Opinie o filmach i serialach z 2022, part 2
Do tej pory archiwizowałem opinie o produkcjach z 2022 roku na oddzielnych stronach co miesiąc, ale zaczynają one być przesycone. Edycja i dodawanie tam kolejnych opinii staje się ryzykowne, więc - będę teraz dawać opinie w formie takiego wpisu. Przypominam - mam zamiar zobaczyć wszystko z tego roku, a nadal nie jestem jeszcze w połowie.
Sandman - sezon I
4 kwietnia | Netflix
Kwestia adaptacji Sandmana nie jest czymś prostym. Sam proces faktycznej adaptacji był technicznie rzecz biorąc skomplikowany – wiele podejść, anulowania projektu, zmiany obsady, wszystko to ciągnęło się przez dekady niemal od publikacji zeszytów – ale i samo zaadaptowanie komiksów w inne medium jako nowy tytuł nie było sprawą oczywistą. Sam autor – Neil Gaiman – opowiadał, że nie był pewien, co tworzy i eksperymentował na początku z różnymi rzeczami, zanim wykrystalizował mu się świat i charakter postaci. Całkowicie normalne, szczególnie w świecie seriali – szczególnie seriali w przeszłości, kiedy miały czas i przestrzeń na próbowanie różnych rzeczy. Star Trek TNG szukało siebie przez pierwsze trzy sezony i się udało, Sandman jest interesujące od początku, ale pierwszy wielki tom dla mnie nosi numer trzeci. Do tego każdy był rysowany przez innego artystę, więc różni się wizualnie – co jest celowe.
Jak więc to wszystko adaptować kilka dekad później, kiedy te wszystkie poszukiwania się zakończyły? Adaptować je czy też od początku tworzyć serial takim, jakim by się mógł wykrystalizować? Cóż: twórcy zdecydowali się na to drugie. Nie jest to właściwe lub nie, dobre lub nie, to po prostu decyzja artystyczna – której warto być świadomym, jeśli nie czytało się pierwowzoru. Przenoszenie na ekran przygód Sandmana udało się tak po prostu – to w końcu nie jest płynna opowieść, która dokądś zmierza. To zbiór historii, które tworzą świat, jaki zaczynamy zgłębiać, a poprzez to zaczynamy widzieć życie w inny sposób – takie kwestie jak życie, śmierć czy ludzkość. Podróżujemy z istotą będącej Panem Snów – zaczynamy jego opowieść od momentu, gdy został uwięziony przez człowieka, niejako przez pomyłkę. W ten sposób wchodzimy do tego wymiaru, gdzie wszystko, co wiemy z historii i mitologii ludzkości, skrywa przed nami tajemnicę.
Wizualnie jest wspaniale. Kostiumy, makijaż, efekty specjalne: to jest Sandman i jego świat, nie mam wątpliwości. Filmowo – jest wystarczająco. Nie jest tragicznie, ale po przyjrzeniu się nie będę chwalić montażu czy pracy kamery. Tom Sturridge w roli Morfeusza – wspaniały, udźwignął wszystko czym ta postać jest. Narracyjnie już w drugim odcinku twórcy dają radę przekonać widownię, że umieją oddać sprawiedliwość głębi tego, o czym Sandman jest. Teraz tylko oglądać dalej i dać się zaskoczyć.
Ocena końcowa z mojej strony jest również za potencjał w przyszłości. Tak jak przed Sandmenem najlepsze historii i najwyższa jakość, tak samo przed twórcami – ale przekonali mnie już, że będą w stanie oddać im sprawiedliwość. Czekam więc na „A Game of You”.
To jest miłość ("That's Amor")
31 marca | Netflix
Najlepszy średni film, jaki powstał. Przynajmniej dla Netfliksa.
To jest schematyczny, przewidywalny obraz skrojony pod bardzo konkretnego odbiorcę: bohaterka zmienia życie po stracie chłopa i pracy, wraca do mamusi, idzie na kurs gotowania, znajduje nowego chłopa i jej życie układa się na nowo. Nic w tym opisie jednak nie zawiera jak dobrze to zostało zrobione – jak na coś, co i tak będzie co najwyżej średnie. Cały wstęp, gdzie bohaterka traci tracę, znajduje partnera w trakcie zdrady i na końcu spada ze schodów – nic w tym nie jest jej winą. Łatwo jest mi sobie wyobrazić, że w innym filmie zrobiono by to wszystko tak, że protagonistka by mnie denerwowała, ale tutaj udało się sprawić, by widz był po jej stronie. Nawet jeśli miałem świadomość, że nic z tych rzeczy nie budowało jej charakteru – to były tylko rzeczy, które działy się wobec niej.
Zapewne taki był wymóg – bohaterka musi być nijaka, żeby widz zobaczył w niej siebie, ale chodzi mi o to, że udało się skonstruować film wokół tych ograniczeń, bo później protagonistka słyszy: „To są rzeczy, które dzieją się wokół ciebie, zacznij kontrolować swoje życie!”. Jest tutaj masa dialogów, które dobrze wypadają i umiałem sobie wyobrazić, że by mnie śmieszyły, gdyby te same słowa powiedziała na przykład dowolna postać z Bob’s Burger. Albo Kochanych kłopotów. Aktorzy też sobie radzą i idzie uwierzyć, że chce się z tymi ludźmi spędzać czas, że jest między nimi chemia, że budują prawdziwą relację międzyludzką.
Jak teraz czytam, co piszę, to brzmi, jakbym oglądał po prostu w nastroju wysoce wybaczającym, ale jednak utrzymam ten pogląd do końca: to mogło być dużo gorsze i należy docenić, że włożono w ten tytuł uczciwą pracę. Aktorzy czy scenarzysta nie mają się czego wstydzić po udziale w tej produkcji. Przewidywalne, schematyczne, sztuczne, naiwne, banalne, słodkie… Tak, to też.
Wybrani - sezon III ("The Choseon")
28 marca | Netflix
Nie mam zamiaru wyciągać wniosków o Chrześcijaństwie czy zawartości Biblii poprzez pryzmat tego, co zobaczę w tym serialu, ani tym bardziej historii – mogę nawet kupić pogląd, że czasy, w których jakiś tytuł jest tworzony, powinien odzwierciedlać te czasy… Więc tylko zaznaczę: to nie jest serial historyczny, ani nawet próbujący być historyczny. Postaci męskie mają współczesne fryzury i muskulaturę, kobiety mają makijaż i włosy z XXI wieku. Może nawet konkretnie lat 20 XXI wieku. Relacje męsko-damskie są wyjęte z XXI wieku. Cholera, nawet urzędnik rzymski uczy chłopa z Judei, żeby nauczył się pięciu słów ratujących każde małżeństwo („Przepraszam, masz rację, byłem w błędzie”). To jest naprawdę chamskie i nawet, gdy już wydaje mi się, że umiem zaakceptować oderwanie tego serialu od wszystkiego, to ten znajduje sposób, żeby zaskoczyć mnie tym. With a slap on the face. Później jeszcze samica będzie mieć pretensje do swojego męża, że ten jak usłyszał „utnij sobie drzemkę” to się nie domyślił, że była w ciąży i poroniła i nie mówiła o tym przez następne kilka tygodni.
Ciężko więc mówić o tym serialu jako czymkolwiek w kontekście Jezusa i jego nauk, przedstawienia jego osoby czy coś. Jego portret jest chwalony za bycie po środku, między zbawicielem i zwykłym człowiekiem – i taki faktycznie jest w tym serialu: można z nim porzucać się piłką, zanim pójdzie się na jego nauki. I jest w tym wiarygodny, tylko wszystko wokół niego już jest fałszywe, więc i on jako postać nie można oceniać w innych kategoriach. To nie jest świat z przełomu er, to nie jest bliski wschód targany konfliktami i wojnami – to fikcyjna, fragmentaryczna wariacja fanowska na wybrane zagadnienia bez prób utworzenia spójnego świata, w którym ta historia może się rozgrywać – a co dopiero, by była to historia Zbawiciela, który zszedł i został poświęcony, aby spłacić grzechy świata. Tego na ekranie nie ma, historia Jezusa nie pasuje do tego, co zobaczymy na ekranie.
