Wenecja 2025 – relacja
Relacja w przyszłości (po festiwalu), a do tego czasu zbiór opinii o filmach obejrzanych w ramach festiwalu Wewnecja 2025.
Po 44 pełnych i 5 krótkich metrażach:
TOP 10
1. Jay Kelly (2025)
2. The Last Viking („Den sidste viking”, 2025)
3. A House of Dynamite (2025)
4. Scarlet („Hateshinaki Scarlet”, 2025)
5.Rose of Nevada (2025)
6.Lo spettro („The Ghost”, 1963)
7. No Other Choice („Eojjeol suga eopda”, 2025)
8. Ish (2025)
9. Nights of Hero (2025)
10.Ghost Elephants (2025)
BOTTOM 10
1. The Voice of Hind Rajab („Sawt al-Hind Rajab”, 2025)
2. Anoche conquisté Tebas („Last Night I Conquered the City of Thebes”, 2025)
3. Strange River („Estrany riu”, 2025)
4. Arkoudotrypa (Bearcave, 2025)
5. Mother (2025)
6. Marina (2025)
7. Memory (2025)
8. Laguna (2025)
9. Landmarks („Nuestra Tierra”, 2025)
10.Milk Teeth („Dinti de lapte”, 2025)
Arkoudotrypa (Bearcave, 2025)
To zaczynamy bingo festiwalowe w Wenecji. Lesbijki? Check. Gadają o swoich uczuciach? Check. Narzekanie na rzeczy, na które nie mają wpływu, zamiast chociaż rozważać bycie problemem i wzięcie się za rzeczy, na które ma się wpływ? Check. Narkotyki? Check. Kamera z ręki i same zbliżenia na twarz? Check, Check. Zero zwracania uwagi na strukturę fabularną lub narracyjną? Check. Matka zachęcająca córkę do aborcji? Check. Gadanie, że kiedyś było gorzej i teraz ma się lepiej (mając na myśli aborcję)? Check. Piosenki oryginalne połączone z depresyjnym ambientem? Check.
Plus jeszcze można dopisać narzekanie na facetów. Generalnie nie są obecni w tej historii, ale w jednym ujęciu samica śpi przytulona przez owłosionego misiaczka, który głośno chrapie… I chyba tym jest tytułowy Bearcave.
W historii niewiele się dzieje. Wystarczy tylko na to, żeby było co streszczać, ale w oglądaniu tego w ogóle nie czuć. Dwie samice są najlepszymi psiapsi i jedna decyduje się wyjechać ze swoim facetem, a drugiej jest smutno z tego powodu, ponieważ jest jej smutno. Twórcy nie pomyśleli, żeby stworzyć jakiś świat lub bohaterów, żeby coś z tego mogło wynikać. Jedna wyjeżdża, drugiej jest smutno. Idą więc na wycieczkę do jaskini, pokłócą się po drodze trzy razy, będą leżeć na trawie i palić, w jednej scenie postać jest samotna, w drugim już znowu są razem. Bo zaraz będziemy to oglądać jeszcze raz z drugiej perspektywy i zobaczymy, jak ona po nią wróciła… Pierwotnie to był średni metraż na niecałe 40 minut, teraz zrobili z tego ponad dwie godziny.
Przechodząc do rzeczy – w finale twórcy pokazują, jakie konsekwencje ponosi tutaj kobieta jak i mężczyzna. Romantyzują też toksyczne związki. Nie jest to historia, w którą można uwierzyć. Ani taka, w którą chce się uwierzyć. Jak na finale „Absolwenta” – życie zaskakuje, ale w „Bearcave” jest spełniona fantazja bycia z kimś pomimo serii czerwonych flag.
La gioia (Gioia, 2025)
On powtarza klasę. Ona jest nauczycielką. On poprosi ją o korki z francuskiego, ona się zgodzi. Ona nie wie, że on prostytuuje się za pieniądze oraz naciąga samotne kobiety na ich majątek. On nie wie, że ona ma 220 tysięcy euro… Nic o niej nie wie. Z wyjątkiem tego, że na nią działa. I że jej potrzebuje.
