Nowe Horyzonty + American 2020

Nowe Horyzonty + American 2020

08/11/2020 Opinie o filmach 0
malarka i zlodziej 2020

Opinie o filmach, które zobaczyłem online na festiwalu Nowe Horyzonty 2020 połączone z AFF.

Pierwsza krowa ("First Cow", 2019)

Ocena 4 z 5

Wszystko jest w tym filmie takie niezobowiązujące – rozmowy, znajomości, cały film. Czasy dzikiego zachodu, ludzie wędrują z miasta do miasta – tak nasi bohaterowie się spotykają. A potem znowu się spotkają. Nawiązują znajomość i zaczynają razem wędrować. Trafiają na krowę, od której biorą mleko i pieką ciasteczka, a te zyskują popularność. W tym pewnej ważnej osobistości. Czy to furtka do lepszego życia?

To serio sympatyczny obraz, ale trzeba przyznać: nic się w nim nie dzieje. Scenarzysta nie ma pojęcia, jak przejść do czegoś, więc kręci swoimi bohaterami i udaje, że upływ czasu to postęp w czymkolwiek. Plus widać, że kobieta reżyserowała. W barze bójka i przenosi się na ulicę, a my zostajemy w środku pilnować dziecko. Rozwój historii jest koślawy, zachowanie bohaterów delikatnie mówiąc mogłoby być lepsze, sporo filmu jest do wycięcia, ale równocześnie jest tak niewinny, że szkoda go ganić wprost. Niech on już sobie taki będzie. To w końcu nie jest tak, że nic z seansu nie zapamiętam…

Bohaterowie Na południe od Brazos pewnie turlają się ze śmiechu na myśl, że na Dzikim Zachodzie można by wyżyć z pieczenia pączków.

Ratusz ("City Hall", 2020)

Ocena 4 z 5

Podoba mi się, jak ludzie słuchają się nawzajem. Czuć skalę pracy w rządzie, na ile stron muszą tam równocześnie patrzeć.

Ten dokument trwa 4,5 godziny i oglądam w tym czasie, jak przemawiają na jakimś zebraniu. W tym czasie lecą głównie ogólniki: musimy być tacy i tacy, nasz cel jest osiągalny, jeśli damy z siebie wszystko. Potem chłop chodzi po gospodarstwie w trakcie budowy i zadaje pytania: a co będzie tutaj? I ktoś mu odpowiada. Potem na ulicy chłop przemawia do pielęgniarek, że jak był mały, to leżał w szpitalu i pielęgniarki się nim opiekowały (pielęgniarki wokół klaszczą). Potem coś na cześć weteranów i chłop opowiada: „Mój wujek walczył w pierwszej wojnie światowej, dziękuję wam za wasze poświęcenie”. Ogólnie czuję się, jakbym miał w tle włączony całodobowy program informacyjny. Przemowy, parady, zebrania.

Nie jest nam przedstawiany kontekst czy dana sytuacja. Jesteśmy pokoju, gdzie coś się dzieje. Rzadko nawet miałem poczucie, że przed wejściem z kamerą osoby w danym pokoju usłyszały chociaż jakąś instrukcję. Są sobą, czasem tylko poddenerwowani obecnością kamery. Nie jest to w większości bezstronny dokument, jest tu wyraźna sympatia wokół postaci burmistrza, ale nie chodzi tylko o to. Wyraźne to jest choćby w „scenie”, gdzie podniesiona jest kwestia „60 centów na dolarze” (nie wiem nawet, jak to przetłumaczyć na polski poprawnie – ogólnie chodzi o to, że było/jest przekonanie, że faceci zarabiają więcej od kobiet, bo ktoś policzył ile w tym samym okresie [np. rok] zarabia jedna i druga płeć, ale nie wziął pod uwagę choćby różnych prac czy ilości przepracowanych godzin), co mnie wydawało się już definitywnie zamkniętą kwestią w 2016 roku, a tutaj normalnie jest zebranie, że latynoska kobieta zarabia mniej od białego faceta i jest przemawianie do kobiet, co robić w tej sytuacji. Wtedy poczułem się, jakbym oglądał serię TED Talków.

