Nicolas Winding Refn

Nicolas Winding Refn

12 lipca 2020 Blog 0
valhalla rising 2009 refn

Filmy Refna są mocne, brutalne, realistyczne, gorzkie - ale nie do końca.

Gdy widzimy u Refna, jak ktoś jest bity, jest to nieprzyjemny widok. Zamiast pokazu siły widzimy raczej, jak ta siła uchodzi z ekranu. W debiucie rozlicza się on z mitem twardych gangsterów, którzy w jego wydaniu panikują, boją się i tracą całe swoje przysłowiowe męstwo – wydaje się, jakby Refn pokazywał w nich ludzi. Z drugiej strony przedstawia zastrzyk domięśniowy wykonany z rozbiegu i zamachu, a podczas resuscytacji pielęgniarz słucha pracy serca, patrząc w złą stronę – w kierunku brzucha zamiast klatki piersiowej (żeby móc widzieć, czy się unosi). To są detale, ale wskazują one, że NWR nie tworzy tak naprawdę realistycznego kina – w tym znaczeniu, że zna te sytuacje z własnego doświadczenia. Nadal opiera się na swoim własnym wyobrażeniu takich rzeczy, a że na tle innych produkcji jego dzieła wydają się realistyczne, to już inna sprawa.

Kino Refna to kino wskazówek. Podczas seansu jego produkcji można odnieść wrażenie, że mówią one o czymś, odwołują się do czegoś, coś pokazują – ale chyba nigdy nie jest to coś dokończonego lub pełnowymiarowego. Wydaje się, jakby reżyser był zakochany w konkretnych obrazach lub wizualizacjach, a następnie wokół tego tworzył całą resztę filmu, z luźną fabułą lub sylwetkami bohaterów, których przeszłość lub motywacje są właśnie sugerowane – ale w taki sposób, jakby sam reżyser się oszukiwał, że tam jest więcej, niż faktycznie umie pokazać. Podobnie jest z motywacjami jego filmów – po co one są nam opowiadane? Często są tylko wskazówki, kierujące naszą uwagę na ten lub inny temat, ale i tak czułem, że sam reżyser tego nie wie. Podoba mu się jakiś aspekt danej produkcji, nie zastanawia się nad tym za bardzo, tworzy i idzie dalej.

Dlatego trudno coś sobie obiecywać po tym człowieku – może poza stylem. Po skończeniu trylogii Pushera Refn odstawił suchy realizm na bok, a zaczął stylizować. Ostatnie produkcje, które wyszły spod jego ręki, zdają się teledyskami – specyficznymi, ale jednak. I w pewnym momencie można mieć nawet pewność, że reżyser był zakochany w konkretnej stylówie – a resztą produkcji (motywy fabularne itd.) dopasowywał do niej. Ponoć Drive powstał, bo Refn lubił widzieć Goslinga za kierownicą – i pewnie dlatego tak niewielu potrafi określić swoje uczucia wobec tego filmu. Jest powszechnie lubiany, ale chyba doszło po prostu do tego, że widownia tak samo, jak reżyser, polubiła styl. Próbujemy dopatrzyć się czegoś więcej w tej produkcji, ale to tylko świadectwo tego, jak bardzo lubimy Drive. Sam Refn powiedział: I’ve always liked characters that because of the circumstances, have to transform themselves, and in the end, it’s inevitable that what they end up becoming is what they were meant to be. To wszystko.

I tak naprawdę wszystko zależy od tego, jak bardzo polubimy styl danego filmu. I nikt nie obieca wam, który wam przypadnie do gustu, a który nie. Dajcie szansę każdemu, jeśli macie ochotę.

PS. Refn jest typem daltonisty, który widzi wyłącznie kontrasty.

Debiut Refna, jeszcze w dominującym języku duńskim i kręcony na ulicach Kopenhagi. W rolach głównych Mads Mikkelsen oraz Kim Bodnia, który później zapadnie w pamięci rolami choćby w Killing Eve. I wydaje się, że jest to standardowa opowieść o świecie przestępczym, w którym jeden gangster ma dług u innego i teraz wychodzi z siebie, żeby go spłacić. Urok „Dealera” pojawia się w tym, jak ten standard został zaadaptowany – gdyby porównać to do muzyki, to Refn wykonuje klasykę w stylu punkowym. Agresywny montaż, brutalność, szybkie tempo i walenie po oczach. Szeroko pojęte walenie po oczach.