Naprawdę miło jest być na festiwalu i obejrzeć obraz mający taki warsztat oraz dbałość o oglądającego. „Gioia” ma w sobie mnóstwo energii i siły. Kilkukrotnie film ma odwagę przesadzić i testuje oglądającego, czy ten to zaakceptuje. Jak zobaczycie to będziecie wiedzieli, o co chodzi – bo nie zapomnicie tych momentów przez długi czas (gdy zaczną wspinać się na drzewo, wtedy zapnijcie pasy – takiego kina nie ma dużo). Aktorzy są świetni, ale to o nim będą pisać potem w samych pochwałach: bo bez niego ten obraz by nie działał, ale jednak nie mamy trudności z daniem wiary, że ten chłopak faktycznie tak oddziaływuje na kobiety, że nie mogą mu się oprzeć, że o nim fantazjują. Że on o tym wie i umie to wykorzystać, ale jednocześnie nie jest negatywną postacią w tej historii. Że spędza noce w ten sposób, że jest w całości takim człowiekiem… Robota zasługująca na pochwałę. Do tego wiele detali opowiadających fabułę w sposób, który widz sam odkrywa – jak chociażby mecz Juve, który najwyraźniej jest nagrany i oglądany na pokaz, żeby zabawić chorego ojca. Co podkreśla klatkę, w jakiś tytułowa bohaterka się znajduje.
Dobrze się bawiłem – ale to wszystko mogło być zrobione lepiej. Fabuła mogła być dynamiczniejsza, powinna zgłębiać lepiej tych bohaterów i relacje między nimi. Na przykład: czy matka wie do końca, jak zarabia jej syn? Brakuje zaangażowania widza, bo ten ma pewność jaka jest prawda jeszcze przed bohaterami – zamiast niepokoju, czy On jednak coś do Niej czuje, czy tylko się nią bawi… My to wiemy bardzo dobrze. Najwięcej problemów jest z trzecim aktem, kiedy twórcy próbują wielu rzeczy i większość z nich nie jest przekonywująca. Są odważne i kończą opowieść w imponujący sposób, dzięki któremu myślałem nad ciągiem dalszym i co się wtedy wydarzy, ale jednak nie będę tego bronić w rozmowie z żadnym kinomanem. Nie kupicie tego – to tego nie kupicie. I wtedy cały film ocenicie nisko – jednak jako niespodzianka na festiwalu? Będzie to miłym wspomnieniem.
Memory (2025)
Upadek ZSRR oraz wojna z Czeczenią – pani reżyser była na miejscu, gdy to się działo, kiedy bomby zmiotły całe miasto z powierzchni ziemi. Teraz dzieli się wspomnieniami z tego okresu – nieudolnie, bo już na samym początku wprowadza odbiorcę w błąd. Miasto zniknęło i wydaje się, że wtedy historia się zaczyna, ale tak tylko się wydaje. Zaczynamy jeszcze przed upadkiem, kiedy to w szkołach uczą miłości do Lenina. Oglądamy małą dziewczynkę w mizernie odtworzonych reinkarnacjach śladowo oddających to, o czym akurat teraz narratorka – pani reżyser – opowiada. Bez emocji, bez intonacji, bez zaangażowania. Nie wiadomo, czy była to decyzja artystyczna, która nie wypaliła, a może efekt niekompetencji.
Wiedza własna widza musi wystarczyć – opowieść narratorki nie wykracza poza oczywistości znane każdemu doświadczonemu oglądającemu, film nie poszerzy jego perspektywy. Reinkarnacje często nie mają sensu – pokazane są fotografie rzeczy, których bohaterka nie mogła osobiście doświadczyć. Innym razem rozcina piłą lalkę barbie – pomysłowy symbol, ale nie pasuje on do biedoty w fabule, do stylu życia.
Jest to obraz, do którego realizacji wystarczy tupet – jeśli nie posiadacie niczego innego, jedynie tupet wynikający z przekonania o swojej istotności oraz wyjątkowości, że sam fakt, że publiczność wysłucha waszej historii i to już czyni ją wartą poznania – wtedy taki film jest w zasięgu waszych możliwości. To tytuł zrobiony z myślą wyłącznie o sobie – bezpieczny, ale taki, który w środowisku artystycznym będą chwalić za odwagę. Film zrobiony wyłącznie dla zysku – tego nie materialnego.
