Przeczytane książki w 2024 roku i plany czytelnicze na 2025 rok
W 2024 roku nadal czytałem. Miałem ku temu wiele okazji i udało się przeczytać więcej, niż planowałem. Na nowy rok nie przewiduję zmian: czytanie nadal jest super i cieszę się, że mam na to czas.
Do tej pory czytałem tylko pod wieczór, przed snem. W tym roku zacząłem czytać również w pracy (bo zabrali dostęp do Internetu), szczególnie tej w laboratorium, gdzie pobieram krew. Zazwyczaj jest tak, że połowa ludzi zwali się na poranek i ich ogarniamy w godzinę-półtorej, a następnie przychodzą pojedynczo i pobieramy im krew „z marszu”, a oni są zaskoczeni, że tak szynko idzie. Książka jest w takiej sytuacji lepsza nawet od oglądania YouTube’a – nie trzeba nic wkładać do ucha, łatwiej przerywa się lekturę, a i sam pacjent rozglądający się za czymś, co oderwie jego myśli od igły wbijającej się w ramię, może zapytać „Co tam czytasz?”. Lubię też mieć ze sobą książkę podczas wakacji na festiwalu filmowym i czytać coś między filmami. Nie jest więc zaskoczeniem dla mnie, że przeczytałem więcej, niż planowałem. Bardziej jestem zaskoczony, że czytałem po części co innego, że planowałem, ale to często tak jest. Niedawno zostałem zainteresowany „Ostatnim seansem filmowym” i okazuje się, że jest w bibliotece w pobliżu mnie, więc chętnie bym wziął – tak to jest.
Tak czy inaczej, trzymam się tej liczby: 12 książek na rok. Książki to jedynie piękny dodatek i nie chcę czytać więcej tylko dlatego, żeby czytać więcej. Wolę filmy, gry i pisanie. A jak przeczytam więcej… To przeczytam więcej.
Przeczytane w 2024 roku:
Książki:
1. Lot nad kukułczym gniazdem – Ken Kesey, 1962
2. Początek – Andrzej Szczypiorski, 1986
3. Regulamin tłoczni win – John Irving, 1985
4. Niezwyciężony – Stanisław Lem, 1964
5. Kocia kołyska – Kurt Vonnegut Jr., 1963
6. Fałszerze – Andre Gide, 1925
7. Z zimną krwią – Truman Capote, 1966
8. Kobieta z wydm – Kōbō Abe, 1962
9. Głos Pana – Stanisław Lem, 1968
10.Słońce też wschodzi – Ernest Hemingway, 1926
11.Moje ptaki, zwierzaki i krewni – Gerald Durrell, 1969
12.Lew, czarownica i stara szafa – C. S. Lewis, 1950
13. Niewyczerpany żart – DFW, 1996
14.Powołanie trójki – Stephem King, 1987
15. Prawdziwe życie Sebastiana Knighta – Vladimir Nabokov, 1941
16. Ziemie jałowe – Stephem King, 1991
Mangi/komiksy:
1. Bucket List of the Dead – tom od 2 do 9 (Haro Aso, 2019-)
9. Shadow House – tom I (Somato, 2019)
10. Death or Glory #1 – Rick Remender , Bengal (2018)
11. Flash: Odrodzenie – Scott Kolins, Geoff Johns (2009)
12. Dark Knight Returns: The Golden Child – Frank Miller (2019)
13. Sandman, tomy od 3 do 5 – Neil Gaiman (1991-93)
16. JLA, zeszyty 1-9 – Grant Morrison (1997-8)
17. Maus – Art Spiegelman (1991)
18. Providance, tom I – Alan Moore, 2019
19. Spider-Man – Todd McFarlane
20. Chłopaki z dwudziestego wieku, tom I – Naoki Urasawa (1999)
21. The Vision – Tom King (2016)
22. Joker: Operacja specjalna, Tom I & II – Keisuke Gotou & Satoshi Miyagawa (2024)
24. Batman: Trzech Jokerów – Jason Fabok & Geoff Johns (2021)
Czyli z grubsza:
– prezent, który dostałem pod choinkę w 2023 roku (Niewyczerpany żart)
– lata 60-te (Lot nad kukułczym gniazdem, Niezwyciężony, Z zimną krwią, Kobieta z wydm)
– szczególnie roczniki, z których nie przeczytałem jeszcze żadnej książki: 1963 (Kocia kołyska) i 1968 (Głos Pana)
– książka wydana sto lat temu (Fałszerze, Słońce też wschodzi – tę drugą wziąłem z przyszłego roku)
