Ben Affleck
„I’ve learned to think, I may succeed or fail, but I’m going to do so on the merit of my own instincts.” – Ben Affleck
Obecnie Ben Affleck nie znajduje się w moim rankingu reżyserów (za mało widziałem)
Top
1. Miasto złodziei
2. Air
3. Gdzie jesteś, Amando
4. Operacja Argo
5. I Killed My Lesbian…
Ważne daty
1972 – urodziny w Californii jako Benjamin Géza Affleck-Boldt
1975 – urodziny brata Caseya
2007 – reżyserski debiut pełnometrażowy
2025 – drugi rozwód, planuje tworzyć dalej
Gdzie jesteś, Amando ("Gone, Baby, Gone", 2007)
Problemy z filmu istnieją również u nas. I są równie złożone – tak bardzo, że nawet nie chcemy zacząć o nich myśleć. „Gdzie jesteś Amando?” sprawia, że krok po kroku to robimy. A to niemały sukces jest.
Pewna kobieta wychodzi z domu wieczorem na chwilę, po czym wraca i stwierdza, że jej córka zniknęła. Sprawa wzbudza zainteresowanie mediów, rozwój wydarzeń transmitowany jest niemal na żywo. Cała policja w okolicy szuka zaginionej, ale rodzina postanawia zatrudnić jeszcze prywatnego detektywa – w tym miejscu na scenę wchodzi Patrick (Casey Affleck) i jego żona Angie (Michelle Monaghan), para detektywów bez większego doświadczenia. Są jednak zwykłymi ludźmi, na ich piersi nie widać odznaki policyjnej – na dodatek są tutejsi. Chodzi do szkoły z wieloma ludźmi, którzy potem poszli do podziemia. To pozwala im dowiedzieć się o rzeczach, na które policja nie dała rady wpaść… I tak to się zaczyna. Zwykłe porwanie przeradza się w śledztwo na szerszą skalę. To dochodzenie będzie wymagać od bohaterów brodzenia w bagnie, na którego końcu mogą znaleźć kilkuletnią dziewczynkę gdzieś na śmietniku, zagłodzoną na śmierć.
Powstaje więc pytanie – co ten film robi lepiej, niż choćby ostatnio przeze mnie widziany „The Long Goodbye” (1973)? I po namyśle mogę odpowiedzieć tak: „Gdzie jesteś, Amando?” nie skupia się na zakończeniu. A jest to błąd, który często ostatnio widuję. Filmy powstają na podstawie scenariusze, które nie są przygodą, jedynie fillerem między pierwszą i ostatnią sceną. „Gone Baby Gone” jest o porwaniu dziewczynki, ale nie kończy się w momencie, kiedy ta dziewczynka zostaje znaleziona. „Gdzie jesteś, Amando?” trwa od sceny do sceny, stopniowo. Jedna prowadzi do następnej, ale nie dalej. To mimo wszystko pełnoprawny kryminał – widz otrzymuje na początku garść informacji, a potem ten stan jest rozwijany. Dowiadujemy się więcej, znane postaci stają w innym świetle. Wydaje się, jakby każda kolejna scena mogła nam przynieść odzyskanie porwanej Amandy.
To jednak tylko historia i chociaż ona też nie jest tak idealna, jak zacząłem ją wyżej opisywać, to reszta filmu również ma problemy na wielu poziomach. Reżyseria Bena Afflecka nie jest taka dobra, jak wydawała się 10 lat temu – co dziwne, bo to właśnie „Gone Baby Gone” było wydarzeniem, przez które wszyscy kinomani czekali na kolejne projekty Afflecka, w których miał stanąć za kamerą. Miało to miejsce po latach kpienia z jego umiejętności aktorskich, a tu proszę – nielubiany aktor stał się pożądanym reżyserem… Aż do 2016 roku, kiedy to jego rola w „BvS” była chwalona, ale film, który reżyserował („Live By Night„) stał się klapą. „Gone Baby Gone” było też jednym z dwóch tytułów, po których dostrzegliśmy, jak dobrym aktorem jest Cassey Affleck (drugim tytułem było „Zabójstwo Jessie Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda„) i jak po latach się okazuje, jego rola w tym filmie też nie jest równie dobra, jak ją pamiętałem. To rezultat reżysera i jego wskazówek, które nie dały takiego efektu, jaki ten pożądał. Patrick jest młody, niewiele waży i nie ma brody. Jest łagodny. Mimo to potrafi zagrozić twardym gangsterom i wyjść żywy z baru po tym, jak powietrze w nim dało się kroić nożem. To nie jest tak, że te sceny są zabawne, ale nie są przekonujące, to wszystko. To zapewne miał być kontrast wobec Eda Harrisa i Martina Freemana na drugim planie (obaj grający bardzo charyzmatycznie), dlatego nasz bohater musiał czymś się od nich odróżniać, jednocześnie umiejąc obronić swoje stanowisko. Wiemy już, że młody Affleck potrafi zagrać mocną postać (Lee Chandler w „Menchester by the Sea„), dlatego za jego występ w „GBG” obarczyłbym wskazówki reżysera – ale to nie jest poważny problem. Bardziej przeszkadzało mi w trakcie seansu rozwój fabuły – ten zazwyczaj opiera się na tym, że Patrick idzie do kogoś, kogo widz kompletnie nie zna, zada mu jedno pytanie i już wiadomo, co robić dalej. Oddzielną kwestią jest już to, że taki chuderlak zna się ze wszystkimi ludźmi rządzącymi podziemiem. To trochę tak, jakby czwartoklasista chodził na piwo z maturzystami, trochę trudno mi to brać na poważnie.