Dekadę temu powstał film animowany poklatkowo będący odpowiedzią na przeżyte cierpienia w związku z wojną w Indonezhji (jeśli dobrze pamiętam). To jest gorsza wersja tego samego filmu, zrobiona z czystego egoizmu oraz w najbardziej leniwy z możliwych sposobów.
Otec ("Father", 2025)
Przed bohaterem, tytułowym mężem i ojcem, wyjątkowy dzień. Rodzina coś chce, pieprzyk na policzku pewnie oznacza raka, firma w kryzysie i cały czas ktoś coś od niego chce. Zapamięta ten dzień jednak z innego powodu – co jak zgaduję, wszelkie opisy czy zwiastuny tego tytułu zdradzają w ciągu pierwszych pięciu słów.
Pierwsze 10 sekund to jest tracking shot biegającego chłopa podczas porannego joggingu. I potem ujęcie trwa, więc naturalnie pojawiają się obawy: czy cały film jest na jednym ujęciu? Nie, ale jest to seria długich ujęć. Była to decyzja artystyczna, ale jednocześnie niestety te ujęcia są bardzo efektowne, zwracają na siebie uwagę i kinomani połowę czasu będą uciekać myślami od fabuły, a zamiast tego będą myśleć: „Jak to zostało zrobione”. To powiedziawszy – zdjęcia zasługują na uwagę, bo generalnie są zrealizowane co najmniej dobrze. Szczególnie w pamięci zapadnie mi to, jak podjeżdżał pod instytucję samochodem i na początku obiektyw był skierowany na tylne miejsce pasażera, a następnie kamera zaczęła się ruszać przeciwnie do wskazówek zegara, trzymając w tajemnicy kto siedzi za kierownicą, jak wygląda i wszelkie związane z tym niespodzianki.
Generalnie ocena filmu waży się na jednym: jak bardzo cenicie robienie nowych rzeczy, nawet jeśli ostatecznie twórcy polegną w efekcie. Nie mogę niczego zdradzić, ale zobowiązali się pokazać coś bardzo skomplikowanego, co musiało pojawić się z całkowitego zaskoczenia, a z drugiej strony nie mogło być kompletnie z dupy, bo wtedy twórcy będą wyglądać jak atencjusze serwujący tanią dramę. Efekt jest gdzieś po środku – głównie dlatego, jak dobrze reszta filmu wypada. Ciężko podejrzewać po niej, żeby twórcy tylko dramatyzowali – w zasadzie tylko postać żony ku temu sprzyja, bo ta w każdej scenie musi dowalić do pieca (w 1: „Nigdy nie chciałeś tego dziecka”, w 2: „Chcę rozwodu”, w 3: „Chcę dziecko”). Szkoda też, że twórcy zdecydowali się na pokazanie rozprawy w sądzie – mogli ją sobie darować, bo i tak szybko ją ucinają i przechodzą do konkluzji, mogli to zrobić dużo wcześniej. Zamiast tego otrzymujemy tanią, nierealistyczną scenkę w sądzie z manipulacyjnym prokuratorem, czego nie kupi nikt, kto obejrzał tyle odcinków L&O: SVU co ja. Albo jakiś faktycznie dobry film sądowy, ale SVU ma 600 odcinków i rośnie, więc liczbowo zostawia większy ślad w głowie, więc zostało mi tylko wywinąć oczami na widok prokuratora mówiącego: „A więc pani mówi, że nie mówił o córce, więc mówi pani że myśli tylko o pieniądzach, więc pani mówi…”.
Ostatecznie jednak samą próbę doceniam. Szukanie przyczyny, a nie tylko winnych. Przyznanie się do winy, ale też próba szukania zrozumienia w tym wszystkim. Nowy temat, warty omówienia, tylko trzeba było to zrobić lepiej. Ostatecznie wydaje się, jakby twórcy mówili, że skoro kilka razy zapomnisz wziąć czapkę na dwór, to zapomnisz też wyjąć toster z wanny przed kąpielą.
Moja ocena spada do tych 5/10 (no, 5+) z jeszcze jednego powodu: nie czuję, że twórcy faktycznie wiedzieli, co chcą osiągnąć. Zaczęli eksplorować temat, ale na koniec: czy któraś postać nauczyła się czegoś, wyciągnęła wnioski, zmieniła coś, cokolwiek? Tragedia się stała, rzeczy się działy, po czym… film w zasadzie się kończy bez pomysłu. A wiadomo, co się wtedy dzieje. Clerks dało przykład, tylko chociaż wycieli tę feralną scenę z finału. Twórcy „Ojca” jeszcze nic nie wycięli.