„Ratusz” to dokument bardziej do doceniania za realizm czy dokładność, niż taki, który faktycznie dobrze się ogląda.

Vitalina Varela (2019)

Ocena 5 z 5

Kino obrazów przywołujących mi na myśl „Śmierć Sokratesa”. Tutaj nie przeżywa się fabuły, tutaj przeżywa się obrazy.

Historia skupia się wokół motywu powrotu do domu po długiej nieobecności na pogrzeb męża, ten jednak odbył się pod jej nieobecność. Kobieta słyszy, że się spóźniła i ma zawrócić, tutaj nic dla niej nie ma. I to wyznacza kierunek dla całej projekcji. Tu nie chodzi o rozwój fabuły, tylko bycie otoczonymi przez kolejne kadry: ludzie stojący w miejscu, palący papierosy, siedzący i patrzący w dal, jakby czekali na coś. Mrok zasłaniający drugi koniec ulicy. Mrok jest naprawdę czarny, światło ostro rysuje kontury, połowa ujęć wygląda jak renesansowe obrazy – wtedy kadr można by zatrzymać i powiesić na ścianie, dać podtytuł w stylu: „Kobieta, która się spóźniła” i stać przed czymś takim 20 minut. Albo i więcej, zastanawiając się nad wszystkimi elementami i co one znaczą. Tak się powinno oglądać ten film.

Nie jest to kino dla każdego: rozkład scen jest chaotyczny i często brakuje związku przyczynowo-skutkowego, nie ma tutaj klasycznej opowieści o bohaterze albo opowiadania historii, a ładunek emocjonalny… Chyba lepiej nawet o nim nie pisać (naprawdę wielkim podsumowaniem jest budowa domu?). Widzieliśmy już takie produkcje, były one też lepsze, ale Costa podchodzi do tego po swojemu. Jego spojrzenie jest unikatowe i warte doświadczenia samemu. Tutaj nie przeżywa się fabuły, tutaj przeżywa się obrazy.

David Byrne: American Utopia (2020)

Ocena 3 z 5
Filmowy koncert Talking Heads – czyli jest choreografia, scenografia, otoczka łącząca poszczególne piosenki. Ogólnie jest to widowisko, ale jednak cały czas wymaga bycia fanem TH, bo wizualne atrakcje nie wystarczają na długo. Odnoszę wrażenie, że tylko ludzie od lat znający te piosenki i ich pełne znaczenia, jak one układają się w tę odgórną narrację, będą w stanie całkowicie obejrzeć to widowisko. A ja nawet koncertu Red Hotów nigdy nie widziałem w całości…

Purpurowe morze (2020)

Ocena 1 z 5

Być na Nowych Horyzontach i nie obejrzeć takiego filmu, to jak pójść do burdelu i nie zamordować prostytutki. Zmarnowana okazja!

Kamera na nadgarstku i oglądamy, jak kobieta w pontonie jest… No jest w pontonie, woda wokół pluska, nic nie widać i z opisu wiemy, że chyba jest właśnie ratowana, bo to uchodźczyni czy coś w tym stylu. A widz po kilku sekundach jest totalnie zdrętwiały, otępiały i obojętny na to, co widzi. Bo nic nie widzi. Z OFFU powoli narratorka tylko coś gada, od czasu do czasu dosłownie, ale to tylko wspomaga bycie „numb”.

Last Out (2020)

Ocena 3 z 5
O drodze sportowców z Kuby do Stanów. Nie znałem tego tematu, teraz znam. Salut.
 
Raczej każdy będzie zaskoczony, widząc dokument o zawodnikach baseballa, który zaczyna się od wspomnienia konfliktu USA z Kubą. Dawno temu nałożyli obostrzenia i teraz, jak zawodnik z Kuby chce pracować w USA, to… trzeba kombinować, żeby było legalnie. Nie można po prostu wjechać. Są pewne zasady.
 
