Nowe Horyzonty 2017

Nowe Horyzonty 2017

3 sierpnia 2017 Blog 1

Zbiór archiwalnych notatek mojego autorstwa, w których zawarłem wrażenia z seansów na festiwalu Nowe Horyzonty w 2017 roku. Łącznie widziałem 62 produkcje (jedną dwukrotnie), licząc z krótkimi metrażami (których było czternaście). 34 z nich opisałem poniżej.

★★★★★

Krótki metraż polskiej produkcji. Animowany dokument o kulturze BDSM. Twórcy nie mogli pokazać twarzy osób które im opowiadały swoje historie więc poszli w kolorową i pełną energii kreskę, mając przy tym głowę pełną pomysłów jak wizualnie pokazać to co słyszymy (treść wywiadów). Jestem pod wrażeniem, plus osiągnięto tutaj akceptację kultury BDSM.

To nie jest film dla dzieci. Miejcie to uwadze, jeśli tak jak mnie zmylił was widok Franciszka Pieczki czytającego bajki dla głównego bohatera Marcina, który ma 8 lat. Jest jednak inaczej i głównym bohaterem jest… Ktoś inny. Może jest to matka Marcina, Anna, pracująca jako sprzątaczka i barmanka, aby opłacić operację dla syna. A może jest to Kamil, jedna z uwodzonych ofiar matki, która go wykorzystuje, aby opiekował się Marcinem? Trudno powiedzieć – i z czasem można tak rzec o coraz większej części filmu. Zmierza on na skraj umysłu, poza wszelkie oczekiwania, oferując coś całkowicie nowego. Pierwszy raz od dawna nie miałem pojęcia, gdzie film zmierza. Jestem pod wrażeniem. Czy wszystko ma w nim sens? Nie mam pojęcia. Piszę wrażenia na gorąco i chcę, aby więcej takich filmów powstawało. Chociaż wciąż trochę żałuję, że ten tytuł nie będzie dla następnych pokoleń pierwszą okazją, aby poznać geniusz Pieczki, kiedy to rodzice mogliby włączyć im „Syna…”, by Pan Franciszek opowiedział im bajeczkę. Bajeczkę, która w swojej mrocznej formie (negliż, tematy pedofilii, przekleństwa, masturbacja) nie nadaje się, by puścić najmłodszym.

Przed seansem rozmawiałem z aktorką, która powiedziała mi, że najważniejsze jest napięcie między grającymi, czyli aby każda postać miała oddzielny cel, sprzeczny z celem pozostałych. Tę zasadę od razu znalazłem w „Uczciwym człowieku„, od pierwszej sceny. Główny bohater imieniem Reza jest nękany (jego miejsce pracy jest niszczone, życie rodziny zagrożone), a jego oprawcy uchodzi wszystko na sucho, bo tak wygląda sprawiedliwość w Iranie (wszyscy są przekupieni i robią, co każe ten, co najwięcej płaci). Jak mówi jedna z postaci: tam albo uciskasz, albo jesteś uciskany. Co zrobi główny bohater? Z przyjemnością stwierdzam, że odpowiedzi są warte poznania. „Uczciwy człowiek„ to film, który od początku ma pomysł na siebie i nie zwleka z niczym. Chociaż Reza często robi przystanki, by zastanowić się nad kolejnym krokiem, to twórcy nie wykorzystują widza, tylko dają mu sam konkret. Oferują pełnoprawne kino gatunkowe ze społecznym zacięciem, dostarczając również solidne zakończenie, które nie zawiodło budowanych oczekiwań. Dobre kino!

Pastwiska Irlandii, gdzie nie ma nawet zasięgu telefonicznego. Skromna rodzina zatrudnia młodego człowieka do pomocy na farmie. Cenię sobie ten tytuł już za samo to, że chociaż opowiada o gejach, to jest wyzbyty wątków dyskryminacji. Czekałem, aż coś takiego się pojawi, ale tego nie dostałem wcześniej. Dla twórców homoseksualiści to po prostu ludzie, którzy mogą mieć normalne problemy w życiu – takie jak samotność, problemy z poczuciem własnej wartości czy podejmowanie trudnych, życiowych wyborów. Nie mogę napisać, aby był to film przełomowy, ale to, co robi, robi dobrze. Opowieść potraktowana jest delikatnie i ze szczyptą optymizmu do życia. Jest w tym filmie przekonanie o tym, że przyszliśmy na ten świat, aby czuć szczęście. Widok pary głównych bohaterów przytulnych na tle deszczowej Irlandzkiej zieleni i kilku owiec – czego chcieć więcej? Chyba tylko głównego bohatera o aparycji Billy’ego Elliota i głosie Toma Hardy, ale to też tu jest.

