadają. Ona sama twierdzi, że tak, że według niej trafili do lepszego miejsca, to jest jednak ciekawe pytanie: „Czy myślisz, że…”. Odpowiedź negatywna może tutaj świadczyć o tym, że już o tym nie myślisz. To może świadczyć o tym, że Nora przestała się dręczyć wyobrażaniem sobie różnych dalszych losów jej najbliższych. I nie czuje się z tego powodu winna. Kobieta, z którą rozmawiała – ona ewidentnie czuła się z tego powodu winna.

Jeszcze jedna kwestia: genialny scenariusz. Nic nie jest powiedziane wprost, tylko na około, przy innej okazji. To widz musi to sobie ułożyć. Ponadto, wszystko poznajemy na zasadzie zagadek – i całość pasuje tematycznie do samego serialu. Opowiada on o uczuciu osamotnienia i szukania nowej drogi. Chcemy więc znać odpowiedzi oraz chcemy być istotni. Ten odcinek okrąża nas w obu stron. Podobało mi się też rozwiązanie kwestii Wayne’a (niejednoznaczne – wciąż możemy w końcu wierzyć, że jest magiczny) oraz inne detale, jak np. mówienie, że autor książki jest oszustem, bo nie czuje bólu. Potem jednak wspomniane jest, że ten ból Wayne mu ujął, więc pisarzem jest oszustem w trochę inny sposób, niż na początku mogliśmy zrozumieć.

PS. Manekiny jeszcze wrócą.

„I walked out the back door of my residence. I just started running. About 10 minutes later, I came across a bunch of idiots yelling at a refrigerator” Pierwszy fabularny odcinek serialu – w tym znaczeniu, że nie opowiada o konkretnych postaciach, ale zaczyna kreślić historię, która zaczyna łączyć wszystkich tych bohaterów i wyznaczać jakiś cel. Pojawia się sygnał, że Zniknięcie było ogłoszeniem, a Kevin Jr. musi na nie odpowiedzieć. Jeśli ma jakieś pytania – magazyn mu na nie odpowie. I to tyle, a jednak dzieje się o wiele więcej. Naprawdę: wiele więcej. GR domagają się, aby mieć ich w dupie, protestując na ulicy nawet. Dowiadujemy się, dlaczego w czwartym odcinku zbierali pieniądze na nową bibliotekę (starą zniszczył Kevin Sr). Cały czas doświadczamy jakiegoś szaleństwa i nie możemy odróżnić jawy od snu.

Jin zostaje zamknięta w zamrażalce. Kevin ma sen o psie zamkniętym w skrzynce pocztowej. Tom chowa pod skrzynką pieniądze. Tom i Kevin niszczą telefony, waląc nimi o ulicę. Radio mówi o Kairze, gdzie w następnym odcinku znajdzie się Kevin. Nora umawia się regularnie z Kevinem. „I don’t know how to talk to you yet”. Na koniec są w stanie uprawiać seks, ale widzimy, że nie są jeszcze blisko. Są oddaleni, ale wydają się oddaleni od obu miejsc równocześnie – nie są tutaj, teraz, ale też oddalają się na chwilę od miejsca, w którym przebywają myślami. Odpoczywają i to wydaje się wystarczyć Kevinowi. Pies znajduje się na jego podwórku, hałasuje, ale jest żywy. Nasz bohater chyba odmówił zastrzelenia go. Niedługo dowiemy się dlaczego.

Na tym etapie akceptujemy już, że Kevin faktycznie ma problemy z głową. Nie pamięta, jak uratował psa, a my się tego nigdy nie dowiemy. Prawda jednak istnieje, zna ją Aimee, ale chyba tylko ona. W ten sposób godzimy się też z innym motywem serialu: że nie poznamy wszystkich odpowiedzi. Nawet jeśli są istotne. Nie o to w końcu chodzi.

PS. Słowo „Fuck” użyto ponad 50 razy. Ktoś na IMDb policzył.

