Opinie o filmach i serialach z 2022, part 2

Opinie o filmach i serialach z 2022, part 2

13/11/2025 Opinie o filmach 1

Do tej pory archiwizowałem opinie o produkcjach z 2022 roku na oddzielnych stronach co miesiąc, ale zaczynają one być przesycone. Edycja i dodawanie tam kolejnych opinii staje się ryzykowne, więc - będę teraz dawać opinie w formie takiego wpisu. Przypominam - mam zamiar zobaczyć wszystko z tego roku, a nadal nie jestem jeszcze w połowie.

Bez granic z Chrisem Hemsworthem - sezon I ("Limitless")

18 sierpnia ’26 | Disney+

Daję najniższą ocenę i jest ona kosmicznie zawyżona, gdyż od 16 minuty chciałem dać jeszcze mniej. I potem było tylko gorzej. Formuła na ten program telewizyjny jest prosta: bogaty chłop obawia się, że umrze szybciej przez stres, więc organizują mu plac zabaw, gdzie chodzi na wysokości, pływa w zimnie i uczy się kontrolować stres. Nauka polega tutaj na obserwacji, że jak wsadzicie typowi VR na łeb i karzecie chodzić na wysokości, to będzie się cykać. Więc go popychacie i macie bekę. Albo wiążecie typowi nogi i ręce, a następnie wrzucacie do basenu. I jesteście niezadowoleni, że potrzebuje kilka podejść, żeby przestać się stresować. Uzurpator podszywa się pod psychologa i pierdoli głupoty pseudo-naukowe na poziomie: „Głodówka jest fajna, bo bycie najedzonym jest stosunkowo nowe w historii ludzkości, nasi przodkowie często głodowali”. A w następnym odcinku Thor wspina się po linie. Przez godzinę. Czy wspomniałem, że ten tytuł jest wyjątkowo nudny? W piątym zabierają się za zdrowie psychiczne – te wcześniejsze tematy były w końcu łatwiejsze w samodzielnym przysposobieniu przez widza i były atrakcyjniejsze dla oka, żeby wciągnąć oglądającego, dlatego zdrowie mózgu jest tak późno. A zresztą, pierwszy krok w zdrowiu psychicznym w tym serialu to pojechać do dżungli, żeby się wyciszyć. Nie wiem, czy twórcom starczy wieczności aby przeprosić ludzkość za swoje odklejenie od rzeczywistości. Raczej nie.

Nie dość, że to jest głupie, źle zrobione, banalne i monotonne, to jeszcze na dodatek jest coś wysoce obraźliwego w oglądaniu, jak bogaty chłop z zasobami, masą czasu oraz drużyną ludzi opiekującym się nim na każdym kroku, opowiada jak mu ciężko, gdy przechodzi te testy. Spróbuj głodować cztery dni będąc na etacie. Twórcy przekonują i upewniają widzów raz za razem, że nie mają pojęcia, iż dla widowni te wszystkie testy byłyby fajnymi wakacjami, gdyby tylko im nie tylko wszystko opłacić, ale też zapłacić.

Zawsze dadzą też radę znaleźć jakąś społeczność tubylczą albo innego emeryta, który żyje długo i właśnie dzięki temu, że ćwiczy albo głoduje. Co za przypadek. Ja wam znajdę menela, który pije alkohol od 60 lat i też się ładnie trzyma, zacznijcie jego naśladować – bo w końcu jak coś działa dla jednego człowieka, to zadziała dla wszystkich innych, prawda? Ludzie naśladujący innych w siłowni wiedzą najlepiej, że robiąc to samo osiągają te same rezultaty… I to wszystko tak naprawdę po co? Żeby przypomnieć o braniu zimnego prysznica od czasu do czasu. Bez żadnej faktycznej edukacji, jedynie pseudo-edukacja. Trudne słowa, które widownia słyszy pierwszy raz w życiu i szybko się wyłącza, rozumiejąc tylko ogólne: „to dla mnie dobre”. Bez siły przekazu, żeby faktycznie widownia zaczęła to robić. Najwyżej będą mieć wyrzuty sumienia, że tego nie robią. Tyle.

