Fritz Lang
BFI nazwało go Mistrzem Ciemności. Miał brata Adolfa. Wymyślił odliczanie jako zabieg dramaturgiczny. Jego żona przystąpiła do partii nazistów, a on podróżował po świecie. Odnalazł się w kinie niemym i dźwiękowym, potrafił eksperymentować i realizować kino gatunkowe. Oto Fritz Lang i przegląd jego twórczości.
„My private life has nothing to do with my films.” – Fritz Lang
Podział jego twórczości jest wyraźny – między rozmachem kina niemego, gdzie tworzył spektakl i widowisko, oraz kinem gatunkowym w USA, gdzie pokazał, że umie trzymać się zasad kina gatunkowego, jednocześnie przemycając dwa lub trzy słowa od siebie. Szerszy obraz jest jednak bardziej skomplikowany – kręcił też we Francji, ostatnie filmy zrealizował w Niemczech. Jego życie jest równie skomplikowane, ale też dzięki jego narracji – był w końcu twórcą, opowiadał historie. Również o swoim życiu, stąd dużo niepewności i wątpliwości. Jeden rzut oka na jego życiorys pokazuje dużo – był oskarżony o szpiegostwo we Francji, jego pierwsza żona popełniła samobójstwo z jego broni i świadkami był on sam ze swoją następną żoną, miał mieć proponowaną posadę przy tworzeniu filmów dla Nazistów i ją odrzucił, po czym uciekł z Niemiec zostawiając prawie cały majątek za sobą… Jest tego trochę. W najlepszym razie nie ma dowodów potwierdzających niektóre z tych rzeczy. Wiele można zrozumieć i wyobrazić sobie, że musiał kreować samego siebie w USA, aby mieć tam karierę i odsunąć od siebie podejrzenia o bycie sympatykiem Hitlera. A może prawda jest inna. Zależy jak się człowiek czuje z życiorysem autora filmu o pedofilu i mordercy, gdzie prosi się, aby dać mu szansę na uczciwy proces.
Bo treść była w filmach Langa. Szczególnie z czasem, gdy dojrzewał. W „Metropolis” jeszcze posługiwał się baśniowymi sloganami, ale punkt wyjścia miał poważny: apelując o jedność ludzkości i braterską miłość. Zrobi film o tłumie, który dał radę pojmać przestępcę, ale apeluje: nie dokonujcie samosądów. Potem zrobi film, gdzie tłum się pomyli. W międzyczasie wstawi słynną wypowiedź nazisty w usta jednej ze swoich postaci. I z tym podejściem odnajdzie się w otoczeniu kina noir, które tak chętnie będą mu zlecać w Stanach. Przemoc i brutalne strony życia są ważną częścią jego kina. Robi wrażenie, jak dawał radę o tym opowiedzieć w czasach, gdy inni jeszcze się tego od niego uczyli i nabierali odwagi, żeby też to pokazać.
Jego życie osobiste może i faktycznie jest oddzielnym rozdziałem. Jako artysta nie ma się czego wstydzić – odnalazł się w każdych warunkach jako artysta i rzemieślnik jednocześnie. Ma miejsce w historii na wiele sposobów – i zasłużył na każdy z ich.