– książka napisana przez kogoś, kto urodził się sto lat temu (Początek, Moje ptaki, zwierzaki i krewni)
– autor roku, którego jednak odłożyłem w czasie na przyszłość (Regulamin tłoczni win – po części dlatego, że to jego najsłabsza książka, jaką czytałem)
– książka z 1950 roku (plany na następny rok) (Lew, czarownica i stara szafa)
– książka z 1941 roku (plany na następny rok) (Prawdziwe życie Sebastiana Knighta)
– zacząłem czytać autora następnego roku/zabrałem się w końcu za cykl Mrocznej wieży (Powołanie trójki, Ziemie jałowe)
Czytanie Lema to jak jedzenie obiadu w bufecie koło stolika, gdzie neurochirurdzy omawiają możliwe scenariusze zbliżającej się operacji. Nie rozumiesz ani słowa, ale czujesz się mądrzejszy. Tutaj Lem tworzy fikcyjne opowiadanie o człowieku relacjonującym najnowszy okres w swoim życiu, gdy został zaproszony do interpretacji sygnału z kosmosu. Nawet nie wiadomo, czy jest on wiadomością z innej cywilizacji, ale tak zakładamy. Teraz tylko: jak go zrozumieć? Czy jesteśmy to w stanie zrobić?
Owa relacja jest ciągiem przemyśleń nad… Wszystkim. Nad człowiekiem, jego możliwościami w odczytywaniu albo zrozumieniu innych istot. Nad możliwymi intencjami takiej wiadomości – oraz jej formami (czy jest ona wysyłana do innych, czy może tak ogólnie, czy konkretnie do nas – bo może tylko stoimy na drodze komunikacji między dwoma światami i sygnał nie jest dla nas?). I która część tej wiadomości jest istotna, a która nie – jeśli są też takie nieistotne, tzn. nadawca nie przewidział, że zwrócimy uwagę na dany szczegół? Czy jesteśmy w stanie wyłapać wszystkie szczegóły, dane, warstwy? A jeśli informacja płynie tak długo, jak myślimy, że płynie, czy nie zdążyła się już zdezaktualizować wobec osoby, która ją nadaje? Czy oni są świadomi wszystkich warstw, które do nas wysyłają? Czy są świadomi tego, co my jesteśmy w stanie odebrać i zrozumieć? Czy wiedzą, jak funkcjonuje człowiek? A jeśli nie wiedzą, to czemu to robią? Jeśli wiedzą i robią specjalnie, co chcą w ten sposób wyrazić? Czy chcą w ogóle cokolwiek wyrazić?
Stanisław Lem korzysta w pełni z bogactwa języka polskiego i nawet jak zapożycza inne języki, to w jego ręku brzmi to jakby bardziej na miejscu. Zdania są tak wielokrotnie złożone, że momentami można mieć trudność z ustaleniem, którą myśl dana część zdania kontynuuje, czy też to może początek kolejnej myśli w obrębie jednego zdania. Zdarza się tutaj zobaczyć cztery słowa pod rząd, których nigdy nie widziałem użytych w obrębie jednego akapitu, a co dopiero jednego zdania. Całość jest krótka i angażująca wystarczająco, co chwila zmieniając jakby kierunek danej myśli. Jest tutaj zbudowany cały świat oraz kontekst fabularny, inne postaci, ale to nadal jakby dziennik pisany z myślą o tym, żeby inni go przeczytali. Niemniej, Lem dosyć ciężko próbuje nagiąć zbiór swoich przemyśleń do formy opowiadania fikcyjnego – rozbijanie ich na parę osób pojawiających się okazjonalnie bardziej utrudnia czytelność niż ją ułatwia albo urozmaica. Wolałbym, aby to był bezpośredni esej całkowicie teoretyczny, chociaż nie wiem, czy to byłoby możliwe za komuny. Moment kulminacyjny też jest przyciężkawy, zamiast jakoś podniecać kulminacją przemyśleń.
Medytacja nad naszym dosłownym miejscem we wszechświecie. Z całą pewnością wynika z niej, że jeśli chcemy zrozumieć istoty wyższe lub z innych światów, to najpierw musimy być w stanie zrozumieć tę książkę.
