Nigdy cię tu nie było („You Were Never Really Here”, 2017)

Nigdy cię tu nie było („You Were Never Really Here”, 2017)

26 stycznia 2019 Opinie o filmach 0
Lynne Ramsay

Smutny człowiek, któremu odebrano reinkarnację. Przynajmniej najpierw zdążyliśmy go poznać.

★★★★

Fabuły nie ma sensu zdradzać wprost. Napiszę o czym innym. Najsampierw – twórcy pozwalają nam faktycznie poznać głównego bohatera – możemy zrozumieć, że w dzieciństwie radził sobie z bólem, stresem i problemami poprzez samookaleczenie, zadawanie sobie fizycznego bólu. Tam jest źródło jego zachowania w wieku dojrzałym, kiedy to zakłada sobie torebkę na głowę i zaczyna się inhalować prawie do momentu zgonu. Jest to o tyle proste, że całą robotę wykonuje tu widz – jeśli on rozumie pojęcie samookaleczenia jako terapii, to zrozumie też cały film. Reżyserka w ogóle nie stara się przybliżyć tego tematu, więc jeśli zadawanie sobie bólu uważacie za wariactwo, to film niczego na ten temat nie zmieni. Co gorsza, możecie go odebrać jako gloryfikację zachowania, które was gorszy – chociaż jedyne, co film robi, to okazanie wyrozumiałości wobec ludzi radzących sobie z traumatycznymi przeżyciami.

W pewnym momencie podczas seansu nabrałem podejrzeń, że ten film to eksperyment. Eksperyment oparty na założeniu, że widzowie znają tę historię – bo to jest znajoma opowieść, przywodząca na myśl klasyczne kino zemsty połączone z Taksówkarzem – więc twórca może namieszać z formą. Może zastosować skróty, nie musi wszystkiego pokazywać, stawić czoła naszym oczekiwaniom i zaskoczyć nas. Eksperyment formalnie ciekawy, ale to wciąż jest dla mnie bardziej eksperyment niż fabuła. Są wciągające sceny, intrygujący główny bohater oraz ciekawy zwrot w finale, ale to za mało, żeby porównywać do Taksówkarza. Tamten film umiał zbudować świat filmowy, mogliśmy zrozumieć bohatera i jego spojrzenie na świat, by w finale zacząć się czuć tak jak Travis. O tym był ten tytuł – oferował doświadczenie. Nie fabułę, bo wszelkie próby opisania historii przez dystrybutorów kończyły się opisaniem ostatnich 10 minut filmu. Podobnie jest z przygodami Joaquina Phoenixa, ale ten film niczego od siebie nie dodaje. Jeśli już, to ujmuje – jak wspomniałem, 2/3 roboty wykonuje tu widz – samemu tylko biorąc pewne schematy i bawiąc się nimi, bardziej z własnej ciekawości niż z jakiegokolwiek innego powodu.

Jednak obejrzeć można. Dla aktora głównego, brudnej i krwawej atmosfery oraz ponurej opowieści o wyniszczonym człowieku, któremu odebrano… Reinkarnację?