Obecnie Fritz Lang znajduje się w moim rankingu reżyserów na miejscu #71
Top
1. Metropolis
2. Dr Mabuse
3. Bannion
4. Nibelungi: Śmierć Zygfryda
5. M – Morderca
6. Jestem niewinny
7. Gdy miasto śpi
8. Nibelungi – Zemsta Krymhildy
9. Tylko raz żyjemy
10. Testament doktora Mabuse
11. Ministerstwo strachu
12. Zmęczona śmierć
13. Szkarłatna ulica
14. Kaci także umierają
15. Kobieta w oknie
Ważne daty
1890 – urodziny Friedricha (Wiedeń, Austro-Węgry, dziś Austria)
1910 – opuszcza Wiedeń i zaczyna podróżować po świecie
1913 – studiowanie malarstwa w Paryżu, zostanie aresztowany jako podejrzany o szpiegostwo i ucieknie do Austrii, gdzie dołączy do wojska; gdzieś w trakcie wojny straci wzrok w prawym oku
1918 – pisze scenariusze krótkich metraży, opuszcza wojsko z rangą porucznika
1919 – pierwsze małżeństwo (do jej śmierci w 1921, samobójstwo, przy którym było tylko dwóch świadków: Friedrich i jego kochanka, która zostanie jego żoną, razem będą pracować przy filmach do czasu, aż dołączy ona do NSDAP)
1920 – śmierć mamy
1929 – Friedrich wymyśla odliczanie dla celów dramaturgicznych, na potrzeby filmu Kobieta na księżycu i ponoć zainspirował prawdziwe odliczanie podczas startu rakiety
1933 – według Friedricha w tym roku proponowano mu pracę przez Goebbelsa i dlatego uciekł z Niemiec, zostawiając tam swoją drugą żonę; przenosiny do Paryża i realizacja jedynego filmu w języku francuskim (premiera w 1934); później emigracja do Stanów
1936 – pierwszy film zrealizowany w USA
1939 – zostaje obywatelem USA
1940 – śmierć ojca
1956 – ostatnie filmy w USA; później wróci do Niemiec i nakręci tam trzy filmy
1960 – ostatni wyreżyserowany film; zaczyna ślepnąć
1961 – śmierć brata Adolfa
1971 – trzecie małżeństwo (do jego śmierci)
1976 – śmierć Friedricha (Kalifornia, zawał)
Dr Mabuse (1922)
Imponujący tytuł. Żaden inny w tym roku nie ma w sobie tyle dobrych rzeczy. Zrealizowany z rozmachem, pod kopułą ogólnie przyjętego kina sensacyjnego mieści film gangsterski, western, dramat psychologiczny, fantasy, surrealizm, ekspresjonizm, tragedię – i to wszystko do siebie pasuje. To opowieść o geniuszu zbrodni, który wykorzystuje hipnozę, aby rządzić innymi, zdobywać coraz większą władzę – dla niej samej. Kult jednostki, mania i parę innych, wszystko tutaj jest przedstawione – oczywiście tak, jak takie rzeczy są przedstawiane w kinie. Wykorzystano je, aby stworzyć fabułę pełną zwrotów akcji – i to się udaje. Całość ogląda się naprawdę świetnie, głównie przez mój podziw do tego, jak to zostało zrealizowane, ten kunszt twórców! Reżyseria i styl są takie lekkie, jak na warunki kina niemego – mnóstwo tutaj energii i różnych pomysłów wizualnych, których wykonanie pewnie od niedawna jest niewiele mniej problematyczne. Aktorzy gadają tak, jakby można było ich słyszeć. Całość nadal jest przestylizowana, wykorzystując atuty kina niemego, ale to tło – gdyby zrobić remake tego filmu dziś, pierwszy plan i najważniejsze rzeczy możnaby zrobić tak samo. Zdjęcia i montaż robią wrażenie, a Rudolf Klein-Rogge robi furorę jako tytułowa postać, z jego licznymi wcieleniami, świdrującym wzrokiem oraz całkowitą biernością na ludzi wokół. Liczy się on i jego precyzyjny plan, który ma być wykonany.
Nie wiem, co się działo wtedy w Niemczech, że takie filmy mogli kręcić. Przegrali wojnę, Francja okupuje im miasta w odpowiedzi na niepłacenie reparacji wojennych, stan wojenny wprowadzony po zamieszkach, partia Hitlera dochodzi do władzy – i równocześnie z tym wszystkim Fritz Lang kręci sobie film sensacyjny trwający cztery i pół godziny, pełen rozbudowanych wątków i licznych postaci. No jak?