Obraz, który zachwyca precyzją wykonania. Reżyser wyraźnie wiedział, jak wyglądać ma cała jego produkcja, ale też potrafił skupić się na bieżącej sytuacji. Mamy tu małżeństwo, które sprzedaje mieszkanie, ponieważ się rozwodzą. Oboje mają już następną drugą połówkę i są na dobrej drodze do nowego życia, ale co z ich dzieckiem? Na pochwałę zasługuje zarys postaci – są jednakowo i jednoznacznie negatywni, ale nie w jednoznaczny sposób. W każdym z osobna można zobaczyć coś dobrego. Można zrozumieć, czemu ktoś z nimi był i dał im drugą szansę. Z chęcią zadałem sobie nieraz pytanie: gdzie zaczyna się ich ciemna strona? Gdzie jest wina w tym, że ich sytuacja zaczęła wyglądać tak, a nie inaczej? Całość odegrana i wyreżyserowana jest bezbłędnie: pełna życia, ale i detali dramaturgicznych rozsianych tu i tam, między słowami. „Niemiłość” to obraz brutalny i bezlitosny, który zostawił mnie pod ogromnym wrażeniem tego, jak przedstawił podjęte przez siebie tematy. Wyjątkowe kino wysokiej próby.

★★★★

Dokument o grupie artystów, których można określić „polskim Monty Pythonem”. Nazywali się Luxus i jej członkowie wyszli z prostego założenia: na kalendarzu zaczynały się lata 80. a polska rzeczywistość, nawet ta Wrocławska, wyglądała jak kotlet z mięsa trzeciej kategorii zmielony razem z budą. Postanowili więc zacząć tworzyć swój własny luksus – stąd nazwa. Ich działalność miała na celu rozbudzić ludzi, rozruszać, pokolorować im świat i wnieść pozytywną energię do ich życia. „Luxus. Prosta historia” trwa nieco ponad godzinę i pokrótce opowiada o każdym etapie działalności grupy – początkową wywrotowość, dostosowywanie się do zmian w latach 90. i współczesność, kiedy trzeba udzielić odpowiedzi na pytanie: „Czy oni już się wypalili”? Jaka jest ich wartość teraz, po blisko trzydziestu latach? Twórcy podchodzą do tego na luzie, tworząc energiczny i dokument wywołujący nieraz uśmiech na twarzy. Nigdy nie słyszałem o tej grupie, ale teraz jestem zadowolony, że kiedyś istnieli.

Indie mają Bollywood, USA mają Hollywood, Afganistan ma Nothingwood – bo nic nie mają. Sprzętu, aktorów, nic! Film ten to dokument o afgańskim reżyserze imieniem Salim Shaheen, który obecnie kręci swój 111 film (jest również ich scenarzystą, choreografem, operatorem, montażystą…) i impakcie, który odcisnął swoją twórczością na obywatelach tego kraju w ciągu ostatnich dekad. Dawał im nadzieję i siłę. Wyobraźcie sobie film Stevena Seagala, w którym to tańczy, śpiewa i bije ludzi jakąś pokraczną formą karate i macie filmy Shaheena. Towarzyszymy mu podczas kręcenia czterech różnych filmów jednocześnie, poznajemy jego życie, słuchamy wrażeń ludzi, którzy oglądają jego dzieła od lat. Śmiejemy się podczas seansu, ale też autentycznie rozumiemy jego fenomen. Aż chciałoby się, żeby było więcej takich twórców jak Shaheen.

Dokument popularno-naukowy z twistem. Są tu elementy fabularne i intrygujące, ale większość to wykład z podstaw fizyki (z czego składa się pusta przestrzeń, kształtowanie materii od początku kosmosu itd) odgrywany – nie czytany!) – przez Andrzeja Chyrę. Ta część miała być w teorii przystępna dla wszystkich, co osiągnięto w różnym stopniu. Byłby więc to kolejny dokument, który powie mi to, co widziałem już nieraz i ponownie zapomnę, gdyby nie ostatnia partia produkcji – wtedy reżyser wychodzi w przyszłość i rozmyśla, co może być. Szczególnie intryguje mnie opcja pamięci, jako czegoś co zaniknie, bo internet będzie jak powietrze i człowiek informacje będzie brać na bieżąco z atmosfery bez potrzeby „zapisywania” czegokolwiek.

Izraelska komedia pomyłek ze zdjęciami mistrza Kelemena, który pracował choćby z Belą Tarrem. Jakkolwiek to brzmi, efekt jest dokładnie taki: oprawa wizualna i konstrukcja scen przypomina momentami doświadczenie oglądania filmów Theo Angelopoulosa i innych mistrzów. Z drugiej strony, historia ugina się od dziwacznych, niespodziewanych momentów. Czasami są one faktycznie zabawne, równie często jednak są też siermiężne. A jako całość jest to produkcja zdecydowanie za długa nawet o 40 minut. 

