Wim Wenders

Wim Wenders

17 lipca 2021 Blog 2

Reżyser, dokumentalista, fotograf. Chciał być księdzem, lekarzem i filozofem, zanim zaczął oglądać filmy. Oto Wim Wenders i przegląd jego twórczości.

Films can heal! Not the world, of course, but our vision of it, and that’s already enough.” – Wim Wenders

Skończył szkołę Oberhausen, gdzie od 1954 roku odbywa się międzynarodowy festiwal filmów krótkometrażowych, tam zaczynali m.in. Andrea Arnold, Herzog, Forman, Chris Maker, Jan Lenica, Polański czy Scorsese. Ma bardzo ładną stronę Wim Wenders | News (wim-wenders.com) Jest królem kina drogi, refleksji i relaksacji. Lubi Amerykę, towarzystwo ludzkie oraz przestrzeń – a przynajmniej jego filmy zdają się być adresowane do ludzi, którzy też cenią sobie te rzeczy. Jest artystą filmowym – kręci opowieści długie, pozbawione fabuły i historii, ale z pewnością niepozbawione struktury, pomysłu, tematów… I wrażliwości. Wenders jest bez wątpienia wrażliwym człowiekiem. 

Mógłbym napisać, że jego produkcjom brakuje wyraźnych bohaterów, rozwoju osobistego, fabuły, trzech aktów, wielkich finałów i co tam jeszcze można sobie zażyczyć – gdyby nie to, że tych rzeczy w kinie Wendersa „brakuje”. Ich tam nie ma, ponieważ nie są to elementy potrzebne. Wendersowi wystarczy muzyka, montaż, aktorstwo, zdjęcia i jakiś temat. Nadal ma scenariusz i korzysta z niego, chociaż domyślam się, że pod tym terminem rozumie zbiór notatek i wskazówek. Nie jest to może najlepsze kino na świecie, osobiście muszę przyznać, że w większych ilościach zdecydowanie mnie męczą, ale mają swój urok. I w teorii to powinny być moje ulubione tytuły: u Wendersa spotykają się obcy, prości ludzie, spędzają ze sobą czas i są wtedy szczęśliwi. No ideał.

Alicja w miastach ("Alice in the Cities", 1974)

5/5

Nie jestem zwolennikiem kina drogi, ponieważ twórcy najczęściej używają tego jako wymówki do tworzenia epizodycznej produkcji, z której większość scen można by wyciąć, bo nie zmieniały one niczego. Przez to na koniec czuję się, jakbym stracił czas. A nie o to chodzi w kinie drogi. 

Wenders to rozumie. Tak, to jest kino, na który trzeba mieć odpowiedni nastrój – celuje on w budowanie atmosfery oraz poczucie prawdziwości. Mija prawie dwadzieścia minut, zanim poznamy cel wałęsania się bohatera po ekranie, ale taki cel istnieje. To film, w którym naprawdę liczy się podróż. Wspólne spędzanie czasu. To tytuł, który naprawdę uchwycił ten życiowy aspekt podróżowania, ryzykowania, niespodzianki ze znalezienia tego, co się szukało tak długo. Między bohaterami nie ma konfliktu, nie ma sztucznych wypełniaczy – jest tylko to, co naturalne. Nie muszą mieć odmiennych charakterów, nie muszą się rozwijać czy zmieniać. Wystarczy, że żyją. I mają mało pieniędzy, a ich cel wydaje się zbyt odległy. Spokojny i miły to obraz, trochę tutaj pustych chwil (głównie „bycia w drodze”, gdy plenery mijają, bohaterowie milczą), ale dzięki nim osiąga to, co próbował. To piękny film, w którym świat też jest piękny.

Sam film powstał z potrzeby Wendersa, aby zrobić coś własnego (po dwóch inspiracjach innymi reżyserami i jedną adaptacją), więc zainspirował się losami swojego przyjaciela i współpracownika, a przy tym samotnego ojca. Jak pomysł już był, to poszli do kina na Paper Moon Bogdanovicha i się zesrali, bo to przecież ten sam film, który chcieli zrobić. Za namową Samuela Fullera Wim zdecydował się nie porzucać realizacji, zamiast tego wprowadził zmiany w scenariuszu.

