Oceniam odcinki seriali: The Wire, Maude, Friends i inne

Oceniam odcinki seriali: The Wire, Maude, Friends i inne

13/03/2026 Blog 0
oceniam seriale the wire

Mam zamiar w tym roku zrobić na blogu listę najlepszych odcinków w historii - a tak naprawdę już w poprzednim, tylko nie zebrałem się za to. Pojedyncze odcinki to takie specyficzne medium, że należy mu się uwaga. I tak już w każdym roczniku zawieram listę najlepszych epizodów seriali, więc kwestię mam ułatwioną. Przed zrobieniem takiej listy jednak chcę najpierw poczynić pewne przygotowania - jednym z nich jest właśnie nadrobienie pozycji z dotychczasowych list najlepszych odcinków. O liście Variety czy RollingStone wiem od lat, ale czy są jeszcze inne? I na ile są one wartościowe? Oto wyzwanie filmowe na ten roku.

Planowałem oczywiście oglądać każdorazowo więcej odcinków – myślałem o 25 odcinkach na miesiąc. To jednak byłaby naprawdę obszerna publikacja i wymagałaby pośpiechu, żeby tyle nadrobić czy powtórzyć. A jeśli nadrobić – najczęściej tyczy się to seriali, których w ogóle jeszcze nie znam, jak Maude, Homicide, Roseanne, IC, West Wing i wiele innych. Nie widzę sensu w nadrabianiu tylko jednego odcinka z takich seriali, ani też np. całego sezonu wokół. Muszę je obejrzeć w dużo większym stopniu, więc to też ogranicza ilość odcinków, które „nadrobię” co miesiąc. Póki co stanęło na 10 odcinkach – większość już znana wcześniej i powtórzona: może dzisiaj myślę o nich inaczej? Część znana i powtórzona, żeby docenić je ponownie. Może nawet docenić bardziej? Zobaczymy. To była przyjemność wrócić do The Wire i innych, to była męka powtarzać i dawać drugą szansę innym, to był zaszczyt odkrywać Maude i Homicide.

Wszystko w kierunku własnej listy. Już teraz mogę o niej napisać: nie zależy mi, aby były na niej obecne odcinki, które są wysoko oceniane z powodów fabularnych. Dlatego, że są częścią większej historii. Inaczej widzę listę najlepszych odcinków i to jest moja okazja, aby napisać, co myślę o takich Middle Ground i czemu jest on zdyskwalifikowany. Inna odcinki widziałem i nic z nich nie pamiętam, więc potrzebuję takiej przestrzeni, aby o nich napisać.

Zapraszam. I jeśli macie własne propozycje takich odcinków – piszcie śmiało.

Legenda:
RS – pozycja w rankingu RollingStone
MO – Moja ocena w skali 1-10/10
TR – pozycja w rankingu TheRinger

Homicide: Life on the Street, “Three Men and Adena” (1x6)

RS: 25 MO: 7

Pod koniec pierwszego odcinka Bayliss odbiera telefon i otrzymuje pierwszą sprawę w swoim życiu: znalezione zostaje ciało i w odcinku “Three Men and Adena” bohaterowie mają podejrzanego. Stają jednak pod ścianą – albo w ciągu dwunastu godzin wydobędą z niego zeznanie, albo muszą puścić go wolno. Zaczyna się odcinek zamknięty w klatce, złożony głównie z trzech postaci na ograniczonej przestrzeni, popychających siebie nawzajem do wyżyn telewizyjnego aktorstwa. A scenariusz następnie dostarcza zwrotów akcji, kiedy widz wątpi oraz wierzy na zmianę. Czy dzisiaj ten odcinek jeszcze potrafi zaskoczyć? Tak, ale w kontekście całości. Gdy jesteśmy pewni, gdzie to wszystko zmierza i jesteśmy odporni na sztuczki twórców, wtedy odcinek bardziej się docenia niż przeżywa. Na końcu jednak twórcy zaskakują: to nie jest historia o tym, by zakręcić przestępcą, aby ten się wkopał. Nie jest to też historia o brutalności policji, gdzie funkcjonariusze każdemu wmówią co tylko chcą usłyszeć. To historia niewiadomej: i jakim wyzwaniem jest ustalić, jaka jest rzeczywistość. Co się naprawdę stało, kto zabił? To taka bardziej kameralna i osiągająca większy sukces wersja Dwunastu gniewnych ludzi. Nie chodzi o to, aby skazać winnego – chodzi o przyznanie przed samym sobą: jaką mamy pewność, że on naprawdę to zrobił? I na tej podstawie wymierzyć mu karę?