Niestety jest to wciąż tytuł, który trzeba doceniać i szukać w nim zalet, zamiast po prostu oglądać z różnie pojmowaną przyjemnością. Nie ma tu interesującej fabuły lub rozbudowanych postaci, większość bohaterów to dzikusy walczące o przetrwanie, ich dialogi to głównie przekleństwa. Całość jest standardowa i trzeba patrzeć pod takim kątem lub innym, żeby móc powiedzieć, że jest to kino brutalne albo realistyczne – przynajmniej do czasu, aż zobaczymy gangsterów sprawdzających zawartość torebek z białym proszkiem poprzez wsysanie jej. To każe powątpiewać, aby reżyser widział podziemie na własne oczy – raczej o nim słyszał, albo widział w telewizji. Jesteśmy blisko postaci i nikt nie boi się pokazać ich zmęczenia, strachu lub bólu. Kamera lubi zbliżenia na twarze, a realizacja jest dosyć swobodna – gdy ktoś ląduje na ziemi, to faktycznie na niej ląduje. Przestępców nie otacza nawet najmniejsza aura siły lub powagi – raczej są dosyć żałośni. Jak wcześniej napisałem: to dzikusy, prymitywne siły rozwiązujące każdy problem siłą, a gdy nic im nie grozi, to spędzają czas na mówieniu o rozmiarach swojego penisa albo o tym, jaki to seks uprawiali. Nic ciekawego.

Może poza punkowym stylem, ale nawet on nie wytrzymał próby czasu. Wszystko, co Pusher może zaoferować, było już w innych filmach. I zrobiono to tam lepiej. Debiut Refna trwa, a potem się kończy i nie będę do niego już wracać w żaden sposób.

Chyba najbardziej klasyczny film w dorobku Refna. Portret gangstera i jego przeżyć. Osobista opowieść pełna wątków pobocznych, stopniowo przesuwająca w głowie protagonisty różne zapadki. Całość zrobiono z powodu kłopotów finansowych, dlatego reżyser przerobił swój debiut na trylogię i dobrze na tym wyszedł. Jeśli chcecie zacząć swoją przygodę z Refnem, zacznijcie tutaj: przestępca, który chce lepszego życia, ale przeszłość na nim ciąży, a mały intelekt jest dla niego sporym ciężarem. Nie popieramy go, ale rozumiemy jego ból i chcemy, żeby dostał drugą szansę. Mroczny i przygnębiający tytuł.

Boss narkotykowy urządza przyjęcie urodzinowe, starając się przy okazji być twardym i udowodnić swoją wartość. Niewiele tu się dzieje. Trzeba trochę poczekać na zwrot akcji w okolicy 70 minuty – wtedy ta historia staje się ciekawa, ponieważ nagle jest opowiadana PO COŚ, bohater staje się JAKIŚ. Końcówka już wygląda jak jakiś snuff-film. A potem wszystko się kończy. Bohater starał się zachować spokój, w pewnym momencie wybuchł, musiał więc po sobie posprzątać… I tyle. Dzień z życia gangstera. Zobaczyliśmy dużo krwi oraz próbę sprzedania polskiej kobiety łamanym angielskim. Jakoś to wszystko jest naprawdę mało interesujące i niewiele z tego wynika.

Przewrotny traktat o sławie, ale jednak prawdziwy Bronson wydaje się ciekawszą postacią.

Refn zainspirowany stylem Mechanicznej pomarańczy (akcentowanie momentów muzyką klasyczną, podobne podejście do scenografii i stylu, opowiadanie o starciu jednostki z więzieniem) przedstawia widzom postać autentyczną: człowieka, który spędził większość życia w więzieniu. Nie miał innych pomysłów, aby zapisać się w historii, więc stał się człowiekiem sprawiającym tyle problemów, że władze nie miały najwyraźniej innego wyjścia, tylko cały czas stosować wobec niego przymus pozbawienia wolności. Jest więc najsłynniejszym więźniem w UK, który przy okazji cały czas pracuje nad swoim „dorobkiem życiowym”, parając się sztuką. Całość rozsadza naprawdę świetna rola Toma Hardy’ego, jedna z pierwszych, dzięki którym zaistniał w świadomości kinomanów. Refn wtedy jeszcze kilkoma palcami stał w realiźmie, a resztą siebie już zmierzał w kierunku teledysków, dlatego wizualnie też jest na co patrzeć.

