Steven Soderbergh

Steven Soderbergh

30/11/2013 Opinie o filmach 0

…there’ve been a lot of questions about commercial films and non-commercial films, and I’ve never really made that separation in my mind.” – Steven Soderbergh

Steven Soderbergh

Obecnie Steven Soderbergh znajduje się w moim rankingu reżyserów na miejscu #73

Top

1. The Knick
2. Panaceum
3. Contagion
4. Traffic
5. Ocean’s Eleven: Ryzykowna gra
6. Seks, kłamstwa i kasety wideo
7. Co z oczu, to z serca
8. Intrygant
9. Ocean’s 13
10. Ocean’s Twelve: Dogrywka
11. Solaris
12. Wielki Liberace
13. KIMI
14. Wysokie loty
15. Erin Brockovich
16. Equilibrium (segment z filmu „Eros”)

Ważne daty

1963 – urodziny (Atlanta)

1989 – debiut pełnometrażowy

1998 – śmierć ojca

2003 – małżeństwo, są razem do dziś

2026 – najnowszy film w produkcji

Ocean's Eleven: Ryzykowna gra (2001)

Ocena 4 z 5

Ostatni raz to oglądałem jeszcze na VHS-ie… I przez ten czas zapamiętałem to jako idealny heist movie, co w sumie podtrzymuję. Nie jest to kino idealne i najlepsze jest tak naprawdę wtedy, gdy z Soderbergha wychodzi artysta (moment oddechu przy fontannie na koniec), ale bawiłem się wciąż przednio.

Przestępca wychodzi z więzienia i od razu zbiera ekipę, aby dokonać napadu. Cel: okraść skarbiec, gdzie trzy kasyna z Las Vegas trzymają swój majątek. Ponad sto milionów. I jednym z największych zwrotów akcji jest odkrycie motywacji stojących przed przestępcą, aby to zrobić. Wszystko jest tutaj oczywiście sympatyczne i łagodne: protagoniści okradają kogoś, kto prowadzi kasyna (czyli jest złodziejem), robi groźne wrażenie i generalnie nie ma sensu nazywać tego okradaniem kogoś. Każdy przestępca jest zabawny i uśmiechnięty, aż chce się ich oglądać. A sam napad poznajemy w trakcie, gdy ma miejsce, cały czas będąc zaskoczonym przebiegłością i pomysłowością napadających, gdy wszystko w zasadzie idzie zgodnie z planem. A nawet jak nie idzie, to też stanie się częścią planu.

Brakuje więc z tego tytułu jakiejś dramaturgii, napięcia, stawki – ale to część uroku całej produkcji. Jedenastu członków, ale zapamiętamy tylko kilku z nich – niech będzie. Garść jest w świetle reflektorów, a reszta ma po jednym momencie, kiedy mogą błysnąć. Jeszcze razić może przedmiot grany przez Julię Roberts – to chyba powinna być postać. Nie jestem w sumie pewny – tak naprawdę jeśli zacznie się myśleć nad jej decyzją, to można zacząć obniżać ocenę filmu na sam dół, to jest aż tak głupie*. To mała część filmu, a obok jest dużo innych rzeczy, które mnie bawią – a do czasu, aż otrzymamy lepszy heist movie (nie lepszy ogólnie, ale w tym gatunku), to nie będę się czepiał.

*pomijając gwałtowność tej reakcji i brak jakiejś refleksji – twój chłop został właśnie okradziony na setki milionów dolarów i cholera wie, jakie to będzie mieć konsekwencje. Czy ma długi, czy będzie mieć długi, czy pójdzie do więzienia albo wisi komuś mnóstwo pieniędzy i teraz jego życie wisi na włosku? Jest pod wpływem masy emocji i powiedział jedno słowo źle, więc go zostawiasz?! I nawet nie ma pewności, że miał to na myśli – mój kłamać! I ona go zostawia. To trwa trzy sekundy łącznie i wystarczy, aby w rankingu najgorszych postaci żeńskich zająć pierwsze miejsce. Bella ze Zmierzchu przez pięć filmów robiła wszystko, by z tym konkurować i nie dała rady.