A same nauki i fabuła jako taka… Jezus przemawia i uczy, ale nie widzimy procesu, jak dochodzi do tego, by nastawiać drugi policzek i tak dalej. Ani nie widzimy logiki w tym, że jego uczniowie i ludzie wokół przyjmują tę naukę – twórcy nie są tym zainteresowani. Zrobieniem współczesnego, słabego żartu? „Elegancka lekcja Jezusie! Z tym nastawianiem drugiego policzka trochę przesadziłeś, ale reszta – cudowna!”. A jak, to już uwzględnią. Jezus pójdzie bez uprzedzenia swoich towarzyszy o swych zamiarach przed oblicze ważnego rabina i ogłosi się Zbawicielem, a ten na podstawie Prawa Mojżeszowego skaże go za to na śmierć. Wyciągną go siłą nad urwisko i co? Nic. Jezus powie im, by dali se siana i sobie po prostu pójdzie. Tego nie da się kupić, to nie było zrealizowane w najmniejszym stopniu przekonująco.
Rozumiem ogólny zamysł na ten serial – nawet bym go oglądał, gdyby był dobrze zrealizowany, po prostu to wszystko jest bez zaangażowania zrobione (w film jako film), bez nabycia umiejętności i warsztatu. Lubię wątki poboczne, jak uczniowie Jezusa pod jego nieobecność faktycznie rozmawiają między sobą o tym, co Jezus mówi i naucza. Albo relację między Gaiusem i Szymonem, gdy rozwiązywali problemy sanitarne. Innymi słowami: lubię ten serial tak, jak mógłbym lubić każdy inny serial, za bohaterów i ich relacje między sobą. A tymczasem to powinna być zrealizowana z rozmachem adaptacja Biblii opowiadająca o jednym z najważniejszych istot w historii planety. Czy czuję podczas oglądania, że oglądam serial o Jezusie? Tylko w tym znaczeniu, że technicznie rzecz biorąc tym właśnie jest. Jak z adaptacją Gry o tron – historia się zgadza, imiona się zgadzają, tylko treści nie czuć.
Year One: A Political Odyssey (2022)
7 marca | HBO
Oficjalnie jest to dokument o pierwszym roku prezydentury Joe Bidena, 46 prezydenta USA. Trochę o tym, że Trump jest fuj, o klimacie, o Covidzie i na końcu o początku wojny Rosji z Ukrainą (tytuł miał premierę w październiku ’22). Nie tworzy to czegoś spójnego, jakby na żadnym etapie nie było decyzji o czym ten dokument ma być – wiadomo tylko, jaki ma być. A jest agitacyjny, bez zaskoczenia. Każdy mówi z ekscytacją bezpieczne rzeczy, nawet jeśli nie mają one sensu – wręcz zaczyna się od gościa mówiącego, że za parę godzin prezydent ma ogłosić plan działań, a oni nic nie mieli. I że największy problem to było spięcie tego wszystkiego w znaczeniu dosłownym: spięcie kartek w jeden dokument. To dużo mówi o twórcach tego obrazu i ich poczuciu humoru.
Nie jest tutaj adresowane cokolwiek negatywnego, co zarzuca się okresowi prezydentury Bidena oraz jemu samemu. Zakończenie wojny w Iraku jest tylko wspomniane, bez większego rozwinięcia. Na tym etapie mówimy już tylko do samych siebie i nie próbujemy zmienić niczyjego zdania – widownia jest po naszej stronie i utwierdzamy ich w przekonaniu, że słusznie robią. Patrzcie jaki dobry prezydent. A jaki poprzedni był fuj… Jedno z pierwszych zdań brzmi: poprzedni prezydent okryty hańbą ustępuje miejsca…
Alien Endgame (2022)
7 marca | HBO
Produkcja konspiracyjna o kosmitach, ludziach pracujących dla FBI w końcu otwierający się na temat czegoś, co wydarzyło się 40 lat temu, podlane na każdym kroku mową przejmującą i sugerującą. Jakiś gość mówi, że dwie dekady temu widział światełko na niebie albo kształt w wodzie. I to światełko przestało świecić, a kształt się zmienił i zniknął. I jak się z tym czujesz, pytają go, gdy stoi na chodniku, sugerując jednocześnie możliwe odpowiedzi. A on opowiada, jak mu serce wali na samą myśl o tamtych wydarzeniach.
Nie ma tutaj za grosz jakiejś faktycznej ciekawości czy nawet zdolności do opowiadania o nadnaturalnych rzeczach, jak to chociaż „Nie do wiary” umiało robić (przynajmniej tak to pamiętam). Zamiast tego twórcy chcą jedynie straszyć i cały czas idą w ekstremum: czemu rząd o tym milczy? I od tego zdania wysuwa najgorsze wnioski. Czy kosmici istnieją? I od tego zdania przechodzi od razu do straszenia, że kosmici zabiją całą rasę ludzką.
Jest to wszystko naprawdę śmieszne i nie mam zamiaru robić z tą produkcją nic więcej. Zobaczyłem w końcu na własne oczy, że takie rzeczy istnieją. Nie widzę w nich nic autentycznego i nie zakładam nawet, że ci ludzie na ekranie faktycznie pracują w tych zawodach albo zajmują się tymi zagadnieniami od dekad. Zapamiętam jedno: na HBO pod zakładką „Reżyser” pisze: „No director”. Bo tak jest, IMDb nie wymienia nikogo jako reżysera tego czegoś, więc HBO też nie mogło. Bawi mnie to.
Snowfall - sezon I (2017-2023)
19 lutego | HBO
Całkiem kompetentny serial spełniający znany schemat HBO o rozległej opowieści pełnej zbrodni i namiętności, rodziny i walki o wyjście z biedy do pełnego sukcesu na własnych zasadach – wszystko na tle historii, tutaj konkretnie o wejściu twardszych narkotyków na teren Kalifornii i jak zwykły, biedny, czarnoskóry chłopak staje się głową imperium, który nie cofnie się przed niczym.
Widziałem to już. Widziałem już tych bohaterów. Widziałem już te konfiguracje postaci. Widziałem już tę historię. Widziałem już ten nieudolny realizm oraz amerykańską, grzeczną przemoc. Widziałem to robione lepiej i nie znalazłem w tym serialu niczego nowego dla siebie. Mogę doceniać aktorstwo. Mogę doceniać skalę i fakt, że udało się faktycznie opowiedzieć tę historię na przestrzeni sześciu sezonów, gdy inne tytuły muszą improwizować. Doceniam, że mimo wszystko jest to ogólnie serial nadal zrealizowany powyżej przeciętnej. Najwyżej byłem niezadowolony, że to nie jest do końca „Hiperlink Cinema” w pierwszym sezonie – trzy główne wątki są całkowicie obok siebie i ledwo się łączą, ale w piątym sezonie już tworzyło to całość. Nadal jednak jest to prosta opowieść o bohaterach, nie świecie, który dzielą, czymś więcej.
Fani tego typu tytułów będą zadowoleni: jeszcze raz dostają to, co lubią. Ja… Ja zapamiętam scenę z klatką i tygrysem. I jak się z niej uwolnili.
PS. Zobaczyłem pierwszy sezon oraz piąty (ten z 2022 roku).
Ariel: Back to Buenos Aires (2022)
14 lutego | HBO
Rodzeństwo wsiada do samolotu i wraca pierwszy raz od dawna w rodzime strony: Argentyna. Stają się turystami i zakochują w tym kraju, ale Davie przybył tutaj, aby poznać swoje korzenie. Czy jest adoptowany? Kim są jego rodzice? Tak naprawdę to siostra zaczęła mu to wmawiać, sam nie wiem czemu, a reszta historii jakoś się potoczyła dalej.