Bohater ma zamiar badać insekty – w tym celu przybywa na skraj świata, gdzie cały czas wieje wiatr, piach unosi się w powietrzu. Poznaje tam tytułową kobietę mieszkającą w dołku, z którego nie można wyjść. Protagonista zostaje tam zamknięty, uwięziony i dowiaduje się, że tak jak pozostali, od teraz będzie zajmować się ratowaniem świata przed zasypaniem. Tutejsi mieszkańcy powstrzymują piach przed wianiem w dalszą część kraju. To bardzo ważna rola, dlatego żyją tutaj i godzą się na wszystko, chociaż oznacza to tylko cierpienie i niski poziom życia, ale za to jaka odpowiedzialność! Bohater jednak nie ma zamiaru tego zaakceptować, planuje ucieczkę. A ta może zagrażać jego życiu.
Zaskakuje połączenie silnego realizmu z metaforami. Bo to historia silnie osadzona w rzeczywistości, tutaj dla przebiegu akcji mają znaczenie właściwości chemiczne piasku, prawa fizyki i inne takie. Z drugiej strony ciężko nie podejrzewać autora, że całe to siedzenie na wydmach nie jest metaforą wiadomo-czego. Z trzeciej strony spójność psychologiczna i fakt, że ona wystarcza, jest fenomenalna. Cała książka jest w sumie monologiem wewnętrznym bohatera, rzadko do tego głosu wkrada się świat z zewnątrz. Akcja fabularna jest obecna jak najbardziej, ale jednak przefiltrowana najpierw przez perspektywę bohatera, która obrazuje wiele rzeczy. Jak chociażby to, że ludzie potrafią przekonać samych siebie do tego, że bycie w więzieniu jest dla nich dobre, przynosi im korzyść i po konfrontowaniu ze sobą zalet i wad wychodzi im, że jednak chcą czegoś kompletnie innego, niż początkowo im się wydawało. Mogą wręcz żałować, jeśli się uwolnią.
Do tego erotyzm, piach między zębami, nędza, udręka i bieda. Oczywiście zasięg tej powieści jest większy i pierwotnie pewnie intencje autora były inne, ale nowe pokolenia i inne kraje mogą tutaj nadal zobaczyć coś kompletnie nieprzewidzianego przez autora. A to jest zaletą tej powieści. Jest krótka, szybko się czyta i powala głębią. To już trzecia taka książka w tym roku dla mnie, obok „Początku” i „Kociej kołyski”.
PS. Data wydania to była karuzela – wziąłem początkowo, bo to książka z 1968 roku, a z tego rocznika nic nie znam. Potem ogarnąłem, że przecież film pochodzi z 1964 roku, więc to książka na podstawie filmu, przez co moje zainteresowanie spadło do zera. A potem się okazało, że pierwotnie książka wydana w 1962 roku i film był na jej podstawie, w 1968 roku był tylko polski przekład.
Zaskakujące, jak bardzo to zwykła książka jest. I to nie chodzi tylko o to, że czasy się zmieniły i do podobnych zbrodni bardziej się przyzwyczailiśmy. To nawet w samej książce jest wspomniane, że w trakcie trwania śledztwa niedaleko dochodziło do podobnych zbrodni i mało kogo one obchodziły. Sama sprawa będąca centrum wydarzeń książki ma w sumie charakter lokalny, ale jednak czytamy o niej pół wieku później. Ponieważ?… Cóż, ponieważ wielki Truman Capote napisał o tym dokumentalizowany kryminał psychologiczny. A i sama sprawa charakteryzowała się dwoma rzeczami: sprawców ujęto i ich wina była pewna na sto procent. Przyznali się, dowody były, możemy się cieszyć. W innych podobnych sprawach takich rzeczy nie dało się uświadczyć.