Wielki Liberace („Behind the Candelabra”, 2013)

Ocena 3 z 5

Rok 1977. Scott Thorson rozpoczyna bliską znajomość z Valentino Liberace. Zaczynają razem spędzać czas, pracować, żyć. Historia oparta na faktach i prawdziwej postaci zarówno Liberace, jak i Thorsona. Opowieść o homoseksualizmie, trudnych relacjach miłosnych, prywatności oraz przemijaniu.

Tę historię zapewne poznaliście wiele razy. Sam miałem wrażenie, że ją znam, i wam zapewne też się to przydarzy. Spodziewałem się wszystkiego, co ta opowieść miała mi do zaoferowania. Muszę jednak przyznać: jak na to, czym film miał być, wyszło wspaniale. Wszystko układa się w logiczną całość, niczego nie pominięto. Wszystkie punkty, według których historia miała się potoczyć, odbębniono na medal. Wzorowa rzemieślnicza robota. Nawet z kilkoma wyróżniającymi się momentami – w tym wypadku są to na przykład sceny operacji plastycznej i wątek ich dotyczący. Tego wcześniej nie widziałem. Uwierzyłem też, że Liberace był bardzo bogaty. To również plus.

Minusem jest, że nie uwierzyłem, że był aż tak wspaniałym artystą, który aż tyle zarabia. Nie wyróżnia się ani jako muzyk, ani jako człowiek z mikrofonem na scenie. Nie mówi interesujących rzeczy, nie gra wspaniałej muzyki. Jego relacja z Thorsonem działa, bo w takich filmach widz wierzy po prostu na słowo, i twórcom widać to wystarczyło. Ani przez chwilę nie rozważałem, czy to, co oglądam, wydarzyło się naprawdę. To była jedynie „kolejna taka opowieść”, która była wcześniej nawet w wersji heteroseksualnej (młody mężczyzna i sporo starsza kobieta). Warstwa „homo” niewiele dodała.

Wielki Liberace stoi reżyserią i aktorstwem (oraz charakteryzacją – Zeusie, dałem wiarę we wszystko, co mi pokazali; Matt Damon po operacji, Michael Douglas wygląda, jakby zaraz miał przekroczyć 40’tkę). Zdjęcia są wzorowe, choć się nie wyróżniają. Seans można spokojnie odpuścić.

"The Knick" pokazuje, jak budować świat filmowy (FELIETON)

Ocena 5 z 5

Świat filmowy to z grubsza kostium, okres czasu i zbiór zasad, według których funkcjonuje cały tytuł. Jest to tylko tło, ale wciąż jest to element niezbędny. To tutaj określamy, czym bohaterowie oddychają – tlenem czy czym innym? Tutaj określamy, w jakim okresie żyją i co mają na siebie założyć po wyjściu z domu – i czy domy już wynaleziono. Oczywiście, twórcy często pozwalają sobie na pewną pomoc i korzystają z przyzwyczajeń widza. Jeśli kręcimy western, to możemy dać typowe, automatycznie generowane miasteczko z Dzikiego Zachodu. Widzieliśmy je już nieraz na ekranie, więc wiemy, jak to działa. Nie trzeba nam tego przedstawiać. I w taki sposób powstał Deadwood. Podobnie jest z całą masą różnych produkcji kostiumowych, które sprowadzają się do założenia aktorowi peruki i w tym momencie twórcy mówią: „Wystarczy”. Czasami jednak artyści tworzą taki świat, który zapada w pamięci. Ma ono swoją historię, duszę, a dla nas staje się nawet domem. Zrobiono to choćby w serialu Babylon 5. A dziś chcę o tym napisać na przykładzie The Knick.

