Bojack Horseman

Bojack Horseman

9 września 2017 Drama 0
bojack poster
Alison Brie & Aaron Paul
Wszystko jest partnerem seksualnym, jeśli jesteś odważny

Serial, którego potrzebuję w swoim życiu.

BoJack jest koniem. Był gwiazdą sitcomu z lat 90’tych, dziś jest alkoholikiem i dupkiem. Jest bogaty i relatywnie sławny, może robić wszystko – a więc leży na kanapie cały dzień, ogląda powtórki swojego serialu na DVD, zażywa większość narkotyków a jego życie to ciąg absurdów i ironii. I przy okazji – myśli o napisaniu autobiografii. Idzie mu to jak można by przypuszczać po takiej osobie, dochodzi więc do spotkania z Diane, ghost-writerem, która napisze książkę za niego. Ten jednak musi się w tym celu otworzyć, opowiedzieć o swoim życiu i wyjaśnić, czemu tak w ogóle chce napisać autobiografię.

Wrażenia po pierwszym odcinku:

Serial z Aaronem Paulem i Alison Brie, w którym koń uprawia seks z kotem. Jest dobrze.

Po czterech odcinkach:

Aaron Paul w końcu zabrzmiał jak Jessie Pinkman. Jest dobrze.

Po ośmiu odcinkach:

Nie mogę powiedzieć, czy oglądam dramat albo komedię. Śmiałem się przed chwilą, a teraz patrzę na jeden z najszczerszych momentów w historii telewizji. Jest dobrze.

Po dwunastu odcinkach:

BoJack najwyraźniej jest jedną z najgłębszych postaci w kinie.

Po dwóch sezonach:

Ten serial jest wyjątkowy. Początkowo przywodzi na myśl kilka innych produkcji (sarkastyczny, czarny humor – „Archer„; motyw pisania książki przez dupka – „Californication„; liczne cameo celebrytów – „Ekipa„; okazjonalne dynamiczne gagi w stylu „Futuramy” itd.), a po kilku odcinkach nie da się go pomylić z żadnym innym.

I nie mam teraz na myśli takich oczywistości jak fakt, że w świecie tej produkcji połowa populacji to wygląda jak zwierzęta. I dochodzi między nimi i ludźmi do wszystkich normalnych interakcji, łącznie z seksem. Nie, to co się dla mnie liczy to przynależność do mojego ulubionego rodzaju komedii – takiej, w której nie możesz się zdecydować, co oglądasz: dramat czy komedię? Tak, często jestem zaskakiwany do takiego stopnia, że dostaję ataku śmiechu, i kocham ten serial za to. W tym samym czasie twórcy zachowują bezwarunkową powagę wobec spraw, które się liczą. I naprawdę umieją o nich rozmawiać i wytłumaczyć widzowi, jak to jest, że sławny milioner nadal nie czuje się szczęśliwy. Dojdzie nawet do śmierci w tym serialu (przezabawnej). I najbardziej lśni w tym wszystkim postać BoJacka – istoty złożonej, skomplikowanej, której każdy detal ma jakieś źródło. Gdy w 12 odcinku dowiedziałem się, kim był Sacreteriat, o którym parę razy wspomniano podczas pierwszego sezonu – byłem po prostu w szoku.

Tutaj humor jest rodzajem autoterapii, zasłony dymnej, abstrakcyjną metodą, by opowiedzieć o czymś poważnym. I twórcy chcą doprowadzić to do końca. Wszystko najlepiej wygląda na przykładzie BoJacka, ale tu każda postać jest w podobnej sytuacji. Todd śpi na kanapie od 5 lat, Caroline umawia się z Vincentem, chociaż wszyscy widzą, że to tak naprawdę troje małych chłopców w długim płaszczu. A twórcy po zabrnięciu tak daleko, nadal potrafią mnie rozśmieszyć. Wiem, co oglądam, i robię to świadomie, a oni wiedzą to chyba jeszcze lepiej ode mnie.

Dodam jeszcze, że to produkcja całościowa – dla przykładu, akcja zaczyna się w Hollywood, ale w połowie pierwszej serii BoJack po pijaku kradnie to duże „D” (a rano za diabły nie może sobie przypomnieć, do czego mu ono miało być potrzebne) więc zmieniono nazwę i aż do tej pory mieszkają w Hollywoo. Żarty to jedno, dla mnie liczy się głównie fakt, że dzięki tej ciągłości widzę powagę w tej produkcji. BoJack cały czas jest na tej ścieżce prowadzącej do jego rehabilitacji w jego własnych oczach. By mógł na siebie w ogóle patrzeć w lustrze. By był zadowolony z bycia sobą. Schodzi z tej ścieżki, spierdala sobie życie, ale gdy już na nią wróci to mądrzejszy o rzecz lub dwie. Finałowe słowa drugiej serii to najbardziej motywująca rzecz, jaką w życiu usłyszałem i dotąd powtarzam ją sobie codziennie.