Ostatni odcinek najbardziej przypomina, że to tytuł od Darrena Aronofskyego (serio) i miałby potencjał na bycie czymś w stylu The Rehearsal – Chris Hemsworth obawia się starości, więc pakują go w kostium postarzający, symulujący bycie emerytem, a następnie spędza czas w sztucznym środowisku domu opieki z aktorami wcielającymi się w role innych emerytów. I będą różne ekscesy, w tym zabicie protagonisty. Brzmi jak coś mającego potencjał, co więc poszło nie tak? To samo, co do tej pory – głupota twórców jest nieskończona, więc nie mają pojęcia, co powinni zrobić. Dom starości na ekranie jest szczytem marzeń nawet dla jakiegoś reality show z celebrytami, a co dopiero dla faktycznych emerytów. To nie jest wcale żaden test, to nadal plac zabaw dla bogatego, dużego dziecka, które pogra w ping ponga i będzie się cały czas cieszyć. Symulacja bycia starym? Spróbujcie mu lepiej wsadzić kilka igieł do spodni w okolicy biodra i kazać zejść po schodach i pójść do sklepu.

Niech sobie twórcy będą niedojrzali. Tylko czemu muszą to manifestować i obrażać ludzkość?

Plus najgorsze ujęcie 2022 roku, podczas wywiadów z ową panią „doktor” w pierwszym odcinku – ekstremalne zbliżenie na twarz, wszystkie rysy twarzy wyolbrzymione na maksa jak w horrorze. Nie oglądać na ekranie większym od zegarka.

Szkarłat ("Scarlet / L'envol")

4 czerwca ’26 | HBO

Faktura tego obrazu już sama w sobie zwraca uwagę – kojarząca się ze starymi fotografiami, filmem analogowym, ciężarem, przeszłością, uchwyceniem czegoś szczególnego. Nawet tempo tego pierwszego ujęcia zwraca uwagę – wydawało się delikatnie spowolnione, chociaż już samo ujęcie nie było dynamiczne: statyczne, przedstawiające zmęczony ruch ludzi wracających z wojny. Tak jak bohater, który wraca i dowiaduje się, że jego miłość zmarła. Został sam ze swoją córką i musi szukać pracy, której nie ma, chociaż jest mistrzem w swoim fachu, jakim jest obróbka drewna.

Kamera uwielbia ręce protagonisty. Nazywa się Raphaël i gra go aktor mający tak samo na imię. Z każdej strony wydaje się naturszczykiem, ale gra od ponad dekady i ma na koncie sporo występów (m.in. w „Poor Things grał rzeźnika), ale podczas seansu byłem przekonany, że to człowiek z ulicy, w którego rękach i oczach zakochał się ktoś z ekipy i w ten sposób dostał rolę protagonisty. Może nie ma talentu do aktorstwa, ale nadrabia to samą prezencją. I tak generalnie jest z całym filmem: to tytuł wypełniony pięknem, ale trzeba wiedzieć, czego się spodziewać. To znaczy: nie fabuły czy bohaterów. Piękna filmowego. I tego, że twórcy umieli znaleźć to piękno. Wydobyć je. Stworzyć. Uwiecznić.

Miłośnicy piękna kobiecego czy natury znajdą tutaj wiele. Czasami można wyjść z założenia, że twórcy nie robią nic szczególnego, to tylko przyroda i pejzaże są same w sobie tak urzekające, ale każdy doświadczony kinoman widział już to samo, ale pokazane tak, że nie wywoływało żadnych emocji. Tutaj nie mogłem uwierzyć, jak często i jak łatwo wydaje się osiągnięty kolejny moment piękna. Powtarzam się, ale nie ma innego słowa, które to samo by wyrażało. To produkcja, z której dałoby radę wyciąć 20 minut materiału i nieświadomy widz nie pomysłałby, że to wszystko będzie z jednego tytułu. Nawet moment, który nie powinien działać działa – stara kobieta gadająca o spełniających się marzeniach, nic w jej dialogu nie było wartościowe, ale pokazano to jak część baśni. Przepięknej baśni.

Niestety to wciąż jest francuski film. I wytrzymuje jakieś 20 minut zanim zacznie dokładać standardową dramaturgię i konflikty, które nie będą zgłębione ani rozbudowane i są tylko po to, żeby być – tak jakby samo wychowywanie dziecka czy szukanie pracy nie było wystarczająco wymagające. Artyści we Francji nic o tym nie wiedzą i w „Szkarłacie” zresztą nie będzie nawet tego wychowywania – zaraz będzie dorosłą kobietą (cóż to było za piękne przejście montażowe!) i znajdzie sobie kochanka. Rozwalającego samoloty. I hazardzistę. I będą się podglądać jak zboczeńcy, wiedząc o sobie tylko tyle, że drugie jest atrakcyjne.

