Krótko o filmach z 2017 roku

Krótko o filmach z 2017 roku

31 grudnia 2017 Blog 0

Zbiór archiwalnych notatek. Nie ma tu wszystkich produkcji z 2017 roku, jedynie kilka, o których popełniłem swego czasu zbyt krótką notatkę, aby na nowym blogu robić z niej samodzielny wpis.

★★★★★

Główny bohater jest już stary. Opiekuje się dawnym przyjacielem i chcę zamieszkać na łódce, ale jest mutantem, więc ktoś znowu pakuje go w kłopoty, i nasz bohater musi uciekać razem z małą dziewczynką przed ludźmi, którzy chcą jej zrobić krzywdę. Byłem zdziwiony, gdy ten film premierował w Berlinie, ale zaskakująco pasuje on do takiego miejsca jak festiwal filmowy. „Logan” jest poważny i dojrzały, w stylistyce, jak i podejmowanych tematach – starość, umieranie, egzystencja bez celu i własnego miejsca. Przy tym umie zabrać widza w tą beznadziejną podróż bez wywoływania u niego chęci, aby przerwać seans – i osiąga to pomimo braku nadziei. Wiemy, że na końcu podróży nie znajdziemy zbawienia, bo takie sztuczki są poza zasięgiem tego wszechświata… A i tak jedziemy.

★★★★

Czarnoskóry główny bohater jedzie poznać rodziców swojej białej dziewczyny. Na miejscu zaczynają się dziać różne rzeczy – rodzice cały czas chcą pokazać, że nie są rasistami. Policjant jest rasistą. A matka chce pomóc hipnozą bohaterowie, aby przestał palić. A potem zaczyna być tylko dziwniej. Oglądamy i nie rozumiemy, co się dzieje. Seans mija w tajemnicy i napięciu. Chcemy wiedzieć, co się dzieje. A po blisko 3/5 filmu okazuje się, że oglądamy tylko coś o wiele prostszego, niż myśleliśmy. Twórcy mylili jedynie tropy i budowali bardzo długi wstęp do czegoś… Prostego, znanego i zwykłego. Niemniej, doceniam zabawę, jaką film oferuje przez pierwsze półtorej godziny.

Będę krytykować, bo film ma problemy z tempem. Jak na film, który zasłynął właśnie doskonałym rytmem (zgranie dźwięku z warstwą wizualną w montażu i reżyserii), to właśnie do tego aspektu muszę się przyczepić – w scenariuszu. Bo ten wygląda, jakby siedziała nad nim tylko jedna osoba, która od razu zaczęła to reżyserować bez poprawienia licznych błędów. Najbardziej oczywisty przykład – scena, która powinna mieć miejsce w okolicy 20 minuty, zostaje wygrana w 54. To daje mniej więcej 34 minuty opóźnienia, a film potrafi się wlec. Sporo jest tutaj zawartości bez żadnego pay-offu (albo też bardzo marnym). Tu sporo można było wyciąć lub przepisać, aby lepiej sprawdzało się jako całość. Dla przykładu – mamy tutaj motyw, że szef nie bierze do pracy nigdy tych samych ludzi, i dlatego Baby jest wyjątkowy. Dlatego mamy jeden napad z jedną ekipą, drugi napad z drugą ekipą… A potem mamy trzeci napad z mieszaniną pierwszej i drugiej. Co najmniej jedną można było więc wyciąć. Już po pierwszej Baby mógł być spłacony. Mamy tu imponujący wizualnie mastershot w czołówce, który też można było wyciąć. Takie są niestety twarde realia scenopisarstwa. Mamy też wujka/dziadka (?), który gada na migi. Mamy nagrywanie wszystkiego mikrofonem i tworzenie z tego muzyki. Po co? Po nic. Aż tu pod koniec okazuje się to ważne w tak wymuszony i biedny sposób, że można by przysięgnąć, że mamy do czynienia z amatorami. Na historię i konflikt brakuje pomysłu – szef najpierw zmusza Baby’ego do pracy, bo jak nie to mu nogi z dupy powyrywa, a na koniec „uciekaj i trzymaj głowę nisko„. Nagle policja zabija jakąś dziewczynę, która myślała, że włączyła sobie nieśmiertelność, i stała bez żadnej osłony i strzelała. To ją strzelili bez problemu i z jakiegoś powodu jest to wina Baby’ego – wszystko po to, by mieć antagonistę na ostatnie 20 minut. I jest pojedynek. Jak wygląda wielki pościg na koniec? Baby wysiada z samochodu i w 3/4 opowieści dowiadujemy się, że jest mistrzem parkour. Ma zmysł profesjonalisty oraz kondycję lekkoatlety. Umie nawet przeskoczyć jadący na czołówkę samochód. Super. A jak wygląda finałowy pojedynek? Za kółkiem drugiego samochodu siedzi John Hamm, nawet bez zasugerowania, że jego postać jest na tym samym poziomie kierowania pojazdami co Baby. Zresztą, to pojedynek w tym, kto mocniej dociśnie gaz do dechy i zepchnie przeciwnika z dachu na ulicę. Biednie. Już mogli chociaż pójść w pojedynek samochodów na pustym dachu w stylu jednego z modów do GTA V. Jestem więc wdzięczny za bardzo ładny romans z muzyką oraz smaczki typowe dla Edgara Wrighta (cholera, ten mastershot na początku…), ale skoro już tworzy typowe kino gatunkowe, niech przestrzega jego reguł. A tu bez solidnych relacji między bohaterami, historii i dobrego tempa narracji nie da się skoczyć za wysoko. Trzeba się też po prostu zdecydować, o czym to ma być. Finalnie okazuje się, że jest to historia o tym, że każdy dobry uczynek niesie ze sobą dobre konsekwencje i one mają znaczenie. Nawet jeśli tak na co dzień rujnujesz ludzi, to jednak warto otworzyć okno w aucie i oddać przez nie torebkę starszej kobiecie, od której właśnie kradniesz pojazd. Ona to doceni. Podoba mi się to.