Najlepsze w tej produkcji jest to, że nie pokazuje drogi na szczyt. Pokazuje zamiast tego ludzi, którzy robili wszystko, co mogli i powinni… a i tak z tego może nic nie wyjść. Trenują, dbają o swoje ciało, są odpowiedzialni, wypełniają formularze i mają mnóstwo umiejętności do zaoferowania, więc… trzymamy za nich kciuki. I to wciąż może być za mało. Odświeżające, życiowe. Salut.

Moje serce bije tylko, gdy mu każesz ("My Heart Can't Beat Unless You Tell It To", 2020)

Ocena 4 z 5

Reżyser, żegnając babcię w hospicjum zapragnął opowiedzieć o tym, co robimy dla bliskich. Wymyślił więc historię o rodzeństwie, gdzie jedna osoba jest wampirem: a przynajmniej w takim sensie, że nie może wyjść z domu i potrzebuje wypić krwi, aby przeżyć. Więc brat z siostrą zdobywają tę krew.

Niewiele się dzieje w tym filmie i nie ma tu wiele niespodzianek. Znowu oglądamy historię, w której ktoś jest zamknięty w domu i tak już musi być, nawet epoce Internetu nie mogą mieć żadnych znajomych albo własnego życia. Osoba jest utrzymana przy życiu bez patrzenia na jakość tego życia.

Znana historia, ale biorą w niej udział prawdziwi ludzie, więc nadal potrafi poruszyć. Zresztą i tak warto przypomnieć, że jak już decydujemy się na opiekę nad kimś – to róbmy to z miłości.

Powolna maszyna ("Slow Machine", 2020)

Ocena 3 z 5

To nie jest złe, ale nie wiadomo, co z tym zrobić. To ponoć najgorsza rzecz, jaką można powiedzieć po poznaniu czyjegoś dzieła – zapytać, jaki był tego cel. Młoda dziewczyna szuka nowego miejsca dla siebie, jest aktorką i oglądamy jej przeszłość, jak po pijaku poznała tajnego policjanta. Ogląda się to przyjemnie, bohaterowie mogą zyskać sympatię widza i ogólnie nie jest źle, tylko na koniec myślę: o czym to było?

To nie pogrzeb, to zmartwychwstanie ("This Is Not a Burial, It's a Resurrection", 2019)

Ocena 4 z 5

Kolejny taki sam film na ten temat. Nie było ich dużo, ale i tak wszystko brzmi znajomo i jestem tym zmęczony: jakaś odległa kraina, którą zły rząd albo biznes chcą mieć na własność, ale mieszkańcy mówią: przecież to nasz dom! „To nie jest pogrzeb…” różni się przede wszystkim tym, że zaczyna się w 30 minucie, a wcześniej jesteśmy wprowadzani w atmosferę, baśniowy styl oraz główną bohaterkę, która właśnie pochowała członka rodziny, została sama i już tylko chce do nich dołączyć. A tutaj niespodzianka, w związku z decyzjami króla groby mają być przeniesione.

Większość filmu przebiega w spodziewany sposób, ale udało się zbudować portret tej krainy. To na plus. Poznajemy specyfikę tego miejsca, tych ludzi, ich wspólnoty. Nie jest to tytuł, który bym polecał, ale to spokojny seans. Ładnie zagrany, zrealizowany i wykonany z uczuciem, osobisty.

O nieskończoności ("Om det oandliga", 2020)

Ocena 4 z 5

Spokojne, relaksujące miniatury wyglądające jak klasyczne muzealne obrazy – tylko że w ruchu. Tym razem o nieskończoności. Scenki są krótkie, ale każda dotyczy czegoś, co się wydaje ciągnąć – od błahych rzeczy, jak babcia robiąca 50 miliardów zdjęć swojemu wnukowi, więc tylko stoimy obok i czekamy. Inne rzeczy są poważniejsze – jak spotkanie znajomej osoby, z którą chodziło się do szkoły. I okazuje się, że ona nadal ma do nas urazę za coś, co jej zrobiliśmy dekady temu. Pewne rzeczy nie mają końca.