Dzisiaj pewnie jeszcze bardziej ten odcinek poszedłby w stronę policji wmawiającej ofierze winę. I na ile takie zeznanie jest cokolwiek warte dla prawdziwego policjanta, który naprawdę chce znaleźć odpowiedzialnego za śmierć niewinnej osoby.

watchmen

Watchmen, “This Extraordinary Being” (1x6)

RS #91 TR #11 MO: 7

To akurat odcinek, o którym pisałem – zaraz podczas premiery. Wtedy to miałem do napisania:

No cóż… Jak pisałem – niewiarygodne, jak produkcje Lindelofa wykorzystują pieniądze. Nie mają ich wiele, ale je widać. Chyba najbardziej niezwykłe było odbicie w lusterku ręcznym kogoś innego niż osoby siedzącej wtedy na krześle. To prosta sprawa, ale kurde, że też oni szli w kierunku takich detali! Albo powracające ujęcie na Williama stojącego w rzędzie tuż przed odznaczeniem; sposób, w jaki wszystko w tle wchodzi w out-of-focus… Sporo tutaj takich detali. Ogólnie realizacja będzie zapewne główną pochwałą w tym odcinku, ponieważ przez większość czasu zrealizowany on jest niczym Birdman, ale też nie do końca. Mamy serię krótkich ujęć, przemyślanych i dopasowanych tak, aby się uzupełniały i sprawiały wrażenie „jedności”, ale zaraz obok tego mamy ujęcia kompletnie od czapy, które psują tę „jedność”. Ot, choćby scena bijatyki – choreografia na piątkę, aktorzy idealnie tańczą z kamerą, aby ukryć cięcia, aż tu nagle następuje cięcie przenoszące nas do innego pokoju, w którym drzwi zostają wyważone i bójka podąża za nami, ale to cięcie jednak było widać. Nie wiem, co o tym myśleć. Nawet nie wiem do końca, co chciano osiągnąć przez ten zabieg montażowy. Początkowo podejrzewałem, że chodzi o to wrażenie bycia w ciągu narkotykowym, kiedy wszystko się miesza w obrębie wspomnianej „jedności”, ale tak naprawdę oglądamy… Cóż, banalną historię typu od A do B. I to mój największy zarzut. To mógł być zwykły odcinek poświęcony retrospekcji – zamiast tego dano tę ramę narracyjną w postaci Angeli przyjmującej tabletki i wybudzającej się na koniec z transu, ale równie dobrze ona mogła wysłuchać tej historii przez telefon, albo coś w tym stylu. Nie widzę w samej historii po prostu nic, co by uzasadniło taką wizualizację.

Opowieść nie jest zła. Jest trochę powyżej przeciętnej, bo mimo wszystko jakoś tam miałem radość z zakapturzonego bohatera rosnącego w siłę, ale też wiele rzeczy tutaj nie gra. Nie czuję tak naprawdę siły w głównym bohaterze. Bał się podejść do zwykłego człowieka na ulicy i go zgarnąć za podpalenie sklepu, a scenę później bije się jak zawodowiec, w pojedynkę kładąc na glebę zbiorowego przeciwnika. Chodziło chyba o to, że na początku chciał kryć swój gniew, a później go uwolnił po tym, jak został podduszony, ale… Kurczę, nie widzieliśmy tego początkowego gniewu. Tylko o nim słyszeliśmy. No ludzie, to jedna z pierwszych zasad scenopisarstwa! I jeszcze to banalne wyjaśnianie, czemu założył maskę… No kurczę, dziwnie to wygląda w produkcji Lindelofa, naprawdę. W pewnym momencie Kevin Garvey każdy dzień zakładają od zakładania folii na łeb, żeby prawie się udusić, co dało radę wytłumaczyć w bardziej kreatywny sposób. Nie wiem, co tu się stało.