Ponownie byłem pewien, że oglądam adaptację książki liczącej 800 stron, gdzie 716 stron to monolog wewnętrzny protagonisty, co wycięto stawiając jedynie na wizualia oraz akcję i dialogi mówione na głos. W tej opowieści jest naprawdę wiele, ale to są okruchy symbolizujące intencje twórców, którzy byli zainteresowani jedynie budowaniem nastroju w swoim filmie. Argentyna jest czarująca i rozumie się, czemu bohaterowie zakochują się w niej – ale to nadal obraz dla turystów, nie faktyczna Argentyna. Aktorzy grają świetnie, wyrażając wiele w drobnych, codziennych czynnościach, ale także podczas tańca. W jednym momencie Davie mówi o tym, że książki są jak oddzielne życie, później powie, że czasami czuje, jakby w ogóle nie istniał. Skąd to się bierze? To są jedyne momenty, które w jakikolwiek sposób adresują tę stronę opowieści. Opowieści, która finalnie wynika z historii kraju i pewnego epizodu, który wydarzył się niedawno, o którym nic nie wiem. Bo film nic o nim nie mówi i pozostawia z pytaniami zamiast dać wiedzę odbiorcy. I może nawet bym się na to złapał, gdyby nie właściwa fabuła tego filmu, która gdzieś od połowy – i ciasta z rodziną oraz ich przyjaciółmi – zmienia całą historię w telenowelę. Od tego momentu film nie da rady usiedzieć pięciu minut, aby nie pójść w stronę jakiegoś absurdalnego zwrotu akcji. Jestem pewien, że w pewnej wersji tego filmu siostra z bratem mają romans, gdy już się okaże, że on jest adoptowany (a potem, że wcale nie, a potem, że jednak tak…)
Naprawdę mogliście zrobić film o odkrywaniu tragedii, która spotkała zwykłych ludzi. Zamiast tego zrobiliście ten absurdalny film, którego bzdurność rzuca cień na historię. Wstyd. https://garretreza.pl/opinie-2022/
American Dreamer (2022)
13 lutego | HBO
Profesor ekonomii marzy o własnym domu, ale wiadomo. Znajduje jednak ofertę na piękną rezydencję za 250 tysięcy: haczyk polega na tym, że będzie jedynie współlokatorem zajmującym część „dla służby” (mój domysł – chodzi o to, że to była nora). Resztę domu otrzyma, gdy właścicielka umrze ze starości. Phil sprzedaje więc co może, aby zebrać fundusze i w końcu ma własny kąt z pięknym widokiem, gdzie może pisać swoją powieść. Okaże się jednak, że właścicielka nie jest na skraju śmierci, ale za to ma wczesne objawy demencji, a jej rodzina o niczym nie wie i nie będzie zadowolona, gdy się dowie. Przygoda się zaczyna.
Niestety film ma dwie wady: bohaterowie są idiotami oraz duża część fabuły została pominięta, wykreślona albo ledwo zarysowana. Byłem przekonany, że oglądam adaptację grubej książki, z której przeniesiono cień narracji – jest tutaj bardzo dużo chęci opowiadania o rynku mieszkaniowym, o ekonomii, spadku wartości pieniądza czy tego, co posiadamy, oraz wykorzystaniu zwykłych ludzi przez tych majętnych… Ale nie ma w tym wiele faktycznej wiedzy. Twórcy chcą poruszyć ten temat i są przekonani, że jest on ważny, ale tak naprawdę jedynie coś tam o tym słyszeli i tyle dali radę zmieścić do filmu. Pomysł wyjściowy jest w porządku – zastaw się, zaryzykuj wszystko i dostaniesz dom, tylko co dalej? – ale później żaden wątek nie zostaje dokończony ani nie bierze udziału w większej historii. Skąd Phil i Dell się znają, na czym polega ich relacja? To samo z relacją Phila i Craiga, dziekana – to jest tylko przedmiotowe, pełni rolę w fabule, nie ma za tym ludzi. Tyle w nich co w relacji z barmanem. Postać Astrid jest odświeżająca, jak ją poznajemy, ale po zniszczeniu zdjęcia zmienia się drastycznie i też ledwo zaczyna pełnić aktywną rolę w historii. Nawet nie jestem pewien, czy gdy wspomina o zmarłej żonie, to mówił prawdę. Maggie? Clare? Z iloma osobami w jednym filmie Phil musi się przespać? A raczej – z kim się tutaj nie przespał? Naprawdę mam kupić, że po zniszczeniu zdjęcia po prostu o tym zapomniał? Że po dwukrotnym uratowaniu życia Astrid chcą się go pozbyć? Że pierwszą reakcją było włamać się do domu zamiast obudzić Maggie i razem z nią sprawdzić hałas? Że Phil naprawdę zrobiłby z siebie debila podczas wykładu? Twórcy wymagają od odbiorcy bardzo dużo i gdzieś w połowie wymagania przestali na to zasługiwać w sposób definitywny.
Lubuje się też w bogatym słownictwie. Każda postać używa tutaj dużo większej ilości skomplikowanych słów, niż jesteśmy przyzwyczajeni w kinie ogólnie. To naprawdę nie jest oparte o książce niespełnionego nauczyciela? Ta scena w barze ze studentami, jak na niego patrzą z szacunkiem, chociaż gada banały… To było na serio. Na serio?!
Jest tutaj dobra energia. Własny dom z widokiem, po prostu cieszenie się życiem wśród natury. Bohater walczący i podejmujący wybory, sporo bycia zrozumiałym dupkiem – jest nieprzyjemny dla otoczenia, ale wiemy, czemu taki jest i ta jego szorstkość jest dosyć miła w odbiorze, gdy wykorzystuje ją przeważnie do walki o swoje. Nigdy też nie jest chamski wprost. Astrid to samo – na początku jej staromodna elegancja oraz bezpośredniość naprawdę elektryzuje widza. Nie pozwala sobie wejść na głowę, nie kpi też bezpośrednio z Phila, ale umie sprowadzić go na ziemię. Ich relacja w drugiej połowie filmu też ma pewien potencjał i gdy w finale patrzymy na wszystko z perspektywy – wtedy wydaje się, że film naprawdę być na prostej drodze, aby powiedzieć, co chciał powiedzieć. Prawda jest niestety taka, że po drodze zgubił się wiele razy. Efekt jest oglądalny i pozostawia lichy posmak żalu, że mogło być lepiej.
Poza tym: Peter Dinklage, Shirley MacLaine, Danny Pudi, Matt Dillon, Danny Glover… Obsada roku 2022. https://garretreza.pl/opinie-2022/
Mecenas She-Hulk - miniserial (2022)
grudzień ’25 | Disney+
Zazwyczaj nie zwracam uwagi na fakt, czy jakaś postać jest sympatyczna albo czy w ogóle chcę lub nie ją oglądać. She Hulk w pierwszej scenie ćwiczy monolog przed dwiema osobami: jedna ma uwagi, druga jest yes-menem. Pierwsza jest wyproszona, druga pochwalona przez She Hulk. A ja odczuwam, że twórcy serialu chwalą bohaterkę za takie postępowanie, że w ten sposób chcą, aby widownia poczuła sympatię do protagonistki. Ja tylko chciałem wyłączyć.
To naprawdę był strzał w stopę. W końcu na tym to wszystko polega, prawda? Oglądam to dla bohaterów. Nie dla historii czy akcji, ale dlatego, że lubię postać She Hulk, znam ją z innych mediów i teraz włączam serial o niej, prawda? A ona jest tutaj chujowa na tyle sposobów, że nie wiem, kiedy skończyć wyliczać. Zaraz potem łamie czwartą ścianę i okazuje pogardę wobec widzów, którzy oczekują czegoś, więc ona im tłumaczy, że to tak naprawdę będzie (najsłabszy, jaki oglądałem) serial sądowy. Znowu chcę wyłączać – kto daje radę oglądać dalej, kiedy tak jest traktowany? Dostajemy backstory, jak She Hulk została superbohaterem – otóż kierowała samochodem i nie uważała, kiedy pojawił się statek kosmiczny, doprowadziła do wypadku. Statek nie jest ważny, współpasażer nie jest ważny – wszystko samo się wyliże. Bohaterka zostaje zakażona krwią superbohatera i teraz sama się przemienia. Rozwala grupę chamów za to, że pyskowali, po czym budzi się na plaży i Hulk zaczyna szkolenie, aby ogarnęła temat przemiany, panowania nad sobą, zostaniu superbohaterem… Ale ona ma to wszystko w dupie. Zresztą i tak już wszystko umie, bo jest lepsza od Hulka. I ma więcej doświadczenia w panowaniu nad sobą, bo jak idzie ulicą i za nią gwiżdżą, to ona wtedy panuje nad sobą. I wraca do bycia adwokatem, bo ona nie chce być superbohaterem i jęczy, że będą ją nazywać She Hulk i jęczy, że nowe ubrania musi kupić… Gdyby to chociaż był udany serial sądowy, ale wszystkie zasady postępowania są gorzej odwzorowane niż gdyby zrobiło to I love Lucy w 1951 roku.