Tylko czy to o czymś jest? Chyba o tym, że to nie musi być złe – a nawet możemy w tym znaleźć humor albo coś więcej (nastolatkowie gadają o prawach fizyki i ogarniają, że ich komórki za kilka milionów lat znów się spotkają). I chyba też o tym, że są one częścią życia. I jako takie trzeba je zaakceptować.

Szczypce i skorupki ("Shell and Joint", 2019)

Ocena 3 z 5

Awangardowy utwór z gatunku sex comedy o ludziach gadających o seksie. Coś jak Seks w wielkim mieście tak z dwa sezony po tym, jak już zdecydowałem, że poziom opadł i nie chcę dalej oglądać.

Te rozmowy nie są po prostu interesujące. Współpracownicy rozmawiają o czymś, z czego druga strona mówi tylko: „Skoro tak mówisz”, więc pierwsza się przez to oburza. Baby przy kolacji gadają o wibratorach i rzucają teksty w stylu: „faceci tacy właśnie są”. A pomiędzy są jakieś „artystyczne” scenki, jak grupa tańczy na korytarzu w maskach, by na koniec wywalić dużo piłeczek na schody. I przybywają ochroniarze, żeby ich złapać. Ok.

Są tu jakieś „mądre” porównania ludzi do zwierząt, że nasze mieszkania są jak klastery dla pszczół, że ludzie powinni więcej korzystać z życia, a nie dopiero na końcu się ogarniać. Na tym etapie byłem seansem tak zmęczony, że pomyślałem tylko: „dobra rada, zacząłbym od niewłączania tego filmu”.

Aida ("Quo Vadis, Aida?", 2020)

Ocena 4 z 5

Jeden z tych bardziej „typowo” zrealizowanych filmów na tym festiwalu. Wiecie, oglądamy normalną fabułę, a nie jak ktoś chodzi 3 minuty, paląc papierosy. Jest to dosyć oczywista produkcja, znana historia i niewiele zaskoczeń, ale jest w tym mięso, emocje, aktywna bohaterka. Za podstawę wzięto konflikt z Serbami, więc mamy znajome wojenne wątki: masa ludzi została na lodzie, wojsko nie ma środków na pomoc dla wszystkich, bohaterka jest niby pracownikiem wojskowym, ale też nie może zapewnić bezpieczeństwa swojej rodzinie, która razem z innymi koczuje na polu i blaga o pomoc. Góra jest na górze, zwykli ludzie na dole, a pomiędzy są ludzie mający wykonywać rozkazy, ale chcący też pomóc – nawet jeśli niewiele mogą zrobić. „Kobiety i dzieci mogą odejść”, więc jak facet przebierze się za babę, to udajemy, że tego nie widzimy. Tak to jest na wojnie…

 

In a Silent Way (2020)

Ocena 4 z 5

Nietypowa komedia w konwencji dokumentu o gościu, który kochał jazz – ale tak naprawdę wszystko jest dla niego środkiem do tego, aby inni postrzegali jak pół-boga. A najlepiej jak całego. Gdy mówi o sukcesie innych, gdy ich wychwala – wyraźnie słychać, że robi to tylko po to, bo myśli, że kiedyś o nim tak będą mówić. A kamera podąża za nim, gdy jest na ostatniej prostej, żeby zdążyć stworzyć dzieło wszech czasów. Więc się z niego śmiejemy.

Koniec końców jednak bohater zasługuje na szacunek. Skończył, jak skończył, niezbyt imponująco, ale wcześniej przynajmniej próbował. I nawet był blisko. Coś zrobił, ma swoją opowieść. 