Wszystkie odcienie Polski w formie średniometrażowej produkcji eksperymentalnej, mieszającej style oraz bawiącej się oczekiwaniami widza. Byłem pod wrażeniem, szczególnie wykorzystania ciszy, ale to obraz jednej sztuczki. Szybko wyłapałem myśl przewodnią i film nie miał nic ponadto do zaoferowania. Z tego powodu, pomimo krótkiego czasu trwania, wciąż należałoby go skrócić o parę minut. Niemniej, zabawa warta sprawdzenia.

Akcja filmu rozgrywa się wkrótce po śmierci van Gogha, kiedy to syn listonosza wyrusza w podróż, aby dostarczyć list od Vincenta do jego brata. Trafia na prowincję, gdzie każdy mówi co innego, cel podróży zmienia się w poznanie prawdy o malarzu i jego ostatnich dniach. Jednym słowem, „Twój Vincent” to reinterpretacja „Kultu” z Nicolasem Cagem. Intryga jest konkretna i ciekawa, seans uznaję za udany – zagwozdką jest dla mnie jednak nakład pracy włożony w ten tytuł. Cały jest animowany farbami olejnymi, na jego potrzeby namalowano ponad 1000 obrazów w różnych wariacjach (łącznie 65 tysięcy płócien), cykl produkcji trwał ponad pół dekady, setki ludzi zaangażowano… Dlaczego? Bo pani reżyser postawiła sobie takie zadanie. To wszystko. Co oczywiście szanuję. Realizacja marzeń to piękna rzecz, ale wciąż jestem zdziwiony, że ten film nie próbuje nawet zainteresować odbiorcy sztuką van Gogha, ani nie robi nic ciekawego z samą formą obrazu – ot, choćby, niech główny bohater zaczyna coraz więcej realnego świata widzieć w stylu VvG wraz z poznawaniem go. Nawet tego nie ma. Zamiast tego styl jest, jaki jest… Po prostu. Wizualnie zachwycający i atrakcyjny, dla samego siebie.

Czy opowieść o gościu mającym blisko 40 lat może być coming of age? Najwyraźniej. Główny bohater żyje z dnia na dzień. Spotyka kobiety, uczy surfingu i unika zmartwień. Napięcie jednak powoli rośnie z dnia na dzień i w końcu nadchodzi moment kiedy trzeba będzie dokonać wyboru. Film zyskuje sympatię widza swoim luźnym tonem oraz sporą subtelnością. Bohaterowie żyją autentycznie w tym filmie – mogą tu oddychać swobodnie. Z całą pewnością zyska swoich fanów.

Brat Ilany zostaje porwany razem ze swoją narzeczoną. Rodzina decyduje się zebrać pieniądze i opłacić okup. Znajdujemy się jednak w kulturze, w której można choćby sprzedać Ilanę jako żonę gościowi, który jej nie kocha. To stawia naszą bohaterkę w trudnej sytuacji. „Bliskość” jest filmem, który przypadnie do gustu wszystkim feministkom (szczególnie czwartej fali tego ruchu). Oferuje dobrą dramaturgię i jest angażujący. Niedomaga jedynie na samym początku, kiedy to prawie wcale nie wysila się, aby nakreślić widzowi panujące stosunki społeczne (korzystanie z banalnego zabiegu fabularnego w postaci porwania wcale tu nie pomaga). W pewnym momencie zmienia się na krótką chwilę w „Idź i patrz”, pokazując konflikt o coś, co wydarzyło się ponad trzysta lat temu – ponownie, w niejasny i ogólnikowy sposób. Przykro się robi, gdy widzimy opowieść z rejonu, który umysłowo, filozoficznie, społecznie i kulturalnie tkwi w ciemnych wiekach. Szkoda, że film zrobiono w dosyć płytki sposób. Jednak wciąż warto!

Poważny film o współczesnym Izraelu z perspektywy nauczyciela i męża, wokół którego kręci się wiele konfliktów. Tytuł łączy to z kilkoma momentami rodem z kina Coenów i Jarmusha (szczególnie scena ze sprzedawcą – perełka!), oferując narrację dosyć niezwykłą. Kolejne sceny wydają się z innej bajki, widz trzymany jest w niewiedzy przez długi czas, i sporo jest też wymagane od niego – aby połączył wszystko po części samemu i doszedł do swoich wniosków. Reżyser wszystko to obraca w przypowieść o samotności i stagnacji. „Odpływ” to kino wielu podskórnych emocji.