Nibelungi - Zemsta Krymhildy (1924)
Napiszę tak – film robi wrażenie technicznie, z jakim rozmachem decyduje się przenieść epicki poemat sprzed tysiąca lat na ekran. Tylko nadal jest to banalna opowieść o zemście pełna głupot wynikających z przedramatyzowania. W pierwszej części Krymhilda straciła ukochanego i teraz w drugim filmie robi wszystko, by pomścić go, co nie skończy się dla nikogo dobrze, ale to nie ma znaczenia, bo ona i tak była martwa od kiedy zabili jej miłość. A że po drodze pojawił się chłop, który w trakcie przez nią stracił dziecko (i żonę), to co, takie życie. To była dla mnie największa tragedia w tej historii.
Ciężko było mi się w to angażować. Doceniam budowanie planów i kostiumów i tłumy w kadrze, ale gdy narracja musi być podporządkowana dramaturgii kina niemego, gdzie chłop zabija dziecko i czeka dwie minuty bez ruchu, aż kamera skończy skupiać się na reakcji ojca, co jest w czasie rzeczywistym przecież… Sama przemoc zresztą też była „jak na swoje czasy” i trzeba było się domyślać, że temu dziecku coś się stało. Chyba dopiero w ostatniej scenie faktycznie widzieliśmy zamach mieczem i uderzenie ostrzem w ciało.
Nie mogę też napisać, że ten seans sprawił, bym zrozumiał istotność kulturową tego poematu dla kultury niemieckiej. Autor nieznany, poemat wypływał i był zapominany, a dziś jest częścią dziedzictwa kulturowego i nie czuję po seansie, że coś takiego zobaczyłem.
Metropolis (1927)
Fritz Lang musiał chyba najlepiej odnajdywać się w prostych, łatwych ideach, które następnie realizował z rozmachem. „Metropolis” od strony treści jest tak proste, że niestety wszystkie strony mogą tutaj odnaleźć to, co chcą. Czy to film o przyjęciu władzy? Czy to film o obaleniu władzy? Czy to film o walce o sprawiedliwość? Tak. Socjaliści widzą tutaj dowód na błędy kapitalizmu, wszystko w rękach jednego prywaciarza zbierającego dla siebie efekty czyjejś pracy. Kapitaliście zobaczą tutaj efekt gospodarki sterowanej centralnie, czyli etatyzm i socjalizm. Film był wyraźnie apelem o jednocześnie się jako ludzkość – syn schodzi w dół do swoich braci i nie wierzy, jak wygląda ich los, to jest jego motywacja. A tymczasem nawet naziści polubili ten film, bo zobaczyli tutaj opowieść o obaleniu władzy – żeby wiadomo kto był u władzy, a nie, żeby coś zmienić. Więc tego. Lang sam po latach miał przyznać, że podszedł zbyt nieodpowiedzialnie do opowiadania historii zaangażowanej społecznie.
Intencje jednak widać. W obecnie dostępnej wersji, odkrytej po 2008 roku. Widać wciąż, które zniszczone momenty miały być wcześniej odebrane widowni i jasnym jest, ile tracili w zakresie możliwości zrozumienia tej fabuły. Miejscami są to kilkusekundowe fragmenty, jak obrót czyjeś głowy, ale już dzięki temu wiadomo, kto mówi i kontekst tego, co mówi, na co patrzy itd. Chociaż to akurat najmniejszy problem tego filmu – w końcu doszło nawet do tego, że dystrybutor (z ramienia Paramount Pictures i MGM) zatrudnił innego scenarzystę, aby napisał nową historię w oparciu o istniejący materiał, byle tylko film trwał dwie godziny. I w ten sposób powstały nowe dialogi, wycięto wątki i tło historii, a Lang postanowił, że nigdy nie wybierze się do USA. Pocięte wersje szybko wyparły oryginał, który nigdy nie miał się ukazać już w chociaż zbliżonej do pierwotnej wersji za życia reżysera.
