Coco (2017)

Coco (2017)

31 maja 2018 Animacja 3D 0
coco
Lee Unkrich & Michael Giacchino
Lepiej pograć w „Grim Fandango”

Schematy, denerwujący bohaterowie i wszystko na siłę.

Ameryka Południowa. Zbliża się Święto Zmarłych. Bohaterami „Coco” jest rodzina skończonych, irytujących debili, którzy nienawidzą muzyki. Dlaczego? Bo członek ich rodziny sprzed pięciu pokoleń był dupkiem i muzykiem, więc oni teraz będą nienawidzić muzyki. I im odwala w niewyobrażalny sposób – krzyczą, biją ludzi, drą ryja, rzucają kapciami w ludzi. Toksyczność Internetu przeniesiona na ekran. W tym filmie nie ma nic przyjemnego w oglądaniu, jedynie denerwowanie się z powodu głupoty bohaterów. Najmłodszy członek rodziny chce być muzykiem i rodzina za to go dręczy. Nie można słuchać, nucić ani nawet być świadomym, że muzyka istnieje, trzeba ją zniszczyć! Po kilku minutach oglądania zacząłem wymyślać 10 głupszych pomysłów na fabułę i poległem. Wymyśliłem tylko cztery. Oto one, 10 fabuł głupszych niż „Coco„”

Rodzina zabraniająca bohaterowi sadzić roślin
Rodzina zabraniająca bohaterowi ubierać się
Rodzina zabraniająca bohaterowi mierzyć czas
Rodzina zabraniająca bohaterowi chodzić twarzą do przodu
Rodzina zabraniająca bohaterowi…? Macie jakiś pomysł?

Sam pomysł to pikuś jednak, bo potem trzeba jeszcze oddać duszę diabłu i pochować jakąkolwiek pomysłowość oraz kreatywność. Wszystko po to, by trzymać poziom „Coco„, które jest zrobione od linijki według wszystkich najgorszych schematów, jakie tylko istnieją. Jest tu absolutnie wszystko – fabuła z gry komputerowej, bohater stający wobec wyzwania jako zupełny nowicjusz i radzący sobie z nim śpiewająco, antagonista wygłaszający zły plan nie wiedząc, że zanim stoi działający mikrofon… Nie ma jedynie tańczenia break dance’u w finale.

Chociaż w sumie to jest, bo logiki w tym filmie nie ma. Na koniec bohater wraca do swojej rodziny nienawidzącej muzyki i mówi im setny raz, że się mylą i muzyka jest spoko, a oni na to: no w sumie muzyka jest spoko. W jaki sposób to sprawiło, że zmienili zdanie? A no w taki, że to był koniec filmu i trzeba było płakać i się śmiać i tańczyć. Nie break dance, ale wciąż. Gratuluję, nic w tym filmie nie ma sensu, nic się nie dodaje, nic nie zostało osiągnięte i nikt niczego się nie nauczył. Z tego, co się zorientowałem, pozostali widzowie zachwycają się tym, że „Coco” opowiada o Święcie Zmarłych, rewolucjonizuje myślenie zachodniego obywatela o śmierci jako czymś więcej niż tylko czymś materialnym i uczy, jak ważna jest pamięć o tych, co odeszli. Wszystko fajnie, ale po pierwsze: bohater już na początku pamięta o swojej martwej części rodziny, a po drugie, cała ta pamięć nie sprawia, że ktokolwiek jest tu lepszym człowiekiem albo że prowadzi lepsze życie. To wszystko jest dobre tylko wewnątrz tego filmu i jego reguł. Jeśli pamiętasz, to ludzie w zaświatach też żyją… I zapewne będą całą wieczność zastanawiać się, jak świat zmarłych w „Coco” funkcjonuje przy tych wszystkich sprzecznościach.

Podobało mi się, że kilka razy autorzy animacji wykorzystali plastyczność świata, nawet niekiedy uwzględnili ją w przebiegu fabuły. Chodzi mi o to, że w świecie zmarłych postaci mogą np. odpiąć sobie dowolną kończynę, rozdzielić się i złączyć, a przy robieniu sobie zdjęcia z kimś słynnym to tej osobie wręczają swoją głowę, a reszta ciała zostaje, by obsłużyć aparat fotograficzny. Z ręką na sercu mogę napisać, że te momenty sprawiły mi przyjemność. Gratuluję pomysłowości.

Mam nadzieję, że Pixar zatrudni kiedyś jeszcze scenarzystę w swoich filmach. A tymczasem wracam do zastanawiania się, kiedy widziałem ich film, który mi przypadł do gustu… W 2010 roku chyba…