Polski short, który wygrał w Cannes. Był dostępny za darmo do obejrzenia, więc sprawdziłem. Opowiada o młodych nowoczesnych ludziach, w których życiu pojawia się konflikt militarny, i to na ich podwórku. Trwa tylko trzydzieści minut i mając na uwadze, że to wszystko wyszło spod rąk początkujących filmowców – można być zachwyconym. Realizacja i inscenizacja niektórych scen to perełki pod każdym względem, a już szczególnie pracy przy małym budżecie (napad na transport poborowych!). Jest się do czego przyczepić (są tu napuszone linijki dialogu od których czuć spermą, bo aż tak się nad nimi brandzlowali po ich wygłoszeniu), ale biorąc pod uwagę całość, i jak wiele tu osiągnięto, to szkoda na to marnować oddechu. Prowadzenie aktorów, również w ujęciach masowych, inscenizacja skomplikowanych i złożonych scen, wykorzystanie masy scenografii… Aleksandra Terpińska to nazwisko, które chcę zapamiętać.

Helen Miren policzkująca Jasona Stathama to najfajniejsza rzecz 2017 roku. Tym razem bez fajerwerków, otrzymaliśmy za to rzemieślniczo dobrą część „Szybkich i wściekłych„. Znowu nie ma do czego za bardzo wracać, ale ogląda się przyjemnie. Na minus antagonista, któremu nie można przywalić w twarz; zbyt częste przybliżenia, przez które średnio obserwuje się akcję… I to tyle tak naprawdę. Sympatyczna rozwałka z charakterem pełna zawartości i kreatywności. W moim rankingu – najlepsza część zaraz za siódmą. I chyba pierwsza, która właściwie rozłożyła akcenty. Wcześniej (szóstka, siódemka) punkty kulminacyjne były gdzieś w środku filmów, by w finale zaserwować coś, czego nawet nie będziemy potem pamiętać. Teraz to się zmieniło – chociaż to nie jest akcja z sejfem z piątki.