Robi on z kostiumem początku XX wieku to samo co powinny robić seriale science fiction – czyli przedstawić nieznany, fascynujący świat i pozwolić odbiorcy go poznać. Miejsce akcji to szpital w Nowym Jorku w czasach, kiedy dla białych i czarnych były oddzielne przychodnie, ale czarnoskórzy mogli już kończyć medycynę na Harvardzie. Wtedy praca lekarzy wyglądała zupełnie inaczej niż dzisiaj i odkrywanie kolejnych różnic to przyjemność sama w sobie. Chirurdzy krojący pacjentów gołymi rękoma, maszyna na korbkę odsysająca krew z miejsca nacięcia, konie ciągnące ambulans… Oczywistością jest, że pacjenci często umierali podczas operacji, a nawet jeśli przeżyli, to towarzyszył im olbrzymi ból przez cały czas leżenia na stole. Sam spektakl odbywał się w teatrze, z mnóstwem miejsca dla widowni (gdzie jednak zasiadano przeważnie po to, by podglądać konkurencję i uczyć się nowych rzeczy), a przed widowiskiem lekarze „rozgrzewali się” na martwej świni.

Najbardziej mnie fascynuje jednak pasja personelu medycznego do odkrywania nowych rzeczy i udoskonalenia znanych metod leczenia. Oni otwarcie eksperymentowali na denatach, a po nieudanej operacji, jeszcze na stole, mieli odwagę rozciąć ciało, wsadzić rękę pod żebra i wykonywać bezpośredni masaż serca. Odkrywali wtedy, że tętno wraca, chociaż ta osoba jest już na 100% martwa. Mówili wtedy „to się nam przyda pewnego dnia” i ignorowali oskarżenia o bezczeszczenie zwłok. Motyw ten przewija się przez cały serial i w jego trakcie dochodzi do poznania grup krwi, wyrostka robaczkowego czy też nowej metody na operowanie przepukliny.

Uwielbiam ten serial już za samo to, że zwraca moją uwagę na te pozornie małe, oczywiste rzeczy i objaśnia nam przy okazji, jak drastyczne i poważne były to odkrycia. Bo dziś przychodzimy na świat i wiele rzeczy nam się po prostu mówi: Ziemia jest okrągła, Hitler był zły, a korzystanie z papieru toaletowego po skorzystaniu z ubikacji jest dobrym pomysłem. Jednak zrozumienie i dojście do tego trwało bardzo długo. Wymagało wielu badań.

W ten sposób osiągnięto też coś jeszcze: tęsknotę za tamtymi czasami. Bo chociaż było wtedy strasznie, a średnia długość życia wynosiła połowę tego co dzisiaj, to jednak po obejrzeniu serialu pojawiła się we mnie potrzeba powrotu tamtych lat. Lat, w ciągu których lekarze po ukończeniu szkół nadal byli głodni wiedzy. Robili co w ich mocy, by poszerzać swoje horyzonty, eksperymentowali i prowadzili badania. Dzisiaj są głównie zmęczeni i szybko zapominają, jaki to prestiż przychodzi z tytułu bycia doktorem. A tak być nie powinno.

Należy przy tym wszystkim jedynie umieć akceptować, że to tylko filmowa wersja prawdziwym wydarzeń – tu na przestrzeni paru odcinków ludzkość odkrywa prezerwatywy, pornografię, psychiatrię, benzynę oraz z sukcesem rozdziela bliźniaki połączone od urodzenia wspólną wątrobą. Jak się przyjrzeć to można nawet zacząć kłótnię, czy bohaterowie nie wyprzedzili swoich czasów, by wynaleźć montaż filmowy (mamy tu zapis kilkugodzinnej operacji przycięty do kilkuminutowego filmiku). Ponadto nie mamy tu do czynienia z mową sprzed stu lat. Bohaterowie mówią i zachowują się… ponadczasowo. Bez współczesnych naleciałości, dzięki czemu wciąż będą wiarygodni gdy za kilkanaście lat ludzie wrócą do tego serialu.

Kostium to jednak tylko detale i tło. The Knick ma o wiele więcej do zaoferowania. Ale to materiał na oddzielny tekst…