Więc tak: protagonistka jest megachujowa, ale co dalej? Cóż – jest to serial zrobiony przez ludzi wyraźnie mających coś nie tak z deklem – to w końcu ten sam świat, gdzie są te wszystkie poważne historie o odpowiedzialności, pomaganiu, akceptowaniu zalet i wad swoich możliwości, godzenia błogosławieństwa jak i kary w jednym. Sam Hulk przecież jest niezwykłym stadium przypadku, który uczy się łączyć obie strony swojej osoby – i do tego wszystkiego dajemy postać, której podejście polega na: „dajcie mi spokój, nie chce mi się, to nie dla mnie”? To jest tytuł będący dziełem ludzi, którzy muszą gardzić komiksami, superbohaterami i wieloma innymi rzeczami. Utożsamiają całe medium z czymś niskim, nie potrafią tego traktować poważnie i ostatecznie wyrządzają krzywdę komiksom, postaci She Hulk czy nawet komiksom z żeńskimi postaciami w roli głównej, ponieważ to jest najbardziej stereotypowe i seksistowskie przedstawienie jakie tylko mogło być. She Hulk nie jest po prostu postacią, jest typową kobietą wchodzącą do świata wyłącznie męskiego, robiącego coś po raz pierwszy w życiu, osiągającą cokolwiek i potem nie umie się zamknąć, że jest automatycznie najlepsza w tym na świecie. Cały serial me energię sytuacji, jak np. gracie w kosza, wasz kumpel przyprowadza dziewczynę, daje jej piłkę, ona podrzuca piłkę do kosza, trafia i resztę dnia macie jej dosyć. Nie dlatego, że jest kobietą, ale ma megachujowy charakter.
Tim Roth jest miły w roli chłopa, który stara się pomagać innym. Naprawdę wydaje się wyluzowany i wychillowany do szpiku kości. Ten odcinek, jak siedzieli w kółeczku i mieli terapię? Nie był tak zły. Tatiana Maslany w sumie też ma potencjał – podobała mi się jej energia, jakby pisali jej lepsze żarty i prezentowała je z dokładnie tym samym podejściem, to byłoby miło. Więcej pozytywnego nie jestem w stanie napisać. Nie będę też próbował czegokolwiek dodać do analizy socjologicznej – te już powstały i czuję, że wyczerpują temat tego, jak bardzo beznadziejna jest to postać. Mnie tylko męczy, że to serial, w którym bohaterowie robią głupie rzeczy, aby potem punktować, że to było głupie – bo autorom wydaje się, że to jest wartościowe. Dwóch superbohaterów bez wstępu zaczyna się bić ze sobą, chociaż mogli zamiast tego powiedzieć dosłownie kilka słów? Tak, to było głupie. Twórcy to wiedzą. Punkt dla nich?… Finał jest bałaganem dla samego galimatiasu, co chyba miało być komentarzem do kina superbohaterskiego w rękach Marvela, ale wyszło po prostu obojętnie. I nic, co twórcy mają w tym zakresie do powiedzenia, nie jest oryginalne. To było powiedziane 10 lat wcześniej albo i więcej, o wiele też lepiej. Jedno zdanie z Community na ten temat wyczerpuje mądrości She-Hulk.
W sumie miło mieć opinię zbieżną z tym, co mówi reszta świata. Dla odmiany.
Małe ukucie ("Sharp Stick", 2022)
3 stycznia ’26 | HBO
Opis twierdzi, że to film o kobiecie w wieku 26 lat, która odkrywa seks, gdy mąż kobiety, u której pracuje, zdradza ją z nią. Ponoć istotne jest, że jest między nimi 20 lat różnicy (taki wiek aktorów), ale to jeden z przykładów tego, co chyba film chciał uważać za ważne, a w trakcie realizacji jakoś się to nie udało. Scena zbliżenia między niewinną osobą odkrywającą seks oraz starszym mężczyzną jest realizacją fantazji i jednocześnie wydaje się, jakby twórców to obrzydzało, ale też jednocześnie nie chcą nikogo urazić, jeśli wśród widzów ktoś ma taką fantazję, więc też do tego zachęcają i się z tego śmieją w przyjazny sposób… Bałagan, czysty bałagan. Jak Jon Bernthal na jednym ujęciu dał radę przejść od łzawej opowieści o tym, że od dawna nie było namiętności w jego życiu z żoną, do chwalenia się na luzie, jak to kiedyś umiał pieścić łechtaczkę… To są wyżyny czegoś. Z całą pewnością: czegoś. Nie mam pojęcia, jak to określić.
Aha: pani reżyser gra tutaj rolę żony. Żony, która nie umie chociaż na chwilę myśleć o swoim dziecku, jeśli ma cień szansy myśleć o sobie. Też nie wiem, jak to określić.
Odkrywanie seksualności jako temat wymaga wiarygodności, ale ciężko założyć, że Sarah Jo uchowała się, kiedy każda rozmowa w jej towarzystwie jest wypełniona dwuznacznościami. Nie oglądała porno? Naprawdę myślała, że blow-job polega na dmuchaniu w krocze? I gdy Josh chce przerwać znajomość, to taka niewinna osoba sama mu wskakuje na penisa? Nie kupuję tego. Nie ma w tej postaci nic, w co można uwierzyć, jakoś ją zrozumieć. Nie pomaga, że reszta filmu jest mętlikiem samym w sobie i tylko utrudnia skupienie się na tej pierwszej części.
Druga połowa jest jeszcze bardziej odklejona. Sarah Jo musi odejść i zaczyna pragnąć obciągnąć gwiazdorowi porno w imię jakiegoś rewanżu za to, że została rzucona (przez chłopa w związku) i dopiero na końcu ten aktor porno nagrywa wiadomość: „Sarah Jo, nie musisz mi obciągnąć. To, że tamten ciebie rzucił, to nie dlatego, że jesteś słaba w łóżku” i bohaterka nagle jest wolna od ciężaru winy. W końcu rozumie, że to nie była jej wina. No shit?…
Nie wiem, którą płeć musiałbym uważać za najgłupszą (a drugą za tylko trochę mniej), aby ten film miał sens. Możliwe też, że wiem dużo więcej o seksie od wszystkich twórców tego filmu razem wziętych, w co ciężko mi uwierzyć. I największa zagadka: co tutaj robi aż dwóch aktorów z The Bear?
The Office PL - sezon II
4 listopada ’22 | Canal+
To serio jest dobre. I zabawne. „To jest pan Penis a to: pani Wagina; – To akurat jest łechtaczka”
Znając polską telewizję było mi łatwo postawić krzyżyk na wszystkim, co robią tak ogólnie, ale że biorą się za rodzimą wersję angielskiego serialu o życiu pracowników biurowych? Mowy nie ma, żeby się udało, ale tak właśnie się stało. Od pierwszej sceny jest jasne, że twórcy wiedzą, co robić – i umieją to zrobić dobrze. Żart z Apollo 13 jest głupi w inteligentny sposób – trzeba po prostu coś wiedzieć od siebie, żeby zrozumieć bezsens tego dowcipu. Do tego faktycznie między bohaterami tworzy się chemia. Budują razem pewną bardzo dziwną rodzinę, w której człowiek najpierw ma dość kolejnych odpałów, a potem uczy się z nimi żyć. I je lubi. A później mu ich brakuje. Za te dwa elementy polubiłem The Office (US) i to dostaję od wersji polskiej.
Założenia są proste: przyjacielski szef, który nie wie, jak bardzo jest denerwujący. Do tego romans z kobietą, która jest w związku od wielu lat i jest cień nadziei, że może jednak z tego nic nie wyjdzie. Narcystyczna dziewczyna z bogatego domu nie mająca pojęcia, że jest wśród 1%. Patriota. Gruzin. Głupia baba nie mająca pojęcia, że jest głupia. Stara baba lubiąca alkohol. Koleś oglądający porno w pracy. Koleś, który będzie w więzieniu. I tak dalej. Innymi słowy: zwykli ludzie, których spotkasz w każdym biurze. Fabuły jako takiej nie ma, po prostu każdy odcinek ma jakiś swój motyw, większość postaci ma jakiś wątek prywatny, a każdy sezon to rozdział jakiejś większej opowieści. Więcej nie ma sensu opowiadać, bo to trzeba samemu poznać i doświadczyć. Będzie ten romans, ktoś inny będzie się martwić o swoje zdrowie, cała firma będzie walczyć na różne sposoby z konkurencją na rynku. Ważne, że po czterech sezonach twórcy cały czas mają pomysł na siebie i robią coraz lepsze odcinki.
Polska wersja jest faktycznie Polską wersją. Nikt nie przepisywał żartów zza granicy ani też nie zarzucał na ślepo polskimi odniesieniami – widać, że autorzy znają polską kulturę i umieją zastosować każde odniesienie. To chyba jedyny przypadek, kiedy ucieszyłem się, jak wypłynął temat Smoleńska (tak, wypływa! Jan Paweł II też!). Całość zrealizowano tak dobrze, że wręcz byłaby szansa na zrobienie czegoś więcej – faktycznego dzieła sztuki i serialu, który łącząc te wszystkie światy umożliwiłby dialog między nimi. I tym póki co polskie The Office nie ma ambicji być… I to chyba jego jedyna wada obecnie. Jednak sam fakt, że gotów jestem zacząć wymagać tego w kolejnych sezonach jest dowodem na ogromny sukces tej produkcji. To i brak nagród. Oraz cisza w mainstreamie. Jak zrobili ten serial, to było ogłoszenie, a co potem? Czwarty sezon i nic.