„I understand you” Chyba najbardziej dramatyczny odcinek sezonu – niekoniecznie najlepszy, ale najwięcej się dzieje w taki „typowy” sposób. Bohater musi podjąć decyzję, istotną fabularnie i moralnie, która pod każdym względem będzie mieć konsekwencje. Ważna postać umrze, dojdzie do bolesnej konfrontacji, strony zmienią strony – wszyscy będą zaangażowani.

Kevin nie pamięta, jak porwał Patti. Wywiózł ją w cholerę do miejsca, które zna z przeszłości – okaże się później, że to marka papierosów, które palił w tajemnicy przed żoną, chociaż rzucił z własnej woli. Teraz będąc „sobą” próbuje rozwiązać sprawę, jak tylko się da, by w końcu oznajmić, że przyjmie wszystkie konsekwencje, ale nikogo też nie zabije. Patti sama się zabija, Dean znika, Jill przystępuje do GR, uprzednio uwalniając psa ze swojego podwórka i rozstając się z Aimee, którą podejrzewa o romans z Kevinem Jr.

Istotne w tym odcinku jest usłyszeć wyjaśnienie Patti o tym, dlaczego ludzie do niej przystępują i o co chodzi tak naprawdę w całej idei stojącej za GR. Wydaje mi się, że wtedy ta postać się obnażyła, „Król jest nagi”, tego typu sprawy. Ona zakładała, że wie, dlaczego ludzie to robią, nakładała na nich to swoje wyobrażenie, chociaż w rzeczywistości ludzie, których poznaliśmy, w ogóle do tego pasują. Laurie i Meg szukali tam czegoś innego niż Patti. Jak to ma jednak zostać odkryte, skoro nie gadają?

Milczenie w tym kontekście nabiera innego znaczenia. Miał to być wyraz siły, pewności siebie oraz rezygnacji, a okazuje się on wyrazem strachu przed powiedzeniem prawdy, postawieniem sprawy jasno. Mówienie czegoś na głos staje się równocześnie ogłoszeniem stanowiska, jednak zamiast tego członkowie GR decydują się stanąć jedną nogą po każdej ze stron, nieokreśleni.

Dzień przed Wydarzeniem, ale nie tylko. To nie jest wyłącznie „The One with Retrospective”. Jest konkretny powód, aby ten odcinek pojawił się właśnie w tym miejscu w sezonie – nie tylko po to, aby wyjaśnić jelenia i psy. Po ostatnich słowach Patti wchodzimy w pewien nawias, aby móc zrozumieć słowa „I Understand You”.  Następny odcinek od razu zacznie się w tym samym miejscu, zamkniemy za sobą nawias.

Kevin czuje, jakby nie wystarczał, chce więcej robić i znaczyć. Nie jest to wyjaśnione i połączone wprost, ale Kevin Jr nie ma połączenia z synem – ten powraca do swojego biologicznego ojca – córką – której nie łapie – żoną – z którą nie ma nic wspólnego, a robienie rzeczy dla niej ma efekt w postaci oddalenia się – i w końcu ojcem, który nawet w tym odcinku nie jest nazwany ojcem. Junior wybija się przed szereg, aby uratować jelenia, bo widział go wcześniej, a blask bijący od niego odbiera jako wybranie. Nasz protagonista jednak nie daje rady, a jeleń pada martwy mimo wszystko, potrącony przez samochód. Wina Kevina. A blask w porożu był tylko przyczepionym fragmentem balonu z jakiejś imprezy młodej matki ogłaszającej, że jest w ciąży. Zapewne dlatego zwierzę było zestresowane i zdezorientowane, zaczęło wpadać do domów. To raczej nie był sygnał od Boga ani znak dla Kevina – chociaż równocześnie był, ponieważ jego żona była w ciąży, ale nic mężowi nie powiedziała. Kobieta za kierownicą pyta go, czy jest dobrym człowiekiem, a wcześniej wspomina, że jest świadoma, iż za palenie papierosów pójdzie do piekła. Kevin uprawia z nią seks, w którego trakcie partnerka znika, przez co nasz bohater zaczyna się czuć, jakby był na jawie. Jakby to, co ma miejsce, nie było realne. Takie jednak jest. 2% ludzi naprawdę zniknęło.