Film wywarł jednak wielkie wrażenie taki, jaki był. Nie ze względu na historię, ale spektakl. Te wszystkie plany zdjęciowe, dekoracje, tłumy statystów – „Metropolis” jest ogromne. Tworząc świat baśniowego, mrocznego jutra brało inspiracje z każdej strony, od gotyku poprzez futuryzm, kubizm i operę, inspirując przyszłe pokolenia po kolei kostiumami, scenografią i wrażeniem jak leci: gry komputerowe, muzykę, filmy, komiksy. Osobiście byłem przekonany, że „Otherside” Red Hotów zawdzięcza teledysk „Metropolis” właśnie, chociaż prawdą jest bardziej to, że inspirowali się niemieckim impresjonizmem tak ogólnie. Wszyscy artyści pracujący przy „Metropolis” zasłużyli, żeby przejść do historii. Nawet jeśli ta historia jest burzliwa i trzeba było stu lat, by się wszystko uspokoiło. Nawet jeśli sto lat później odbiór sztuki nadal jest problematyczny i widownia może tutaj zobaczyć rzeczy, które nie były planowane, to mogą zobaczyć też opowieść o człowieku przejętego losem swoich braci. To dziedzictwo „Metropolis” nadal jest możliwe.
M (1931)
Powtórka. Parę lat temu oglądałem, nie wciągnąłem się, i tyle, nic specjalnego. Dzisiaj mam do powiedzenia niewiele więcej.
Tytułowa postać terroryzuje miasto, małe dzieci znikają i nigdy nie wracają do swoich rodziców. Policja świruje z powodu braku poszlak, lokalni przestępcy gotują się z powodu niedogodności, jakie powodują losowe łapanki i przeszukiwania lokali z zaskoczenia przez władze. Coś przecież muszą jednak robić.
Zaczyna się dobrze, reżyser trzyma się blisko jednej z matek, która właśnie przygotowała obiad i wyczekuje córki wracającej ze szkoły… Ale ta nie wraca. Tupanie na klatce! To jednak jakieś inne dzieci były… A kolejce wieści przychodzą wraz z młodymi sprzedawcami gazet, biegnącymi ulicą krzycząc „Wydanie specjalne!”.
Zaraz potem konwencja się zmienia, o matce nikt już nie pamięta. Teraz obserwuję drobiazgowe śledztwo. Planowanie. Badanie pisma podejrzanego. Snucie teorii. Brakuje tylko kamery z ręki i podpisów, i byłby dokument. To na początek, bo konwencja zmieni się jeszcze przynajmniej dwa razy, na końcu będzie nawet dramat sądowy. Wszystko mi się dłużyło, z dochodzeniem i łapaniem mordercy na czele. Sam poszukiwany też nie był ciekawą postacią. Bardzo go było mało, a gdy oddano mu głos, powiedział tylko jakieś mdłe slogany, a ja zatęskniłem za Psychozą.
Do tego jeszcze dorzucono elementy ekspresjonizmu, aktorzy drą się do kamery, i… dostrzegam, że twórcy mieli wiele pomysłów, które potem zrewolucjonizowały kino na kilku poziomach, ale z dzisiejszej perspektywy widzę w tym bardziej eksperyment niż konkretną opowieść. Poszczególne elementy się nie kleją, żaden nie zostaje potraktowany w satysfakcjonujący sposób. O tej matce mogło powstać niezłe kino, końcowy sąd też mógł wyjść ciekawie, gdyby poświęcili mu więcej czasu. Jeśli chciano zrobić kino społeczne, nie powinni ze wszystkich robić baranów, którzy w ułamek sekundy chcą śmierci każdego podejrzanego. I tak dalej.
Nie wkręciłem się.
PS. Jak do cholery można robić tytuł z jednej litery, niech to szlag.
Jestem niewinny ("Fury", 1936)
Co by się stało, gdyby tłum w M się pomylił? Joe Wilson wraca do narzeczonej, rok jej nie widział, a tu nagle na drodze zatrzymuje go podwładny szeryfa, ze strzelby celuje mu w twarz, a następnie ciągnie do więzienia w charakterze podejrzanego. Plotka się roznosi, tłum domaga się ukarania tego, który porwał dziewczynkę. Ale szeryf nie ma zamiaru dopuścić nikogo w pobliżu podejrzanego. Agresja wybucha…
Nie ma tym razem atmosfery zagrożenia, niepokoju wśród mieszkańców. Prawdziwy winny guzik kogokolwiek obchodzi, jego zbrodnia – która wszystko rozpętała – zostaje porzucona jak najszybciej tylko się dało. Opowieść podano mi z punktu widzenia niewinnego, i zrobiono to dobrze. Udzieliła mi się furia bohatera i jego zagubienie wobec tego, co się dzieje. Jego strach, gdy doszło do linczu. Obok tego: zachowanie tłumu oddano całkiem realistycznie, i mogłem je zrozumieć, wczuć się w tempo wydarzeń. Poza tym cała sekwencja, od pierwszych plotek po najazd na posterunek, jest niebywale intensywna i pełna napięcia. Ogląda się to znakomicie. Brutalne i drastyczne sceny, po prostu ideał.
