Fritz Lang

Fritz Lang

31/10/2021 Opinie o filmach 0

My private life has nothing to do with my films.” – Fritz Lang

Dr Mabuse (1922)

5/5

Imponujący tytuł. Żaden inny w tym roku nie ma w sobie tyle dobrych rzeczy. Zrealizowany z rozmachem, pod kopułą ogólnie przyjętego kina sensacyjnego mieści film gangsterski, western, dramat psychologiczny, fantasy, surrealizm, ekspresjonizm, tragedię – i to wszystko do siebie pasuje. To opowieść o geniuszu zbrodni, który wykorzystuje hipnozę, aby rządzić innymi, zdobywać coraz większą władzę – dla niej samej. Kult jednostki, mania i parę innych, wszystko tutaj jest przedstawione – oczywiście tak, jak takie rzeczy są przedstawiane w kinie. Wykorzystano je, aby stworzyć fabułę pełną zwrotów akcji – i to się udaje. Całość ogląda się naprawdę świetnie, głównie przez mój podziw do tego, jak to zostało zrealizowane, ten kunszt twórców! Reżyseria i styl są takie lekkie, jak na warunki kina niemego – mnóstwo tutaj energii i różnych pomysłów wizualnych, których wykonanie pewnie od niedawna jest niewiele mniej problematyczne. Aktorzy gadają tak, jakby można było ich słyszeć. Całość nadal jest przestylizowana, wykorzystując atuty kina niemego, ale to tło – gdyby zrobić remake tego filmu dziś, pierwszy plan i najważniejsze rzeczy możnaby zrobić tak samo. Zdjęcia i montaż robią wrażenie, a Rudolf Klein-Rogge robi furorę jako tytułowa postać, z jego licznymi wcieleniami, świdrującym wzrokiem oraz całkowitą biernością na ludzi wokół. Liczy się on i jego precyzyjny plan, który ma być wykonany.

Nie wiem, co się działo wtedy w Niemczech, że takie filmy mogli kręcić. Przegrali wojnę, Francja okupuje im miasta w odpowiedzi na niepłacenie reparacji wojennych, stan wojenny wprowadzony po zamieszkach, partia Hitlera dochodzi do władzy – i równocześnie z tym wszystkim Fritz Lang kręci sobie film sensacyjny trwający cztery i pół godziny, pełen rozbudowanych wątków i licznych postaci. No jak?

M (1931)

4/5

Powtórka. Parę lat temu oglądałem, nie wciągnąłem się, i tyle, nic specjalnego. Dzisiaj mam do powiedzenia niewiele więcej.

Tytułowa postać terroryzuje miasto, małe dzieci znikają i nigdy nie wracają do swoich rodziców. Policja świruje z powodu braku poszlak, lokalni przestępcy gotują się z powodu niedogodności, jakie powodują losowe łapanki i przeszukiwania lokali z zaskoczenia przez władze. Coś przecież muszą jednak robić.

Zaczyna się dobrze, reżyser trzyma się blisko jednej z matek, która właśnie przygotowała obiad i wyczekuje córki wracającej ze szkoły… Ale ta nie wraca. Tupanie na klatce! To jednak jakieś inne dzieci były… A kolejce wieści przychodzą wraz z młodymi sprzedawcami gazet, biegnącymi ulicą krzycząc „Wydanie specjalne!”.

Zaraz potem konwencja się zmienia, o matce nikt już nie pamięta. Teraz obserwuję drobiazgowe śledztwo. Planowanie. Badanie pisma podejrzanego. Snucie teorii. Brakuje tylko kamery z ręki i podpisów, i byłby dokument. To na początek, bo konwencja zmieni się jeszcze przynajmniej dwa razy, na końcu będzie nawet dramat sądowy. Wszystko mi się dłużyło, z dochodzeniem i łapaniem mordercy na czele. Sam poszukiwany też nie był ciekawą postacią. Bardzo go było mało, a gdy oddano mu głos, powiedział tylko jakieś mdłe slogany, a ja zatęskniłem za Psychozą.