Przy tym wszystkim jednak prawdziwy Bronson jest bardziej rozbudowaną osobą. Wystarczy poczytać na Wikipedii.

PS. Tytuł filmu jest już nieaktualny. Charles w 2014 roku zmienił nazwisko kolejny raz, tym razem na Salvador (po malarzu).

Najwyższe reżyserskie osiągnięcie Refna. Akcja rozgrywa się na początku XI wieku i opowiada o podróży grupy ludzi w poszukiwaniu domu, inni szukają Ziemi Świętej. Głównie są wojownikami, sporo w tym obrazie przemocy i brutalności, ale też religii. Niektórzy chcą szerzyć swoją wiarę, inni robią to samo, aby dostać za to nagrodę. Główny bohater ponoć pochodzi z piekła, ma jedno oko (więc mówią na niego Jednooki) i w ogóle się nie odzywa.

Tematycznie i fabularnie jest to festiwal typowych dla Refna wskazówek – nie mamy pojęcia, kim jest bohater, dlaczego nie mówi, zachowanie bohaterów to zagadka, rozwój historii to rzucanie półsłówkami, z których chyba nic nie wynika. Dopóki jednak scenariusz nie używa dialogów, to ogląda się to świetnie. Klimat jest kompletny, a obraz zrozumiały. Jak tylko jednak ktoś się odzywa, wtedy uderza nas pretensjonalność artystyczna. To kino niewielu słów, dlatego nawet tych parę istniejących w scenariuszu poświęconych jest czemuś w stylu: „Potrzebujesz pieniędzy. Tylko tak dogadasz się z chrześcijanami”, a wtedy automatycznie brakuje ochoty, aby zgłębiać artystyczne intencje scenariusza. To chyba film nabijających się w chrześcijan, którzy wierzą wyłącznie na pokaz, aby zdobyć za to nagrodę, a bohater jest magiczną istotą, która przyniesie na nich zagładę za to – czy coś w tym stylu.

Wizualnie jest to niezwykły spektakl, najlepszy w karierze Refna. Na poziomie plenerów, kostiumów, makijażu, oświetlenia dymu, kolorystyki – cały czas jest na co patrzeć, każda chwila zaskakuje w jakiś nowy sposób. Nie można oczu oderwać, to niemal hipnotyzujący tytuł. Valhalla zapada w pamięci dzięki temu i dlatego chciałem do niej wrócić. Całość nakręcono w Szkocji i wygląda tak, jak moglibyście sobie tylko tego życzyć: góry, mróz, puste przestrzenie natury, barwy pozbawione życia, oczy ludzkie pozbawione życia. Wszystko wygląda cały czas tak, jakby można było się zatrzymać, zamknąć oczy i wejść w stan wyższej świadomości, bycia jednością z wszechświatem. Wikingowie, mroczny ambient i niepokojące wizje – jest w tym moc!

PS. Całość dedykowana jest Olivierowi Wendingowi, czyli scenarzyście gier HITMAN (trzech ostatnich części) oraz Kane & Lynch. Pewnie dlatego, że dla NWR jest siostrzeńcem, dwa lata młodszym od niego.

List miłośny Wesa Andersona do prowadzenia samochodu, ale w reżyserii Refna, rozgrywający się najprawdopodobniej w uniwersum Pozostawionych.

Ten tytuł ma swoje problemy – dość napisać, że „film” w tym filmie znajduje się niemal przypadkiem i to dopiero pod sam jego koniec. To raczej nie jest film, który chce, by go lubić za jedną, konkretną rzecz – Drive bardziej pozwala się lubić każdemu za coś innego, w innym stopniu. Na przykład za bycie w zasadzie kinem klasy B, ale wykonanym w piękny sposób. Nie ma tu wiele konkretów – to historia ludzi, którzy z bronią przy głowie muszą wybierać. I wybierają. To film o jeżdżeniu i robieniu tego, co właściwe. Ja go lubię chyba za romantyzm – za to, że bohater zrobi dla ukochanej wszystko, ale równocześnie boi się, że ona zobaczy, do czego jest zdolny.

