Bloodline

Bloodline

1 listopada 2017 Drama 0
bloodline poster

„Bloodline” opowiada o rodzinie mieszkającej na Florydzie, słonecznym miejscu pełnym wszelakiego ciepła. Ojciec z matką prowadzą lokalną luksusową gospodę dla turystów. Córka pracuje jako adwokat, jeden syn, Kevin, jest mechanikiem w dokach a najstarszy, John, jest szeryfem i ma żonę oraz dzieci. Jest jeszcze jeden brat, który właśnie przyjeżdża do miasta po wielu latach abstynencji – Danny. Czarna owca, która łączy się z tragedią z przeszłości. Jego przyjazd wiele zmieni.

Ocena łączna

Sezon I

★★★★★

Jest to produkcja trochę w stylu „Kotki na gorącym, blaszanym dachu” połączonej z „Detektywem„, a swoje wrażenia postanowiłem spisać w 10 punktach.

1. Czołówka jak z „Detektywa”, ok

Poza tym jest też dosyć ponury ton, który tylko gęstnieje z kolejnymi odcinkami, podobna post-produkcja na obrazie w obu tytułach. Jest też motyw pewnej zbrodni, która zaprząta umysł Johna – jakby nie było, szeryfa. Wątek ten należy jednak do drugiego planu.

2. Czy to… Joni Mitchell?

Tak patrzę na aktorkę grającą matkę rodu i zachodzę w głowę, skąd ja ją znam. Kanadyjska śpiewaczka na stare lata została aktorką? Jednak nie, to Sissy Spacec. Też dobrze znów ja zobaczyć. Zresztą, przy okazji „DareDevil” cieszyłem się, że tam jest aktorka o urodzie typowej dla kobiet lat 70’tych. Np. z „Trzech kobiet” Altmana. Teraz… brak mi słów.

3. Żałuję, że Gary Oldman jest już za stary na rolę Danny’ego.

Nadawałby się idealnie. Momentami i tak go widzę w postaci tego wyrodnego brata, czarnej owcy, której powrót doprowadził do tych wszystkich rzeczy. Za to casting Kyla Chandlera w roli Johna to idealna decyzja, ale jest ona minimalistyczna i wymaga poznania postaci, by wiedzieć, że aktor w ogóle gra na planie. Przez pierwsze epizody wydaje się nudny, drewniany, bezpłciowy. Do końca sezonu jednak zmienicie o nim zdanie, bo dostrzeżecie jak precyzyjnie zniuansowana to rola.

4. Zwrot akcji pod koniec pierwszego epizodu!

Twistów jest tu zresztą kilka. Żeby nie zdradzić za wiele – z początku serial obiecuje, że Danny jest tym złym, który rozwalił szczęśliwe życie swojej krystalicznie niewinnej rodziny. Najłatwiej byłoby powiedzieć coś w stylu, że potem „role się zmieniają„, albo „okazuje się, że każda postać ma bród na rękach”. Banalne, dlatego tak podoba mi się to, co zastałem w samym serialu – on nie jest taki prosty. Szybko okazuje się, że nie ma tu tak naprawdę pozytywnej postaci – kogoś, komu życzyłbym podczas seansu, by wyszedł z tego galimatiasu cało. Żeby jej się udało. Nie, tego tu nie ma. A co bardzo mi się podoba: nie ma też złych. Tak po prostu. Każdy ma uczciwy powód, by być, kim jest oraz robić to, co robił do tej pory.

5. Doskonała dramaturgia

Rozwija się powoli by w pewnym momencie zaatakować z każdej strony, zaciskając sznur na szyi widza. Z tej sytuacji nie będzie łatwego wyjścia. Tu każdy będzie miał rację i każdy będzie w błędzie. To się tak po prostu nie skończy. To będzie w tobie siedzieć…