Mother (2025)
Wkładanie postaciom historycznym współczesnych słów na współczesny temat, żeby poprawić sobie samopoczucie. Film zaczyna się od informacji, że Matka Teresa oczekuje odpowiedzi z Watykanu w jakiejś sprawie. Tak naprawdę to jest film o tym, że psiapsi Teresy (też zakonnica) zachodzi w ciążę i co z tym zrobić, ale to dopiero bliżej końca pierwszej połowy się pojawia w filmie. Ta wiadomość z Watykanu z punktu fabularnego jest tylko po to, żeby pani Teresa pojechała na wycieczkę czy coś i teraz nie wie, czy z psiapsi może zostawić zakon czy coś. Szczegóły nie są istotne, większość wiedzy widz przynosi ze sobą (miejsce akcji, kim jest bohaterka i inne niezbędne rzeczy), całość jest zrobiona przez ludzi mających wiedzę o zakonie i religii na poziomie sprzed podstawówki: zobaczyli film w telewizji o Jezusie i wystarczy im to do debatowania o grzechu. Tak naprawdę potrzebują tylko figury Matki Teresy, żeby włożyć jej w usta fajne teksty – o feminizmie, aborcji, mężczyźni.
Z jakiegoś powodu Matka Teresa jest świętą krową w tym filmie. I co dziwniejsze, że film najwyraźniej ją za to podziwia. Co chwila ma jakiś pomysł z dupy, typu: nazywa ludzi numerami, przestawia meble, odwiedzanie rodziny tylko raz na 10 lat – generalnie rządzi się i robi problemy. Nie ma w niej nic pozytywnego, nie wydaje się posiadać wiedzy, za to jest pełna pewności siebie i ciągnie w ten sposób wszystkich za sobą na dno.
Film jest nowocześnie wykonany: poleci muzyka rockowa, a kamera będzie pracować na takim zbliżeniu, że momentami nawet jedno oko się nie zmieści na ekranie w całości. Męczarnia w patrzeniu, w słuchaniu, w siedzeniu.
Nie wierzę, ile razy w trakcie seansu mówiłem do siebie: „Ale ona jest głupia”. Byłoby mi przykro, gdybym cokolwiek wiedział o Matce Teresie ponad to, że była Święta i fajna, więc chyba nie powinienem tak o niej myśleć na podstawie filmu o niej. A może powinienem? Na pewno nie będę traktować tego filmu jako wskazówki ku temu.
Laguna (2025)
Bartas pojechał na wakacje, pogadał z córką, nagrał kilka umierających zwierząt. Stał się artystycznym Adamem Sandlerem.
W 1962 roku powstał film o śmierci o tytule „Mondo Film”, prezentujący różne rzeczy związane ze śmiercią na planecie. Było tam o żółwiach, które wyrzuca morze na brzeg i nie umieją zawrócić, a raczej: nie wiedzą, że morze jest za nimi, więc idą do przodu i w końcu umierają, stając się pożywieniem na ptaków, które innego pokarmu w tych okolicach nie mają. 60 lat później Bartas odkrywa te same żółwie, tylko je nagrywa. I dosyć długo patrzymy, jak umierają… Tylko na koniec jest cięcie na żółwia wchodzącego do morza. Zastanawiająca decyzja, kiedy się wie, na co patrzy. Bartas oczywiście wiedzy nie dostarcza, jedynie eksploatuje zjawisko ku taniemu przyklaskowi (a oklaski zebrał całkiem długie). Do tego nagrał tubylców śpiewających o śmierci, a także swoje rozmowy z córką o śmierci i czy coś jest po śmierci.