Miałem nie dawać pięciu gwiazdek, ale po seansie jednak doszedłem do takiej decyzji: jest tutaj zbyt wiele piękna, żeby ganić film za fabularne elementy czy francuskość. Gorzej, że przez to dodaję kolejne filmy do listy, aby obejrzeć je w przyszłości. Pietro Marcello jest mi kompletnie nieznany, więc czas oglądać dalej, jak tylko będę miał okazję – chociaż czuję, że to może być przypadek Pablo Larraína: „Spencer” uwielbiam. I tyle z późniejszych jego produkcji. Kto jednak wie, co przyniesie przyszłość? I przeszłość.

Wracając: „Szkarłat” to piękne kino. Polecam. Jedyny film, gdzie można zobaczyć Juliette Jouan.

Kawał ("The Prank")

22 kwietnia ’26 | HBO

Bohater to uczeń, który ma nauczycielkę, której wszyscy się boją – a ona właśnie ma zamiar ukarać wszystkich oblaniem z jej przedmiotu, ponieważ jedna osoba oszukiwała. Bohater uznaje to za niesprawiedliwe i panikuje, bo inaczej nie dostanie stypendium i jego przyszłość się zawali, więc jego koleżanka wpada na pomysł, aby wykręcić nauczycielce kawał: spreparować masę dowodów na to, że kogoś zabiła.

Oglądanie tego filmu jest procesem złożonym. Zaczyna się boleśnie, wyglądając jak wspomnienia na czas szkolny kogoś, kto do dzisiaj nie zrozumiał, że był lamusem. Wspomnienia osadzone współcześnie, oparte po trochu na stereotypach, ale głównie wyciągnięte po prostu z dupy. Nastolatki zobaczą deep-fake i w niego uwierzą na parę godzin, by do popołudnia zacząć „żyć” następną plotką tylko dlatego, że jest następna? Dorośli – w tym dziennikarze – nie zauważą deep-fake i w niego uwierzą? Każda kolejna scena kończy się komentarzem: „Ja pierdolę” ze strony widza.

Więc twórcy mieli pomysły na urozmaicenie historii. Każdy kolejny to gorszy. Wymyślą sobie nawet, że bohater był oszustem i nawet nauczycielka miała pewność, kto u niej ściągał na egzaminie. „Ja pierdolę” nawet nie rozpoczyna wyrażać tego, co się czuje, oglądając ten syf. I wtedy następuje ostatnia część: samoświadomość. Jakby na pokład wszedł ktoś zupełnie nowy i podjął decyzję, że nie ma sensu nic poprawiać – trzeba po prostu pójść na całość. Pójść w absurd na każdym poziomie.

I nagle film stał się wspaniały. Fabularnie ORAZ wizualnie! Nagle zacząłem się dobrze bawić, nagle ta produkcja zaczęła mieć sens, nagle byłem zaangażowany i oglądałem w napięciu, gdy życie bohaterów było zagrożone, gdy byli na misji i robili, co tylko mogli… Najlepsze cechy „giallo” zostały tutaj zastosowane – tylko jak to teraz ocenić? Nie wiem. Bo i tego „dobrego” nie było wcale tak dużo. Może 15 minut na cały film? Pod sam koniec? Większość widzów do tego czasu przestanie oglądać, a pozostali pewnie nawet nie zaczną seansu. Nie wiem, komu mógłbym to polecić do oglądania w całości.

PS. Rita Moreno tutaj gra. Aktorka, która grała w obu wersjach filmowych „West Side Story”! Ponad 90 lat na karku, gdy grała w „Kawale”.

