Octopus Film Festiwal 2024 – film
Zbiór opinii moich o filmach, które zobaczę na Octopus Film Festival w 2024 roku
Kuchenna rewolucja ("Coup!")
wtorek, 6 sierpnia
Program: Zniszczenie ("Crash and Burn")
wtorek, 6 sierpnia
Imperium ciemności ("Empire of the Dark")
wtorek, 6 sierpnia
Ciężko pisać o samym filmie, ponieważ był to pokaz filmu z lektorem na żywo, co całość bardziej można nazwać oglądaniem RiffTrax niż samego filmu. Od samego początku lektor robi sobie jaja, robi głosy, wydaje dźwięki i szczerze? Nie mam pojęcia, jak to się pokrywa z samymi dialogami.
Więc tak: lektor poradził sobie, chociaż – częściowo z uwagi na naturę samego filmu – powtarzał się i nie tyle nudził, ile nie dał rady zasłonić faktu, że film sam w sobie jest nudny. To tylko ciąg słabych scen walki i absurdalnych elementów fabularnych.
A poza tym sam film sprawia wrażenie, że i tak w ten sposób powinno się oglądać. Wyłącznie. Grupa znajomych, kpienie, alkohol.
Krwawy obóz ("Ecologia del delitto")
wtorek, 6 sierpnia
Nieskończone lato ("Infinite Summer")
środa, 7 sierpnia
Jeszcze jeden film o inicjacji seksualnej u młodych ludzi, który nie dodaje od siebie nic nowego. Robi jednak wystarczająco, żeby mu to uszło.
Zaczynamy od słuchania historii dziewczyny, która zesrała się tak, że prawie zablokowała toaletę, gdyby ta w ogóle chciała się spłukać. Nie chciała, więc wyjęła stolec ręką i wyrzuciła za okno. Koniec historii i w sumie mógłbym napisać, że koniec oryginalności filmu, tylko jestem jedną z pięciu osób, które oglądały „Colin from Accounts” i tam to było jako scena. I miała swoje konsekwencje później, więc tyle.
Bohaterki niby są trzy, ale w sumie jedna. Cicha dziewczynka, która nie wie co zrobić ze swoim życiem. Tata naciska, żeby spróbowała studiów, a gdy ta ujawnia, jaki chce wybrać kierunek, to słyszy od babci, że będzie bezrobotna. Całość rozgrywa się w przyszłości i teraz powszechne jest zakładanie sobie na głowę siatki, która inaczej pozwala korzystać z aplikacji randkowych. Jedna taka randka daje prezent bohaterce w postaci respiratora do medytacji. Innymi słowy: narkotyki. Seks. Uzależnienie. Samotność. Poszukiwanie własnej drogi.
Chciałem w pewnym momencie napisać po seansie, że chociaż jest tutaj wystarczająco pracy włożonej, żeby po seansie nie mieć za złe twórcom, iż nie dodają od siebie nic do rozmowy. Widzieliśmy to już parę razy, tutaj przynajmniej „trochę” inaczej – mam na myśli ten świat futurystyczny. Aktorzy są zaangażowani, trochę humoru (w tym też cringe) też się znajdzie. Ogólnie da się oglądać, tylko w pewnym momencie na scenę wchodzi Twin Peaks. I to tak dosłownie, z policjantem, który jest dziwny i zachwyca się crusantem. Ja wtedy i tak się wyłączam, bo Twin Peaks kojarzy mi się wyłącznie z robieniem rzeczy dziwnie tylko po to, aby było dziwnie. Wiem, że w tym nie ma głębi, więc nie zastanawiam się nad tym, co wyprawia się pod koniec „Nieskończonego lata”. Obrazy następują po sobie, nawet helikopter przeleci i… I widać, że jedynym powodem było to, że twórcy mieli na to budżet, więc poszaleli. Nie dodaje to nic do samej fabuły o odnalezieniu swojego lesbijskiego ja. I zniszczeniu tego narkotykami.