Do tego jeszcze dorzucono elementy ekspresjonizmu, aktorzy drą się do kamery, i… dostrzegam, że twórcy mieli wiele pomysłów, które potem zrewolucjonizowały kino na kilku poziomach, ale z dzisiejszej perspektywy widzę w tym bardziej eksperyment niż konkretną opowieść. Poszczególne elementy się nie kleją, żaden nie zostaje potraktowany w satysfakcjonujący sposób. O tej matce mogło powstać niezłe kino, końcowy sąd też mógł wyjść ciekawie, gdyby poświęcili mu więcej czasu. Jeśli chciano zrobić kino społeczne, nie powinni ze wszystkich robić baranów, którzy w ułamek sekundy chcą śmierci każdego podejrzanego. I tak dalej.

Nie wkręciłem się.

PS. Jak do cholery można robić tytuł z jednej litery, niech to szlag.

Fritz Lang

Obecnie Fritz Lang znajduje się w moim rankingu reżyserów na miejscu #48

Top

1. Metropolis
2. Dr Mabuse
3. Nibelungi: Śmierć Zygfryda
4. Bannion
5. Jestem niewinny
6. Tylko raz żyjemy
7. M – Morderca
8. Testament doktora Mabuse
9. Zmęczona śmierć
10. Szkarłatna ulica
11. Kaci także umierają
12. Kobieta w oknie

Ważne daty

1890 – urodziny Friedricha (Wiedeń, Austro-Węgry, dziś Austria)

1919 – pierwsze małżeństwo (do jej śmierci w 1921, samobójstwo, przy którym było tylko dwóch świadków: Friedrich i jego kochanka, która zostanie jego żoną, razem będą pracować przy filmach do czasu, aż dołączy ona do NSDAP)

1929 – Friedrich wymyśla odliczanie dla celów dramaturgicznych, na potrzeby filmu Kobieta na księżycu i ponoć zainspirował prawdziwe odliczanie podczas startu rakiety

1933 – według Friedricha w tym roku proponowano mu pracę przez Goebbelsa i dlatego uciekł z Niemiec, zostawiając tam swoją drugą żonę

1971 – trzecie małżeństwo (do jego śmierci)

1976 – śmierć Friedricha (Kalifornia, zawał)

Jestem niewinny ("Fury", 1936)

4/5

Co by się stało, gdyby tłum w M się pomylił? Joe Wilson wraca do narzeczonej, rok jej nie widział, a tu nagle na drodze zatrzymuje go podwładny szeryfa, ze strzelby celuje mu w twarz, a następnie ciągnie do więzienia w charakterze podejrzanego. Plotka się roznosi, tłum domaga się ukarania tego, który porwał dziewczynkę. Ale szeryf nie ma zamiaru dopuścić nikogo w pobliżu podejrzanego. Agresja wybucha…

Nie ma tym razem atmosfery zagrożenia, niepokoju wśród mieszkańców. Prawdziwy winny guzik kogokolwiek obchodzi, jego zbrodnia – która wszystko rozpętała – zostaje porzucona jak najszybciej tylko się dało. Opowieść podano mi z punktu widzenia niewinnego, i zrobiono to dobrze. Udzieliła mi się furia bohatera i jego zagubienie wobec tego, co się dzieje. Jego strach, gdy doszło do linczu. Obok tego: zachowanie tłumu oddano całkiem realistycznie, i mogłem je zrozumieć, wczuć się w tempo wydarzeń. Poza tym cała sekwencja, od pierwszych plotek po najazd na posterunek, jest niebywale intensywna i pełna napięcia. Ogląda się to znakomicie. Brutalne i drastyczne sceny, po prostu ideał.