Rok, w którym zaczęłam się masturbować ("Året jag slutade prestera och började onanera")

20 kwietnia ’26 | Netflix

Masturbacja tak naprawdę nie pełni roli w tej opowieści. Głupota bohaterów? To już tak. I to jak! Zaczynamy od tego, że protagonistka ma kłopoty w małżeństwie, ponieważ wg męża robi za mało i stawia pracę ponad rodzinę. Ona więc idzie do szefa i rzuca pracę od ręki – a właśnie dostała promocję i miała jeździć po wszystkich festiwalach filmowych za darmo – po czym mąż i tak ją rzuca, bo „to nie działa”. W jakiś sposób na tym etapie – i zresztą przez prawie cały film – mąż jawi się tutaj jako bardziej rozsądna z tych dwóch osób na ekranie. Potem jest jeszcze gorzej, bo żona w ciągu pięciu minut zacznie się słuchać nawiedzonej barmanki prawiącej kazania o tym, że należy „słuchać się cipki” (chodzi o intymne miejsce kobiety), więc wyląduje w łóżku z obcym nastolatkiem i będzie się umawiać z trzema chłopami jednocześnie. I będzie się masturbować. Czy gdzieś dojdzie? Nie. Nawet sami bohaterowie to przyznają, że w finale znowu są razem, ale nic się nie zmieniło: bohaterowie są tacy, jacy byli. A raczej: gorsi.

Masturbacja jest całkiem niezłym tematem na opowieść. Stygma i kpina wiążąca się z tym jest czymś, o czym warto mówić. Czy ten film to robi? Nie. Bohaterka masturbuje się, żeby wymyślić, co zrobić z sofą, którą kupiła byłemu jako niespodziankę, a on jej nie chce, więc ona tam jedzie, bierze kapcie i obraz. I koniec wątku. Coś z tego rozumiecie? Ja też nie. Może za mało się masturbuję. Czy film wyświadcza więc jakąś przysługę masturbacji? Też nie, największym jej adwokatem na ekranie jest nawiedzona samica nie biorąca opłat od klientów, bo nie lubi swojego szefa, ponieważ ten oczekuje od niej pracowania. Co więc film robi? Tego nie wie nikt. Ponad półtorej godziny oglądania, jak irytujący bohaterowie robią z siebie idiotów.

Tylko dla fanów polskich komedii romantycznych. Tylko tym razem w wersji Szwedzkiej.

Kiedyś byłem sławny ("I Used to Be Famous", 2022)

19 kwietnia ’26 | Netflix

Całkiem niezły film – pomyślałem, gdy włączyłem ten film pierwszy raz, dawno temu. To musiało być w podróży i nie dokończyłem, Netflix się wyczerpał, ruszyłem dalej. Teraz oglądam od początku i nadal jestem dobrej myśli: jest w tej opowieści pewne serce. Opowiada o człowieku, który 20 lat temu był członkiem boys bandu i dzisiaj łazi z keyboardem na kółkach po barach, szukając miejsca, gdzie będzie mógł wystąpić pracując nad własnym, solowym albumem. I mu się nie udaje. To jest odświeżające podejście: co by było, gdyby Justin Timberlake nie był aż tak dobry? Albo: w ogóle? I scenariusz utrzymuje ten przyziemny ton: nikt tutaj nie osiąga sukcesu. Protagonista nie spełni marzeń, zostanie wybuczany podczas koncertu, nie ma talentu ani szkoły muzycznej – ale przynajmniej nie sprzeda swojej duszy na koniec.

Generalnie szkielet fabularny jest całkiem, całkiem. Pomysły, takie jak przypadkowy jam z autystycznym nastolatkiem na ulicy, mają potencjał na uczciwą opowieść – tylko nikt nie miał zamiaru włożyć wysiłku z część muzyczną tej historii. Wspomniany nastolatek wali pałeczkami tak, jakby mu to pokazano pięć minut wcześniej. Jasne: utwory bohatera miały być słabe, ale w świecie tej opowieści nadal są „lepsi” i „odnoszący sukces”, którzy też nie przekonują. Nie da się w to uwierzyć. Ta produkcja wymagała czegoś więcej niż tylko dwóch postaci gadających w salonie i na ulicy, w każdej scenie przez cały seans. Scenariusz musiał mieć dużo pustych plam, które miały być wypełnione, gdy dojdzie do realizacji – tylko tego nie zrobiono.

Brakuje mięsa w tym tytule. Co bohater robił przez te dwadzieścia lat? Skąd miał pieniądze? Czy nadal ma jakieś pieniądze? Za co będzie dalej żyć? Brakuje tutaj faktycznej, rzeczywistej brutalności niespełnionych marzeń. Twórcy wolą iść w szczęśliwe zakończenie, które jest iluzją: nie daje ono żadnego podsumowania którejkolwiek z postaci, zamiast tego udajemy, że i tak są na koniec szczęśliwi, ponieważ… Film się kończy. Ciężko, aby widzowi też to się udzieliło.