I tego.. Czy ten odcinek jest w ogóle istotny? Bo głównie poznajemy rzeczy, które były sekretami w oryginalnym komiksie. Tożsamość Hooded Justice i jego Origin Story. Mało to ma wspólnego z samym serialem – a raczej nie na tyle, by powierzać temu samodzielny odcinek w centrum clifhangerów wymagających uwagi.

Tak naprawdę nie wiem tylko do końca, co myśleć o czerwonej dziewczynce grającej na pianinie. To jakieś nawiązanie do „Pale Horse” i Birdmana, gdzie też był muzyk na ulicy grający soundtrack na żywo, ale… Czy ta dziewczynka ma jakieś prawdziwe znaczenie?

PS. Otwierająca scena tylko mi skojarzyła się z filmem Watchmen i tym, jak Snyder przedstawił tam głównych bohaterów? Chodzi o to, że wg fanów Snyder przedstawił superbohaterów nie jak żałosnych ludzi, którymi są w komiksach, ale właśnie jak komiksowych herosów będących w stanie zrealizować super scenę akcji. Tutaj oglądamy to samo, ale w wersji sceny z fikcyjnego serialu, który fałszuje przeszłość. Ciekawe 🙂

Dzisiaj – siedem lat później – argumentem, aby akurat ten odcinek wychwalać, jest element fabularny: pierwszy superbohater Ameryki w świecie Watchman ukrywał pod maską kolor swojej skóry. A jego źródło? Zemsta za masakrę w Tulsie. Masakrę faktyczną, której zaprzeczano przez jakieś sto lat i sam serial spełnił gigantyczną rolę w procesie jej popularyzacji. I nikt o tym nie wiedział aż do teraz, chociaż każdy podziwiał Hooded Justice i nie był szczególnie przychylny czarnoskórej populacji Stanów. Realizacja robi wrażenie – ale właśnie poprzez detale, nie ogólny rozmach. Banalne rzeczy robiono w niebanalny sposób, stając na głowie w miejscach, które innym by nie przyszły… do głowy.

Mój zarzut: jestem zmęczony obrazem rasizmu oraz przemocą. Niby są okrutni i wulgarni, ale jednak nie przekonuje mnie jako obraz faktycznego rasizmu tamtych czasów. To nadal jest wytwór osób, które słyszały o tamtych czasach i udają, że je przedstawiają. Oni nie są rasistami, oni są jedynie przedmiotami w scenach opowiadających o rasizmie.

maude 1972

Maude, “Maude’s Dilemma” (1x9-10)

RS#93 MO: 8/10

Kolejny zaangażowany humanitarnie serial Normana Leara, tutaj realizuje spin-off wokół kuzynki Edith z All In The Family. Maude ma 47 lat i dla tego odcinku liczy się fakt, że ma dla nowego męża bardzo ważną wiadomość… Cóż, nie da się o tym odcinku mówić bez zdradzania treści: Maude zachodzi tutaj w ciążę. I nie wie, co zrobić. A temat aborcji pojawia się bardzo późno, jednak na żadnym etapie nie jest to rozmowa moralna o aborcji. To jest rozmowa o tym, co ci ludzie mają zrobić wobec siebie nawzajem. I to jest najsilniejsze w tym odcinku – nie tylko cała komedia, jaka wynika ze wszystkiego, ale właśnie jak dochodzą do decyzji, aby nie rodzić tego dziecka.