Myślę, że czasy, w których ten film powstał, najbardziej mu zaszkodziły (plus sporo pozostałości z poetyki kina niemego) . Główna para gra szaleństwo zbyt zachowawczo, zupełnie nie czułem, żeby coś w nich pękło. A na tym opiera się cała druga połowa filmu, jest ona cała bardzo zachowawcza. Główna postać zapowiada apokalipsę, a okazuje się nie mieć żadnego planu. Do tego obowiązkowy happy-end, nawet jeśli oznacza to ucięcie filmu byle jak. Znaleziono też miejsce na dziwne przemowy, żeby na pewno nie doszło tu do „moralnej dwuznaczności”. I tak dalej. Mogę jeszcze wspomnieć o początkowych dialogach, brzmiących jak te z polskich telenowel, którym stuknęło 1000 odcinków. I jeszcze te zapędy, by opowiedzieć o linczu w ogóle, z podaniem statystyk z ostatnich 10 lat… po co to było?
Powstał niezły dramat kryminalny, to na pewno. Trochę zbyt zachowawczy, zabrakło na niego pomysłów i takich tam, ale swoją misję spełnia. Dodatkowo pewne partie udały się na medal.
Tylko raz żyjemy ("You Only Live Once", 1937)
Eddie Taylor miał pecha, ale wydaje się, że nadchodzą lepsze czasy – wychodzi z więzienia dzięki staraniom jego ukochanej Joan Graham. Mają szansę rozpocząć nowe, wspólne życie. Jednak życie byłego lokatora zakładu karnego nie jest łatwe. Nikt nie chce mu zaufać, nie jest mile widziany w okolicy, a policja chętnie go oskarży o coś gdy będzie pod ręką. Łatwo taką osobę wrobić…
Tytuł wiele traci na tym, że to Amerykańska produkcja. Musieli tu wsadzić faceta z kołkiem w tyłku, symbol idealnego obywatela, w garniturze, z kamienną twarzą, którego w pierwszej scenie ktoś przedstawia, jakby był uczniem w szkole („Jesteś niesamowicie inteligentny! Obyś trafił w dobre ręce, wtedy będziesz miał przyszłość!”). I obowiązkowo ma przy sobie postać damską, niższą od niego o głowę, jedyną, która w niego wierzy. Miłość na zabój „bo tak” w pakiecie. Poza tym fakt, że Lang ponownie podejmuje temat sprawiedliwości w stosunku do niewinnie oskarżonych, też nie nastawia optymistycznie. Wynikło z tego kilka problemów, co dalej robić z historią w kilku momentach.
Ówczesne kino miało też problemy z pokazywaniem brutalności i co bardziej szokującej zawartości… Ale to akurat mi nie przeszkadzało, bo zrobiono z tego jedną z integralnych stron produkcji. Właściwie to jedno, co mi się podobało, ta subtelność w wielu scenach. Nie tylko, gdy się strzelali, ale w wielu zwykłych momentach. Bardzo często jeśli coś się dzieje, reżyser pokazuje to widzowi nie bezpośrednio, tylko za pomocą odgłosu, czyjejś reakcji na to wszystko, umiejętnie rozbudza wyobraźnię.
Do tego dramaturgia jednak nie leży przez cały czas. Kilka momentów pełnych napięcia jest. Wszystko to łącznie daje tytuł, który… można obejrzeć. I nie żałować.
