Sprawa Kramerów („Kramer vs. Kramer”, 1979)
Dustin Hoffman i Meryl Streep to skarb.
Ponad dekadę temu powstała trylogia poświęcona Zniknięciu Eleanor Rigby. Jeden film prezentował wydarzenia z jej perspektywy, drugi z jego, trzeci miał łączyć – chyba? – te ścieżki. Nie oglądałem jeszcze całości, ale pamiętam o tych produkcjach – sam reżyser później nie błysnął ponownie, przynajmniej do teraz. Historia małżeństwa Kramerów mogłaby być zrobiona w podobny sposób – opowiada w końcu o rozdzieleniu dwójki osób, każda ma swoją wersję wydarzeń i ostatecznie często nie wiemy, jaka jest prawda o większości treści przewijającej się przez tę opowieść. Jakimi małżonkami byli dla siebie nawzajem? Czy wina leżała po czyjejś stronie? Czy ona miała od razu przygotowany plan zapasowy i odeszła do kogoś? Czy też jedynie odeszła od swojego męża? Te rzeczy mogą być istotne, ale równie dobrze można zrobić film, który w ogóle nie udziela na nie odpowiedzi. Tak właśnie prezentuje się Kamer vs Kramer.
Joanna Kramer kładzie syna spać. Ted Kramer raz za razem decyduje się zostać dłużej w pracy i gdy wraca, Joanna próbuje poczekać, aż będzie mogła dojść do słowa. Jest już spakowana, zostawia klucze i wszystkie niezbędne sprawunki – jak kwitek do pralni – po czym odchodzi. Ted nie spodziewał się tego, ale okazuje się, że taka jest rzeczywistość. Przed nami pełnometrażowy film pokazujący nam, jak wygląda życie tych ludzi – głównie Teda, jak jest zmuszony spędzić więcej czasu z własnym dzieckiem, opiekować się nim i w końcu zredukować proporcje w swoim życiu: rodzina kontra praca. To jest istotne dla twórców: prezentacja losów tych osób. Kamera zapatrzona jest w interakcje między postaciami, ich oczy. Czuć, jakby można na to było patrzeć bez końca. Są też cycki.
Rok 1979 jest wypełniony arcydziełami – również na liście moich filmów wszechczasów też rocznik pojawia się aż pięć razy – i Kramer vs Kramer zdobył wtedy Oscara za film roku, co przysłania rozmowę o nim jako o nim, a nie w kontekście rywalizacji z innymi tytułami. Mimo to i tak czuję, że wiele momentów z tej produkcji istnieje w kulturze: czy to chodzi o bieg z dzieckiem na ramieniu na pogotowie, albo o pierwszą scenę przygotowywania śniadania. Również w kontekście jednej z ostatnich scen, gdzie nawet jeśli nie jesteśmy świadomi celowego kontrastu do początku tej historii, to czujemy jak długa droga została pokonana od tamtego czasu. I co tak naprawdę oglądamy: nie progres, ale pożegnanie. Wybór. Podjętą decyzję. Wszystko to poprzez film, nie słowa.
Czy jego sukces tkwi tylko w aktorach? Są wielcy, ale jednocześnie reżyser też jest za co chwalić. Niby zwykły film o gadających ludziach, ale montaż też jest istotny – czy to gwałtowne budowanie napięcia podczas gotowania tostów albo przejścia między kolejnymi scenami, na pewno zwrócicie na to uwagę. Dialogi? Mogły być improwizowane, ale na pewno nie wszystkie – ich naturalność i melodyjność wybrzmiewa przez cały seans, ale sposób opowiedzenia kolejnych scen, ich konstrukcja, to również zwraca uwagę przy oglądaniu. Ile wyborów na swojej drodze miał Ted, nawet tych małych (zawartych w dialogu), to wszystko premiuje podczas oglądania. Bo ten się ogląda. To nie jest tylko historia do opowiedzenia, to przenosiny do innego życia jako duch, życia pełnych emocji, ciepła, miłości i niełatwych decyzji. Jak łatwo pozwoliliśmy sobie wmówić, że oglądanie ludzi na ekranie może być nudne. I jak łatwo następnie zapomnieliśmy, ile w tym może być przyjemności. Tata z synem spędzają czas, czego nigdy nie powtórzą, a twórcy tego filmu umieli to pokazać poprzez film w całości – nigdy nie powinniśmy sobie pozwolić wmówić, że to mało. To bardzo, bardzo dużo. I na tym właśnie też polega potęga kina.
Powiązane
1979 5 gwiazdek family drama Legal Drama Melodrama New Hollywood USA
Najnowsze komentarze