Dokument albo nawet dodatek do DVD z filmem „Only God Forgivess”. Żona reżysera chwyciła za kamerę, aby pokazać, jak realizacja nowego filmu wpływa na Refna. Zmaga się on z ciężarem komercyjnego sukcesu „Drive i boi się, że ludzie oczekują po „OGF czegoś w tym guście. Poza tym Refn nie bardzo otwiera się do kamery, ale za to Ryan Gosling gdzieś tam jest w tle. I się uśmiecha. I to naprawdę wystarczy.

Nicolas W. Refn pokazał już, że ma talent, jest artystą oraz rzemieślnikiem. Tym razem mu nie wyszło. Ponoć ludzie wygwizdali jego film na premierze w Cannes, ale u nas na NH reakcje widowni były zupełnie inne. Dalekie od negatywnych. U mnie, jeśli już, to „Neon Demon” wywołał żal, że tak to się skończyło. Ten film nie stoi fabułą, tę możemy spokojnie przewidzieć w całości już na samym początku. Modelka przybywa do LA, gdzie chce podbić świat. Najbardziej leniwy umysł na świecie jest potrzebny, by zgadnąć, co będzie dalej, ale liczy się tylko to, w jaki sposób to zostało pokazane. Na tym polegała wizja Refna, ale daleka ona była od planowej, co czyni jej urzeczywistnienie jeszcze trudniejszym. Scenariusz to zapewne pojedyncze hasła, opisujące to, co widział w umyśle. Pojedyncze synapsy, które przecież nie są słowami. Trzeba wiele wysiłku włożyć, by to przełożyć na ludzki język, żeby było zrozumiałe dla innego człowieka. Refn to olał i poszedł na żywioł. Wciąż umie rozmawiać z aktorami, zdobyć ich zaufanie, żeby robiły te wszystkie szalone rzeczy, ale jego produkcja to stos chaotycznych sztucznych scen, które zapewne mają znaczenie, ale widz nie chce ich zgłębiać. W końcu ogólne wniosku powiedział sobie na godzinę, zanim reżyser zaczął się do tego zbierać. I taki stan rzeczy jest zadowalający, po co brnąć głębiej? Widownia na Nowych Horyzontach reagowała tylko na dwa sposoby: nerwowo śmiała się z dialogów i pretensjonalności oraz długo wdychała i wydychała powietrze. „Neon Demon” mnie zmęczył. Nic się nie stanie, jeśli zrobicie do niego podejście, ale osobiście nie jestem w stanie podać wam jednego powodu, byście to oglądali.

Nicolas Winding Refn
3.71/5

Obecnie Nicolas Winding Refn znajduje się w moim rankingu reżyserów na miejscu #137

TOP

1. Drive
2. Valhalla Rising
3. Bronson
4. Pusher II – Krew na rękach
5. Pusher III – Jestem aniołem śmierci
6. Neon Demon
7. Dealer

Najlepiej zacząć przygodę z filmami Refna od...

Pushera 2. To nic, że to środkowa część trylogii.

Ważne daty

1970 – Refn przychodzi na świat. Jego rodzice są związani ze światem filmu: on był reżyserem, ona operatorką.

1981 – Refn wyjeżdża do Stanów.

1993 – Refn idzie w ślady Spencer’a Tracy, Kirka Douglasa czy Johna Cassavetesa, udzielając się do American Academy of Dramatic Arts w Nowym Jorku. Zostanie stamtąd wyrzucony za rzucaniem stołem w ścianę. Dla odmiany potem zostanie wyrzucony z Duńskiej Szkoły Filmowej.

1996 – Refn debiutuje pierwszą częścią Pushera, zaczynając współpracę z aktorem Madsem Mikkelsenem oraz producentem Henrikiem Danstrupem (zrobią później razem resztę trylogii i Valhallę)

2008 – Refn robi Bronsona i zaczyna współpracę z montażystą Matthew Newmanem, razem zrobią potem Drive czy Neon Demon.

2011 – Refn robi Drive, swój największy komercyjny sukces, zaczynając przy okazji współpracę z Cliffem Martinezem (razem zrobią jeszcze Neon Demon i serial dla Amazonu)