Filmografia Marcela Łozińskiego

Filmografia Marcela Łozińskiego

27 grudnia 2017 Blog 0

Polski dokumentalista. Jego utwory rzadko trwają dłużej niż godzinę, dlatego będę o nich pisać grupowo.

Z łaciny tytuł oznacza „unieważnienie”, chociaż odnosi się do kwestii prawnej (zaakceptowania raportu finansowego, że wszystko się zgadza). Grupa trzydziestolatków spotyka się i wspomina czasy licealne. Strumień słów trwa i gdzieś w tym wszystkim można dostrzec rewizję młodzieńczych ideałów oraz to, jak człowiek zmienia się pomiędzy szkołą i osiągnięciem trzeciej dekady na karku. Może też nie tylko pod wpływem życia, ale też systemu, w którym żyje. O tym nie można głośno mówić, więc to tylko sugestia. Podobnie jak z wódką na stole – wiemy, że tam jest, ale jej nie zobaczymy. Z tego, co wiemy, to spotkanie odbywa się przy kawie i papierosach. Na pewno.

Niemniej, strumień słów jest męczący, pomysłów wizualnych brak i najbardziej intryguje tutaj myśl, że to obraz młodych ludzi mających obecnie po 70 lat i więcej.

Inscenizacja, w której grupa pracowników szuka między sobą winnego za niedopełnienie planu. Opis dystrybutora w puszysty sposób zapowiada demaskację stadnego działania i odwoływanie się do wydarzeń 1968 roku – i coś w tym jest, ale niestety z tym eksperymentem jest tak, że jeśli nie znasz wcześniej tych mechanizmów grupowych, to seans wyda się dosyć płaski i nieznaczący. Ciekawostka w zasadzie. Z kolei jak już znasz te mechanizmy – wtedy też mało z tego wynika. Wręcz trochę to pachnie tworzeniem pod tezę. I oglądanie też służy tylko temu, aby potwierdzić to, w co już się wierzy.

Zabrakło czasu. Całość trwa 15 minut i brakuje czegoś, czemu można by stawić czoła. Słuchamy, możemy czuć się zagrożeni lub zaniepokojeni, możemy mieć ochotę bronić się lub brać strony, ale nie ma tutaj nic, co pozwoli nam całość zrozumieć całą sytuację. Chyba że rozumiemy ją już wcześniej.

Powiem jednak tak: to dobry materiał na remake. Z analizą, pełną narracją i fabułą, bez bawienia się w psychodramy, za to świadomym i równoległym nawiązywaniem do 1968 roku.

Gdy dziennikarz rozmawia z kimś przed kamerą, w kadrze są zawsze dwie osoby. Przewrotny i skuteczny dokument.
 
Ciekawa sprawa – kiedy oglądamy rozmowę dziennikarza z kimś, to automatycznie skupiamy niemal całą swoją uwagę na niej. Jeśli prowadzący wywiad nie jest przesadnie gwałtowny lub niedorzeczny, to go ignorujemy. Na tym opiera się sztuczka „Wizyty”. Mamy w końcu 1973 rok, inny ustrój. Jeśli reżyser chciał kręcić – musiał mieć powód, który ktoś zaaprobuje. W „Wizytcie” dziennikarze odwiedzają zwykłą Polską wieś, by przeprowadzić wywiad z panią Urszulą – ale najpierw wypytują o nią mieszkańców. Jak żyje, jak się prowadzi, co o niej mówią. Szybko powstaje portret mało modelowej obywatelki, którą można spróbować „naprostować”.
 