Oczywiście, jest jeszcze jedna wada: to nadal The Office. W polskiej wersji. Robi obie te rzeczy wzorowo, ale jeśli ktoś nie był fanem humoru Michaela Scotta, to tutaj będzie przewijał. Dużo. Sam przewijałem, jak Michał dostał ataku padaczki przy strażakach.
PS. Widziałem cały 2 sezon i wybrane odcinki z pozostałych serii. Obecnie zamknęli czwarty sezon i kręcą dalej.
PS 2. Jak dorosnę chcę być Darkiem. Zacznę nosić zapalniczkę, by móc mówić: „To trzeba spalić” i faktycznie zaczynać to podpalać.
Święta w Maple Valley ("A Maple Valley Christmas")
5 listopada ’22 | Amazon Prime
Standardowe, sztuczne świąteczne kino. Kolory, śnieg, bohaterowie dostający szczęśliwe zakończenie, poboczne wątki (z matką, która znalazła sobie Włocha i teraz uczy się nowego języka)… Ten film wie, czym jest i to daje. Musiałbym się tylko czepiać, że święta jako Święta są mało istotnym tłem i film obyłby się bez nich, ale jednak robią robotę jako scenografia. Nic wartego pamiętania czy oglądania, ale jeśli wiecie, czego chcecie – to będzie jedno z lepszych tytułów. Są gorsze produkcje w tym podgatunku.
Zootopia+
9 listopada ’22 | 6 odcinków po 10 min | Disney+
Serial w świecie filmu „Zwierzogród”. Ciężko nawet napisać, aby korzystał z potencjału tego świata albo jakoś go zgłębiał. Wydaje mi się, że większość odcinków ma chociaż jakiś związek z filmem, ale cóż, widziałem go 9 lat temu, więc tego. Pamiętam, że była postać mini Ojca chrzestnego i w tym serialu jest wyjaśnione, w jaki sposób takie coś zostało ojcem chrzestnym. Albo inaczej: poprzez opowiadanie standardowych historii czasami przez przypadek wychodziło też coś, co ma związek z filmem. Całość zaczyna się historią o tym, że jak Judy na początku jechała do Zootopi i ją rodzice żegnali, to potem od razu ruszyli za nią w pogoń. I jechali tym samochodem prawie tak szybko, jak pociąg. I się okazało, że ta Zootopia to w sumie tuż obok była, zmniejszając skalę filmu. I tyle.
Nie zostawia ta produkcja większego wrażenia. Przyznaję, że musieli przy tym pracować ludzie, którzy się starali, ale wyraźnie dostali tylko jedno polecenie: no zróbcie „coś”. To zrobili.
Planeta seks - miniserial ("Planet Sex with Cara Delevingne")
18 listopada ’22 | Canal+
Polecam oglądać z lektorem, wtedy jest najśmieszniej
Serial składa obietnicę – Cara Delevingne jako osoba z przeżyciami negatywnymi w związku z seksem i seksualnością, która zaczyna eksplorować tę tematykę razem z widzami, aby dowiedzieć się więcej i znaleźć pomoc. I twórcy nie spełniają żadnej z tych obietnic. Albo inaczej: pierwszy odcinek nie pozostawia wątpliwości, że będziemy oglądać reklamę rozwiązłości, pornografii, gender… Albo jeszcze inaczej: jeśli tak widzicie to zagadnienie, to ten serial nie zmieni waszego podejścia. W jedną i drugą stronę. Obie grupy po seansie będą upewnione w swoim stanowisku – czy popieracie bycie queer czy też tym gardzicie, ten serial tego nie zmieni.
Duży problem to sama Cara Delevingne, która jest tak naprawdę ładną twarzą i modelką i tak dalej, ale nie radzi sobie z byciem prowadzącą program popularno-naukowy. Przyczyna jest prosta: szybko daje znać, że ma pstro w głowie i wchodzi na scenę bez żadnej wiedzy własnej. Ma wiele zalet – jak dystans do siebie czy umie grać zainteresowanie, robić miny – ale jeśli zależy wam na traktowaniu tematu poważnie, to wybór powinien być zupełnie inny.
Całości brakuje naukowego zacięcia. Poszukiwania wiedzy, zgłębiania jej, wchodzenia w temat. Wystarczy, że jakiś ekspert coś powie i to wyczerpuje temat, chociaż wszystko tutaj jest powierzchniowe. Jak promować rozwiązłość jako coś właściwego? Bo część ludzi zdradza partnerów i zwierzęta nie są monogamiczne, a ludzie to zwierzęta… To wszystko od ludzi, którzy nie chcą być szufladkowani, upraszczani, żeby ich przypadki traktować indywidualnie. Nikt przy produkcji tego dokumentu nie miał potrzeby sprawdzić, dlaczego ludzie zdradzają – potrzebowali tylko mieć argument za tym, żeby skakać z kwiatka na kwiatek i pokazać to jako właściwe. W odcinku o pornografii brakowało tylko linku do stron z płatnym porno, które jest „lepsze”, bo brakuje w nim męskiego punktu widzenia.
To historia ludzi, którzy rezygnują z dzieci i małżeństw, bo nie chcą robić tego, co im się mówi, a 10 minut później przyznają otwarcie, jak są zagubieni, nie wiedzą co robić i chcą, żeby ktoś to powiedział. Ten tytuł nie obala żadnych stereotypów, on je wszystkie podtrzymuje. Jedynie gdzieś w natłoku telewizyjnej otoczki czasami przebije się jakieś pojedyncze zdanie w stylu: „Miałam 29 lat, kiedy pierwszy raz powiedziałam partnerowi w łóżku, czego chcę”. Tylko pytanie: jaka była tego przyczyna? Społeczeństwa? Partnera? Waszej relacji? Twojego charakteru? Czy cokolwiek w tym serialu przybliżyło kogokolwiek do zmiany tego problemu w skali globalnej?
Matka siedzi z tyłu ("Driving Mum / Á ferð með mömmu")
19 listopada ’22 | Canal+
Kawałek uroczego kina. Uroczy punkt wyjściowy, humor, wysoki poziom rzemiosła artystycznego.
Tak, to jest po prostu film o wożeniu trupa, aby spełnić jego ostatnią wolę – a po drodze mamy np. rozmowę z Francuzem, którego nie rozumiemy, więc ten znajduje tu sposób na powiedzenie czegoś, co mu ciąży na duszy. Albo rozmowy z nieżywą matką, aby w końcu coś zmienić w swoim życiu. Ostatnie ujęcie jest dla mnie kwintesencją poczucia humoru z Islandii – ta pojedyncza osoba podchodząca do płonącego pojazdu, jakby nie mogła znaleźć celu w swoim życiu. Jakby chciała coś zrobić, ale jest tak niesłychanie niezręczna, że nawet nie wie, jak zacząć, więc tylko… Jest obserwatorem.
Plus piękno natury oraz czarno-białych zdjęć. Dobra rzecz.
Pełną parą ("A todo tren 2: Sí, les ha pasado otra vez")
26 listopada ’22 | HBO
Produkcja próbująca przyjąć na klatę bezmyślość swojego istnienia już w podtytule: „Tak, znowu to samo”. Pierwszej części nie widziałem, ale film robi robotę w przekonaniu odbiorcy, że ogląda prawie ten sam film i to jest niby śmieszne z tego względu. Mamusia wsadza 56 swoich dzieci w pociąg i jakoś tak się dzieje, że jadą same, więc teraz ona i jej stuknięta psiapsi próbują dogonić pociąg, tylko wiadomo: no jak to zrobić? A dzieci w tym czasie udają przed konduktorem, że są pod opieką – oraz próbują uratować komuś życie, bo coś im się ubzdurało.
Obraz, w którym każdy jest kretynem, przeszkadza innym i mają zwariowane przygody, które najwyżej na papierze i w dużym skrócie mają potencjał na komedię. Tak jak skrót wydarzeń z pierwszego filmu. I tylko on.
