Zakończenie „MASH” to matka wszystkich finałów telewizyjnych

Zakończenie „MASH” to matka wszystkich finałów telewizyjnych

19/03/2018 Blog 0
Mash Goodbye Farewell and Amen

Jeśli w tym momencie miałbym wymienić najlepsze finały seriali telewizyjnych, jakie widziałem, to bez namysłu wymieniłbym "Scrubs", "Babylon 5", "Legit" oraz "The Shield". Teraz dochodzi do tego właśnie "MASH", oczywiście na pierwszym miejscu - ponieważ robi wszystko to, co wspomniane produkcje, ale robi to jednocześnie.

BRAK SPOILERÓW

Podobnie jak w „Scrubs” oraz „Babylon 5„, finał „MASH” nie jest czymś budowanym przez kilka odcinków lub nawet sezonów. Ostatnie minuty to sprawa oddzielna względem całej reszty – z wyjątkiem, oczywiście, naszej znajomości Hawkeye’a, Hunnicutta, Pottera i reszty postaci oraz warunków, w których żyli. Ostatni odcinek nie zamyka otwartych wątków, nie jest też okazją do dokończenia niedokończonych spraw. On daje okazję, aby spojrzeć w tył w nowy sposób. Oto ciąg monotonnej codzienności dobiega końca – niekończących się operacji na rannych żołnierzach, nudy obozowej, złego wojskowego jedzenia; to wszystko właśnie ma się skończyć, ponieważ Wojna Koreańska się kończy. Na początku są tylko plotki przekazywane między żołnierzami. Potem w radio mówią, że prace nad dogadaniem się pomiędzy stronami konfliktu przybrały ostatnio na sile. Dla wielu już to oznacza, że wojna się skończyła. Zaczynają się pakować, świętować i czekają na powrót do domu.

Tak zaczyna się dwugodziny finał o podtytule: „Goodbye, Farewell and Amen”.

Ostatni odcinek nie jest końcem drogi. Nie chodzi mi o to, że furtkę do spin-off’ów, ale o opowiadanie historii, że świadomością, że życie będzie trwać dla każdej z osób na ekranie, gdy ten ekran wygaśnie. Koniec serialu to tylko koniec serialu, a koniec MASH to koniec pewnego etapu w ich życiu. Pożegnanie nie musi oznaczać, że nigdy więcej już się nie zobaczymy – bo to wciąż jest możliwe. To daje nadzieję, a ta jest bardzo istotna w „Goodbye, Farewell and Amen„. Łatwiej jest pozbawić bohatera lub antagonistę życia, łatwiej jest powiedzieć „żyli długo i szczęśliwie”, ale wyzwaniem jest powiedzieć swoim bohaterom i widzom, żeby się nie podawali, żeby wierzyli i nie płakali, bo coś się kończy, ale by cieszyli się, bo coś się zaczyna. W jakiś dziwny sposób zostajemy z większą ilością pytań niż odpowiedzi. Wiemy tylko, że wojna się skończyła, ale los żadnej z postaci nie otrzymał definitywnej kropki na końcu. I żałuję, że bez spoilerów nie mogę wam wyjaśnić, jak piękny ten brak jest. Przez niego wciąż pozostaję myślami z tym tytułem i mam nadzieję, że u tych ludzi wszystko potoczyło się dobrze, ale nigdy już nie będę miał pewności. W końcu ostatni słowo padło już dawno temu. Tak właśnie finał powinien działać! Żadnych kontynuacji, jedynie widownia domagająca się jej.

„There it is. That’s the sound of peace.”