Kaci także umierają (1943)
Środek drugiej wojny światowej. Miejsce akcji – Praga. Jeden z wysoko postawionych Złych zostaje zastrzelony na ulicy przez przedstawiciela Partyzantki, która jest silna w tym mieście (rozrzuca ulotki zachęcające do spowolnienia pracy itd.) i trzyma razem jej prawowitych mieszkańców. Strzelający ma na nazwisko Svoboda, i zaraz po zdarzeniu musi się ukrywać. Przed pościgiem ratuje go panna Novotna, klientka warzywniaka, która wskazuje niewłaściwy kierunek, gdy gestapo zapytało ją, gdzie udał się zbieg. Svoboda ukrywa się u niej, jednak oprawcy szybko wracają do punktu wyjścia i zaczynają poszukiwać owej klientki…
Założenie fabularne są godne zainteresowania – gdy podstawowe poszukiwania mordercy nie przynoszą skutku, Niemcy postanawiają aresztować dużą grupę przypadkowych ludzi, i rozstrzelać ich w małych grupkach co określoną ilość czasu, dopóki nikt nie wyda poszukiwanego. I jest dylemat: poświęcić wielu by ten jeden przeżył? A może lepiej by było, gdyby po wszystkim po prostu oddał się w ręce władz i poświęcił samego siebie?
Eeee… kogo to obchodzi. Lepiej pójść w romans i filmowe schematy. Druga połowa nie ma już nic wspólnego z pierwszą. Wybór bohaterki jest tylko jeden: czy poświęcić ukochanego Svobodę (bo oczywiście się w nim zakochała, zaskoczeni?) czy też poświęcić własnego dziadka, który został aresztowany wraz z tą grupą zakładników do odstrzału. Oni sami z uśmiechem idą na śmierć, dumni, że nic nie powiedzieli. I to w sumie ich jedyna inicjatywa. Na początku mogli jednego zastrzelić, ale potem już stracili zapał i umieli tylko siedzieć i się denerwować. Zapewne w prawdziwym życiu wyglądałoby to podobnie, ale w tym problem – im dalej tym ta opowieść coraz mniej przypomina życie. W ostatnim akcie partyzanci wykręcają numer z Gangu Olsena po dwóch godzinach marazmu, nic z tego nie pasuje do reszty opowieści – to tylko gotowy schemat, do którego nagięto wszystkie zasady świata filmu. Gestapo nagle wierzy na słowo, głównego podejrzanego wypuszcza do domu, daje się wodzić za nos jak otyły przedszkolak na widok czekolady. Poza tym wydają się tacy… mało groźni w tym filmie. Czego ten tytuł miał być propagandą?
I jeszcze kwestia języka. Miejsce akcji to oczywiście Praga pod Niemieckim butem i wszyscy gadają po angielsku. Problem w tym, że jedną z pierwszych scen filmu to taki Hitlero-podobny knypek przemawiający przed tłumem po niemiecku, a gdy ktoś tam tłumaczy jego mowę na angielski, knypek się wścieka i krzyczy: „Nie gadać tym śmiesznym językiem! Tylko DOJCZLAND! DOJCZLAND! DOJCZLAND!”. Jak ktokolwiek może brać ten film na poważnie? Toć to komedia jest.
Tytuł ugiął się pod tematyką i nawet nie próbował podnieść czoła.
Ministerstwo strachu ("Ministry of Fear", 1944)
Interesująca pozycja z gatunku thrillera szpiegowskiego – człowiek wychodzi z instytutu leczącego zaburzenia psychiczne, po czym trafia w sam środek intrygi, gdzie jest brany za kogoś, kim nie jest. Teraz musi sam wszystko wyjaśnić i udowodnić swoją niewinność. Początek umie chwycić odbiorcą – nawet jeśli dosyć niepoważnym jest robienie zamieszania wokół ciasta, które bohater wygrywa przez pomyłkę, a które okazuje się zawierać informacje ważne dla Nazistów. Do tego całość pozbywa się istotnej głębi literackiego pierwowzoru i prawdziwej przyczyny, dlaczego bohater na początku był odizolowany (w filmie praktycznie nie pełni to istotniejszej roli). Do tego najlepiej oglądać bez poczucia, że zaraz nastąpi jakiś duży zwrot akcji – osobiście spodziewałem się cały czas, że to będzie jak pewien inny film, ale nic takiego nie nastąpiło… I wszystkie wcześniejsze wskazówki były po prostu „ułatwieniami” narracyjnymi. Sam epilog i przejście do samochodu, „Cake?!” itd. wygląda absurdalnie, jak poprawki producenta naniesione w ostatniej sekundzie.