Życie wszystkich się zmienia. Dzieci widzą, że ktoś zniknął z pokoju. Nora widzi, jak znika jej rodzina. Laurie widzi, że zniknęło jej nienarodzone dziecko. Każdy wkracza w sen w swój własny sposób.

Patti tymczasem przepowiada koniec świata. Kolejny raz, tylko tym razem inaczej rozumiemy słowa: „Był czas, kiedy powiedziałam Laurie wszystko. Był czas, kiedy ona powiedziała mi wszystko”. Ponieważ jesteśmy z przyszłości.

A jeleń jest po prostu jeleniem, jednak Kevin tamtego dnia zaczął traktować to zwierzę jako znak. Nie jest przekonany, jednak jest otwarty na taką możliwość. Ludzie odczytują różne rzeczy jako znaki. Matt w trzecim odcinku odczytuje w ten sposób gołębie. Co kto lubi.

PS: Dziewiąty odcinek, ale pierwszy, w którym mówi jedna z głównych postaci.
PS 2: Pewnie zauważyliście, że matka tracąca dziecko w pierwszym odcinku pojawia się również tutaj (jest mijana przez Laurie podczas podróży samochodem), ale czy wiecie, że rodzina, do której jeleń zawędrował, pojawiła się wcześniej? W drugim odcinku Norma ich przepytywała i w trakcie rozmowy wyszło, że ich zaginiony syn miał trisomię 21 chromosomu. Tutaj ich faktycznie widzimy, razem i w ogóle. Pojawiają się też w 10 odcinku.
PS 3: Kobiety zaczepiające Kevina podczas biegania wrócą… w 3 sezonie, jeśli mnie pamięć nie myli. Mamma mia!
PS 4: „Nora appears not to have a cell phone in the show’s present day (in “Cairo,” a desperate Kevin calls her home phone and leaves a message which she does not get until much later). In this episode, we see Doug spending most of his time on his cell (likely communicating with Kylie), and also see Nora’s cell destroyed by Erin’s orange juice. Presumably, with her family gone, and perhaps with negative residual feelings regarding Doug’s frequent cell phone use, Nora decided not to replace her broken cell.”

„Look what I found” Pierwszy odcinek tak mocno uderzający w główny temat serialu – że jesteśmy gośćmi w większej historii. Nie znamy jej w całości, ale to nie znaczy, że nie ma ona sensu. W pewnym sensie śmierć Patti była taką większą historią, której nigdy nie poznamy, ale teraz Kevin spotyka umierającego murzyna w łazience i to nic dla niego nie znaczy (jest przejęty jak śmiercią każdego innego człowieka czy zwierzęcia). Pewnie nawet już nie pamięta, o czym wtedy myślał i jak brzmiało życzenie, które murzyn spełnił. My jednak wiemy, kim Wayne był. Rozumiemy mniej więcej, co się stało. Podobnie jest z planem GR – oglądaliśmy, jak się rozwijał. Wiemy całkiem sporo, ale dla innych finał był zaskoczeniem. Dla mnie zresztą też był, te lalki są przerażające! Powrót do domu, ale dom stoi w płomieniach. Wiemy, kim jest niemowlak pod drzwiami, ale niemal nikt poza nami tego nie wie. I nikt nie podejrzewa, że może to mieć związek z umierającym murzynem.

Tak samo ma się sprawa ze zniknięciem 2% ludzkości. Nie wiemy, jak to się stało, ani dlaczego lub w jaki sposób, ale uczymy się z tym żyć. O tym są Pozostawieni – o adaptacji, o priorytetach, o życiu, walce o szczęście niezależnie od warunków i potrzebie bycia zrozumianym przez innych oraz przez samych siebie. Świata wokół nas nie musimy rozumieć w pełni, ale ludzi już tak. To jest najważniejsze.

Książka w tym miejscu się kończy. Serial dopiero się rozkręca. Potrzebujecie przerwy? Włączcie mimo to 2×01, dla pierwszych ośmiu genialnych minut. A ja wrócę do Pozostawionych jakoś w sierpniu chyba. Wtedy opiszę drugi sezon, odcinek po odcinku.