Friday Night Lights (2006-2010)

Friday Night Lights (2006-2010)

13 maja 2018 Sportowy 0
friday night lights
Wiara w Boga chrześcijańskiego & Teksas & Dramaty nastolatków

Kilkanaście filmów obyczajowych ściśniętych w jeden serial sportowy, którego akcja rozgrywa się w Teksasie.

Po I sezonie

Najpierw był film Petera Berga w 2004 roku „Światła stadionów„, opowiadający o drużynie grającej w futbol amerykański. Następnie pan Berg we własnej osobie rozwinął swoją produkcję w serial telewizyjny, podobnie jak wcześniej robiono choćby z filmem „MASH” (1970). Zajęło mu to dwa lata i chociaż nie pisał ani też nie reżyserował konkretnego odcinka, to powołał do życia tytuł, który potem będzie wymieniany na listach seriali telewizyjnych z najlepszymi finałami w historii. „Friday Night Lights” to wyjątkowy twór na wiele sposobów – to w końcu jedyna produkcja sportowa w tym formacie, jaka przychodzi mi do głowy. Sceny na stadionie, kiedy rozgrywa się mecz, trybuny są pełne, mnóstwo ludzi krzyczy i biega – możemy wszystko to oglądać niemal w każdym epizodzie. Serial skupia się na członkach drużyny, ich trenerze oraz osobach związanych z nimi wszystkimi: ich przyjaciołach, rodzinie i współpracownikach. Każde z nich ma swoje życie i poznajemy ich w różnych sytuacjach: w pracy, jaką wykonują, jak sprawdzają się jako rodzice lub przyjaciele, jakimi są ludźmi. Wśród bohaterów są tacy, którzy zakochują się w kobiecie z przypadłością psychiczną, inni opiekują się samotnie swoją babcią. „Friday Night Lights” wykracza poza stadion i sport, pokazując sportowców jako ludzi potrzebujących zawodów w swoim życiu, grających i walczących o wiele więcej niż tylko wynik i puchar.

Przy tym jest to produkcja dosyć przewidywalna, można nawet nazwać ją schematyczną. Można przewidzieć przebieg większości wątków (nie tylko sportowych, ale i romantycznych lub obyczajowych), wygrane zespołu na koniec nie są szczególną niespodzianką. Nie ma tu poważnego ukazywania treningu i jego wpływu na przebieg meczu. Bohaterowie potrzebują jedynie przemowy motywacyjnej, aby sięgać szczytów. To może być zaletą, ponieważ podczas seansu czułem się jak widz na stadionie, oglądający grę, a nie serial. Nie analizowałem, jedynie oglądałem zawodników wykonujących ryzykowne zagrania, które udawały się lub nie. Strona serialowa była wtedy jedynie dodatkiem, w którym szczególnie lśnił Kyle Chandler w roli trenera. Przez pełne 22 odcinki udało mu się stworzyć silną, charyzmatyczną sylwetkę nieustępliwego i twardego trenera, który jak każe swoim zawodnikom biegać w deszczu, to oni będą się go słuchać. Pan Chandler wykonał swoją robotę w niebywale intensywny sposób, wspaniała rola. Dzięki „Bloodline” wiedziałem, że jest on znakomity w swojej sztuce, ale teraz naprawdę jest mi szkoda tego, że widz kinowy nie ma zupełnie pojęcia o tym, jaką klasę ma ten człowiek. Bo co Chandler w kinie pokazał?

Z drugiej strony „Friday Night Lights” zostalo zrealizowane w… dziwnym stylu. Trochę jak dokument, kamera z ręki, szybki montaż, wszystko realizowane na mocnym zbliżeniu. Połowa scen dialogowych została wykonana w taki sposób, że pomiędzy górną i dolną krawędzią ekranu w kadrze prezentuje się wyłącznie nos i oczy postaci, ewentualnie kawałek ust. Zoomów na szczęście jest niewiele, ale realizacja pseudo-dokumentalno-realityshow ogólnie trudno zrozumieć. Jest, jaka jest i może przeszkadzać, rozpraszać lub irytować. Zdaje się ograniczać aktorów i przestrzeń w ekranie, po obejrzeniu całego pierwszego sezonu nie widzę w tym stylu żadnego kunsztu.

Ostatnią cechą serialu – przynajmniej w tym sezonie – jest narracja skupiona wyłącznie na tym, co istotne, czyniąc właśnie w ten sposób te rzeczy istotnymi. Rozwinę tę uwagę na przykładzie: w pierwszym odcinku jeden z zawodników podczas meczu ulega kontuzji, ktoś musi go zastąpić – i ten ktoś jest wymieniony z imienia i nazwiska, komentator podczas meczu każdy jego ruch opisuje, jakby od tego zależała średnia długość penisa u wszystkich mężczyzn na świecie, widownia na zmianę wiwatuje i buczy niczym widownia w programach typu „Mam jednorazowy talent„, a następnego dnia każde zachowanie tego zawodnika w meczu było analizowane przez radio, telewizję oraz specjalny wydział NASA. Co w sumie było naturalne, bo to było ważne zastępstwo, było co analizować, a ludzie w tym rejonie żywo interesują się futbolem amerykańskim. Problem w tym, że 10 odcinków później dochodzi do podobnej sytuacji, tylko wtedy na murawę wchodzi ktoś nieistotny dla fabuły, więc… Jest nieistotny. W ogóle już się nie interesują tym, co tam robił na trawie, jak sobie radził. Nikt go nie analizował i nikt o nim nie pamięta. Całe wydarzenie istniało jedynie przez pryzmat innych postaci – tych ważnych, którzy nie mogli grać, więc ktoś nieistotny musiał ich zastąpić i teraz ciężar tego, co zastępca zrobił, spoczywa na tym, który był niedysponowany. To takie sztuczne i fałszywe podkręcanie napięcia jest.

Są więc różnego rodzaju skróty i pójścia na łatwiznę, ale „FNL” jest emocjonalne, chciałem oglądać do końca. Później w tym roku zabiorę się za resztę serialu, przy której pierwsza seria – sądząc po ocenach na IMDb – jest mocno średnia. Wszystko jeszcze przede mną.

PS

Spotkałem się z opinią, że kobiety w tym serialu są klinicznie niedorozwinięte i mogę zrozumieć, skąd taki wniosek. Każda postać damska odwali jakąś manianę, a czołowym przykładem jest jedna chrześcijanka, której chłopak został kaleką do końca życia. Na początku więc cnotliwa i świętoszkowata dziewczyna odwiedza swojego chłopaka, chce z nim brać ślub mimo wszystko. Potem go zdradza. Gdy jej narzeczony o tym się dowiaduje, to ją rzuca. Ona płacze, więc „dobra, stało się, będziemy razem, ale ci nie wybaczam„. To ona robi mu awanturę, że jak to, że nie wybacza. I to dopiero połowa sezonu, potem on zdradzi ją i ona zacznie dopiero szaleć. Okaże się, że w drugą stronę dużo płakania nie wystarczy. Tamten odcinek zatytułowany jest „It’s Different for Girls„, ale chyba nie mieli tego w ten sposób na myśli.