Chociaż „Z zimną krwią” opowiada o prawdziwych wydarzeniach – o czym wiedza pochodzi z pierwszej ręki albo źródeł oficjalnych, użyto też faktycznych nazw oraz nazwisk – napisana jest językiem powieści. Miejsce akcji przedstawione jest niczym w powieściach Steinbecka, jakby to były wymyślone ludzie i miejsca. Narracja ma charakter lekko przyspieszony oraz linearny, prowadząc do śledztwa, nie zwlekając z opisem czasu mijającego, przechodząc płynnie do wszelkich poszlak oraz wpadnięcia na trop mordercy. Rzadko autor łamie czwartą ścianę, zachowując bezosobowy charakter pisma, opowiadając historię – wydaje się – bez szczególnych intencji. Mówi: to się stało. I tyle. Nie ma tutaj próby znalezienia sensu lub przyczyny morderstwa. Nie ma tutaj szukania w tym ludziach czegoś. Autor nie rozwiązuje zagadki – opowiada co miało miejsce i czego się dowiedział, ale nie rości sobie lub swojej prozie jakiegokolwiek prawa do znalezienia odpowiedzi. Ani też twierdzenia, że odpowiedzi są lub nie są osiągalne. Nie ma tu miejsca na wydawanie wyroków – w sumie nawet nie jest napisane, by samo morderstwo było tutaj czymś złym lub okrutnym tak naprawdę. Na pewno jest bolesne dla ofiar oraz smutne. Czy coś więcej?
Podobnie jak decyzja wobec nazwania morderców jednoznacznie złymi. Albo ich sądu, że był sprawiedliwy – lub nie. Dużo tutaj szarej strefy. Czyta się naprawdę dobrze – nie czułem tych 400 stron, a jak już zaczęły się monologi własnymi słowami opowiadające o zbrodni, to nie można było przestać. Język Capote’a jest prosty i wydaje się znajdować punkt wspólny między tymi wszystkimi ludźmi. Tylko właśnie na końcu człowiek zostaje z taką myślą: „To się stało. I tyle”. Nawet pomimo lekko magicznej końcówki, gdy młoda kobieta pojawia się na cmentarzu. Mordercy zginęli, niczego to nie zmieniło. Przeprosili, też niewiele to znaczy. Ludzie zginęli, ludzie ruszyli dalej, w międzyczasie ginęli kolejni. To w sumie szorstka, nihilistyczna rzecz. Największy ciężar jaki poczułem, to świadomość autora, do czego go pisanie takiego tytułu poprowadziło. Nie było pewnie niczym łatwym trwać z tym do końca, gdy okazało się już, jaki będzie ostateczny kształt tej powieści. W gotowym utworze udało mu się przemilczeć do końca ten osobisty punkt widzenia, zachował go dla siebie.
Jest w tym coś wyjątkowego. I może na tym polega wielkość tej książki.
„Ludźmi rządzą namiętności, lecz nie idee„
„Twoi biedni czytelnicy poumierają z nudów!„
Czuć, że to książka sprzed stu lat. Czuć, że to książka francuska. I dzisiaj jest wyzwaniem dostrzegać jej wartość – i zadowalać się nią – pomimo stylu oraz kunsztu pisarza. Chodzi mi o to, że autor ma coś do powiedzenia i to mówi bez większego przełożenia na fabułę, bohaterów, narrację. Postaci potrafią mówić i mówić, bo to się czyta, a nie jak w rzeczywistości, że trzeba by było tego słuchać z uwagą, a następnie jeszcze coś odpowiedzieć. W książce nie trzeba nawet odpowiadać, postaci lecą solówka za solówką. Czuć, że każda postać to w sumie sam autor. Dzisiaj to jest amatorka, ale wtedy ludzie dopiero uczyli się pisać, więc no, uznajmy to za sztukę. Grunt, że da się czytać i faktycznie jest tutaj jakaś wartość – bękart decyduje się opuścić dom rodzinny i żyć na swoim, godząc się z faktem, że nie ma rodziny. Kobieta ma zamiar urodzić bękarta. I jakieś inne dramaty, już nie pamiętam.
W zasadzie ta lektura klika około 150 strony, gdy jedna z postaci wyznaje przed inną, że pisze właśnie „Fałszerzy” i nie wie, o czym będzie. Chce to odkryć podczas pisania, bo wyznaje różne teorie pisarskie, chce uchwycić realizm i świat jakim jest – i tak dalej, i tym podobne, i te pe. Więc ludzie gadają bez celu, gadają, czasami powiedzą coś istotnego, często nic nie powiedzą. Całość nie składa się za bardzo na nic szczególnego – chociaż może się składa, na tym etapie było mi to od dawna obojętne. Czytałem jak obiekt muzealny, doświadczając literatury z tamtego okresu i ówczesnych przekonań artystycznych czy filozoficznych. Ciekawostka o religii, religijności, życiu w społeczeństwie i majętnych ludziach próbujących znaleźć sobie coś do roboty.
Od autora, który napisał bardzo dużo książek. Wręcz robił to od ręki.