Kulturowego znaczenia tego odcinka nie da się przekreślić – dwa miesiące przed Roe v. Wade (decyzją, żeby aborcja w Stanach była legalna przez cały okres ciąży, pozwalając jednak poszczególnym Stanom w decydowaniu o szczegółach), reakcja widowni, protesty ze strony reklamodawców i samej stacji telewizyjnej… Wtedy robiło się rzeczy ważne, bo były ważne, wbrew wszystkiemu, podejmowało się ryzyko. Jak w reszcie produkcji Leara czuć bunt na ekranie – nie w mówieniu innym, ale by posłuchali czegoś nowego, żeby zacząć dialog, żeby oddemonizować jakieś zjawisko. Aborcja ma wiele oblicz. To w zasadzie drugi odcinek Maude, który obejrzałem (z powodu tej listy – osobiście nie postrzegałem Maude jako czegoś innego, niż ciekawostki, chociaż AitF jak i Jeffersonów oglądałem), więc nie mam innych uwag. Rozumiem i popieram obecność odcinka na takiej liście.

south park poster

South Park, “Scott Tenorman Must Die” (5x4)

RS#98 MO: 8/10

Cartman orientuje się, że padł ofiarą żartu – i gdy próbuje się zemścić, staje się coraz większą ofiarą, ale nadal pragnie się zrewanżować. I chce pójść na całość. I to mu się uda.

Z całą pewnością jest to odcinek bogaty na wiele sposobów – odniesień czy inspiracji jest sporo, od Pink Floyd, przez Prezent pod choinkę, Szekspirowskiego Tytusa, okazji do żartów przeróżnej maści znajdzie się tutaj wiele (szczególnie moment, gdy z krzaków wyskakują wszyscy zboczeńcy – nawet Groucho Marx się znajdzie). A to wszystko w historii o włosach łonowych i kombinowaniu, jak osiołek może odgryźć komuś penisa – twórcy pokazują tutaj faktyczną głębię, jaką ma do zaoferowania South Park… Tylko zrobili to o wiele lepiej już wcześniej parę razy. I niezliczoną ilość razy później – nigdy jednak w formie tak uniwersalnej oraz fabularnej, gdzie nawet dostajemy zwroty akcji i zaskakujący finał godny wszystkich filmów z twistami na końcu, o których teraz myślicie. Nie wymaga się od was znajomości aktualnych wydarzeń, ten odcinek z 2001 roku tak łatwo dociera do widza dzisiaj co wtedy. Jedyne, co go postarza, to nasza znajomość bohaterów – oraz fakt, że później animacja w South Parku polepszyła się znacząco.

Twórcy chyba nie byli zadowoleni z popularności Cartmana i jak imponował widowni. Zamiast jednak tłumaczyć łopatologicznie, że ten manipulant to jest negatywna postać, poszli w inną stronę: dowalili do pieca i pokazali Cartmana najbardziej Cartmanowego. Nigdy potem nie będzie takim sadystą, psychopatą i socjopatą. Jak mu to uszło na sucho? Chyba nikt nie chce mu podskakiwać i wszyscy wolą udawać, że do tego nie doszło. Osobiście po tej powtórce myślę, że to odcinek retrospektywny – pokazujący, jak Cartman został takim psychopatą, którym jest przez resztę serialu. Ten, którego znamy, nie nabrałby się na kupowanie włosów łonowych, ani wycieczkę do miasta oddalonego o 106 mil. On się wtedy nauczył, żeby się nie nabierać na takie sztuczki.

Ogólnie odnoszę wrażenie, że inne odcinki South Parku nie wygrywają, bo są zbyt skrajne, drastyczne, mają zbyt czarny humor i tak dalej. „Scott Tenorman Must Die” jest szokujący, ale zawsze można powiedzieć: „To Szekspir” i obronić w ten sposób odcinek, jednocześnie otwierając nowego odbiorcę na to, by zaczął oglądać SP. Wybór, który rozumiem, ale nie będzie on nigdy w moim Top 10 odcinków SP.

got poster

Game of Thrones, “A Knight of the Seven Kingdoms” (8x2)