To powiedziawszy, chcę jeszcze zapowiedzieć jedną wielką zaletę filmu – zakończenie. Tak brudne, niełatwe i niesprawiedliwe jak to tylko było możliwe. Na koniec po przemyśleniu wszystkiego, podjęciu właściwego wyboru – niesmak wciąż pozostał. Jako widz czułem się brudny i żałowałem, że w ogóle ta sprawa się zaczęła, że się w nią zaangażowaliśmy. A to oznaka naprawdę dobrej historii. Można wytknąć tu i tam kilka błędów twórcom, ale jednak udało im się wykreować bohatera, którego możemy zrozumieć, obracającego się w świecie, w który możemy uwierzyć. Jest on realny tak jak nasz, problemy z filmu istnieją również u nas. I są równie złożone – tak bardzo, że nawet nie chcemy zacząć o nich myśleć. „Gdzie jesteś, Amando?” sprawia, że krok po kroku zaczynamy to robić. A to niemały sukces jest.
Miasto złodziei („The Town”, 2010)
Zawsze się trochę napada na bank. Inteligentnie skonstruowany dramat strzelany o drugiej szansie.
Chcemy oglądać zmianę. Chcemy widzieć, jak notoryczny przestępca postanawia się zmienić – bo każdy zasługuje na drugą szansę, tego typu rzeczy. Wokół nich kręci się sfera emocjonalna filmu Miasto złodziei, jednak nasz protagonista otoczony jest różnymi czynnikami, które uniemożliwiają mu ruszenie do przodu, przeprowadzkę, rozpoczęcie życia od nowa.
Widzicie: Doug jest członkiem najlepszej grupy wykonującej napady na banki w Bostonie. Są przygotowani, spokojni, planują każdy ruch, ich celem jest czysta robota bez ciał i poszlak. Oglądamy naprawdę realistyczne kino – z obu stron: tak policjantów, jak i przestępców. Źli myślą o każdym detalu, a na akcję idą wyszczotkowani i ogoleni, żeby nie zostawić żadnych śladów DNA. Dobrzy z kolei wciąż dają radę wejść na ich trop i drepczą im po piętach. Dwie grupy jednakowo inteligentnych oraz bezwzględnych ludzi realizujących swoją pracę – nic więcej.
Oryginalny tytuł filmu brzmi po prostu Miasto, a pierwsza informacja zaprezentowana widzowi mówi o tym, że w tym konkretnym miejscu dochodzi do większej ilości napadów na banki niż w dowolnym innym miejscu na planecie. To jedna z wielu strzałek w tym filmie wskazujących na to, że przyczyną stylu życia u bohatera jest coś więcej niż tylko jego osobista decyzja. To również rodzina, to okoliczności, to brak innych rozwiązań. Nie jest to zbyt zgłębione, tylko na tyle, aby zaakcentować złożoność tego, co widzimy. Przestępca nie jest tylko zły: jest też kimś więcej.
Twórcy odcinają się całkowicie od sfery moralnej swojej historii – nie zastanawiają się nad tym, czy ich bohater zasługuje na nowe życie, czy nie powinien odpowiedzieć za swoje zbrodnie? Nie prowokują też nas, widzów, do zastanawiania się nad tym, więc o tym nie myślimy. Oglądamy po prostu ciężki dramat o jednostce, która nie chce robić złych rzeczy, ale jest do tego zmuszana. Teraz musi pokonać te przeszkody. A my mu kibicujemy, bo również robiliśmy rzeczy, których żałujemy, z których nie jesteśmy dumni. Chcemy drugiej szansy, to wszystko. I o tym Miasto złodziei opowiada pod płaszczem solidnego kryminału – historia znana, z którą jednak nie zrobiono nic szczególnie nowego. Jedynie zrealizowano to solidnie: angażuje i przekonująco.
Najnowsze komentarze