Mała dziewczynka imieniem Frida trafia do „drugiej” mamy, zostaje wywieziona od babci na przedmieścia, i tam wszystko obserwujemy z jej perspektywy. Nie wiemy więc tak jak ona o wielu sprawach: co się stało z jej pierwszą mamą, dlaczego ludzie źle reagują, kiedy skaleczy się w kolano albo dlaczego Frida musi brać zastrzyki. Widzimy za to proces jej dorastania i jak różne rzeczy na nią wpływają – i to w sposób wyjątkowo wizualny! Pokazane nam jest, jak ona odbiera pewne wydarzenia, jak je przetwarza i jak one na nią wpływają. Frida sprawia problemy, ale nie jest złym dzieckiem. Błędy są popełniane po obu stronach (jej opiekunowie również) i koniec końców dostajemy zaskakująco pełny obraz dorastania.

Pochwała psychoanalityki? Przypowieść o tym, jak to bardzo na sile z czasem rosną w znaczeniu błędy popełnione przez rodziców? A może ostrzeżenie, aby przy opiece nad drugim człowiekiem nie zapomnieć całkowicie o sobie? Trudno powiedzieć, o czym „Ana…” miała opowiadać, więc – chociaż to solidny obraz! – nie mogę napisać, aby był udany. W znaczeniu: spełniony, w którym reżyser wyraził, co miał na myśli. Jest to historia młodego mężczyzny opiekującego się kobietą chorą (w dużym skrócie) na depresję. Fabuła ma konstrukcję nielinearną, kolejne sceny nie wynikają z poprzedniej; raz widzimy wizytę u rodziców dziewczyny, w następnej słyszymy, że jej ojciec nie żyje od roku. Dlaczego tak to zostało opowiedziane? Moment wyjaśniający to jest zdecydowanie najlepszy moment filmu i przykład genialnego visual storytellingu. Piękny, warty pamiętania po wielu latach. Podobnie jak wykorzystanie elementów seksualnych – na początku filmu widzimy, kiedy on pieści jej pośladki w akcie zalotów. Tania scena? Okazuje się, że nie, bo bliżej końca widzimy, jak dziewczyna przedawkowała leki i zabrudziła spodnie. Mężczyzna wziął ją pod prysznic i ją umył. Dzięki temu, że wcześniej widzieliśmy, jak traktował te rejony jej ciała z miłością, teraz widok dbania o jej higienę wpływa na nas o wiele mocniej. Cenię też ten tytuł za podejście do psychologii i naprawdę żałuję, że nie jest trochę bardziej konsekwentny i przemyślany.

Przyjemny zbiór miniatur filmowych, wariacji na temat czasu. Zaskakujące, śmieszne i bawią. Zbiór pięciu nowelek, miniatur filmowych wykonanych przeróżnymi metodami. Wszystkie tyczą się w jakiś sposób zjawiska czasu – od podróży w czasie, poprzez opowiadanie o tym, co się z czasem dzieje, na różnicach w zasięgu kończąc. Piszę enigmatycznie, aby nie psuć wam niespodzianki. Oferuje świeżość i dużo śmiechu, chociaż warto będzie wspominać tylko pod kątem wykonania. Niemniej, wyjątkowo pozytywną zapowiedź przyszłych dzieł tego reżysera.

1945, Węgry. Thriller społecznie zaangażowany. Zaraz po zakończeniu wojny w małym węgierskim miasteczku pojawia się dwóch Żydów z tajemniczym pakunkiem. To elektryzuje kolejne warstwy społeczne w okolicy. Wydaje się, że Żydzi przyjechali odebrać to, co należało przed wojną do nich, podczas której przeszły one do innych rąk w sposób, który nie był poprawny. W każdym budzi się poczucie winy z innego powodu, konflikty rosną z minuty na minutę. Wszystko na tle wesela. „1945” ujął mnie dobrą strukturą oraz szczerością. Reżyser do końca jest skupiony na tym, co najważniejsze, dzięki czemu wynosi swoją opowieść ponad ograniczenia historii post-holocaustowej. To koniec końców nie jest istotne. Ważne jest, aby zachować się dobrze też w innych sytuacjach i czasach. Dobra rzecz!

Pozytywna komedia o starszej kobiecie, która chce popełnić samobójstwo i dołączyć tym samym do swojego zmarłego męża. Zanim to jednak zrobi, chce dokończyć kilka swoich rzeczy. Wbrew opisowi to jednak dosyć bezpieczny film, który nie oferuje wielu zaskoczeń. Podczas seansu dostajemy scenariusz mający dobre tempo, poszczególne sceny są zróżnicowane, oraz ulubienicę publiczności w postaci dorastającej córki głównej bohaterki, która swoją żywiołowością zyskuje sympatię widzów. Kilka ładnych scen oraz zakończenie sprawiają, że to nie był stracony czas.