Nagie zwierzęta ("Nackte Tiere", 2020)

Ocena 3 z 5

Taki tradycyjny fabularny film festiwalowy – realizowany w przypadkowy sposób, o życiu bohaterów. Chodzą do szkoły, mieszkają na własnym, chodzą na karate.

Nie wiemy, czemu mieszkają samodzielnie, chociaż jeszcze chodzą do szkoły. Nie wiemy, czemu lubią się nawzajem prać po pyskach, ale lubią. Ćwiczą karate, odpoczywają, zażywają narkotyki, spacerują… Robią rzeczy, pójdą gdzieś, pokłócą się i w którymś momencie film dobiegnie końca. Obraz życia tych ludzi, który niewiele przybliży widzom. Obserwujemy ich życie, ale to nie znaczy, że je poznajemy. 

Materna (2020)

Ocena 5 z 5

Jest w tym filmie scena, w której bohaterowie siadają do stołu, a dialog między nimi zamienia się w wymianę fraz i skrótów, które obiegają media. Szambo wylało, nikt nie słucha drugiej osoby i kłócimy się o brutalność policji oraz czy nazwa BLM jest rasistowska względem białych ludzi – ale tak nie było na początku. Wcześniej było inaczej. Mieli problem, próbowali go zrozumieć, prosili o pomoc i mimo wszystko jej udzielali… Do czasu, aż zaczęli używać haseł. I wtedy, niemal natychmiast, stali się podzieleni. Zaczęli wobec siebie czuć inne emocje. Stali się inni.

Ta scena nie jest po to, aby faktycznie podjąć temat BLM czy policji, ale by pokazać, że za tymi powtarzaczami sloganów nadal są ludzie. A to problem uniwersalny, w końcu tylko kilka dni minęło, od kiedy polski Internet poznał filmik pokazujący „prawdziwy atak na polskie rodziny”, w których oskarżona jest narracja naszych głównych mediów. I to tylko jeden z kilku przykładów, jak nadal dosyć pobieżnie postrzegany jest cały ten problem. Inni ludzie, inny kontynent, inne tematy, ale zachowanie dokładnie to samo. Posługują się hasłami, nie słuchają i reagują poprzez zastosowanie blokady, ilekroć ktoś widzi otoczenie inaczej od nich.

Piszę o tym wszystkim nie dlatego, że cały film tak wygląda – to tylko jedna scena, ale podstawowy problem w niej to brak zdolności do dostrzeżenia w takich ludziach… Ludzi. I ten film przybliża ludzi, których widzimy. Ich życie, ich emocje, ich bieżącą sytuację. Mamy pięcioro bohaterów – cztery kobiety zaczepione przez chłopa w metrze. To bardzo wizualna produkcja, niewielu tutaj segmentów dialogowych. Każdy ma coś do opowiedzenia, ale nie wszyscy będą mieć szanse to zrobić. Wyzwanie polega na tym, żeby pod koniec seansu faktycznie potraktować tego, który nie miał szansy się wypowiedzieć, jako jednego z głównych postaci w tym filmie. Ilu widzów będzie do tego zdolnych?

Malarka i złodziej ("The Painter and the Thief", 2020)

Ocena 5 z 5

Ku mojemu zaskoczeniu ta produkcja jest dokumentem. Malarka z Czech pracująca w Norwegii faktycznie nawiązała kontakt ze złodziejem, który ukradł jej obrazy z wystawy. On powiedział, że nie pamięta, gdzie teraz są jej obrazy – kradnąc był pod wpływem narkotyków. Ona proponuje zrobienie jego portretu. On się zgadza. A potem… Kurczę, nie jest wskazanym pisać coś więcej. To film o tym, że nawet recydywista nie można wyglądać groźnie w norweskim sweterku. O tym, że nawet więzienia w Norwegii mają rewelacyjne lasy. O tym, że w wieku 40 lat można pójść na kurs pielęgniarski. O tym, że życie jest fajne.

Luźne skojarzenie: ten film to odcinek „Pozostawionych”.