RS #74 MO 5/10

Odcinek prezentujący ciszę przed burzą, który przeszedł w pop-kulturze (czy tam został sprzedany w marketingu) jako list miłosny do wszystkich postaci, które zaraz mogą zginąć w ostatecznej bitwie. I jestem gotów uwierzyć, że taki był plan, tylko realizacja była bardzo w stylu HBO. I bardzo w stylu serialu, który od początku był cieniem literackiego pierwowzoru. Ciężko mi traktować ten list do takich postaci poważnie, gdy jeszcze ciężej widzieć mi w nich chociaż cień bohaterów z książki. To, że mają tak samo na imię i mają jedną cechę charakteru nijak się ma do tego, co stworzył Martin. Odcinek wcale nie adresuje ich charakteru ani poświęcenia, jakie poczynili do tej pory w swojej podróży. Nie jest też obrazem ludzi, którzy stoją w Wigilię ich ostatniego dnia prawdopodobnie. Bardziej się zachowują jak banda sportowców, którzy rok wcześniej wygrali, potem chlali i teraz przyjechali na nowe zawody, więc sobie żartują, że raczej tego nie przeżyją. A jeden z nich śmieszkuje najbardziej gdy mówi, że mają szansę na wygraną. Planowanie bitwy, strategia, taktyka? Bardziej: no, jakoś to będzie. Grupa ludzi świadoma, że mają plot-armor grubszy od książek Martina.

Nie ma jakiejś kreatywności, zamiast tego schemat HBO: dwie osoby znajdujące się w tej sytuacji w nienaturalny, filmowy sposób, zaczynające i prowadzące dialog w nienaturalny i filmowy sposób, który kończy się poprzez urwanie na celnym słowie w nienaturalny i filmowy sposób. Nie było pomysłu, by spędzili ten czas jakoś, więc… mimo wszystko jakoś go spędzają. Duża kobieta będzie pasowana na rycerza i uśmiechnie się. Gendry zaśpiewa. Czar się kończy. Najwyraźniej wystarczyło, aby to był jeden ze stu najlepszych odcinków w historii.

What We Do in the Shadows, “On the Run” (2x6)

RS #57 MO 6/10

Z serii: lubimy ten serial i chcemy go jakoś wyróżnić, tylko jaki odcinek wyróżnić? Ten z Markiem Hamillem, gdzie robi głos Jokera jako wampir? Czemu nie. Laszlo ucieka przed długiem za pokój, który wynajął blisko 200 lat temu i nie zapłacił za pobyt, poprzez pobyt w innym miasteczku, gdzie ukrywa się przed pod nową stylówą. Humor trzyma poziom… I to wszystko. Historia nie jest szczególnie zapadająca w pamięci, absurd jest taki, za jaki kochamy ten serial, ale brak reszty bohaterów sprawia, że na pewno bym nie stawiał tego odcinka na pierwszym miejscu. Wolałbym coś, co ma związek ze wszystkimi bohaterami i sercem serialu, jakim jest Guillermo. Sam serial jednak o tym sercu zapomina i dlatego nigdy nie będzie w gronie najlepszych, ale jako odcinek? Wyróżniłbym ten, w którym odjebali wał stulecia, gdy pokazali się w newsach („Local News”, 5×5). To była zdecydowanie najlepsza fabuła w historii serialu i dała pole do popisu każdej postaci.

przyjaciele friends 1994

Friends, “The One Where Everybody Finds Out” (5x14)

RS: 51 MO: 4/10

Ross kupuje mieszkanie na przeciwko Monicki, tym samym zbliżając się do odkrycia, że Chandler zaczął wsadzać penisa w jego siostrę. Najpierw jednak dowiaduje się o tym Phoebe i postanawia to wykorzystać razem z Rachel, gdy Joey okazuje się najmądrzejszy ze wszystkim, nadal pozostając idiotą. Monica i Chandler orientują się natychmiast i postanawiają przechytrzyć swoich przyjaciół w tym, kto jest bardziej niedojrzały, ponieważ to najwyraźniej coś, co robią dorośli mieszkańcy Nowego Jorku. No innych rozrywek nie mają. Najwyżej oceniony odcinek Friends na IMDb.