Uprzedzając pytanie – pani Urszula na wszystko się zgodziła (chociaż w sumie – czy miała wybór) a po latach powiedziała, że nie żałuje udziału (chociaż w sumie…). Warto o tym wiedzieć podczas oglądania, to „Wizyta” pomimo zaledwie 15 minut nie jest przyjemna w oglądaniu. Prosty człowiek jest tutaj konfrontowany z trudnymi tematami w sposób – delikatnie mówiąc – gruboskórny. Kwestionowane są tu jego wybory życiowe, zachowanie, zwyczaje. Jednym słowem, to Wigilia z rodziną, w której wszystkie ciotki, babcie, kuzyni i rodzice pytają się was, kiedy sobie jakąś pannę znajdziecie, tylko podniesione do niewyobrażalnej potęgi. Nie pomaga zastanawianie się nad tym, czy ta kobieta miała wybór, czy też za odejście od kamery mogłaby mieć nieprzyjemności.
 
Warto dlatego pamiętać, że przed kamerą jest dwóch ludzi. I to zachowanie tej prowadzącej wywiad jest tu tematem obserwacji tak naprawdę. A przynajmniej tak to sobie interpretuję.
Marcel Lozinski

Obecnie Marcel Łoziński znajduje się w moim rankingu reżyserów na miejscu #126

3.87/5

Top

1. Żeby nie bolało
2. 89 mm od Europy
3. Wizyta
4. Tonia i jej dzieci
5. Egzamin dojrzałości
6. Happy End
7. A gdyby tak się stało
8. Wszystko może się przytrafić
9. Król
10. Absolutorium

Egzamin dojrzałości (1979)

4/5

Młodzi ludzie podchodzą do matury i dostają dyplomy. Całość wzięta w klamrę fabularną przedstawiającą próby do występu w teatrze, ponieważ całe życie młodych ludzi to udawanie i granie przypisanej im roli.

Mam z tym krótkim dokumentem te same problemy, co z innymi produkcjami Marcela Łozińskiego – brak kontekstu, przez co całość nie jest uniwersalna. Ja sam po miesiącu w podstawówce miałem już przeczucie, że szkoła będzie czymś zupełnie innym, niż mi mówiono, a dzisiaj pewnie idzie to jeszcze szybciej. Nie trzeba tego odkrywać, bo wszyscy wiedzą, że udajemy. Zresztą, czy to w ogóle udawanie, skoro obie strony o wszystkim wiedzą? Szkoła i matura to wypełnianie formalności, nikt tutaj nikomu w niczym nie przeszkadza. Pięćdziesiąt lat temu jednak to wyglądało inaczej, ale tego niewiele widać po tej produkcji. Uśmieszki uczniów kpiących z formułek, jakich muszą się uczyć – to wszystko. Dzisiaj tylko pozostaje szok, że kiedyś wymagana była znajomość konstytucji. Wtedy sprawdzano, czy wiesz, jakie masz prawa – mnie o to nigdy nie pytano.

Tak już zresztą jest z tym twórcą – opowiadając o jego produkcjach wchodzi się na tereny osobiste. Treść samego dokumentu jest w sumie zawarta w opisie od dystrybutora. Ważny i celny, ale czy koniecznie do oglądania? Trudno powiedzieć.

89 mm od Europy (1993)

4/5

Pociąg jedzie z Moskwy do Paryża i musi się zatrzymać w małej wiosce w Polsce, gdzie dojdzie do wymiany kół. Zabieg jest potrzebny z uwagi na różnicę w wymiarach torów, jakie są na terenie ZSRR – większe o dokładnie 89 milimetrów. Oglądamy więc peron i ciekawość na twarzach pasażerów, którzy przyglądają się całości wydarzenia, na które nie są przygotowani. I tak to się ogląda, z umiarkowaną ciekawością.

To niestety tytuł z istotnym kontekstem. Powstał w czasach, gdy wydawało się, jakby cały świat zmieniał – politycznie czy między ludźmi, a ten dokument obserwuje świat i zadaje pytanie: czy tak naprawdę cokolwiek się zmienia? Podobne perony w końcu widzimy nawet dzisiaj.

Naprawdę szkoda, że Łoziński zapomniał o kontekście, dzięki któremu jego dokument byłby uniwersalny w oglądaniu zawsze i wszędzie. Już 10 lat temu, gdy oglądałem ten tytuł pierwszy raz, mogłem co najwyżej docenić go, zamiast rozumieć.