Szkoda, że producentom brakowało ambicji. Mogli stworzyć coś więcej.

Rodzina Clausów 3 ("De Familie Claus 3 / The Claus Family 3")

17 kwietnia ’26 | Netflix

Rodzina jedzie w góry spędzić razem święta, gdy najmłodsza dziewczynka odkryje, że jej dziadek jest Mikołajem i dalej nastąpią… Sceny. Podstawowy problem tego filmu jest taki, że brakuje mu ciężaru w opowiadanej historii. Głównym wątkiem chyba jest tutaj właśnie fakt, że przez dziewczynkę Mikołaj ląduje w meksykańskim więzieniu i święta są zagrożone, tylko że no… Nie do końca tak naprawdę przez nią. I mogli tego bardzo łatwo uniknąć – robiąc to, co zrobili godzinę później. Ona nie robi nic złego w tym wątku, nie ma powodu przesadzać i dramatyzować, Święta nie są wcale zagrożone.

Zamiast w porządny dramat pojedynczego wątku, twórcy poszli w liczne wątki. Jest tu ich chyba z dwanaście, a film nawet półtorej godziny nie trwa. W historii, gdzie emerytowany i bezdomny staruszek ląduje w zakładzie zamkniętym z bandą Latynosów zaopatrzonych w ostrza, najczarniejszym charakterem tej produkcji jest pięcioletni szczyl śmiejący się z bohaterki, że boi się jeździć na nartach. A śmieje się, bo go ojciec nie będzie kochać, jak nie wygra wyścigów o pietruszkę. I ukradnie kulę, dzięki której bohaterowie podróżują po świecie teleportując się z miejsca w miejsce. I użyje tej kuli, żeby wygrać wyścig… Tylko do tego. Jest dzieckiem i może teleportować się. W każde miejsce. I myśli tylko o tym, by wygrać wyścig. Którego i tak olewa, ponieważ… A kogo to w ogóle obchodzi?

Brat musi nauczyć się współpracować z siostrą i tego nie robi. Są dwa duety skrzatów i oni też mają wątek. Chyba. Ciocia upije się grzanym winem i ją boli głowa. Kelnerka jest chyba obiektem miłosnym? A mama z chłopakiem wymieniają się pierścionkami, z czego jeden został ukryty w fondue. Żaden z tych wątków nie jest potraktowany serio, jakby to było robione przez robota, który otrzymał instrukcję: ma być wątek z małżeństwem, z nartami, z czymś tam. I zrobił z tego film. No, film nie. Pełny metraż.

Nie ogląda się tego najgorzej, bo dekoracje świąteczne są uczciwe, z gustem i naprawdę klimatyczne. Znaczy, poza tym Meksykiem czy cokolwiek to było. Po prostu jak już włączyłem mózg podczas oglądania, to każda kolejna rzecz fabularna, na której się skupiłem, była nieudana i bezsensowna. Jak tu to wyżej ocenić? W zasadzie nawet to 3/10 jest zbyt wysoko…

Małżonek do wynajęcia ("Esposa de aluguel", 2022)

15 kwietnia ’26 | Netflix

On nie wierzy w związki – poznajemy, są razem trzy miesiące i koniec, ponieważ „powody” i „związki nie są dla niego”. Ona jest aktorką na scenie i do wynajęcia, żeby grać żonę czy coś w tym stylu, gdy ktoś jest gejem i musi udawać, że ma kobietę w życiu. Jemu umiera mama i jej ostatnim życzeniem jest, żeby synek w końcu się usamodzielnił, czyli znalazł sobie samicę. Więc on wynajmuje tę aktorkę.

W jakiś sposób żadne z nich nie ma osobowości. Z całą pewnością on jest dziecinny a ona wkurzająca, ale ciężko o nich powiedzieć coś więcej. Pomysły na rozwój historii? Brak. Jemu zechce się w końcu seksu, więc pojedzie pod namiot z inną samicą, ale weźmie ze sobą aktorkę dla pozorów czy coś i jej będzie przeszkadzać słuchanie, jak się całują, więc będzie udawać niedźwiedzia atakującego ich namiot. Albo że siostra bohatera będzie coś podejrzewać, ponieważ… No nie jest dobrze. Nie ma w tym filmie żadnej atrakcji, uroku, czegokolwiek wartego chwalenia. Seans jest maksymalnie obojętny.