Myślę, że czasy, w których ten film powstał, najbardziej mu zaszkodziły (plus sporo pozostałości z poetyki kina niemego) . Główna para gra szaleństwo zbyt zachowawczo, zupełnie nie czułem, żeby coś w nich pękło. A na tym opiera się cała druga połowa filmu, jest ona cała bardzo zachowawcza. Główna postać zapowiada apokalipsę, a okazuje się nie mieć żadnego planu. Do tego obowiązkowy happy-end, nawet jeśli oznacza to ucięcie filmu byle jak. Znaleziono też miejsce na dziwne przemowy, żeby na pewno nie doszło tu do „moralnej dwuznaczności”. I tak dalej. Mogę jeszcze wspomnieć o początkowych dialogach, brzmiących jak te z polskich telenowel, którym stuknęło 1000 odcinków. I jeszcze te zapędy, by opowiedzieć o linczu w ogóle, z podaniem statystyk z ostatnich 10 lat… po co to było?

Powstał niezły dramat kryminalny, to na pewno. Trochę zbyt zachowawczy, zabrakło na niego pomysłów i takich tam, ale swoją misję spełnia. Dodatkowo pewne partie udały się na medal.

Tylko raz żyjemy ("You Only Live Once", 1937)

4/5

Eddie Taylor miał pecha, ale wydaje się, że nadchodzą lepsze czasy – wychodzi z więzienia dzięki staraniom jego ukochanej Joan Graham. Mają szansę rozpocząć nowe, wspólne życie. Jednak życie byłego lokatora zakładu karnego nie jest łatwe. Nikt nie chce mu zaufać, nie jest mile widziany w okolicy, a policja chętnie go oskarży o coś gdy będzie pod ręką. Łatwo taką osobę wrobić…

Tytuł wiele traci na tym, że to Amerykańska produkcja. Musieli tu wsadzić faceta z kołkiem w tyłku, symbol idealnego obywatela, w garniturze, z kamienną twarzą, którego w pierwszej scenie ktoś przedstawia, jakby był uczniem w szkole („Jesteś niesamowicie inteligentny! Obyś trafił w dobre ręce, wtedy będziesz miał przyszłość!”). I obowiązkowo ma przy sobie postać damską, niższą od niego o głowę, jedyną, która w niego wierzy. Miłość na zabój „bo tak” w pakiecie. Poza tym fakt, że Lang ponownie podejmuje temat sprawiedliwości w stosunku do niewinnie oskarżonych, też nie nastawia optymistycznie. Wynikło z tego kilka problemów, co dalej robić z historią w kilku momentach.

Ówczesne kino miało też problemy z pokazywaniem brutalności i co bardziej szokującej zawartości… Ale to akurat mi nie przeszkadzało, bo zrobiono z tego jedną z integralnych stron produkcji. Właściwie to jedno, co mi się podobało, ta subtelność w wielu scenach. Nie tylko, gdy się strzelali, ale w wielu zwykłych momentach. Bardzo często jeśli coś się dzieje, reżyser pokazuje to widzowi nie bezpośrednio, tylko za pomocą odgłosu, czyjejś reakcji na to wszystko, umiejętnie rozbudza wyobraźnię.

Do tego dramaturgia jednak nie leży przez cały czas. Kilka momentów pełnych napięcia jest. Wszystko to łącznie daje tytuł, który… można obejrzeć. I nie żałować.

Kaci także umierają (1943)

3/5

Środek drugiej wojny światowej. Miejsce akcji – Praga. Jeden z wysoko postawionych Złych zostaje zastrzelony na ulicy przez przedstawiciela Partyzantki, która jest silna w tym mieście (rozrzuca ulotki zachęcające do spowolnienia pracy itd.) i trzyma razem jej prawowitych mieszkańców. Strzelający ma na nazwisko Svoboda, i zaraz po zdarzeniu musi się ukrywać. Przed pościgiem ratuje go panna Novotna, klientka warzywniaka, która wskazuje niewłaściwy kierunek, gdy gestapo zapytało ją, gdzie udał się zbieg. Svoboda ukrywa się u niej, jednak oprawcy szybko wracają do punktu wyjścia i zaczynają poszukiwać owej klientki…