Wim Wenders

Obecnie Wim Wenders znajduje się w moim rankingu reżyserów na miejscu #23

Top

1. Z biegiem czasu
2. Paryż, Teksas
3. Niebo nad Berlinem
4. Alicja w miastach
5. The Million Dollar Hotel
6. Tokyo-ga
7. Amerykański przyjaciel
8. Pina
9. Twelve Miles to Trona (segment „10 minut…”)
10. Hammett
11. Fałszywy ruch
12. Po tamtej stronie chmur
13. Szkarłatna litera

Ważne daty

1945 – urodziny Wilhelma w Dusseldorf (Niemcy)

1963 – Wilhelm zaczyna szkołę na kierunku medycznym

1964 – Wilhelm zaczyna szkołę na kierunku filozofii

1966 – Wilhelm rzuca szkołę i jedzie do Paryża, gdzie zakocha się w kinie, oglądając rażąco niską ilość filmów (do pięciu dziennie)

1967 – Wilhelm wraca do Dusseldorfu, aby pracować dla tamtejszego wydziału United Artists. Zacznie studiować film i pisać recenzje do gazet

1968 – pierwsze małżeństwo

1970 – debiut pełnometrażowy

1974 – drugie małżeństwo

1979 – trzecie małżeństwo

1981 – czwarte małżeństwo

1987 – Bono na planie teledysku Where The Streets Have No Name wymyśla coś, co później stanie się The Million Dollar Hotel

1993 – piąte małżeństwo

2011 – Wilhelm dostał propozycję zrobienia opery Wagnera, ale naciskał na realizację w 3D, na co rodzina Wagnera się nie zgodziła.

2012 – Wilhelm stwierdza, że chce kręcić wyłącznie w 3D

2018 – Wilhelm robi swój ulubiony film: Pope Francis: A Man of His Word.

Z biegiem czasu ("Kings of the Road", 1976)

5/5

Szczyt osiągnięcia w dziedzinie kina drogi. Blisko trzy godziny bez fabuły, z luźną strukturą i dwoma chłopami, którzy „z biegiem czasu” powoli dochodzą do spokoju umysłu wobec swoich prywatnych wydarzeń. Nic się nie dzieje przez długi czas, gadają o niczym, robią jakieś różne nieistotne rzeczy, a jednak w tym samym czasie jesteśmy świadkami narodzin przyjaźni. Oglądamy ludzi doświadczających życia w swojej czystej formie. Są wystawieni na przypadkowość losów, akceptują je, płyną razem z nimi. Chłop się goli na poboczu i jest świadkiem, jak drugi chłop wjechał do jeziora. No ok, podrzucę go. A drugi typ stracił samochód, więc zabiera się z pierwszym. Los tak chciał, jedziemy więc.

Podczas seansu naprawdę można się wyłączyć, ale widać też, że reżyser był czujny i planował. Film kręci się wokół kluczowych momentów, a tam losy obu bohaterów tworzą konkretną konstrukcję, gdzie wymagany był montaż równoległy. Ktoś zmienia swoje życie, ktoś inny akceptuje swoje. Jest tu romans, miłość do kina, muzyki w stylu Free Bird, a nawet jest tutaj pewien posmak świadomości, że od drugiej wojny światowej minęło dopiero 30 lat. Nie było łatwo. I obserwacji, że kin jest coraz mniej. I gdzieś w tym wszystkim powstaje piękny film. Nagle się okazuje, że w trzy godziny można pogodzić się z życiem.

Fajne tam mieli wtedy tramwaje, gdzieś między miastami sobie leciały.

PS. Wenders serio nagrał srającego gościa. A jak ładnie to pokazał… Mówisz znajomym, że to jeden z twoich ulubionych filmów, że jest taki piękny i w ogóle, a tutaj w ciągu pierwszych 20 minut musisz nagle mieć awarię telewizora, żeby nie wyszli przed czasem.