A potem jeb, otrzymujemy zwrot akcji: okazuje się, że to matka bohatera wynajęła tę aktorkę! Którą on sam wynajął, żeby matka miała iluzję prawdziwego małżeństwa. I teraz wszyscy widzowie dostają wylewu próbując to jakoś poskładać w logiczną całość. Nie udaje się, dostają wylewu, skaczą na proste nogi i krzyczą do telewizora próbując mu wytłumaczyć, że to jest skończone kretyństwo, ale to nic nie daje. Film kończy się tak, jakby tego zwrotu akcji nie było – ona i on i tak zostają razem, a mama okazuje się być tak naprawdę zdrowa.

Nie ma takiego scenariusza, w którym twórcy tego filmu nie muszą przeprosić wszystkich ludzi za to, co tutaj zrobili.

Obserwator - sezon I ("The Watcher")

9 kwietnia ’26 | Netflix

Z cyklu: scenariusz wytrzyma każdą ilość głupoty. Spróbujmy więc przekroczyć granicę. Czy się udało? Nie jestem pewien. Na pewno są to głupoty wysoce rozrywkowe. Zaczyna się jeszcze jako tako: małżeństwo z dziećmi jadą do nowego domu. Nie stać ich, ale się postarają i mają ten dom, tylko jak już tam zamieszkają, to dostają listy od tytułowego Watchera, że ich obserwuje, więc bohaterom odwala, chociaż w sumie… Jak o tym myślę, to coś im się stało w trakcie serialu? Czy tylko panikowali, że nie wiadomo co się zaraz stanie i nic się nie stało? Znaleźli tego zwierzaka zabitego, o. Ale to było w drugim odcinku, a dalej?

Od której strony to opisywać? To nawet nie działa jako home-porn, ponieważ dom jest atrakcyjny głównie z zewnątrz, a w środku ledwo spędzamy czas i nic nie widać, jest tam dosyć ciasno i nie ma żadnej przyjemności z bycia tam, więc cały motyw fascynacji i walki o ten dom nie jest wiarygodny. Sąsiedzi? Ani jednej normalnej osoby. Jest Mia Farrow w roli samej siebie oraz kilku starszych debili, którzy wejdą na trawnik i to tyle. Będą gadać głupoty, ale to tyle. Więcej towarzystwa nie ma. Z postaci pobocznych będzie jeszcze policjant, któremu trzeba będzie mówić, co ma zrobić, a na końcu strzeli focha, pani detektyw, która na koniec umrze na raka i będzie wciskać kit, że to ona jest Watcherem (co nawet tym debilem zajmie ledwo trzy minuty, by zweryfikować), oraz agent nieruchomości, która też strzeli focha. Wszyscy głupi jak but w swoim własnym zakresie, to nie jest udawanie przed widzem.

Niedorzeczności fabularne… Tego nie da się opowiedzieć, bo i tak mi nie uwierzycie. Będzie na przykład taki moment, że sąsiedzi popełnią samobójstwo. I ich syn będzie płakać na środku ulicy, że to przez głównego bohatera, bo ten postanowił zrobić remont kuchni i przeszkadzał im hałasem. A potem oni wrócą, będą żywi i musiałem czekać, aż ktoś chociaż zapyta: co do kurwy? Każda głupota jest tak wielopiętrowa i niedorzeczna na tyle sposobów, że będzie przerywać gotowanie czy sprzątanie, żeby debatować z telewizorem, jak te wysrywy twórców miałyby w ogóle funkcjonować.

Całość niestety nadaje się do oglądania tylko jednym okiem, bo jak próbowałem oglądać na poważnie, to się wkurzałem za bardzo. Oglądając jednym okiem? Wtedy jest idealnie. Więc z mojej strony takie 3=/10. Tak czy siak: jedna gwiazdka. Każdy z aktorów będzie do końca życia musiał przepraszać za branie udziału w tej produkcji i mówienie tych absurdów ze scenariusza na głos.

PS. Tak, sezon I… Robią właśnie drugi. Ta sama obsada, więc to kontynuacja najwyraźniej. Muszę przyznać: aż jestem ciekaw, co oni tam za głupoty wymyślą. Do jesieni zdążę zapomnieć, ale jakby teraz drugi sezon był dostępny, to bym zerknął na pierwszy odcinek.

Sandman - sezon I