Forma jak w Śniadaniu mistrzów, tylko brakuje obrazków. Bezczelność. Reszta się zgadza: króciutkie rozdziały (ich ilość jest niewiele mniejsza od rozdziałów – 230 stron podzielone na bodaj 130 rozdziałów), szybkie i skrótowe tempo, dialogi iskrzące się humorem oraz historia absurdalna i pełna kreatywnych analogii do cholera wie czego. Nawet nie będę wam zdradzać, czym jest tytułowa kocia kołyska – jednak nie ma kołyski ani kotów w tej opowieści. Jest za to człowiek piszący o nieżywym człowieku, który stworzył bardzo mocną bombę. Czyli to tak jakby Oppenheimer, ale nie on, tylko fikcyjny odpowiednik będący punktem wyjścia do prawdziwej podróży, jaką odbywa inteligentny człowiek przez tysiące lat ludzkości, pełen pesymizmu i cynizmu, widzący wszędzie oznaki nadchodzącej katastrofy.
Sam autor chyba krytykował ten swój pesymizm w „Śniadaniu…”, budował tam świat od zera. Tutaj w sumie niszczy go do zera, jeśli tyle mogę zdradzić. Nie od bomby ani kołyski, można w sumie powiedzieć: to było nieuniknione. I zamiast być poważnym na ten temat, to autor kpi aż do końca – wszyscy inni w końcu są poważni i nic z tego nie wynika, zostaje więc zabawa. Tylko nawet ta zabawa staje się smutna, jak scena erotyczna na końcu. Autor upycha mnóstwo krótkich obserwacji i przemyśleń na temat rzeczywistości, którą rozpoznajemy pomimo upływu czasu i innych czasów. A sama opowieść jest tu ciekawsza od symboliki i wszelkich detali w stylu broni ostatecznej, która topi się w temperaturze pokojowej. To książka o głupocie wierzeń, którą dobrze się czyta nawet wtedy, gdy człowiek jest świadomy głupoty wierzeń, ale nie czuć w tej satyrze spoufalania się ludziom, którzy myślą jak oni. Książka nie nazywa ich mądrymi. A wierzących nie nazywa głupimi. Mówi tylko ze zrozumieniem, jak łatwo jest wierzyć. Jak bardzo to pomaga. Jak bardzo tego niektórzy potrzebują. Szczególnie wobec wszechogarniającej autodestrukcji świata, trwającej od tysięcy lat i jakoś nie mogącej nadejść.
Myślę, że każdy bohater Vonneguta ma na pośladku wytatuowany napis „Dupa.” w języku polskim i z kropką na końcu.
Wracałem z pracy i bez ekscytacji czytałem 15-20 stron przed snem. Nie myślałem przez cały dzień, że wrócę do tej historii, do Homera, do sierocińca, do Melony. Po prostu wstawałem od komputera, przygotowywałem sobie zioła do picia, myłem zęby przed snem i przypominałem sobie, że akurat czytam tę książkę. I ją czytałem. To historia o aborcji oraz sierocie, która idealizuje szefa sierocińca – wręcz z wzajemnością, ale też miłością oraz uczuciem takim generalnym. Sierota ma na imię Homer i wyrasta na zdolnego człowieka mogącego kontynuować jego dzieło: czyli przyjmowanie porodów oraz usuwanie ciąży, jeśli taka jest decyzja ciężarnej. Może też urodzić i oddać dziecko do sierocińca. Homer jest w tym dobry, ale uważa, że aborcja jest zła, więc szuka innej drogi w życiu.