Ciężko mi docenić intrygę, kiedy każdy z graczy natychmiast orientuje się, że jest ogrywany. I inni bohaterowie wychodzą tylko na jeszcze większych idiotów zakładając, że oni tego natychmiast nie odkryli. Finał zaczyna się jakieś 445 lat po tym, jak scenarzystom skończyła się kreatywność, więc ostateczne starcie… Po prostu jest. Nie umiem się też śmiać, gdy poczucie humoru postaci w serialu jest oznaką, że ci zatrzymali się emocjonalnie na poziomie przedszkola i rymowanek o całowaniu. Oni potrzebują pomocy, a nie, żebyśmy się z nich śmiali. Całość idzie w stronę typowego schematu Przyjaciół, czyli: bohaterowie są idiotami i okropnymi ludźmi dla siebie nawzajem oraz dla innych, ale na końcu powiedzą coś miłego i to wszystko wymaże. Tutaj Chandler przyznaje, że kocha Monickę, a nie tylko wkłada penisa. Wszyscy robimy: „Ooooo” i jesteśmy zachwyceni. Zadziałało 134 razy do tej pory, zadziała i teraz.

To była męczarnia. Wiem, że to tylko głupi sitcom, ale nigdy nie chcę tego oglądać ponownie. A są przecież odcinki Przyjaciół, które lubię. Jak oglądali telewizję, jak Monica z kurczakiem na głowie usłyszała, że jest kochana, jak Chandler zamknął się w pudle… Całe trzy!

six feet under 2001 szesc stop

Six Feet Under, “Everyone’s Waiting” (5x12)

RS #53 TR #80 MO: 7

Tak, dałem radę to obejrzeć ponownie. Pamiętam, jak po pierwszym seansie zwinąłem się w środku dnia w łóżku i płakałem. Cóż, reakcja na ten finał zależy w dużym stopniu od tego, gdzie jesteście ze swoim życiem, które w końcu się skończy i jak się wobec tego czujecie. Nie wobec końca życia, które będziecie mieć ewentualnie, ale jakie mieliście do tej pory. Ja z pewnością nie chciałem, by skończyło się tak, jak wyglądało ponad dekadę temu. Teraz też się wzruszyłem, gdy Ruth zobaczyła swoich synów – ale łączenie w śmierci na mnie działa. Nauczył mnie tego Titanic, Hamilton to podtrzymał.

Wracając – jest to odcinek zamykający historię rodziny prowadzącej zakład pogrzebowy. Odcinek słynny z powodu samego finału, ostatnich kilku minut, podczas gdy reszta odcinka jest zamglona w pamięci. Sam zastanawiałem się, czy to w ogóle dobry finał dla samego serialu, bo finałowa sekwencja pasuje do absolutnie wszystkiego, od Boyhood po Harry’ego Pottera i zawsze wywoła ogromną reakcję emocjonalną. Nie znaczy to, że to jest dobre zamknięcie akurat dla SFU. Teraz po powtórce jestem gotów uznać: to jest dobry finał dla SFU, ponieważ przez cały odcinek widzimy przejścia do bieli. Bieli, którą przez te pięć sezonów nauczyliśmy się utożsamiać z informacjami o czyimś zgonie: na białym tle pojawia się czyjaś godność oraz rok urodzenia, co którego po chwili dopisana jest data śmierci. To jest pierwszy odcinek, który zaczyna się od narodzin i przez następne 50 minut boimy się, że to dziecko umrze. Widzimy: 2005- i czekamy, aż pojawi się 2005-2005, ale zamiast tego idziemy dalej. Wielokrotnie w ciągu odcinka będziemy wracać do tego białego tła przypominającego nam i dającego perspektywę – życie w końcu się skończy. Czy bohaterowie chcą, aby skończyło się takie, jakie jest do tej pory? Czy jednak coś z tym robimy?