MASH” żegna się z widzami z prawdziwym rozmachem w kadrze. To zdecydowanie najbardziej zatłoczony odcinek, obóz jeszcze nigdy nie był tak zapełniony statystami, a plener wypełniony akcją i wydarzeniami. Niesamowite są te dwie-trzy sceny, w których krzyżują się trzy konflikty fabularne naraz, dziesięć postaci mówi jednocześnie i jest to równie zabawne, czytelne oraz trzymające w napięciu. Nie wiem, które z tych rzeczy są bardziej zachwycające.
Pisząc o wydarzeniach, nie mam na myśli wydarzeń jako czegoś, co zazwyczaj widzimy na ekranie, gdzie w filmie są ze dwa-trzy wydarzenia, a większość akcji dzieje się w domyśle, podtekstach lub w dialogach zmieniających czyjeś nastawienie, lub relację. Nie, finałowy odcinek „MASH” jest dosłownie wypełniony faktycznymi wydarzeniami. To nie jest pięć odcinków serialu zbite w całość, to co najmniej pięć filmów połączonych do kupy. Co tu się dzieje, to przekracza wszystko i zawstydza współczesne produkcje o milionowych budżetach, one mogą tylko stać pod ścianą i robić notatki. Co chwila podczas seansu „Goodbye, Farewell and Amen” ma miejsce coś, co możemy potem opowiedzieć – w konkretny sposób. I śmiać się z tego! Dość powiedzieć, że w jednym z pobocznych wątków Winchester poszedł do lasu (ponieważ latrynę rozjechał czołg – to zupełnie inny wątek, nie pytajcie) uzbrojony jedynie w szlafrok, a wrócił z pięcioma jeńcami z północnej Korei, których następnie zaczął uczyć gry na instrumentach klasycznych, by byli w stanie wykonać „Clarinet Quintet I Allegro” Mozarta. „Goodbye, Farewell and Amen” ma najlepsze sceny, momenty fabularne, dramaturgiczne czy aktorskie, oraz cytaty z całego serialu.

Oraz zdjęcia! Jak pięknie ten finał został nakręcony, to odejmowało mi czasami mowę. Jeszcze nigdy w tym serialu kamera nie była tak żywa i ruchoma. Do tego wiele tu pojedynczych ujęć, aby podbić dramaturgię. Szczególnie uwielbiam scenę operacji, w której kamera krąży pomiędzy stołami, a każdy element w kadrze jest zgrany perfekcyjnie z całą resztą.

It would be hard to call what we’ve been through fun, but I’m sure glad we went through it together.

Nad tym finałem można pisać wiele – bo czy tylko mi wspomniana akcja z czołgiem nie przypomniała podobnego numeru, który wykręcił swego czasu Frank Burns? Podczas innej sceny z kolei użyto materiału archiwalnego z piątego sezonu, przez co „przez przypadek” można było zobaczyć Radara. Obaj bohaterowie dawno temu opuścili „MASH„, ale mimo to znaleziono sposób, aby w jakiś sposób pojawili się w finałowym odcinku. Nie wprost ani też w taki sposób, aby można ich było znaleźć – a to wielkie osiągnięcie. Koniec końców ważna jest jeszcze jedna rzecz dla każdego finału – uniwersalność. Dobra historia nie może rozgrywać się tylko w obrębie jej samej i świata, w którym się znajduje. Musi się też rozgrywać tam, gdzie jest widz – a ten może być 35 lat w przyszłości i więcej. „MASH” nie był tylko obrazem wojny w Korei ani metaforą przeżyć ludzi uczestniczących w Wojnie Wietnamskiej. Nie był też wyłącznie opowieścią o ludziach oglądających krew, śmierć i rozkład; zmuszonych do tracenia życia daleko od domu, robiących żarty popijając alkohol, byle tylko przetrwać kolejny dzień z przytomnym umysłem.

MASH” to przede wszystkim wyraz głębokiej miłości do ludzi zdolnych uczynić wspaniałym najgorsze piekło wypełnione cierpieniem i tęsknotą za domem, by trudno było je opuścić, ponieważ to znaczy rozstanie z nimi. Sprzeczne emocje ciągną człowiekiem we wszystkie kierunki, więc pozostaje tylko stać w miejscu jak kołek, ciesząc się każdą mijającą sekundą, bezcenną jak łyk wody, wschód słońca i świadomość, że jest się kochanym. „Goodbye, Farewell and Amen” to wyraz miłości do życia w całej swojej okazałości. A także przypomnienie, jak bardzo negatywne myśli i uczucia są w nim zbędne. Życie jest od czegoś innego. Amen.

PS. Miejcie coś pod ręką, jakiś kubek lub szklankę. Sam piłem herbatę podczas seansu i mogę was zapewnić – przydała mi się.