Niemniej: atmosfera, filmowe rzemiosłowo Langa oraz aktorstwo było cały czas w punkt. Solidny przedstawiciel swojego gatunku, który mnie zaskoczył i jestem zadowolony, że zdecydowałem się na jego poznanie.
Szkarłatna ulica (1945)
Chris chciał być malarzem, stare lata przywitał jednak jako kasjer w banku. Ożenił się, by nie być samotnym, a swoich amatorskich prac nawet nie próbował sprzedawać. Wracając z przyjęcia późną nocą, zobaczył incydent: napaść na kobietę. Uratował ją, a ona w zamian… zgadza się z nim pójść na kawę. Ech…
Początek to praktycznie kopia Kobiety w oknie, a potem jednak jest lepiej. Bohaterowie zostali dobrze napisani, można o nich sporo powiedzieć. Również intryga rozwija się w ciekawy sposób – niestandardowy, inteligentnie. Nastąpi nawet rotacja „postaci przewodniej”, chociaż główny bohater pozostanie, jaki był. W pewnym momencie wszystko tak się zakręciło, że miałem problemy, by nadążyć. Fajnie!
Nawet końcówka była udana. Wydawała się przedłużona i melodramatyczna, ale idealnie podkreśliła dramat bohatera, o którym wcześniej nie myślałem za wiele. Spojrzałem na wszystko z boku, jak tego chciał reżyser. Solidne kino noir.
Bannion ("The Big Heat", 1953)
Film noir rozgrywający się w mieście, gdzie wszystko jest na garnuszku czarnego charakteru – łącznie z policją. Wszystko, co ma miejsce, ma miejsce za jego zgodą, wiedzą, pozwoleniem i przyzwoleniem. W takiej sytuacji zaczyna się śledztwo tytułowej – przynajmniej w polskim przekładzie – persony: detektywa Dave’a Banniona, który jest na tyle odważny, aby próbować, ale na tyle nieszkodliwej, że jest bardziej obiektem drwin, niż faktycznym zagrożeniem dla świata przestępców. Do czasu. W roli detektywa występuje Glenn Ford: aktor, którego widuję od czasu do czasu. Jest sympatyczny, ale bardziej go kojarzę z rolami lżejszymi – ostatni raz widziałem go u boku Brando w „Herbaciarni Pod Księżycem”, gdzie właśnie miał być dosyć niekompetentny. Jego Bannion to jednak inna liga: cyniczny detektyw, który na naszych oczach staje się cyniczny. „Bannion” trwa niecałe półtorej godziny i nie zaczyna się jak typowy Bogart, pozbawiony nadziei na osiągnięcie czegokolwiek, jednak ten czas wystarczy, abyśmy uwierzyli i zobaczyli typowego prochowca z kina noir, którego oczy zobaczyły ciemną stronę życia. I teraz nie liczy on, że jego życie się odmieni, że stare wróci, że jakaś zmiana nastąpi. To kino noir, które odbiera nadzieję – ale jest to niezbędne, aby podjąć walkę. W tym świecie można dokonać zmiany tylko wtedy, gdy nic już nie ma się do stracenia.