Nadal Bartas sprawia wrażenie takie samo, co dekadę wcześniej: że chce dobrze, że chce powiedzieć coś, co pomoże odnaleźć się w tym niesłychanie skomplikowanym wszechświecie. Tylko jakoś coraz trudniej jest mi to kupić. Podatnicy opłacili mu wakacje, a on to jeszcze sprzedaje na festiwale i zbiera oklaski. Chyba muszę się pogodzić, że „Korytarz” i „Dom” było 30 lat temu…
Ghost Elephants (2025)
Herzog znalazł kolejną marzycielską duszę – tym razem zafascynowanego gigantycznym słoniem, którego zabito wiele lat temu. Ów marzyciel szuka od lat potomka tego słonia, jeśli taki w ogóle istnieje. Jest tutaj czołowy znak rozpoznawczy Herzoga – ponownie nie możemy uwierzyć, że to, co nagrał, jest częścią naszego świata. Jedno z podwodnych ujęć, jak słonie łażą po dnie – każdy o tym ujęciu będzie mówić, gwarantuję. Czysta magia kina, to trzeba zobaczyć. Jest Herzogowy humor i temat marzeń, tylko tym razem w wersji: może marzenia powinny być celem, a nie powinny być spełnione?
Najwięcej tutaj jednak nauki, badań, statystyk. Mozolnego, realistycznego, prawdziwego – i z jednej strony cieszę się, że Herzog jest w takim miejscu, że może zrobić tak naukowy dokument i nadal wypełnić salę po brzegi, ale dla widowni pozostanie ten seans ciekawostką, z której niewiele wyniosą i jeszcze mniej zabiorą ze sobą.
The Kidnapping of Arabella ("Il rapimento di Arabella", 2025)
Ona ma kilka lat i doprowadza ojca do pasji, więc ten w końcu ulega i zleca pracownikowi, żeby ją zabrał gdzie tylko chce. Tam na parkingu dziewczynka znika – udało jej się przekonać kobietę na parkingu, że jest nią, że to nie jest przypadek. Teraz razem uciekają w nieznane – Hollie i jej młodsza wersja, o której nie wie, że tak naprawdę ma na imię Arrabella. I to nie będzie najdziwniejsze, to się stanie na ekranie. O nie.
Jest tutaj trochę Lyncha robiącego „Pulp Fiction”, czyli dziwności są celem samym w sobie. Mało angażujący to seans na dłuższą metę, ponieważ jest niemal całkowicie fabularny – ale pod spodem ciężko znaleźć głębszy motyw lub spójnik. Są jakieś wspomnienia takiej treści, ale szczerze? Film dużo wcześniej stracił widza i zostawił go obojętnym, więc ten już na tym etapie nie będzie zwracać szczególnej uwagi na to, że Arrabella nie mogła zostawić Hollie samej. Że Hollie studiowała fizykę i dlatego tak mocno obstawia metafizykę i relatywność. Ma to tyle samo znaczenia jak fakt, że ojciec Arabelli zniknął w zasadzie na cały film – to równie dobrze mógł być przypadek, a nie świadoma decyzja artystyczna.
Dlatego rzeczy w filmie po prostu się dzieją. Są dziwne i charakterystyczne, ale nie zapadają w pamięci. Otrzymujemy sąsiadów, którzy uprowadzili ślepą kozę – i co? Nic, jest w tle ta koza w jednej scenie. Końcowy monolog jest chaotyczny i desperacki, w amatorski sposób próbujący jednak przekonać widza, że tutaj jednak o coś chodziło. Niekoniecznie jest to film nieudany, ale na pewno nie jest spełniony. Zaczyna się obiecująco i nawet daje radę utrzymać energię długi czas. Na tyle długi, że się dokończy seans i nie wróci do niego nigdy myślami.
Bashu, the Little Stranger (1989)
Zaczyna się wybuchowo – wchodzimy z rozpędem w konflikt, o którym nic nie wiemy. Nie musimy: to film z perpspektywy dziecka, ono też nie wie, co się dzieje i dlaczego. Bomby spadają i Banshu zostaje sam. Wpada w panikę, dostaje ataku paniki, traci panowanie nad sobą: po prostu ucieka. Wskakuje niezauważony na tył pojazdu i odjeżdża, nieświadomy nawet, że zaraz przekroczy granicę. Blizny wojny trwały krótko, ale oznaczyły go dotkliwie.
