Jean Renoir

Jean Renoir

25/12/2017 Opinie o filmach 2

Ojciec zmusił go, aby miał długie włosy. Uwielbiał go Orson Welles i Charles Chaplin, zainspirował Satyajit Raya do tworzenia, sam inspirował się Stroheimem. Miał zaczął kręcić, aby zrobić ze swojej pierwszej żony aktorkę - miłość do kina trwała dłużej. Oto Jean Renoir i przegląd jego twórczości.

A director only makes one film in his life. Then he breaks it into pieces and makes it again.” – Jean Renoir

Jean Renoir

Obecnie Jean Renoir znajduje się w moim rankingu reżyserów na miejscu #220

Top

1. Suka
2. Towarzysze broni
3. Reguły gry
4. Bestia ludzka
5. Południowiec
6. Zbrodnia Pana Lange
7. Toni
8. Śniadanie na trawie
9. Boudu z wód wyratowany

Ważne daty

1894 – urodziny (Paryż)

1919 – śmierć ojca

1925 – debiut pełnometrażowy

1957 – trzecie małżeństwo (będą razem do jego śmierci)

1970 – ostatni film (telewizyjny)

1979 – śmierć (Beverly Hills, atak serca)

Suka („La chienne”, 1931)

Ocena 5 z 5

Komedia życia. Ludzie śmieją się z życia, życie śmieje się z ludzi.

Blisko 90 lat ma ta produkcja, a do dziś potrafi zaskoczyć swoją strukturą, pomysłowością czy inteligencją. U swoich podstaw jest to prosta rzecz – starszy człowiek zakochuje się w młodej dziewczynie, która jednak zakochana jest w innym – cwaniaku, który ją używa. Starszy chce dziewczynie pomóc, ona jednak zostaje przy swoim – wybiera tego, kogo kocha, nawet jeśli ten ją bije i wyzywa.

I tak to leci, jedno za drugim, aż do finału i epilogu tak przewrotnego, że pozostaje tylko jedno z dwojga: albo się zaśmiać i wzruszyć ramionami, albo też usiąść i pomyśleć. Z tym zaśmianiem się to trochę przesadziłem, bo w Suce żartów nie ma. Są za to wydarzenia, na które można spojrzeć pod pewnym kątem i dostrzec w nich komizm sytuacji. Ot, choćby mężczyzna rozstaje się z żoną, aby być z kochanką, a kochanka… Zostawia go na lodzie. Problem w tym, że dokładnie ta sama sytuacja może być tragedią – zależy jak do niej podejść, a reżyser Suki nie podchodzi do nich w ogóle. Opowiada ciąg wydarzeń, skupia się na zgodności z logiką i wydaje się, jakby nie budował komedii na żartach w liczbie mnogiej, ale tylko jednym. Finałowym, ostatnim zdaniu, czyniącym z całej Suki wielki samotny żart.

Żart, ale z czego? To jest ważne pytanie. Zdaje mi się, że najlepszą odpowiedzią jest… Żart z żartowania. Śmianie się z samego śmiania. Przyjrzyjcie się, ile osób ginie w tej historii, jak los każdej żywej osoby staje się tylko gorszy, w jakich chwilach oni cieszą się i śmieją – a co powinien ten czyn symbolizować? Świętowanie czegoś dobrego, radość życia – bohaterowie jednak cieszą się z innych powodów, a najbardziej śmieją się na sam koniec, kiedy nic innego im nie zostało, kiedy nawet chwilę wcześniej słyszymy jednego mówiącego „nie miałbym nic przeciwko również być martwym”. To historia o ludziach, którzy dostali co chcieli bez patrzenia na sprawiedliwość – i to tylko jeden z wielu sposobów na interpretację tej produkcji. Wracając do cudownej sceny otwierającej – może więc cały film funkcjonuje tak naprawdę ponad tymi kategoriami, o których tutaj piszę? Możliwe.

Jedno jest pewne – trzeba zrobić podejście samemu!

Boudu z wód wyratowany ("Boudu sauvé des eaux", 1932)

Ocena 2 z 5

Jean Renoir jest jednym z tych ponadczasowych mistrzów kina, przy którego filmach muszę sobie przypominać: to jest stare, wtedy były inne czasy, jak na swoje czasy to na poziomie treści wtedy było coś, więc dzisiaj to też jest… czymś. Czy umie realizować ujęcia, które do dzisiaj powinny być studiowane w szkołach? Tak. Czy umie zagospodarować i wykorzystać kadr niczym najwięksi mistrzowie reżyserii? Tak. Czy na poziomie treści jego film mnie stracił w ciągu kilku minut? Tak. To, co tutaj zobaczyłem, było jak z poprzedniej generacji ludzkości, jeśli można by porównać ludzkość do konsol. Bezdomny podchodzi do policjanta i potrzebuje pomocy, żeby znaleźć psa – mundurowy karze mu wypierdalać. Na tym samym ujęciu (!!!) bezdomny odchodzi i wchodzi paniusia z klasy wyższej i rozpacza, że zgubiła pieska i psy od razu się organizują, żeby czworonoga znaleźć.