Minuta ciszy - sezon I
16 maja | 6 odc po 60 min | premiera 7 października ’22 | Canal+
Polskie kino zbyt komfortowo czuje się w przekonaniu, że Polska w małych miastach jest taka sama.
To w zasadzie krótki metraż źle rozwinięty w miniserial. Chłop umiera i miejscowy zakład pogrzebowy odmawia zajęcia się jego ciałem, więc protagonista postanawia sam to zorganizować. Zakłada nawet na te kilka dni własne przedsiębiorstwo. Cel swój osiąga, działalność rozwiązuje i wraca do swoich spraw… Ale dostaje telefon, że ktoś jeszcze chce, aby to on go pochował. I tak przechodzimy do drugiego odcinka. Nie ma to sensu, a pociągnięte wątki jedynie powtarzają, co już było powiedziane. Wszystko prowadzi do przedramatyzowanych zwrotów akcji oraz finałów. W jednej scenie bohater będzie się śpieszył, więc oczywiście samochód mu zatrzyma na przejeździe kolejowym — akurat przejdzie pociąg i się zatrzyma w środku pola (!), wybiegnie z niego tłum dresów i zaczną trząść samochodem protagonisty, a po chwili zaczną udawać, że nie widzieli się wcześniej. Jeden kibic zatrzyma pozostałych, zapuka i grzecznie zapyta, czy może pomóc. I go popchną i będą tańczyć z radości, że mu pomogli. Jak już słońce przesunęło się o 6 godzin względem ujęcia, w którym dres puka do drzwi.
Można powiedzieć jakieś pozytywne rzeczy o tej historii – że retrospektywa całkiem nieźle się komponuje, że jest intryga i wiele postaci i wątków, że to wszystko jest spójne i nawet jest jakaś treść… Tylko że cała ta mieszanka nigdy nie będzie wiarygodna – że każdy się z każdym zna i wychodzą z tego takie powiązania, jak to twórcy wymyślili. Po prostu nie jestem przekonany, że to wszystko mogło mieć miejsce w tym samym czasie. Co do treści – będzie np. odcinek, gdzie rodzicom dziecko umiera w kombajnie, bo go nie pilnowali. Czy odcinek jest o tym, żeby kurwa pilnować dzieci i rodzice są jebanymi w dupę debilami? Nie – odcinek jest o tym, że jak mama chce w trumnie, a ojciec chce kremacji, to ojciec musi się nauczyć respektować zdanie matki i ma być trumna. i będzie to osiągnięte w najbardziej dziecinny, pokomplikowany sposób – byle tylko wypełnić czas antenowy. Pokłócą się, a rozwiązaniem będzie oczywiście przygotowanie ciała tak, żeby dało się na nie patrzeć w trumnie (ojciec po prostu nie mógł patrzeć na ciało zniszczone przez kombajn… Który najwyraźniej zabił, urywając rękę… I nie mogli tej ręki znaleźć… I jak ją znaleźli, to dopiero zaczęli uświadamiać, że kremacja to zły pomysł… Głowa mnie boli na samą próbę odtworzenia tego bałaganu). Będzie też odcinek, w którym protagonista współpracuje z innym zakładem pogrzebowym, żeby co chwila powtarzać: bohater robi to dla ludzi, a tamten dla pieniędzy. Głębokie. Jeśli pięć razy w pilocie was nie przekonało, to kolejny tysiąc już na pewno.
Najbardziej jednak męczy mnie polactwo w tym serialu. I ogólnie w polskim kinie. Polactwo, czyli przekonanie odklejonych od rzeczywistości twórców filmowych, że małe gminy w Polsce to siedlisko korupcji, układów, wszyscy o wszystkim wiedzą i nikt nic z tym nie zrobi. Czy tak jest? W jakimś stopniu może i tak, ale w wersji filmowców to jest cała rzeczywistość. Ksiądz, policja, sądy, urzędy – to wszystko siedzi na garnuszku chucherka prowadzącego zakład pogrzebowy. Tak jakby w Sopranos główny bohater nie był gangsterem, dla przykrywki zajmując się śmieciami, ale faktycznie śmieciarzem, a reszta pozostała bez zmian. Nie ma tutaj normalnych ludzi, normalnie żyjących i mających swoje sprawy – a jeśli wprowadzą kogoś z zewnątrz, to musi to być edgy nastolatka pracująca jako grafik w Holandii, cały czas punktująca polactwo. Dajcie mi z tym spokój. Wyjdźcie z domu. Zobaczcie prawdziwy świat. Potem zacznijcie robić sztukę. Przed wami dużo roboty… Ale no, ludziom się podoba. Najlepszy polski serial 2022 roku, tak słyszałem…
PS. Scenariusz ogólnie jest średni co najwyżej, ale za niektóre dialogi należy się 1/10. Chociażby za „Właśnie pochowałem własnego nauczyciela jak ostatniego śmiecia” (po serii wizualnych wskazówek, w których zdaje sobie sprawę, kogo pochował) albo za każdą grę słowną z nazwiskiem. To serio nie jest musical, gdzie imiona są dobierane tak, żeby można było rymować do nich jak najczęściej i najłatwiej – ale twórcy się starają. I do tego jeszcze upierają się, aby wstawiać one-linery jak w kinie akcji z lat 80. „Koniec z Zasadami” albo „Nic nie trwa wiecznie” (typ nazywa się Zasada i Wieczny), no ja jebie. Przecież to morduje za każdym razem świat i postaci w tym serialu. Jeśli daję 4/10 łącznie, to będę to oceniać bardzo łagodnie.
…a, to dzieło ludzi, którzy zrobili Śubuka. Tak, to ma sens.
Przegonić demony ("Matriarch")
11 października ’22 | Disney+
Tradycyjnie: jak ktoś chce zrobić słaby horror, to kopiuje „Kult” z 2006 roku. A przecież w samym 2022 roku wydaje się, jakbym zobaczył to już kilka razy: przyjazd do rodzinnych stron po wielu latach, czyli małej wioski pełnej dziwnych ludzi gadających jak potłuczeni. Wszyscy są pozbawieni humanitaryzmu i cały bezsens jest później jakoś nagięty, żeby sprawiał wrażenie mówienia o czymś, chociaż na tym etapie widowni to wisi i chce tylko końca seansu. „Men” Alexa Garlanda też to robił, ale miał inne pozytywne strony i dzięki temu jeszcze go pamiętam. „Matriarch” nie będę pamiętać. Zobaczyłem podróbę „Kultu” z brzydką kolorystykę, bezsensownym zachowaniem irytujących bohaterów, bezmyślnie budowaną dramaturgię oraz ślepotę na cokolwiek w temacie „Ktoś to będzie oglądać”, bo przecież film ma przesłanie. Tak jakby to miało być zaskoczeniem, kiedy w tytule jest takie słowo, jak „matriarchat”.
Klątwa Bridge Hollow ("The Curse of Bridge Hollow")
14 października ’22 | Netflix
Przy tym filmie Nawiedzony dwór z Eddim Murphy jest spełnieniem marzeń. Dzisiejsze kino nie wie, że widownia może marzyć.
Rodzina porzuca życie w wielkim mieście na rzecz małego miasteczka, gdzie wszyscy są fanatykami Halloween, całe podwórko jest zawalone dekoracjami. Na miejscu okazuje się jednak, że starożytna klątwa, że jest zagrożenie, że trzeba coś zrobić i pokonać zombie i inne takie. W teorii naprawdę wszystko mogło być super: są młodzi i starsi bohaterowie, są super dekoracje, wszystkie sympatyczne schematy są zachowane, nawet aktorzy są w porządku. To mogła być dobra zabawa dla tych, których takie filmy jarają: niezobowiązujący, jednorazowy film na Halloween dla całej rodziny.
Problem jest tylko jeden, za to powtarzany wielokrotnie: wszystko trzeba zjebać. W otwierającej scenie rodzina śpiewa Raya Charlesa, tylko jeden nie chce śpiewać, bo *ekspozycja*, na co ojciec odpowiada: „etam, będzie fajnie, tylko z domieszką white privlage”. Bo są czarnoskórzy, zapomniałem wspomnieć. To jest w zasadzie zbiór wszystkich wad filmu: on cały czas będzie odklejony, źle zrealizowany i nie będzie mieć pomysłu na siebie.