★★★

Moją ostatnią myślą było: „Cholera, podobało mi się!„. Ósma część cyklu przenosi nas w czasie o 10 lat od momentu, kiedy jego kluczowa postać (morderca) został zabity. Mniej więcej wtedy też miały miejsce pozostałe wydarzenia cyklu, więc ogólnie można rzec, że od ostatniej działalności Piły minęła dekada. Aż tu nagle rozpoczyna się nowa gra, ciała przegranych pojawiają się na mieście. Naśladowca? Czy też Jigsaw wrócił zza grobu, jak na to poszlaki wskazują? Intryga trzyma się całkiem nieźle, zawiera twisty oraz właściwą serii konstrukcję z konkluzją w finale, to zdecydowanie najmocniejsza część filmu. Trochę gorsze wrażenia będą mieć fani cyklu – sam zaliczam się do nich i nie przyjąłem pozytywnie zmiany mrocznej scenerii na ciepło oświetloną farmę z widokiem na las. To pierwsza taka „Piła” po której nie byłem wprowadzony w paranoję zaglądania po kątach swojego mieszkania, aby mieć pewność, że nie czeka tam na mnie mężczyzna z głową świni. Istotne też jest zmiana aspektu psychologicznego. Wcześniej Kramer był tym głosem sumienia zadającym pytanie o to, czy jesteś godny, by żyć. W ósmej części Jigsaw jest raczej mścicielem dopadającym tych, którzy uniknęli policji za zabicie własnego dziecka. To znacząca różnica, przez co przechodzę obojętnie obok wyzwania, któremu w poprzednich latach zmuszany byłem stawić czoła. Kolejny minus brzmi: to po prostu kolejna „Piła„. Nie otwiera nowej, ciekawej linii fabularnej, jak to robiła trzecia odsłona. Nie dodaje tak naprawdę nic istotnego do serii. Oczywiście – to super, że znowu mogę zobaczyć Tobina Bella, usłyszeć jego głos i ogólnie, że oglądam kolejny film z tej serii. Jestem zadowolony z seansu, ale mogłoby być lepiej.

Najlepszy film z oferty FestMakabry 2017, które widziałem, ale to wcale mnie nie cieszy, ponieważ „Słudzy…” są jedynie sprawnie zrealizowanym festiwalem jump-scare’ów w swym podstawowym wydaniu. A taki widok jest naprawdę bolesny. Rok temu Joko Anwar mnie zainteresował swym poprzednim filmem: „Zapis moich zmysłów„, a teraz dostarczył mi kino pozbawione ambicji w najmniejszym stopniu. Cały film to seria identycznych scenek: dzieci idą korytarzem – wyskakuje na nie straszydło – dzieci zawracają – podbiega do nich matka, a one siedzą pod ścianą i płaczą. Koniec sekwencji. Czas na następną. Film, który nie musiał powstać, ale wciąż jest najlepszy.

★★

Batman dla najmłodszych widzów takich kanałów jak DisneyXD czy co tam teraz oglądają dzieci, kiedy rodzicami są płaskie ekrany. Gacek w tym wydaniu jest fajniutki, odlotowy i… Ech. Oczywiście, czemuś to służy – Batman tylko stwarza pozory, bo boi się z kimś współpracować, bo boi się rodziny, i w trakcie filmu uczy się akceptować pomoc od innych. Takie tam, ‚DisneyXD stuff‚ które nie mają nic wspólnego z Batmanem. Mogli użyć ActionMena i film tylko by na tym zyskał, bo trwały standardowe 70 minut – wycięto by wszystkie nawiązania oraz nawał bohaterów na ekranie, które pojawiają się, bo mogą. Wiecie, to Batman, i były z nim różne rzeczy w przeszłości – Burton, „Batman i Robin„, możemy o tym wszystkim wspomnieć i to będzie się liczyć jako dowcip! Słaby i nieśmieszny, ale możemy naciągnąć definicję i zakwalifikować to jako żart. Animacja jest płynna, szczegółowa i dynamiczna; Will Arnett robi dobrą robotę i nie brzmi jak BoJack. Plusik. Dobrze się stało, że trochę minęło czasu, od kiedy grałem w „Arkham Knight„, bo przepaść między portretami tej samej postaci jest olbrzymia, i jak teraz o tym myślę, to film powinien dostać u mnie o wiele niższą ocenę. Czekam teraz na „Lego Jan Paweł 2„.