Nadal jednak podtrzymuję uwagę: to nie jest wspaniały odcinek. To potężny finał, ale odcinek sam w sobie? Sam fakt, jak niewiele się z niego pamięta poza sekwencją na końcu jest tego dowodem, ale teraz po powtórce fabuła po prostu nie jest przekonywująca. Rozwiązanie dylematu Davida i jego powrót do rodziny, jak dzieci mu wybaczyły, że dom jednak zostanie… Nie wywołuje to większej reakcji z mojej strony. To jest grzeczne, ułożone, ugładzone, bezproblematyczne dokończenie historii wypełniając jednak czas, nie mogę tego nazwać „hołdem dla życia dobrze przeżytego”, jak nazywa to osoba z RS. To ważny odcinek, ale zasługujący w mojej opinii wyłącznie na wyróżnienie, nie obecność w rankingach. A jak już: to samych finał.

detektyw true detective

True Detective, “Who Goes There?” (1x4)

TR #4 MO: 6

Odcinek, w którym Marty zostaje opuszczony przez żonę, a Rust bierze narkotyki, byle tylko wypaść wiarygodnie podczas szukania pewnego człowieka, co kończy się sceną napadu na jednym ujęciu wypełnionym pod sufit akcją w tle. Typowy przykład wyróżniania odcinka za jeden moment, jedną scenę, czy jedno ujęcie. Niech trwa te sześć minut, to tylko część odcinka. I nie zgadzam się, aby w tego typu rankingach były tego typu odcinki.

Interesujące jest, że to nie było planowane, tylko zostało zasugerowane najwyraźniej w trakcie produkcji, aby to zrobić na jednym ujęciu. TheRinger podkreśla istotność całego tytułu jako momentu, w którym seriale (miniseriale) stały się filmami. Matthew McConaughey, Woody Harrelson, Michelle Monaghan – te nazwiska, ich występy: tak, to są występy filmowe. Tak, mastershot ma rozmach niespotykany zazwyczaj na małym ekranie – jednak nadal nie ma we mnie tego poczucia mniejszości wobec seriali, by musiały one udowadniać, że mogą być równe filmom. Przynajmniej na poziomie wartości. Filmy to filmy, seriale to seriale. I to jest w porządku.

the wire prawo ulicy

The Wire “Middle Ground” (3x11)

TR #9 RS #12 MO: 8

Najlepszy sezon The Wire zbliża się do nieuniknionego końca, w którym różne konflikty i dylematy będą musiały zostać rozwiązane. Ten odcinek znajduje się w tym słodkim momencie przejścia, kiedy jeszcze wszystko jest możliwe, kiedy wizja przyszłości może być piękna, a jednocześnie już jest na to za późno, tylko jeszcze się z tym nie możemy pogodzić i zaakceptować, a wiedza o tym uderza oglądającego, gdy już jest po wszystkim tak naprawdę.

Jeśli nie pamiętacie samego odcinka zbyt dobrze – to jednak go pamiętacie. Tak było przynajmniej w moim przypadku. 15 lat później miałem nosa, co zobaczę tutaj. Nawet jeśli spojrzałem na czas i byłem pewien, że TEN moment nie zdąży się wydarzyć w ciągu 12 minut, które zostały… Ale tak właśnie było. Idris Elba dostał zbliżenie na twarz i w dziesięć sekund dostarczył tego, co przez całą wieczność będziemy nazywać wielkim aktorstwem.

Nadal jednak jest to odcinek wysoko oceniany jako część większej całości. Nawet nie chodzi o to, że nie zrozumiemy prawie niczego oglądając wyłącznie ten odcinek – chodzi o to, że tu liczy się jakość całej historii trzeciego sezonu, nie tego wspaniałego odcinka. Tutaj widownia robi największe „Łał” podczas oglądania i stąd wysokie oceny. To też nie jest coś, czego szukam w rankingach najlepszych odcinków. Najlepszych seriali? Tak.

Zapamiętałem The Wire jako wolny serial, który ogląda się jak po grudzie (ale warto). Tymczasem ten odcinek jest dynamiczny aż ciężko oderwać wzrok – od jednego wątku do drugiego, samo mięso, balansuje między łączeniem wszystkich wątków w całość, a opowiadaniem własnej historii.