Siostry ("Masas")
18 października ’22 | HBO
Byle jak zrobiony i nieinteresujący obraz cholera wie czego, ale jest o biednych kobietach. Chyba zaczyna się od tego, że siostry mają być adoptowane z domu dziecka przez małżeństwo ze Stanów – pojawia się ich biologiczna matka będąca typowym patolem – starsza siostra zaczyna dealować narkotykami – a na końcu decyduje się nie być adoptowaną, tylko młodsza będzie. Bohaterów nie idzie zrozumieć, autorzy nie mają pomysłu na wizualizację ich rozumowania. Praca kamery i montaż jest często tak słaby, że i tak ledwo co widać z tego, co się dzieje na ekranie. Jest ruch, podążanie za ludźmi, cięcia co chwila. Wyszedł film obojętny.
Odejdź! ("Leave")
20 października ’22 | Amazon Prime
Nie zapada w pamięci.
Film korzystający z ogranych sztuczek – najpierw buduje napięcie i tajemnicę, gdy dziecko zostaje znalezione w kocu z różnymi, mrocznymi symbolami, by potem… Naprawdę mam trudność, żeby coś sobie przypomnieć z seansu – jest aż tak obojętny, nijaki i nie zapada w pamięci. Droga bohaterki połowę czasu w ogóle nie wydaje się mieć coś wspólnego z jej misją, żeby znaleźć rodziców. Twórcy jakby na siłę starali się zwrócić film w stronę psychola, który porywa ludzi, aby ich oczyścić z grzechu. Tak jakby to miało uratować ten film, a tymczasem efekt wywołuje tylko wywracanie oczu. Zapamiętam chyba tylko, że bohaterka ma tutaj wizje nadnaturalne, które nie robią na niej wrażenia (to źle, bo gdzie jakieś emocje? Zresztą: czemu ta historia ma elementy nadnaturalne?) i słyszy, że ma odejść („Leave”), ale okazuje się, że tak naprawdę słyszała Liv, czyli imię swojej prawdziwej matki. W sumie jest to śmieszne.
Najwyższy czas ("Era ora")
22 października ’22 | Netflix
Morał: spędzaj urodziny z rodziną, bo inaczej Netflix zrobi o tobie niedorzeczny film.
Bohater właśnie ma urodziny, spędza czas ze swoją dziewczyną, pracuje, trochę się spóźnia na własne przyjęcie urodzinowe, spotka parę osób… I to wszystko. Gdy budzi się to okazuje się, że nie upłynęła jedna noc, tylko cały rok. Znowu są jego urodziny, tylko kolejne. Cholera wie dlaczego. Znaczy wiadomo: musi nauczyć się doceniać to, co ma, wybrać rodzinę ponad pracę i inne takie, sraty pierdaty, panie, tylko no właśnie: bohater nie wydawał się potrzebować takiej lekcji po tym, co zobaczyliśmy. I przez resztę filmu też w sumie. Nie ma kontroli nad tym, co się dzieje, plus jest jedna wielka nielogiczność w postaci tego, że najwyraźniej resztę roku żyje bez świadomości tego, że pamięta tylko ostatnie urodziny. Może nawet jest zupełnie innym człowiekiem wtedy. W każdym razie: pomysł jest dobry, tylko że kino umiało to robić 40 lat temu. Ewentualnie pojedyncze przypadki, jak Jack Frost” jeszcze umiało taki niedorzeczny pomysł przekuć w coś, co daje radę coś powiedzieć. Tutaj bohater nie potrzebuje żadnej lekcji, wszyscy mu tylko wmawiają, że jej potrzebuje… A na końcu filmu chyba się tego uczy i wszyscy są zadowoleni. Masakrycznie sztuczny film. Nic tutaj nie jest podyktowane odbiorcą lub bohaterami, tylko film sam dla siebie jest motywacją. To widać nawet po tym, że bohaterowi dzień się kończy w losowych momentach, zamiast trwać te 24 godziny. Czemu? Bo akurat wtedy była okazja na fajne przejście w montażu. Pochyla się nad umywalką, podnosi łeb i widzi w lustrze, że ma wąsy. Minął rok! Kiedy? Dlaczego? Bo film uważał, że to będzie fajne. Koniec.
Była szansa na poruszające i wzruszające kino w stylu „Big”. Zabrakło jakichkolwiek starań w tym kierunku, całej ekipie wystarczyło jedynie zrobić film.
Wilk wikingów ("Vikingulven")
23 października ’22 | Netflix
Te filmy Netfliksa nawet z Norwegii wyglądają jak bingo. Albo twór sztucznej inteligencji. Tutaj mamy starożytną historię, która nie ma sensu, ale „wyjaśnia”, skąd pojawił się tytułowy wilk. Mogłoby też wyjaśnić, czemu nic nie robił od tysiąca lat, ale dobra – są teraz te przygłupie bohatery i jedno umiera i inne przygłupy coś z tym robią, głównie marnując czas antenowy. Schemat na schemacie, większość widzów straci zainteresowanie już na etapie sceny: „Muszę zobaczyć zwłoki mojej córki!”, „Nie może pani wejść!”, „Pani też jest matką, prawda?!”. Zero własnej myśli przez cały film. Wymyślili chwytliwy opis (faktycznie chciałbym zobaczyć dobry film z takim opisem) i na tym się skończyło.
Plus dla fanów teorii, że Netflix coś przepycha: jest tutaj scena, jak główny policjant nie daje rady psychicznie i oddaje szeptem władzę bohaterce filmu.
Gwiezdne wojny: Opowieści Jedi ("Star Wars: Tales of the Jedi")
6 odcinków po 15 min | 26 października ’22 | Disney+
Bonus scenki do „Clone Wars”. Zapewne najlepsza rzecz związana ze Star Wars w tej dekadzie.
Poszczególne historie całkiem nieźle się bronią same w sobie – śledztwo w sprawie zabójstwa, porwanie syna senatora, Ashoka farmerka – ale jednak działają najlepiej wtedy, kiedy znamy ich szerszy kontekst, kiedy znamy te postaci i przede wszystkim znamy Clone Wars. To zresztą ten sam człowiek, który je stworzył. Autor skacze po linii fabularnej w tę i z powrotem, dodając tu i tam jakiś mały detal, który docenią w pełni zapewne tylko fani serialu.
Animacja jest nieziemska. Zachwyca już sam fakt, że dają radę opowiedzieć dosyć złożone historie w tak minimalny i dynamiczny sposób, ale każda lokacja jest wypełniona atmosferą. Gra światłem i cieniem, ile tutaj mroku! W rejonie tworzenia tła momentami osiągano szczyt – i to na potrzebę tak miniaturowej produkcji! Do tego powrót wielu aktorów: Ian McDiarmid, Liam Neeson, Bryce Dallas Howard.
Tytuł, który przypomina, jaką głębię może mieć Star Wars. Jedyny minus produkcji to dosyć proste i częste wracanie do jedynej puenty bohaterów: Jedi są na smyczy polityków, którzy lecą w chuja. To tylko sześć odcinków, a byłem w połowie, kiedy miałem dosyć. Przez resztę czasu scenariusze były na złoto.
Poza wszechświat ("Depois do Universo")
27 października ’22 | Netflix
Baba z toczniem znajduje lekarza, który się zakocha, da jej nerkę i nauczy jeździć na rowerze, żeby wygrała fortepian. Szkoda, że baba jest taka wredna.
To oczywiście film realizujący fantazję o spotkaniu księcia z bajki – w tej wersji lekarza rezydenta, chcącego być internistą, który z jakiegoś powodu pracuje z pacjentami ze stacji dializ. Może tak to w Brazylii wygląda, nie wiem. Bohaterka ma tocznia i jak siada do grania, to jej cieknie krew z nosa, poza tym gada o bólu palców, co porównuje do gadania przez zasłonięte usta. Rewelacyjne porównanie kogoś, kto nie ma pojęcia, o co chodzi. I w większości bohaterce wystarczy, jeśli tylko bardzo będzie chciała, to będzie grać. Tylko jej się nie chce, bo jest chora i obrażona na cały świat i wredna. Istnieją osoby na wiecznym PMS, które sikałyby z radości po nogach, gdyby byłyby chociaż przez 5 minut tak wredne, jak bohaterka tego filmu. I chłop będzie ją mimo to kochać, bo gra na klawiszach czy coś.
Ogólnie ubaw po pachy i mam nadzieję, że nie istnieją ludzie, do których ten film jest adresowany, że potrzebują oni ziścić swą fantazję takim obrazem. Potem jest jeszcze przezabawna dramaturgia oraz tragedia. A jak zobaczycie od kogo nerkę dostanie ta wredna baba (z pominięciem 14 tysięcy oczekujących, którzy najwyraźniej nie zasługują na bycie biorcą bardziej od niej), to dopiero wybuchnięcie śmiechem.