6. Brak konstrukcji typowej dla serialu.

Tutaj odcinki nie mają wstępu, rozwinięcia i punktu kulminacyjnych. Brak zapychaczy czasu lub wątków pomocniczych. Tutaj miałem do czynienia z 13-godzinną fabułą. Od początku do końca. Epizody jedynie zaczynają się czołówka i tyle. Jeśli już zaczynają się przypomnieniem wcześniejszych zdarzeń, to puszczają wtedy kilka ostatnich ujęć z poprzedniego odcinka. To wszystko. Potem odcinek swobodnie płynie do przodu, pokazując same istotne rzeczy. Co ciekawe, chociaż na koniec jest jakaś dramatyczna nuta, to teoretyczny punkt kulminacyjny następuje zazwyczaj w połowie epizodu. Dlatego mówię, że ten serial lepiej by się oglądało, gdyby podzielili go na 26 epizodów po 30 minut. Niemniej, obecna konstrukcja bardzo mi się spodobała, i z łatwością oglądałem po 3 epizody dziennie.

7. Dziwnie zaczynają rozmowy.

Jeśli już muszę się do czegoś przypieprzyć, to właśnie ta dziwność. Dialogi między postaciami przez pierwsze 2/3 serialu zaczynają się nienaturalnie. Ja rozumiem, czasem ludzie mogą do siebie podejść i zacząć od „Hej, możemy porozmawiać?” albo „Musimy porozmawiać!„. Kiedy jednak 7/10 rozmów w odcinku zaczyna się w ten sposób, to zaczyna to przeszkadzać. Nic poważnego, ale… Mimo wszystko.
Plus: troszkę za dużo tu gadają w pierwszej połowie sezonu. Tak na ucho to o 3% za dużo dialogów.

8. Nic mi nie przychodzi do głowy.

Uparłem się na 10 punktów, to tak róbmy. Może przy następnym będzie lepiej?

9. Znowu nic.

A jednak. Cóż, to taki serial właśnie. Gdy drugi sezon będzie mieć premierę, raczej nie rzucę wszystkiego, by go zobaczyć. Jest solidny, jak przysłowiowa dobra książka, którą z zadowoleniem odstawicie na własną półkę i czasem przyciągnie waszą uwagę ponownie, przywołując dobre wspomnienie. Zapewne nie weźmiecie jej do ręki, by ponownie przeczytać jakiś fragment… Niemniej, tytuł znajdzie swoich fanów, którzy otoczą go swoją opieką w ciszy.

10. Zakończenie… Mam nadzieję, że ono niczego nie popsuje.

Niby są jeszcze motywy niewyjaśnione, ale ta historia mogła być zamknięta na tych 13 epizodach. Ostatnia scena obiecuje ciąg dalszy, który może być sensowny… Albo może być jak drugi sezon „Sopranos„, czyli powtórka wszystkiego z sezonu pierwszego. A to będzie słabe. Wszystko jest możliwe. Już za rok kolejny sezon.

Sezon II

★★★★

Serial opowiada o tajemnicach rodzinnych i o tym, co się stanie, gdy wypłyną po latach na światło dzienne. Z jednej strony pierwszy sezon mógł pretendować do bycia zamkniętą całością. Z drugiej, temat produkcji jest, jaki jest, i dlatego kontynuacja znakomicie komponuje się z wcześniejszymi odcinkami. Brudy i kłamstwa z czasem tylko rosną w siłę, pociągając za sobą kolejne półprawdy i miganie się od powiedzenia co tak naprawdę się wydarzyło. Konstrukcja dramatyczna całości jest solidna i precyzyjna – każde kolejne powiedzenie nieprawdy ma dla nas oczywiste źródło. Wiemy, co bohaterowie chcą nim osiągnąć, i rozumiemy ich. Jednocześnie jednak widzimy wyraźnie, jak w ten sposób pogarszają swoją sytuację na dłuższą metę. Każdy bohater ma tu swoją historię, mierzy się ze swoim wyzwaniem, dla każdego z nich cała ta opowieść ma inny wymiar i pragną czegoś innego. To dynamiczna i złożona tragedia, w której nikt nie jest w dobrej sytuacji. Przy tym jest to produkcja opowiedziana w konsekwentny, cierpliwy sposób. Brakuje tutaj kombinowania z budowaniem tempa. Nie doświadczymy przez te 10 odcinków choćby jednej wyraźnej sceny – dużej, dramatycznej wymiany zdań lub innego punktu zwrotnego, który mógłby odebrać nam oddech i sprawić, że natychmiast zaczniemy oglądać ciąg dalszy. Zamiast tego te dziesięć godzinnych epizodów rozegranych zostaje w jednostajnym tempie. Konstrukcję całości wznoszono cierpliwie, scena po scenie, cały czas podnosząc stawkę i alienując bohaterów. Sytuacja stawała się tylko gorsza i gorsza, bez widocznej możliwości, aby cokolwiek uratować. Każde rozwiązanie wiązało się z ogromną stratą. To poważny, dobry dramat obyczajowym, trochę już w niedzisiejszym stylu. Wciąż za to jest bardzo urokliwy formalnie – plenery, kadry, a niektóre sztuczki techniczne (jak operowanie barwami) zastosowano później w Oscarowym „Moonlight” (miejsce akcji w obu tytułach to Floryda, US). Do tego aktorzy dostali bardzo dużo przestrzeni, aby stworzyć solidne postaci. Takie nazwiska jak Kyle Chandler czy Ben Mendelsohn mogą być wam znane z dużego ekranu, ale dopiero w „Bloodline” pokazali swoją klasę.

