Bob and the Monster (2011)

Bob and the Monster (2011)

21 maja 2014 Rockumentary 0
bob and the monster

John Frusciante, Flea, Anthony Kiedis, do tego Josh Klinghoffer nagrał soundtrack… Łatwo się domyślić, jak trafiłem na ten tytuł.

O Thelonious Monster dowiedziałem się z rekomendacji na last.fm, ponieważ słuchałem dużo Red Hot Chili Peppers, a TM nie tylko grali podobną gatunkowo muzykę, co razem… żyli. Grali, współtworzyli, byli przyjaciółmi. I w ten sposób poznałem znakomitą płytę „Beautiful Mess„. TM nie stworzył wiele więcej poza tym jednym wydaniem. Wiedziałem, że lider poszedł w solową karierę, a gdy na YT szukałem jakichś występów na żywo tego zespołu, zobaczyłem, jak na jednym z nich wokalista położył się na scenie i ledwo co tam mruczał pod nosem, a reszta kapeli gapiła się po sobie, grając niemal instrumentalną wersję piosenki. To mi w jakiś sposób wyjaśniło przyczyny nikłej popularności kapeli – ich występy ssały i to wystarczyło. „Bob and the Monster” to dokument o owym wokaliście, a jednocześnie liderze, tekściarzu, gitarzyście i gościu, który na początku był porównywany do Johna Lennona, by na końcu wkurwić wszystkich i być tym dla Thelonious Monster kim dla King Crimson jest Robert Fripp. Nazywał się Bob Forest i nikt nie wierzył na początku lat 90., że ten człowiek przeżyje następny rok.

Nie ma tu fabuły na miarę „Suger Mana” – to wręcz standardowa historia o tym, jak człowiek zaczął brać heroinę i wolał stracić rękę niż rzucić używki, co uwolniło jego popędy autodestrukcyjne. Zaczął niszczyć wszystko wokół siebie oraz siebie samego, ale w końcu dał radę!… Jest tu kilka zmian wobec kanonu, niektóre motywy zahaczają o „Witaj w klubie„, gdy jest mowa o tym, że lekarze leczą uzależnionych od narkotyków innymi narkotykami. Wykonano solidną robotę, oblekając tę znaną fabułę w „mięso„, na końcu łatwo samego siebie pogonić za nazywanie tej opowieści o prawdziwych ludziach „schematycznymi„. Owszem, jest smutna historia z dzieciństwa, gówniane doświadczenia z narkotykami i słońce na koniec, gdy jednak się udało, ale mi to nie przeszkadzało. Tym bardziej że owo słońce pojawiło się po tym, jak Boba zgarnęła policja i zamknęła w celi, mając w nosie jego głód narkotykowy.

Niemniej, nie dlatego polubiłem ten tytuł. Po obejrzeniu wypełniała mnie pozytywna energia czasów, które ta produkcja charakteryzuje. 1985-95 w Kalifornii i zdaje się, jakby była tam garść muzyków znających się nawzajem, chodzących do klubów na koncerty znajomych, a jak nie mieli gdzie spać, to pozwolili im przenocować u siebie na kanapie, nagrywali im płytę… Gdy Bob Forrest siedział na tylnym siedzeniu Anthony’ego Kiedisa i śpiewał pod nosem, to właśnie wtedy usłyszał, że ma dobry głos. Flea wyprodukował pierwsza płytę Thelonious Monster. A wiele lat później, to właśnie Bob Forest był tym, kto zaciągnął Frusciante na odwyk, z planu zdjęciowego „Stuff” w reżyserii Johnny’ego Deppa. Czasy „Freaky Style” oraz „Mother’s Milk„, gdy Tony miał mega długie włosy. Znam je z jego biografii, one wróciły w tym dokumencie, który jest dokładnie taki sam. Nakręcony we własnym gronie jakby stworzony dla siebie nawzajem.

Poza tym śliczne animacje z glinianymi lalkami niczym w „Missing Picture„, do zaprezentowania momentów brania narkotyków. Nie wiedziałem też, dlaczego dokładnie Frusciante stracił wszystkie zęby – tutaj to wyjaśnił. Bob Forest był dupkiem, utalentowanym tekściarzem, który napisał genialne „Body and Soul?„, ładnie śpiewał, ale policja go zgarnęła, więc nauczył się smażyć hamburgery i poznał odpowiednich ludzi. Znana historia, ale solidnie opowiedziana, a im bliżej końca, tym bardziej żałowałem, że tak szybko i pobieżnie opowiadają o tym słonecznym okresie.