Same odcinki najczęściej są średnie, ale w każdym dostaję wszystko to, za co pokochałam cały serial. Nawet jeśli coś mnie nie śmieszy lub nie zachwyca na pierwszy rzut oka, to zawsze można tam dostrzec jakąś głębię. Po zobaczeniu finału drugiego sezonu jestem zachwycony skrupulatnością, z jaką twórcy budują swoją opowieść o pracy nad sobą, poszukiwaniu celu życia. Ośmielę się nawet napisać, że „BoJack Horseman” to produkcja, której świat w tym momencie bardzo potrzebuje.

SEZON III to nowy rozdział produkcji, której potrzebuję w swoim życiu. BoJack to mój spirit animal i najnowsze 12 epizodów jego przygód mnie nie zawiodło. Mamy tutaj doskonały epizod żartujący z aborcji (gwiazda porno udaje, że zachodzi w ciążę, by potem mieć aborcję przeprowadzoną na żywo w tv – będzie ją reżyserować John Carpentner!), w innym BoJack jest nieustająco pod wpływem jakiegoś narkotyku i cały czas się chwieje. Mamy też w końcu wybitny epizod „Fish Out Of Water„, który przypomniał mi animacje Sylvaina Chometa („Iluzjonista„, „Trio z Belleville„). Przygotujcie się, że to będzie najlepszy epizod tego roku, mówię wam. Poza tym dostajemy swoją dawkę gorzkich słów pod adresem BoJacka i wybitny „running-joke” w postaci Mr. Peanutbuttera kupującego spontanicznie zapas durszlaków który starczy na kilka pokoleń dla całego miasteczka. Po co mu one? Po nic. Nie wyrzuca ich jednak, bo wierzy, że to w końcu mu się opłaci. I tak też się stało! Oklaski za budowanie oczekiwań i spełnienie ich w takim stylu! Jeśli musiałbym się czepiać – to jak dla mnie brakuje temu sezonowi własnej osobowości. Taki przystanek przed następnym sezonem bez wyraźnego zakończenia. To nie jest opowieść o tym, jak BoJack startuje do wyścigu po Oscara. To raczej 12 epizodów z życia tej postaci, gdzie nie dowiadujemy się wielu nowych rzeczy. To po prostu klasyczny serial – czyli taki, w którym bohater nie musiał ewoluować z epizodu na epizod. Zamiast tego oglądamy, jak BoJack jest BoJackiem. Ma swoje chujowe życie i twardo utrzymuje je w takiej postaci. Osobiście to akceptuję, bo jakakolwiek zmiana w przypadku tak złożonej i wielowymiarowej postaci może dogłębnie zniszczyć całą produkcję, jeśli nie będzie dokonana z ogromnym kunsztem na miarę najlepszych dokonań kinematografii. Czy jest to możliwe? Czy pewnego dnia zobaczę BoJacka szczęśliwego? Czy ktokolwiek może być naprawdę szczęśliwy? Czwarty sezon już za rok!

Sezon IV to nowa świeżość – cały sezon jest cholernie konkretny i zróżnicowany. Nie ważne, za co kochasz ten serial, dostajesz wszystkiego po trochu, a opowiedziane to jest w zachwycający sposób. Plus możliwie najlepszy odcinek w całym serialu, czyli „Time’s Arrow”.

Sezon V to typowy sezon BoJacka – po trochu wszystkiego: picia, depresji, poszukiwania sensu życia, poszukiwania szczęścia, walki o lepsze jutro, Todd odwali jakąś głupotę, do tego jeszcze satyra na pop-kulturę i kilka odniesień do innych tytułów. Do tego masa szczegółów w tle (Mr. Peanutbutter witający Dianę na lotnisku z tym samym napisem, który miała jako imię na plakietce, podczas pracy w kawiarni, gdzie się spotkali pierwszy raz) oraz zabawy i eksperymentowania formą. Mamy tu odcinek prezentujący jednocześnie cztery przyjęcia Halloweenowe z czterech różnych lat, żeby pokazać w ten sposób czyjąś relację. Mamy odcinek złożony wyłącznie z monologu oraz taki opowiedziany przez rozmowę dwóch damskich psychiatrów. Żadna nie może wymienić danych pacjenta, więc je zmyśla, a to wpływa – między innymi – na wizualną stronę animacji. Takie numery są najlepszą częścią serialu, oprócz jego umiejętności mówienia o rzeczach trudnych przy użyciu prostych słów. W tym wypadku jest to śmierć rodziców. To powiedziawszy – piąty sezon jest przede wszystkim bardziej zabawny oraz jakby bardziej statyczny od wcześniejszego. Niewiele tutaj ruszyło do przodu. Wciąż jest to doskonały tytuł, który można pochłonąć na jedno posiedzenie.

Cytaty

You can’t keep doing this! You can’t keep doing shitty things and then feel bad about yourself like that makes it okay! You need to be better! (…) BoJack, just stop. You are all the things that are wrong with you. It’s not the alcohol, or the drugs, or any of the shitty things that happened to you in your career, or when you were a kid. It’s you. All right? It’s you. Fuck, men. What else is there to say?”


I’m not interested in being rebirthed, thank you. I’m still recovering from being birthed the first time