Doświadczenie z życia przeniesione na ekran. Grupa aktywistów walczy o prawa ludzi zarażonych AIDS. Uświadamiają innych o potrzebie używaniu prezerwatyw i gnębią duże korporacje, które się opierdzielają, zamiast faktycznie pomagać umierającym. Jest w tej produkcji mnóstwo wolności i uroku. Czuć, że dla tych ludzi to może być ostatnia parada i oni są tego świadomi. Czerpią z życia tyle zabawy, ile jeszcze zdołają. Po drodze mimo wszystko przypomną sobie, jak weszli na tę drogę i wtedy obejrzymy kilka poważnych scen o ludziach straconych jeszcze zanim poznali naprawdę życie. Ta część filmu jest najlepsza – radzi sobie bez bohaterów lub konkretnej struktury. Pozwala poznać nam, jak rozgrywa się ten okres w czasie. Nie miałem poczucia dążenia do czegokolwiek. Ta historia mogła być urwana w 80 minucie i nie narzekałbym. Zamiast tego reżyser poszedł w ostatniej chwili w budowanie bohatera i schematyczny finał. Mogło być lepiej.

Widziałem ponadto następujące tytuły, ale nie miałem wtedy czasu, by coś więcej o nich napisać (trzy z nich to krótkie metraże): „Ostatni ląd„, „Na górze cisza„, „Beuys. Sztuka to rewolucja„, „Pola„, „Pięknie nam się układa„, „Raz dwa zero„.

★★★

Zanim ludzie na koncertach zaczęli wystawiać telefony i zasłaniać wszystko, to wcześniej byli jeszcze Polacy z kamerami cyfrowymi na wakacjach za granicą: nagrywają łazienki, nadmiernie korzystają z zoomów i zachowują się jak słonie w składzie porcelany. Rola twórcza reżysera ograniczyła się wyłącznie do montażu: ustalenia reguł i dobrania autentycznych nagrań Polaków. To trochę oznacza, że miejsce tego filmu znajduje się YouTube, ale to nic mu nie umniejsza. Kto nie rozumie żartu, ten niech obejrzy go w towarzystwie – moja widownia śmiała się prawie cały czas. Sam nie wiedziałem, jak zachowuje się Polak za granicą, ale szybko się wszystkiego domyśliłem. Prosty kawał, ale udany.

Dokument, który powstał zaraz po tzn. „Brexicie” (głosowaniu, które odbyło się w UK w sprawie pozostania lub opuszczeniu Unii Europejskiej) i składa się z dwóch części: w jednej głos mają ludzie, a w drugiej eksperci. Obie grupy wypowiadają swoje zdanie o przyczynach, przebiegu, wynikach Brexitu. Zwykli obywatele kreślą obraz GB i mówią co chwila coś nowego, więc seans nie staje się monotonny. Przeszkadza jedynie, że w dalszym ciągu jest to zbiór skrótów myślowych, z których nic nie wynika. Każdy inaczej pojmuje kapitalizm, nacjonalizm, faszyzm itd., więc o dyskusji można zapomnieć.

Są dwa rodzaje filmów o murzynie jadącym rowerem. Jedne po prostu to pokazują, a drugie pokazują to w ciekawy sposób. „Makala” należy do pierwszego rodzaju. To film, w którym widzisz, jak bohater rąbie drewno, zamykasz oczy, drzemiesz pięć minut, otwierasz oczy… I koleś dalej rąbie to samo drewno. A potem ładuje na rower kilka siat węgla i idzie w drogę (50 kilometrów!), aby je sprzedać i zarobić pieniądze na leki dla chorej córki. Na szczęście są tu też inne sceny, w tym jedną kapitalna z niebagatelnie żarliwą modlitwą. Piękna, energetyzująca rzecz. Cała reszta odrzuciła mnie monotonią i brakiem kreatywności, chociaż byli też widzowie, którzy pchali rower razem z głównym bohaterem i byli bardzo zaangażowani.

Eksperyment slow-cinema-ish po polsku przywodzący na myśl „Silent Hilla”, a nawet „Lśnienie”. Wiele zabrakło do wspomnianych klasyków, nawet bardzo wiele… Gdyby twórcy mieli więcej doświadczenia i obszerniejszy budżet to, kto wie? Miejsce akcji to kilka ośnieżonych budynków – gdzieś w górach. Główny bohater od lat tam wraca i wspomina przeszłość. Nawet nie wie, po co, ani co chce w ten sposób osiągnąć. Ma problemy z przypominaniem sobie różnych rzeczy. Zdaje się, że nie ma tu nikogo poza nim. Wałęsa się on po pustych budynkach słucha swoich nagrań, czasem włączy radio… Nie wiadomo, czy coś z tego wynika. Większość jest pewnie zrozumiała jedynie dla autorów, ale nie ma w tym nic, co by mnie złościło. Nie żałuję poświęconego filmowi czasu, chociaż pewnie zasługuje na o wiele niższą ocenę.