Całość liczy te 600 stron i po przekroczeniu 200, kiedy Homer opuszcza sierociniec, czułem jakbym czytał epilog. Historia się skończyła, ta postać teraz będzie tutaj, tamta poszła tam, tamta zajmie się tym. I ten epilog trwa i trwa, jakby autor jeszcze chciał o czymś opowiedzieć, tylko musi chyba najpierw minąć trochę czasu. Irving umie pisać nawet o tym, jak farba schnie lub o umeblowaniu pokoju i co ono znaczy, więc z tym nie było problemu. Tylko potem i tak nagle skacze o 15 lat do przodu. Po co to wszystko? Ano, po telenowelę. Homer zakocha się z wzajemnością w kobiecie, która już ma partnera, ale kocha wszystkich, tamten partner pojedzie na wojnę i umrze, więc ona może być z Homerem, Homer zrobi jej dziecko i ona urodzi, partner jednak okaże się żywy i wróci, ożeni się z tamtą i wszystko będzie tajemnicą… Anglicy mówią na to „cluster fuck of a mess, this is”. No i po co to wszystko, pytam. Naprawdę nie kupuję tego, że Homer wchodzi w związek z dosłownie każdym, kto mu wpadnie do oka, bez żadnego oporu lub starania się. Bez jaj, nosi przy sobie jej włosy łonowe, ona się o tym dowiaduje… I nic, spoko, luz. Ta książka (i chyba pozostałe Irvinga też) mają w sobie ten pierwiastek „życia fantazją, która nie ziściła się w życiu” (oraz fetyszem do kobiet przy kości), ale tutaj jest to szczególnie wyraźne. I nie było w tym żadnej innej wartości.
Dopiero gdy mija 530 stron i Homer zaczyna rozmawiać ze swoim dorastającym synem o masturbacji, to dopiero czułem, że autor dobrnął do celu. Opowiedzieć jak sierota wychowuje sierotę. To było celem tej książki. Z tą teorią trochę się kłóci fakt, że owe dojrzewanie dziecka jest przeskoczone we wspomnianym „15 lat później”, ale no. To najlepsze, co mogę napisać o tej książce. I gdybym miał robić adaptację na film, to zacząłbym właśnie od nauki masturbacji. Ostatnie sto stron. Wtedy rozmawiają o partnerkach Homera, pojawia się Melony i z tego punktu widzenia jesteśmy zaangażowani w rozwój wydarzeń. Podczas lektury na tym etapie już tylko brnąłem do końca, kiedy to Irving bez zaskoczeń porusza czułe struny i jest wręcz żal, że tak wygląda finał, że tak kończy się znajomość tych ludzi. Można się wzruszyć. Nie pierwszy raz zresztą przy tym tytule, tylko i tak nie mam zamiaru czytać tego drugi raz.
Hard Sci-Fi połączone z „Powrotem Króla”. Przybywa tytułowy statek na obcą planetę, aby poznać losy innego statku, który tutaj przybył wcześniej w tym samym celu. Od samego początku uderza ten poziom „hard”, gdy bohaterowie oceniają skład atmosfery i kłócą się o jego logiczność czy prawdopodobność, co on może oznaczać. Od pierwszych stron jasnym jest, że Lem naprawdę ma sporą wiedzą z różnych dziedzin, a przy tym łączy ją ze swoją wyobraźnią i dzisiaj tę granicę, gdzie pisze o rzeczach wymyślonych, a takich, które już istnieją – lub było prawdopodobne, że istnieją. Albo że istnieją, tylko co Polak w kraju komunistycznym może wiedzieć o ich działaniu, więc kombinuje. Lektura jest więc dosyć wolna, gdy liczni bohaterowie o różnych profesjach oceniają warunki na planecie i snują teorie na temat tego, co tutaj miało miejsce. Na przestrzeni milionów lat, może nawet za czasów poprzedniej cywilizacji zamieszkującej te tereny. Na tym polega akcja, chociaż „akcja” jako akcja też ma miejsce.
Niezbyt atrakcyjna to lektura. Nawet jakbym nie znał adaptacji, to i tam czytałbym z zerowym zaskoczeniem tego, jak się całość rozwija i o czym mówi. Spodziewam się każdego kolejnego słowa i czytam… Bo czytam, bo klasyk, bo film fajny, bo może będzie lepsze, bo długo wydawało mi się, że to ten sam autor, który zrobił Kwiaty dla Algernona. Jakby to była nowość, to bym sobie darował. Na szczęście było lepiej.
Ktoś mógł mnie uprzedzić, że to książka do przeczytania w 3h, jak się ktoś nie śpieszy. Książka sama w sobie jest dosyć szybka – wpadają do szafy, ratują świat, zostają królami i wracają. Jakieś półtora dnia czasu realnego, nie licząc tego, że na koniec niby dorośli, ale jak wrócili do naszego świata, to znowu byli dziećmi i nawet pół sekundy nie minęła. Na dzisiejsze standardy jest to równie rozbudowane, co scenariusze doświadczeń VR w parku rozrywki. Wszystko dzieje się wokół głównych bohaterów, oni niewiele robią i głównie obserwują z boku, co się dzieje. Brakuje tutaj podstawowych rzeczy, jak kreacja świata czy cokolwiek. Bohaterowie dosłownie wpadają do Narni i słyszą o przepowiedni, że jest źle, ale zaraz przybędzie ważna postać i ona nas wszystkich uratuje. Plus dużo gadania o magii i innych proroctwach, które mają uzasadniać naginanie logiki czy bezsensowne zwroty akcji. Świat wewnątrz jest naprawdę mały, skoro same postaci zakładają, że dziecko dotrze od granicy do Czarownicy w pół godziny.