Wiecie co? Tren dokument byłby rewelacyjną ostatnią sceną w jakimś naprawdę dużym filmie fabularnym z gatunku epiki, o zmianach ustrojowych na przełomie dekad, którego bohaterowie pełni nadziei na lepsze jutro faktycznie wyjadą z Paryża do Moskwy… I ostatnia scena miałaby miejsce na tym peronie. To byłby poziom epilogu z Margaret, tak czuję.

Żeby nie bolało (1998)

5/5
Powrót po 23 latach do kobiety, która była bohaterką pozorną „Wizyty„. Teraz w sumie nadal jest. Najbardziej istotne jest, czego w tym dokumencie nie ma.
 
Ponownie reżyser zabiera swoją ekipę oraz widza na wieś, gdzie rozmawia z panią Urszulą. Zmieniło się podejście – do rozmowy z naszą bohaterką przystępuje ktoś bardziej jej przychylny. Zamiast więc przyjmować postawę antagonistyczną, atakować panią Urszulę i mówić jej, co ma robić – tym razem reżyser chce naprawić tamte wydarzenia i zrobić to, jak należy. Słuchamy więc rozmowy ze zwykłym człowiekiem w średnim wieku, szczerej, złożonej, na wiele tematów… Tylko co z tym teraz zrobić? Jaki można z tego zrobić film? Jakimi regułami tutaj się kierować?
 
W tym miejscu dokument się kończy, a kamera zwraca się na samego reżysera, zamyślonego gdzieś z tyłu ekipy. A my wracamy do początku. Pani Urszula powiedziała tylko, że chce by „nie bolało„, kiedy film powstanie. Poprzedni („Wizyta„) mógł mieć taki efekt, dlatego zrobiono w końcu drugie podejście. Niemniej, nie można tego tak zostawić, po prostu „zrobić”, on musi być „o czymś”. Tutaj zaczyna się rola filmowca, montażysty, reżysera, w pracy nad gotowym materiałem. Usuwaniu z niego nadmiaru materiału, aby z nadmiaru słów zostało tylko kilka – te, które będą się liczyć.
 
Ostatecznie więc znowu pani Urszula jest pozorną bohaterką dokumentu. To wciąż medytacja filmowca nad rolą twórcy w opowiadaniu o rzeczywistości, odpowiedzialności za to, jak się o niej mówi, jak się ją przedstawia.
 
PS. Dokument tak naprawdę trwa jakieś 33 minuty. Na początku została puszczona „Wizyta” dla przypomnienia, w nieco przemontowanej wersji.

Tonia i jej dzieci (2011)

4/5

Dokument, w którym trzeba umieć słuchać tego, co ludzie mówią. Nie dialogów, nie odpowiednio zmontowanych nagrań, ale właśnie czystych rozmów. Wielu słów, wśród których tylko niektóre trzeba usłyszeć. Nie ma tutaj w zasadzie nic wizualnie interesującego, zajmującego, przykuwającego wzrok. Dwoje ludzi wspominających przy stole swoją matkę, dowiadujących się o niej nowych rzeczy. Jest w tym ładunek emocjonalny, ale właśnie zawarty i pozwalający się aktywować, gdy odbiorca umie słuchać. Jeśli bardziej umie patrzeć, wtedy ten ładunek tak mocno go nie dotknie.

Łoziński opowiada o ciężarze, który tamto pokolenie zostawiło na swoich potomkach. Trochę też kończy swój pierwszy (czy tam jeden z pierwszych) film, który zaczął robić jeszcze w szkole. Trzeba mu jednak oddać – tym razem zadbał o to, aby jego produkcja była zrozumiała dla wszystkich, żeby mogli poznać tamte czasy. Jest w tym pierwiastek uniwersalności i podczas seansu wchodzimy w czyjeś doświadczenie, zamiast starać się nawiązać z nim własne.