„Tarapaty” to film produkcji polskiej dla dzieci i młodzieży. Dziewczynka trafia do swojej cioci, której dobytek staje się ofiarą włamywaczy. Dziewczynka postanawia odzyskać skradzione skarby i trafia na głębszy spisek. Osobiście zaliczam seans do udanych – z ulgą donoszę, że te 80 minut minęło mi bez zażenowania. Warsztat twórców był solidny, chociaż nie obyło się bez potknięć. Skorzystali z większości schematów tego typu kina i efekt jest klarowny: zrozumiały dla młodych, trafia do nich, potrafi ich zaciekawić. Mam tylko jeden zarzut: brak nauki, którą ja wyciągnąłem z lektury choćby „Przygód trzech detektywów”. Tam były ciekawostki na różne tematy, a śledząc poczynania bohaterów, uczyłem się analitycznego myślenia. Film nawet nie aspiruje do takich rzeczy, nie mówiąc o dostarczeniu ich. Niemniej: udany film. Z dziećmi można wybrać się do kina na ten seans jak najbardziej.

Film parodiujący podchodzenie do tematu uchodźców i strachu przed nimi w każdej postaci – dlatego tutaj mamy uchodźcę jako anioła umiejącego lewitować, a ludzie i tak chcą go dopaść, bo przekroczył granicę Serbii i Węgier. Pomysł jest w porządku, zaskoczony jestem tylko tym, że to taki nieciekawy obraz jest. Losy bohaterów nie są interesujące, oni tym bardziej, nawet samo latanie takowe nie jest. Są momenty, kiedy „Księżyc…” potrafi chwycić uwagę, ale to nie wystarczy. Ostatecznie jest to film, który ma dobrą pracę kamery i momenty warte uwagi, ale byłem wdzięczny, kiedy wreszcie się kończył.

Obraz prostych robotników z Ameryki Południowej: ich sytuacja społeczna, jak są traktowani w różnych sytuacjach, jakie jest ich życie osobiste i emocjonalne. Problem jest taki, że prości ludzie mieli powiedzieć coś na złożony temat, więc przez większość czasu to wyglądało jak kręcenie się w kółko – aż do ostatniego monologu, kiedy to wszystko złożyło się na kilka ładnych, prostych zdań, trafiających w punkt. Jestem zadowolony, że je usłyszałem. Pozwoliły mi nawet spojrzeć na mnie samego w trochę inny sposób. Niemniej: można ominąć. 

Kryminał lekko podparty prawdziwymi wydarzeniami (często sceny opatrzone są konkretną datą, w tle ma miejsce protest społeczny, który miał miejsce w Kairze). Kobieta ginie w tytułowym hotelu. Świadek znika, dyrektor hotelu daje łapówkę i policja zamyka dochodzenie; morderstwo staje się samobójstwem. Nikt nie chce ryzykować, kiedy istnieje ryzyko, że w sprawę zamieszane mogą być wysoko postawione sylwetki ze świata polityki. „Morderstwo…” to kino gatunkowe-zaangażowane, które daje solidną intrygę i kilka wyraźnych, niełatwych momentów, jednak korzysta też ze skrótów myślowych i popada w schematy.

Widziałem ponadto następujące tytuły, ale nie miałem wtedy czasu, by coś więcej o nich napisać (siedem z nich to krótkie metraże): „Halka„, „Nieoswojeni„, „Niesamowite, ale prawdziwe„, „Żabi król„, „Planeta ziemia„, „W ułamku sekundy„, „Zwierzęta„, „Mała wycieczka„, „Cipka„, „Koniec widzenia„, „Powrót” (2016), „Lowe„, „XOXO – pocałunki i uściski„.

★★

Najpiękniejszy tytuł festiwalu kryje średnio interesującą zawartość – mamy tu dokument poświęcony techno i jego impaktowi na kulturę Niemiec w ciągu ostatnich kilku dekad. Rozmowy z DJ’ami przeplatane są pokazami występów. Efekt w mojej ocenie lepiej sprawdziłby się jako materiał pocięty na klipy i wrzucony na jakiś kanał YouTube poświęcony techno – jako ciekawostkę. Zebrany do kupy tylko męczy, a i tak nie dowiedziałem się wiele o tej muzyce ani też nie jestem o krok bliżej, aby ją zrozumieć. Więcej dało mi usłyszenie rano słów koleżanki, że to muzyka do tańczenia, a na słuchawkach tylko ją męczy.