Czy możemy się dogadać, że takie rzeczy od dekad są dnem? Nie ma nic niższego niż taka „satyra”. Jedyne, na co mogę przystać, to że w 1932 roku takie rzeczy jeszcze nie były całkowicie traktowaniem widza jak idioty – chociaż nawet na to ciężko mi przystać. W 1932 roku premierę miał Nowy wspaniały świat i trzeba by serio nienawidzić kina, aby wybaczać mu taki dysonans względem literatury.

Zakres „satyry” jest kontynuowany: bezdomny skacze z mostu, bogaty leci go ratować. Zbiera się tłum wyrażający zainteresowanie tym wydarzeniem tylko z dwóch powodów: heroicznego czynu oraz faktu, że ratujący jest z „ich klasy”. Gdyby bezdomny ratował bezdomnego, to nikogo by tam nie było. Nikogo nie interesuje ratowanie życia ludzkiego. Czuć ramiona otaczające oglądającego, czuć wstrząsy, gdy próbuje przez ekran potrząsnąć widzem upewniając się jak tylko może, że ten załapał. Że dotarło.

Ogólny zamysł zarysu fabularnego mógłby się udać – bogaty próbuje „nawrócić” biednego poprzez wprowadzenie go do elity, ale biedny ma inne wartości i lekceważy sobie starania, dzięki czemu rodzi się chaos i rozgardiasz, a na końcu ich drogi się rozchodzą: biedny w szczęściu, bogaty w niezadowoleniu. Reżyser zmienia zakończenie względem sztuki, aby było jeszcze bardziej bezwzględne – w oryginale wszystko miało mieć szczęśliwy finał. Szczegóły są nawet brutalniejsze, ponieważ bezdomny nawet gwałci na ekranie służącą bodaj, tylko jest to pokazane tak, że bez Wikipedii nie ogarniecie, że tam doszło do gwałtu. Ogólnie: mająca potencjał satyra na odklejoną elitę. Wszystko to zmarnowane przez łopatologiczność, brak humoru, obraz biedoty i reszty warstw społeczeństwa, braki umiejętności narracyjnej, wolne tempo – które zresztą niewiele by zmieniło, gdyby było żwawsze, ponieważ od piątej minuty wiemy, co się wydarzy później, nie ma żadnych wydarzeń próbujących zmienić bieg historii, więc tylko czekamy do końca tego wlokącego się półtoragodzinnego filmu, aż zobaczymy spodziewamy finał. Którego nie dostajemy, bo reżyser akurat tutaj wykazał się kreatywnością, więc… Niech będzie, że plus. Mógłbym dać nawet jedną gwiazdkę wyżej, ale… Mam już dosyć. Mam wrażenie, że dawałem tę gwiazdkę więcej temu reżyserowi już co najmniej kilka razy.

Bestia ludzka („La bete humaine”, 1938)

Ocena 3 z 5

Bezbłędny maszynista zakochuje się w kobiecie, która zamordowała swojego dziadka. Dezorientująca produkcja.

Bestia ludzka jest trudna do rozgryzienia. Kluczowe do interpretacji jest na pewno świadomość, iż całość powstawała w ramach gatunkowych realizmu poetyckiego. Stąd uproszczenia, skróty i dziwne przenośnie. W ten sposób trochę łatwiej jest oglądać wydarzenia na ekranie, kiedy wiemy, że nie trzeba tego brać na poważnie w 100%. Bohater próbuje udusić swoją ukochaną, po czym mówi, że nie wie, czemu tak zrobił. Tak po prostu ma. Najgłupsza rzecz na świecie niczym wyjęta z The Room – dopóki nie zaczniemy odbierać tego jako dosłownej metafory sabotowania związku, w którym jesteśmy. Jeśli mieliście tego typu doświadczenia w swoim życiu, to zapewne też ich nie umiecie wytłumaczyć racjonalnie.

Do tego momentu więc film jest dosyć jasny. Schody zaczynają się później, kiedy po seansie trzeba odpowiedzieć na pytanie: „Po co ten film powstał?„. Co chciał wyrazić? Cóż… W dalszej części robi się naprawdę dziwnie. Pewne rozjaśnienie przychodzi, kiedy bohater mówi „Zapomnijmy o przeszłości i zacznijmy od nowa„. Możliwe, że Bestia… jest ostrzeżeniem przed takim sposobem myślenia; pokazem, do czego ono prowadzi. Chciałbym, żeby tak było. Z drugiej strony, to równie dobrze może być produkcja wierząca, że człowiek jest za słaby na miłość, albo, że to miłość jest winna wszystkiemu, kiedy przychodzi do popełniania błędów i radzeniu sobie z ich konsekwencjami. A to już mi się średnio podoba.

Co jest prawdą? Nie mam pojęcia. Możliwe, że materiał źródłowy (książka Zoli) ma jedno przesłanie, a adaptacja Renoira drugie. Po seansie nie jestem pewien, co mogę z tym filmem zrobić. Na jednym poziomie Bestia ludzka jest o ludziach robiących masę głupich rzeczy, z których nic nie wynika. Po wejściu nieco głębiej historia zaczyna nabierać logiki, niemniej wciąż brakuje tu treści – a przynajmniej jest ona dyskusyjna i dezorientująca. Nawet nie jestem pewien, czy warto polecić Bestię… jako obraz, który należy ocenić samemu. Żeby przekonać się, jaki efekt wywrze on na was.