To jest chyba książka, o której każdy ma wyrobione już zdanie przed czytaniem – w tym sensie, że cokolwiek kto coś napisze lub powie nie zmieni tego, czy dana osoba planuje lub zdecydowała nigdy nie czytać „Infinite Jest”. Przynajmniej ja tak miałem – nawet po podejściu do innych, podobnych tytułów i odbiciu się od nich, chciałem samemu zobaczyć, jak to jest czytać tę książkę. Samodzielnie się z nią zmierzyć. I dostałem ją jako prezent pod choinkę – i wymyśliłem, że przeczytam ją przez rok. To wychodzi jakieś 4 strony dziennie. Ostatecznie nie trzymałem się tego pomysłu, bo nie sprawdził się w praktyce, a czytać chciałem, więc dopiero w okolicy sierpnia – kiedy już zaliczyłem wszystkie inne tytuły, które miałem zaplanowane na ten rok* – zacząłem czytać na poważnie. A tak naprawdę na poważnie wziąłem się w okolicy października, kiedy to stwierdziłem, że chcę skończyć czytać przed urlopem. Na urlop chciałem wziąć książkę, a że nie będę woził kilkukilogramowej książki i nie chciałem przerywać lektury IJ, to musiałem ją skończyć. Wtedy oznaczało to lekturę 14 stron dziennie i często czytałem więcej.
Warto napisać wprost – to bardziej 2000 stron, bo czcionka jest drobna i w porównaniu do innych książek czułem, jakbym czytał coś o wiele grubszego niż 1012 stron, z których składa się zasadnicza lektura.
Więc przeczytałem. I jak widać powyżej, umiem naśladować bezbłędnie lanie wody i pisanie nieistotnych rzeczy. Coś innego mi dała ta lektura? Nie. Nie jest tytułem, który zmienia życie i jest źle napisanym tytułem. Że jest celowo napisana źle nie zmienia faktu, że to nadal jest źle napisana książka. Źle nie znaczy brzydko czy grafomańsko, bo to jednak cudownie napisane i jest tutaj wiele pięknych momentów – jeśli jednak czytelnik nie pamięta, co czytał dzień wcześniej – jeśli rozumie bezbłędnie co przeczytał i nie wie, po co to przeczytał, ani jaki jest tego rola w całości – jeśli każdy dialog brzmi tak samo i nie idzie rozróżnić dwóch różnych dialogów ze strony 200 i 800 – jeśli całość ugina się od zabiegów celowo utrudniających zrozumienie oraz dekoncentrację** – jeśli cały czas mam wrażenie, że coś jest napisane wyłącznie jako ćwiczenie pisarskie, a nie zabieg stylistyczny mający coś dać****** – i tak dalej – to jest to źle napisana książka. Odrobiłem pracę domową i zapoznałem się z licznymi opiniami pozytywnymi o tej książce: nikt nie umie przekazać o niej niczego poza tym, że to wspaniała książka. Fani mają problem z umieszczeniem jakiegoś momentu w jakimś kontekście, gdy mówią o czymś, co miało miejsce po… I nie są w stanie tego dokończyć. Nie pamiętają i nie wiedzą, co się działo wcześniej i później, co prowadziło do tego momentu ani jaki on przyniósł skutek. To moment oderwany i ja również będę ten moment chwalić. Nie mam jednak zamiaru udawać, że to czyni z tej książki coś więcej.
Kolejna rzecz – czytając ją a czytać o niej to dwie różne rzeczy. Mam na myśli, że np. tenis pełni dużą rolę, a raczej zajmuje dużo miejsca w tej książce. Jest tak, ponieważ autor grał w tenisa, ale takowa myśli nie przeszłaby mi przez głowę ani razu, gdybym nie przeczytał o tym w posłowiu.
I finalnie – to lektura z której czułem, że autor bardzo chciał pisać. Tylko nie miał o czym, wię