Satyra na środowisko artystów i intelektualistów pozbawiona z grubsza fabuły lub głównego bohatera, ale też dobrego smaku, głębi oraz subtelności. Kolejne żarty są toporne i przejrzyste – od razu wiadomo, co twórca chce powiedzieć, jeszcze zanim nawet przejdzie do puenty. Boli mnie ignorancja autorów i kompletny brak zainteresowania prawdziwymi przyczynami, jakie stoją za intelektualną sytuacją ludzi tworzących współczesną sztukę na użytek ekspozycji muzealnych. Tu istotne jest robienie sobie tylko żartów, które szybko stają się powtarzalne. Arystokrata proszący o tolerancję wobec osoby z zespołem Touretta, który wypowiadanymi wulgaryzmami przeszkadzał podczas wywiadu z artystą to szczyt subtelności i poczucia humoru tego filmu (dziennikarka zadaje pytanie, chory krzyczy na całą salę „pokaż biust” itd). Dobra wiadomość jest taka, że „The Square” ogląda się dosyć dobrze z uwagi na tempo produkcji, to dosyć zróżnicowany film. Druga dobra wiadomość jest taka, że do nowego sezonu „South Parku” zostało tylko kilka tygodni. Miłośnicy dobrej satyry wytrzymają.

Kobieta jedzie na festiwal muzyczny… I twórcy filmu nic ciekawego z tym nie robią. Skupiają się jedynie na uchwyceniu atmosfery takiej imprezy – gadania o magii i miłości, poznawaniu nowych ludzi, masażu i widoku telewizora w ogrodzie, na którym widać jak Hendrix rozwala gitarę. Robi to w najbardziej prostolinijny sposób: po prostu to nagrywając i nakładając efekt wrażenia VHS na obraz. Rozmowy o niczym, stanie gdzieś, uczestnictwo w koncercie. Ten film to zapis doświadczenia udziału w takim przedsięwzięciu, ale jego czar nie przedostaje się przez szklany ekran. Nawet nie próbuje. Brak fabuły, klimatu i bohaterów. Pusty seans.

Transport przez granicę, aby pomóc walczącym w konflikcie Rosja – Ukraina. Od początku rzuca się w oczy, że reżyser rezygnuje ze wszystkiego, co mogłoby czynić historię ciekawszą: nie pokazuje konfliktu wewnątrz bohaterów, nie pokazuje, jak trudne jest to przedsięwzięcie, nie pokazuje, jak to stało się możliwe. To po prostu się dzieje. Bohater mówi: „Zrobię to”, pośrednik mówi: „Wszystko załatwione” i przemyt jest możliwy. Takie upraszczanie każdego elementu historii powinno mieć na celu skupienie widza na tym, co najważniejsze, ale tak w praktyce nie jest. „Szron” to banalna opowieść o tym, że wojna domowa nie ma sensu, której kreatywność kończy się na tym, aby dosłownie posadzić przed sobą dwie postaci i kazać im mówić, że wojna domowa nie ma sensu. Każda decyzja podjęta przez twórców jest błędna, skutkując monotonią, brakiem naturalizmu w dialogach, rozkojarząjącym kadrowaniem twarzy bohaterów… Na końcu uderza w mocniejsze tony, ale w moim przypadku był to jedynie gwóźdź do trumny i zniżanie się do najprostszych sztuczek. Lubicie, kiedy bohaterowie przed odejściem tańczą i wygłaszają patetyczne mowy? Tu to dostajecie.

Dwoje mężczyzn żyje na opuszczonym osiedlu. Film pozbawiony słów poza kilkoma cytatami, które padają z OFF-u albo widzimy je napisane na ścianie. Cóż mogę powiedzieć o samej produkcji? Niewiele. Nie byłem znużony, nie zasypiałem, za to oglądałem w skupieniu… I nic. Moje przemyślenia i uwagi nie składały się w całość. Najlepsze, z czym wyszedłem to luźna interpretacja, w której to film opowiada o tym, jak obok zakochanych pojawia się ktoś trzeci i zajmuje miejsce jednego z nich. A ten, co odpadł, nie może sobie znaleźć miejsca na ziemi. I to jest błędne, ponieważ reżyser nie zostawił tak naprawdę opcji, aby to interpretować. Zamiast tego pozwalał, aby film sam się toczył, i zostawiał wiele rzeczy tylko dla siebie. Ot, artysta.