Paryż, Teksas ("Paris, Texas", 1984)

5/5

Nie jest to zwykły film. Oglądamy powrót człowieka, który zniknął cztery lata temu. Miał być martwy, ale żyje, chodzi, milczy. Brat jedzie go odebrać i zabrać do życia, które… porzucił? Oddał? Pozbył się, a może coś innego? Wiele jest niejasne – dlaczego odszedł, dlaczego zostawił syna, dlaczego rozstał się z partnerką i co się z nią dalej działo?

Są tutaj różne motywy podejmowane w fabule, ale za każdym razem pojawiają się one w ludzki sposób. Bohaterowie mówią o nich w naturalny sposób. Miałem jednak wrażenie, jakbym oglądał/słuchał opowieści z elementami fantazji. Po prostu jest coś nadnaturalnego w bezsenności protagonisty, w krajobrazach, w tym, jak bohaterowie patrzą na pustą drogę przed nimi, jak milczą. Wydają się być duszą gdzie indziej, jakby ich ciało było tylko projekcją niepoznanych sił, całkowicie nam obcych.

Konstrukcja i tempo jest specyficzne – jakby nic się nie działo, a raczej traciło na znaczeniu, gdy już było powiedziane. Te dwie i pół godziny zagospodarowane są w naprawdę dziwny sposób, ale to się jednak opłaca. Ostatnie pół godziny, jego styl i konstrukcja, to wszystko jest w niewidzialny sposób realizowane przez całą opowieść, by w finale pozwolić nam zobaczyć ostateczną konfrontację… I zrobić z tym, co uważamy za słuszne. Czasami po prostu poznajemy historię ludzi, którzy muszą nas opuścić zaraz po seansie.  To film o trudnych, emocjonalnych wydarzeniach, radzeniu sobie z nimi.

PS. Scena czuwania, a następnie śledzenia czerwonego samochodu, wydaje się wzięta z innego filmu. Bohater zasypia, chociaż cały film nie śpi. Gada, wręcz krzyczy na syna. Natłok słów staje się irytujący, a kolejne linijki dialogu zbędne. Ten samochód!; Który?; Tamten!; Nie widzę!; No ten!; Ach, ten! Na pewno?’ Taaaak!!! Jakby podczas prac nad filmem obcy człowiek zdecydował, że brakuje dramaturgii i uparł się, żeby tę jedną scenę samemu zrealizować, nie znając całej reszty. Nie widzę w tym sensu i jak spotkam Wendersa, to go o to zapytam.

PS2. Harry Dean prawie porzucił aktorstwo przed zaakceptowaniem roli do tego filmu.

Niebo nad Berlinem ("Wings of Desire", 1987)

5/5

Idealny film dla wrażliwego, artystycznego twórcy, jakim jest Wenders. Mógł pozbyć się fabuły i co mu tam tylko przeszkadzało – dzięki pomysłowi. Oglądamy Aniołów podsłuchujących ludzi – aktorzy więc siedzą, głosy lecą z offu, monologi są celowo nieskładne, często bez początku i końca, porządek rzadko jest nawet potrzebny – oglądamy więc takie byle-co, i mimo to jest to wciąż takie poetyckie i ładne, aż chce się zachwycać. 

Oczywiście jest w tym pewien porządek, chociaż nie jest on przesadnie czytelny. To historia, w której Anioł decyduje się porzucić wieczne życie i zostać człowiekiem – czuć, przeżywać, myśleć i zgadywać, zamiast być wszystkiego pewnym. Każda sekwencja o czymś mówi – zrealizowane są swoją drogą ze skromnym rozmachem, tzn. nadal trzymając się perspektywy człowieka i jego zdolności: brak najazdów kamery, nie fruwa ona po pomieszczeniu, obiektyw twardo stoi „na nogach”. I tak na przykład Anioł oglądający, jak jego obiekt westchnień wykonuje ewolucje w cyrku na trapezie, pierwszy raz – stopniowo, powoli – zaczyna się przejmować czyimś losem. Wcześniej był obojętny nawet na samą śmierć, przechodził, stał obok, ewentualnie pochylał się, by usłyszeć ostatnie myśli. Teraz w cyrku będąc, jest o krok od modlenia się, by wszystko dobrze się skończyło. Wariactwo!