Założenie fabularne są godne zainteresowania – gdy podstawowe poszukiwania mordercy nie przynoszą skutku, Niemcy postanawiają aresztować dużą grupę przypadkowych ludzi, i rozstrzelać ich w małych grupkach co określoną ilość czasu, dopóki nikt nie wyda poszukiwanego. I jest dylemat: poświęcić wielu by ten jeden przeżył? A może lepiej by było, gdyby po wszystkim po prostu oddał się w ręce władz i poświęcił samego siebie?

Eeee… kogo to obchodzi. Lepiej pójść w romans i filmowe schematy. Druga połowa nie ma już nic wspólnego z pierwszą. Wybór bohaterki jest tylko jeden: czy poświęcić ukochanego Svobodę (bo oczywiście się w nim zakochała, zaskoczeni?) czy też poświęcić własnego dziadka, który został aresztowany wraz z tą grupą zakładników do odstrzału. Oni sami z uśmiechem idą na śmierć, dumni, że nic nie powiedzieli. I to w sumie ich jedyna inicjatywa. Na początku mogli jednego zastrzelić, ale potem już stracili zapał i umieli tylko siedzieć i się denerwować. Zapewne w prawdziwym życiu wyglądałoby to podobnie, ale w tym problem – im dalej tym ta opowieść coraz mniej przypomina życie. W ostatnim akcie partyzanci wykręcają numer z Gangu Olsena po dwóch godzinach marazmu, nic z tego nie pasuje do reszty opowieści – to tylko gotowy schemat, do którego nagięto wszystkie zasady świata filmu. Gestapo nagle wierzy na słowo, głównego podejrzanego wypuszcza do domu, daje się wodzić za nos jak otyły przedszkolak na widok czekolady. Poza tym wydają się tacy… mało groźni w tym filmie. Czego ten tytuł miał być propagandą?

I jeszcze kwestia języka. Miejsce akcji to oczywiście Praga pod Niemieckim butem i wszyscy gadają po angielsku. Problem w tym, że jedną z pierwszych scen filmu to taki Hitlero-podobny knypek przemawiający przed tłumem po niemiecku, a gdy ktoś tam tłumaczy jego mowę na angielski, knypek się wścieka i krzyczy: „Nie gadać tym śmiesznym językiem! Tylko DOJCZLAND! DOJCZLAND! DOJCZLAND!”. Jak ktokolwiek może brać ten film na poważnie? Toć to komedia jest.

Tytuł ugiął się pod tematyką, i nawet nie próbował podnieść czoła.

Szkarłatna ulica (1945)

4/5

Chris chciał być malarzem, stare lata przywitał jednak jako kasjer w banku. Ożenił się, by nie być samotnym, a swoich amatorskich prac nawet nie próbował sprzedawać. Wracając z przyjęcia późną nocą, zobaczył incydent: napaść na kobietę. Uratował ją, a ona w zamian… zgadza się z nim pójść na kawę. Ech…

Początek to praktycznie kopia Kobiety w oknie, a potem jednak jest lepiej. Bohaterowie zostali dobrze napisani, można o nich sporo powiedzieć. Również intryga rozwija się w ciekawy sposób – niestandardowy, inteligentnie. Nastąpi nawet rotacja „postaci przewodniej”, chociaż główny bohater pozostanie, jaki był. W pewnym momencie wszystko tak się zakręciło, że miałem problemy, by nadążyć. Fajnie!

Nawet końcówka była udana. Wydawała się przedłużona i melodramatyczna, ale idealnie podkreśliła dramat bohatera, o którym wcześniej nie myślałem za wiele. Spojrzałem na wszystko z boku, jak tego chciał reżyser. Solidne kino noir.