Oglądać na przyspieszeniu, przeklikując co chwila do przodu oraz z dużym, motywującym napisem na ścianie przypominającym, że kobiety takie nie są tak naprawdę.
Świąteczna magia dla każdego ("We Need A Little Christmas")
28 października ’22 | HBO
O spędzaniu świąt ze swoim dzieckiem. Całkiem sporo momentów między postaciami, które nawet działają. Szczególnie niespodziewany przyjazd kogoś w samą porę na święta. Doceniam, że to jeden z tych punktów wyjściowych, które wcale nie musiały powstać na potrzeby filmu świątecznego – święta są tutaj dodatkową warstwą. A raczej: mogłyby być taką warstwą, gdyby nie standardowe wykonanie, które akceptuje się wyłącznie w telewizyjnych filmach świątecznych. To jest źle zrobione i naiwne, nadal ogląda się robiąc coś innego – gotując kolację świąteczną – niż po prostu ogląda. Tym bardziej z całą rodziną. Jeden z tych tytułów, które najmniej przeszkadzają, ale jednak ciężko to przełknąć.
Przepis na romantyczne święta ("Catering Christmas")
29 października ’22 | Netflix
Powiem nawet, że to jest całkiem udane kino świąteczne – w tym sensie, że każda postać ma swój happy end, każdy się cieszy i w ogóle, no jest miło. Nawet doceniam te delikatnie kreatywne rozwiązania różnych sytuacji, w stylu: „Musimy coś wymyśleć!” i wymyślają galerię prac dzieci albo wystawę fotografii robionych przy okazji. No jest miło. To zresztą film świąteczny 2022 roku, który najbardziej skupia się wokół jedzenia, ale tylko wokół ciast i bez food porn (najwyżej gdzieś w tle). Teraz sobie uświadomiłem, że brakuje filmów świątecznych ze zwierzętami – wiecie, jako istotnymi postaciami.
Co więc zawodzi? Ta babcia chyba wychodzi na koniec za swojego sługę? A chłop odrzuca okazję życia, bo postanowił do końca życia organizować świąteczne przyjęcie dla 30 osób w swojej dziurze? I kobieta go za to pokochała? Ona wychodzi z piekarni, zamyka drzwi, on jest za nią na ulicy… I jest ślepy, bo na tym samym ujęciu jej nie widzi, a zamiast tego idzie do zamkniętej piekarni i ojej, czy nadal będzie happy end?
Solidne standardy gatunku. Do oglądania nie tylko w tle.
Angielskie święta ("Jolly Good Christmas")
29 października ’22 | Amazon Prime
Kobieta daje ci gift card pod choinkę? To znak, że się rozstaniecie. Na szczęście zaraz spotkacie kogoś dającego lepsze prezenty.
Tak właśnie brakowało mi jeszcze filmu świątecznego o dawaniu prezentów. Ten tutaj oczywiście wyczerpuje, co ma do powiedzenia, w samej wypowiedzi, ale jednak mówi: dawanie prezentów jest ważne i wymowne. Karty podarunkowe dla kogoś, kto niby jest twoją drugą połówką? To poważny sygnał dla samego siebie, że się jej nie zna, skoro nie wie się, co takiej osobie dać pod choinkę. Przynajmniej według tego filmu. Jego bohater nie wie, co dać swojej dziewczynie i ulega namowom, żeby zatrudnić do tego specjalistkę. Wiadomo, gdzie to pójdzie dalej.
Film nie jest zrobiony zbyt dobrze, tzn. ma nawet problemy, żeby pokazać to, co jest sednem sceny. Bohaterowie nie znajdują auta gdzie je zaparkowali i widzimy tylko ich, nie parking. Gadają i poprawiają krzywą ozdobę na choince… I nawet tej choinki nie zobaczymy wystarczająco wyraźnie, widzimy tylko ich jak poprawiają. Trochę jakby to było nakręcone na green-screenie, ale nie, to uczciwie zrobiony tytuł świąteczny, z masą przyjemnych do oglądania dekoracji i scenografii. Aktorzy są sympatyczni – ich bohaterowie mniej – i najwyraźniej brytyjskie filmy świąteczne aspirują o poziom wyżej od tych amerykańskich. Może to fakt, że oglądałem podczas ubierania choinki i pieczenia ciasteczek, może film faktycznie jest tak łagodny i przyjemny, że wybaczam mu problemy. A teraz idźcie i wymyślcie właściwy prezent dla tej wyjątkowej osoby.
Oddział dla zuchwałych ("SAS: Rogue Heroes") - sezon I
21 maja | premiera 31 października ’22 | Canal+
Zabawa w wojenkę i zabijanie ludzi. Produkcja o 2 wojnie światowej, do której pasuje AC/DC.
Serial podkreśla na każdym kroku swoją bliskość autentyczności – niemal każdą osobę poznajemy z imienia i nazwiska, stopnia i innych detali. Co jakiś czas zobaczymy nagranie archiwalne – lub przynajmniej na takie stylizowane – pokazujące to, co oglądamy teraz jako odtworzone. Każdy odcinek zaczyna się też sloganem: „wydarzenia przedstawione, chociaż niewiarygodne, są prawdziwe… W większości”. Nie chodzi tylko o dramaturgię i artystyczną przesadę: taka kokieteria pasuje do duszy tego serialu. Opowieści o ludziach, którzy na wojnie przeżyli przygodę. Zabijanie ludzi zamienili w konkurs. Ich misje wyglądały w połowie niczym misje z gry Call of Duty. I mówili coraz głośniej o tym, że się wspaniale bawią, że są niezniszczalni, że przejdą do legendy – byle tylko zagłuszyć własne cierpienie.
Całość opowiada o okresie 2 wojny światowej, zanim USA dołączyło do walki. My znajdujemy się na północy Afryki, konflikt dotyczy niemieckiego i włoskiego szlaku dostawczego, który Anglicy i Francuzi chcą przerwać. Bohater z grupą sobie podobnych postrzeleńców proponuje szaloną misję: atak od strony pustyni. Dostaje na to zgodę i przypłaci za to słoną cenę – ale nie podda się i osiągnie cel. Za cenę, której nie będzie spłacać samodzielnie. Z jednej strony naprawdę dostajemy przygodę i zabawę w wojenkę – bandę dzikich bohaterów łojących alkohol, w dupie mających jakiekolwiek zasady czy wytyczne. Rzeczy, które zrobią, będą naprawdę spektakularne – chciałoby się je zobaczyć w jakimś letnim blockbusterze, za kamerą którego stałby jakiś utalentowany odpowiednik Micheala Baya. Z drugiej strony… Nigdy jeszcze w kinie wojennym nie zobaczyłem, że ktoś popełnia samobójstwo z powodu bólu. Bólu, którego nie wywołał wróg lub nieprzyjaciel. Nigdy też nie widziałem, żeby osoby po ciosie nożem w szyję… Dusiły się, co prawdopodobnie jest realistyczne – nie umierają w ciągu sekundy, ale jeszcze dławią się własną krwią i to ich zabija. Jest utaj bezwzględność wojenna, śmierć, ból oraz strata i tragedia. Twórcy unikają fetyszu mundury, broni, wszelkich czołgów czy samolotów. Nawet kobiet nie ma – jest jedna jako symbol ogólnie kobiet na wojnie, ale nie robimy nic, by jej zaimponować. Raczej na odwrót – ona nie może się dowiedzieć, czego się tam dopuściliśmy. Wszystko jest zamienione w przygodę i zabawę, aby zagłuszyć prawdę – nawet w nas samych.
Oglądając samą akcję ciężko jednak było mi nie wymagać jeszcze więcej. Te wszystkie sceny eksplozji i strzelanin mogły wyglądać jeszcze lepiej, jeszcze efektywniej. Gdyby to był film, to pewnie efekt by mnie zachwycił, a tak byłem pod wrażeniem i chciałem jeszcze więcej. Nie będę jednak się czepiać – całość i tak jest jedną z najdroższych produkcji w historii Brytyjskiej telewizji – faktycznie kręcili na miejscu i węże były realnym zagrożeniem dla ekipy, obok wysokich temperatur. Naprawdę użyli prawdziwych broni i samolotów, CGI było zastosowane do niszczenia tych modeli. Zrobili naprawdę wiele.
Całość ma 6 odcinków i kończy się zapowiedzią dołączenia USA do walki. Drugi sezon powstał i miał premierę na początku ’25 roku, więc na polskim VOD będzie za jakąś dekadę. Chętnie obejrzę.
Najnowsze komentarze