Siła tego obrazu kryje się w wizji świata, jaką roztacza przed odbiorcą. Seans jest monotonny, historii w zasadzie brakuje, wątek miłosny jest ledwo obecny – trudno przypisać ten tytuł do jakiegoś gatunku poza ogólnym „dramatem”, ale gdy już dobrniemy do końca i wyjdziemy z kina, to spojrzymy na świat w nowy sposób. Świat, w którym wszyscy zdecydowaliśmy się, aby tu pozostać.

PS. Peter Falk i Nick Cave. Ja pierdolę.

The Million Dollar Hotel (2000)

5/5

Okazuje się, że to nie jest zbyt popularny film. Nawet jak na kino Wendersa. Osobiście obstawiam następującą przyczynę: to tytuł bardzo w stylu Wendersa, ale sprawiający wrażenie, że potrzebne są tutaj elementy nieużywane przez tego reżysera. Jak napięcie, historia, fabuła, wyraźna struktura. A tego nie ma, bo Wenders tego nie używa. On przedstawia fajny świat, wypełniony fajnymi postaciami, kręci się z nimi przez dwie godziny i tyle. Jak w każdym innym swoim filmie! A jednak tutaj nawet fani potrafią się od niego odwrócić. Spróbujcie więc sobie wyobrazić to w ten sposób: Twin Peaks, ale wyreżyserowane przez Wendersa. Mam nadzieję, że po tych słowach wam wszystko wskoczy na właściwe miejsce, ale zmuszać nie będę. Nie podchodzi wam ten tytuł, to wam nie podchodzi, nie mam z tym problemu.

W tytułowej lokacji ginie człowiek. Skoczył z dachu, ale najwyraźniej Mel Gibson z odznaką i w garniturze podejrzewa, że ktoś mógł pomóc mu w opuszczeniu najwyższej części budynku. Na miejscu jednak styka się z bandą dziwaków, żyjących po swojemu, chodzących jak chcą, są sobą. To miejsce im na to pozwala.

I to brzmi naprawdę zajebiście, ale muszę przyznać – parę dni po seansie pamiętam początek, może nawet cały pierwszy akt. A później coś się tam działo i w końcu dobrnęli do zakończenia, a raczej ostatniej sceny. Wyjaśnili sprawę samobójstwa/morderstwa, było ładnie i w ogóle, film się skończył. Nie pamiętam postaci, raczej aktorów. Pamiętam przyjemne uczucie płynące z seansu, pamiętam Mela Gibsona na schodach podczas powodzi, wchodzenie przez okno i bełkoczącego Daniela z LOST na deskorolce, ale jeśli mam pamiętać jakąś scenę… To pamiętam tylko początek. Niesamowity początek, taki piękny i tak dobrze zrealizowany, każda sekunda była taka wspaniała – ten lot, to zaglądanie przez okno, to poczucie faktycznego opadania w zwolnionym tempie…

I żeby było jasne – z takiego Nieba nad Berlinem w sumie też guzik pamiętam. Siedzieli w bibliotece przez 20 minut i nic nie robili. A potem byli w cyrku. Peter Falk był sobą, Nick Cave śpiewał. A potem był już ostatni akt. W sumie pamiętam z obu filmów tyle samo, ale takie właśnie jest kino Wendersa. Nagle ma mi to zacząć przeszkadzać?

I thought it was as boring as a dog’s ass.” – Mel Gibson (w skutek przepracowania i miliona innych czynników, potem odwołał te słowa i przeprosił pozostałych ludzi pracujących nad nim)