Sezon III

★★★★

Musiałem się zmuszać, aby dokończyć. Pierwszą połowę sezonu obejrzałem, gdy wyszła, potem przerwałem i nie myślałem o powrocie do oglądania, ale zbliża się koniec roku, trzeba się w końcu zabrać – „Bloodline” to przecież produkcja z zauważalnie wyższej półki niż przeciętny serial. Cierpliwa, budowana powoli, dająca wiele przestrzeni dla aktorów, którzy w innych tytułach mogą tylko marzyć o równie szerokim polu do pokazania swoich umiejętności, ale „Bloodline” poszło po pierwszym sezonie w kierunku zapewne genialnym, ale też utrudniającym oglądanie – bo taki był właśnie cel. Ta produkcja opowiada o ludziach, którzy popełnili błąd i muszą z nim żyć. Nawet jeśli udaje im się uniknąć sprawiedliwości (policji, sądu), to wciąż problemy rodzą kolejne problemy, kłamstwa rodzą kolejne kłamstwa, a sumienie nie daje spokoju każdemu, prędzej czy później. Bohaterowie tracą ochotę, aby żyć i powoli odpadają, do końca trwają tylko najwięksi szaleńcy – i jest w tym jakaś metafory sytuacji widza, który razem z nimi musi dobrnąć do końca tej drogi. Powiedział A, teraz trzeba powiedzieć B. Trzeci sezon oferuje konkretną robotę scenarzystów i kilka niezwykle mocnych momentów (większość dotyczy Sissy Spacek, która zaraz będzie mieć 70 lat, a tutaj pokazuje klasę jak za swoich najlepszych lat). Niemniej „Bloodline” to wciąż pozycja powolna, każdy odcinek trwa godzinę, a twórcy nie mają o czym opowiadać przez tyle czasu. Chcemy, żeby to się już skończyło, tak samo, jak bohaterowie, których ból pewnie nigdy się nie skończy. Lepiej jest dostać po dupie, za coś, co się zrobiło – bo inaczej dostaniemy za coś, czego nie zrobiliśmy. A to będzie boleć o wiele bardziej. „Bloodline” zostało ukończone. Będę dobrze wspominać ten tytuł.

Trzeba też pamiętać o problemach technicznych, jakie twórcy mieli. Oryginalny plan zakładał pięć sezonów, Netflix zapowiedział, że trzeci będzie ostatnim. Z drugiej strony, już po pierwszym było widać, że autorzy „run out of the steam„, więc taka kompresja powinna wyjść serialowi na dobre. Trudno powiedzieć, czy tak się stało. Trzeci sezon na pewno nie prezentuje niczego wybitnego, ale też nie przychylam się do tragicznych ocen na IMDb, które otrzymały dwa ostatnie odcinki. Są niezakończone wątki i pytania bez odpowiedzi, ale jednak można to było potraktować o wiele gorzej. Uchylam kapelusza scenarzystom.