Odbiór reszty filmu zależy od tego, jak bardzo będzie wam przeszkadzać bezużyteczność dorosłych. Poetyka obrazu tej krainy będzie widoczna, to nadal będzie opowieść o małym człowieku, który zaczyna nowe życie – ale jednocześnie dorośli w tym filmie jest równie przydatna, co śnieg w środku lata. Banshu spotka matkę dwójki dzieci, a gdy ona go zauważy, to będzie go napierdalać kijem, rzuci kamieniami, zaatakuje go słowotokiem w obcym języku bez refleksji, że może go nie rozumieć, a na końcu zamknie go z zaskoczenia w stodole. Ja wiem, że to inne czasy i w ogóle, tam się robi 169 dzieci, żeby chociaż jedno przeżyło (głupotę rodziców…), ale no, oglądamy to dzisiaj. I zachowanie dorosłych dominuje ten obraz.
Jay Kelly (2025)
Tytułowa persona od 35 lat robi filmy jako aktor. Zyskał sławę, bogaty styl życia, ma ekipę pracującą dla niego w dzień i w nocy – jedno dorosłe dziecko mające 34 lata, daleko stąd. Drugie właśnie zaczyna wakacje i wyjeżdża do Europy, a potem zacznie studia, również znikając z życia Jaya. Ten poruszony przez śmierć bliskiej osoby oraz konfrontację ze starym kolegą postanawia spędzić czas z córką – problem w tym, że powinien zacząć pracę nad kolejnym filmem, więc razem z nim rusza reszta ekipy: menedżer, makijażystka, ochroniarz i kto jeszcze. Przygodę czas zacząć.
I przeżyć ją samodzielnie, ponieważ jest ona tak bogata, że tego nie da się opisać. To jest jak „Sanatorium pod klepsydrą” o sobie samym i za swojego życia. Ten film jest celebracją życia oraz miłości do filmów, do bycia kinomanem czy artystą stojącym za ich tworzeniem. To medytacja nad życiem które mamy, mieliśmy i mogliśmy mieć: szczęśliwych i nieszczęśliwych zbiegów okoliczności, wybór świadomych i mniej świadomych, podjętych decyzji które popchnęły nas w tę lub inną stronę. I jak to wszystko jest zrobione!
Ostrość dialogów, jakich kino od dekad już nie słuchało – ta pomysłowość, bogactwo języka i dowód, że osoby je mówiące są inteligentne. Ostatnie słowa są tak fenomenalne, jak tylko mogą być, na równi z klasykami pokroju „Angels with Dirty Faces”. Kto widział „Biały szum”? Były tam elementy musicalowe i teraz Baumbach wprowadził musiaclowość do zwykłych scen, nadając rytm ruchowi aktorów, kamery i słów. Do tego ta obsada! Widoczna i ukryta, bo ilość cenionych nazwisk pojawiających się tylko na chwilę jest wielka – i zasługująca na docenienie. George Clooney dający najbardziej szery występ w karierze, Adam Sandler wywołujący łzy. Cały film prawdopodobnie nakręcono na sound-stage, podkreślając non-stop, że sztuka nie jest prawdziwa i prawdziwa jednocześnie, ale też wykorzystując możliwości do realizacji scen w magiczny sposób (drzwi pociągu prowadzące na scenę teatru). Niewiarygodne, ile prawidłowych decyzji artystycznych podjęto podczas realizacji tego obrazu. Gdzie się człowiek nie obróci, tam jest mnóstwo, za co można – i należy – kochać ten obraz.
Będę na Americanie. Zapewne ten film też będzie i spróbuję dostać się na salę bez rezerwacji tylko na chwilę, żeby zobaczyć otwierające ujęcie raz jeszcze. Wyjątkowo fatalnym jest zaczynać film czymś tak pięknym na festiwalu na tej sali (PielBienale), gdzie ludzie wchodzą jeszcze długo po rozpoczęciu seansu i rozpraszają uwagę przechodząc przed tobą, siadając obok ciebie, pytając czy to obok jest wolne… A to przepiękne ujęcie roku leci za nimi i nawet tego nie wiedzą. Film do oglądania w samotności najwyraźniej. Będzie na Netfliksie – i pytanie na przyszłość do tych, którzy tam zobaczą: czy podczas rozmowy w barze z Timem słyszycie wyraźnie Fleetwood Mac z lewej strony? Czy też N obcina dźwięk i nie usłyszycie tej piosenki i jak ona oddaje napięcie sceny?