Widziałem ponadto następujące tytuły, ale nie miałem wtedy czasu, by coś więcej o nich napisać (jeden jest krótkim metrażem): „Klub seniora„, „Symbmiofonia„;

Cała treść tego dokumentu zawarta jest na samym początku filmu, kiedy to w kilku zdaniach czytamy, iż tytuł odnosi się do ludzi zdolnych rozmawiać podczas snu. Byli badani i okazało się, że ich kora mózgowa była bardziej aktywna. To wszystko. Następnie słuchamy jak lecą z off-u różne takie audycje, często bełkotliwe i chaotyczne. Inwencja twórcza reżysera kończy się na tym, by nagrywać leżące ciała, które dzięki różnym sztuczkom ze światłem i obiektywem wyglądają jak wizje senne. To wszystko. Jednego takiego nagrania można posłuchać jako ciekawostkę. Reszta to dosłownie strata czasu. Obejrzałem do końca i potwierdzam: nic się nie zmienia. Akceptowałbym, gdyby to był krótkometrażowy projekt absolwenta filmówki. Ale blisko półtorej godziny to przesada. Już pomijam, że w ogóle nie zgłębiono tytułowego tematu. Polecam oglądać w okolicy czwartej rano, z wyłączonym ekranem. Wtedy to będzie bardzo niepokojąca audycja radiowa. Myślę, że to mogłoby być ciekawe doświadczenie.

Coś dla fanów Malick’a. Pani reżyser przekazuje widzom swoją obawę o to, że mogłaby stracić dziecko, które niedawno przyszło na ten świat. Całość trwa nieco ponad godzinę i składa się z połączenia ujęć podobnych do nagrań rodzinnych i czystych miniatur eksperymentalnych (prowadzenie wózka szpitalnego po dnie morza itp.) – zestawienie zapewne zrozumiałe wyłącznie dla autorki i jej najbliższych.

Pierwsze wrażenie jest pozytywne – opowieść jest niejasna, narracja podsyta oczekiwaniami i zachęca, aby wyczekiwać finału. Widzimy, jak kobieta powraca na łono rodziny, do swoich dzieci. Następnie wraca do domu jej mąż, którego długo nie było (pracuje za granicą) i wkrótce znowu wyjedzie. W nocy do okna puka młody człowiek, który pragnie romansu z bohaterką. Chociaż opis był bardzo trudny dla mnie do napisania, to jednak ta część jest najlepsza. Są wtedy problemy, ale film, chociaż trzyma się przysłowiowej kupy, by upaść kompletnie w momencie, kiedy dowiemy się, dlaczego bohaterka zrobiła, co zrobiła. Bez zdradzania czegokolwiek: jej motywacje są słabe. Problemy bohaterki to dziecinność, które tylko rosną na sile, a w wielkim finale bohaterka po spapraniu do końca swojego życia postanawia spaprać jeszcze czyjeś. I tu już nie ma żadnego ratunku dla tego filmu, bo to obraza dla każdej dorosłej osoby na widowni, która codziennie radzi sobie z większymi problemami. A minusów w tym filmie jest jeszcze więcej: sceny nie mają sensu wskutek błędów montażowych, przeciętnych dialogów i gry aktorskiej. W skrócie: jednowymiarowy drugi plan i motywy niemające sensu… A podczas spotkania z twórcami po filmie w swym ostatnim zdaniu pani reżyser powiedziała, iż liczy, że jej obraz polepszy sytuację kobiet w Polsce. Spotkanie się skończyło, więc nie miałem czasu, aby zadać pytanie: „K****, jak?!”

Rodzina pozbawiona mężczyzn: matka i dwie córki. Najmłodsza mająca 17 lat razem ze swoim równie nieletnim chłopakiem decydują się urodzić dziecko i nie idzie im z tym dobrze. Na początku filmu myślałem, że oglądam kolejny identyczny film o tym samym, i zacząłem żałować, że jeszcze nigdy nie widziałem filmu o młodych osobach, które dojrzale podchodzą do rodzicielstwa, przygotowują się i dają z siebie wszystko. Tym „Córki…” nie są, bo znowu oglądamy, jak matka odkrywa, że dzieci płaczą, i to jej przeszkadza. A potem historia filmu zmienia się… I jeszcze trudniej jest mi powiedzieć, czym ten film jest, bo bohaterowie okazują się pozbawieni osobowości i ubodzy na umyśle; robią tak szalone rzeczy, że nie znajduję słów, by je opisać, popełniają głupstwo za głupstwem, a potem film się kończy i widz zostaje z jedną myślą: „Co ja właściwie obejrzałem?” O czym to było? Po krótkim namyśle dochodzę do wniosku, iż jest to produkcja o tym, żeby nie dopuszczać kobiet do dzieci pod żadnym pozorem. Żadnym. Inaczej wszyscy będziemy żałować. Ewentualnie jest to rzecz o ziszczeniu męskich fantazji o tym, aby zaliczyć parę kobiet, pobawić się i uniknąć wszelkich konsekwencji, nie robiąc przy tym absolutnie nic.

I w ramach ciekawostki – zapisałem sobie, że widziałem jeszcze te tytuły, ale nie mam żadnej pamięci o tym, ani jak te filmy wyglądały (dwa z nich to krótkie metraże): „W absolutnej ciszy„, „Prezent„, „Ślady ulotne„.