A pozostali bohaterowie mają dużo. Ekran wypełniają ludzie, którzy nic w życiu nie mieli i poznali, co to ulica. Teraz dzięki zaistniałej sytuacji wspierają świat przestępczy, mniej lub bardziej aktywnie. Wiedzą, że to jest złe – wiedzą, że to grzech – ale alternatywny dla nich nie ma. Bannion stanie tutaj twarzą w twarz ze wszystkimi. I jest w tym wiarygodny. Brud, beznadzieja i cwaniactwo wylewa się z ekranu Fritza Langa. To kino, które daje satysfakcję – nawet jeśli idzie na pewne skróty (ofiara eksplozji wygląda jak ktoś, kto w innej scenie wychodzi całkiem cało z opresji, a nie, że umiera), przemoc jest dosyć zachowawcza i fabuła ma pewne uproszczenia tu i tam, ale jednak: to solidny obraz, który dostarcza historii mściciela aż do samego końca. Plus Lee Marvin chyba pierwszy raz z tak dużą rolą. I już wtedy zgarnia ekran dla siebie.
Gdy miasto śpi ("While the City Sleeps", 1956)
Opis filmu mówi: „Dziennikarz Edward Mobley staje przed prawie niewykonalnym zadaniem: schwytać mordercę, ochronić imperium medialne przed wpadnięciem w niewłaściwe dłonie oraz uratować swój związek z ukochaną przed rozpadem”. To wszystko w 90 minut. Będąc jednocześnie tak naprawdę filmem twórcy M, który musiał inspirować się Asem w potrzasku Wildera i jednocześnie musiał głęboko zainspirować Psychozę. Książkę albo film. Ciężko zobaczyć otwierającą scenę i nie pomyśleć o filmie. Ciężko w trakcie nie myśleć o filmowej Psychozie.
Gdy miasto śpi nadal jest ambitnym obrazem, który ostatecznie broni się jako dzieło tego samego człowieka, który 25 lat wcześniej prosił społeczeństwo, aby wzbroniło się przed samosądem wobec mordercy („M”). Tutaj pogoń za mordercą jest częścią komentarza społecznego o wartości złapania seryjnego zabójcy niewinnych istot: ważne jest samo powstrzymanie go prze kolejnymi zbrodniami, czy też kto to zrobi? A może: kto na tym zyska? Historia przeładowana jest postaciami i wątkami pobocznymi do tego stopnia, że momentami ciężko wskazać palcem, co tu jest główne, a co poboczne. I końcowy efekt nie jest zbyt przemawiający do wyobraźni: film teoretycznie powinien się skończyć, a tak naprawdę mamy przed sobą jeszcze paręnaście minut kończenia wątków, które nie były angażujące ani przez moment, a co dopiero w czwartym akcie. Happy end też wydaje się dopisany pod wpływem osób trzecich – w wizji twórców na pewno nie mogło go tam być.
Niemniej: dużo ludzi pracowało uczciwie przy tym filmie i starało się, aby zadziałał. To dobry seans. Z pewnością wystarczający dla fanów noir lat 50.
PS. Film powstały w oparciu o książkę podejmującej temat człowieka skazanego na dożywocie za morderstwo 3 kobiet. Zmarł w 2012 roku. Na cukrzycę. Miał 17 lat, gdy został aresztowany i przesłuchiwany do skutku, z licznymi zastrzeżeniami i wątpliwościami, na ile jego przyznanie się do winy było właściwe. Na Wiki jest też zdjęcie wiadomości na ścianie napisanej szminką: „For heAVens SAKe cAtch me BeFore I Kill More I cAnnot control MyselF.” Trzecią ofiarą była sześcioletnia dziewczynka, której ciało zostało znalezione we fragmentach. Osobiście – to już jest film Langa, który mógł być jego kolejnym wielkim tytułem. Nie wiem, ile wtedy o sprawie było powszechnie powiedziane, ile wyszło po latach, ale zrobienie pełnego metrażu stawiającego pytanie o wartość takiego przesłuchania byłoby wystarczające. Po co te wątki dziennikarskie i romansowe, kiedy sam kryminał był aż nadto bogaty w treść?
PPS… Czytając o życiu w więzieniu tego człowieka, ile szkół skończył i jaką edukację odebrał, jak pomagał innym więźniom… A oni robią film o Ptaszniku z Alcatraz?! Niedobrze mi.
Najnowsze komentarze