Bękarty wojny ("Inglorious Basterds")
środa, 7 sierpnia
Ten film już widziałem parę razy i nawet na blogu spisałem wrażenia – te są nieco lepsze niż ostatnim razem, poszczególne rozdziały kumulują się z satysfakcją, ale nadal utrzymuję, że ten film jest za długi i dałoby radę coś z tym zrobić, gdyby tylko twórca nie chciał z każdego momentu robić MOMENTU. Każdy pamięta otwarcie i scenę w barze, tylko że w zasadzie każdy segment ma taką scenę powolnego budowania napięcia. Czy pamiętacie, jak żołnierza przekonywali do pokazania, gdzie są Niemcy? Albo jak jedli kremówkę? Dużo tutaj drażnienia się z widzem i czekania „w napięciu” na kolejne słowo, kolejny ruch. Za dużo. Świetny film, ale z tych, które wolałbym zobaczyć pojedyncze sceny, niż powtarzać całość. Nawet jeśli już zdążyłem obejrzeć ten tytuł z trzy razy. Może cztery.
Opiszę za to warunki, w jakich oglądałem: w Muzeum 2 wojny światowej, które było zamknięte. Torbę trzeba było zostawić w skrytce (dali nam żetony), zjechaliśmy do piwnicy i nas kierowali długimi korytarzami aż do wystawy/inscenizacji/repliki w postaci ulicy miasta sprzed wojny. Księgarnia z napisem, że otworzono ją jeszcze w latach 1700s, tego typu atrakcje. Sam ekran był trochę za jasny, głośniki były zbyt głośne, leżaków nie było dużo – i tak, siedzieliśmy na leżakach – ale oglądało się świetnie. Tak właśnie wyobrażam sobie Octopusa!
Jedna noc z Adelą ("Una noche con Adela")
środa, 7 sierpnia
Wszystko, co najgorsze w filmach na jednym ujęciu. Agresja tylko trochę uzasadniania istnienie tego obrazu.
Zaznaczę najpierw: nie, to nie jest cały film na jednym ujęciu. Czołówkę ma jeszcze normalnie zmontowaną, tylko dwie minuty później zaczyna się to jedno ujęcie. Adela wysiada z auta, idzie ulicą… I wraca do auta, bo zapomniała fajek. A potem idzie taki kawałek ulicą, że spokojnie mogła podjechać, ale wiadomo – jedno ujęcie musi wystarczyć na cały film, więc przedłużamy. A tak naprawdę nie ma tutaj nic innego niż przedłużanie – nie licząc dwóch, może trzech chwil, cały film składa się ze spacerów, palenia papierosów, wciągania kresek, słuchania muzyki, tańczenia do muzyki, pustych „rozmów”. I to wszystko przy zerowej atrakcyjności wizualnej. Kamera podąża za bohaterką i to wszystko.
Jest to historia kobiety pracującej ze śmieciami po nocy, która postanawia się zemścić na swoich przybranych rodzicach za to, jak jej życie wyglądało do tej pory. Jest znerwicowana, emocjonalna, zachwiana psychicznie. Wiele tutaj zależy od tego, ile widz przyzna jej racji, ale ta agresja jest jedynym, co ma szansę ratować ten film jakkolwiek. Złość nie jest oczyszczająca ani głęboka, po prostu jest. Pod sam koniec filmu.
Aktorów muszę pochwalić. Szczególnie sama odtwórczyni roli Adeli cały czas wyglądała, jakby miała dostać zawału od tego stresu i używek. Małe momenty jedynie oddzielają prawdę od gry aktorskiej – sapanie może było udawane, ale jak podniosła dwa kieliszki z wysiłkiem, to już były wyraźne problemy fizyczne tej kobiety.
Jeden moment zapamiętam. Po nim ludzie zaczęli wychodzić z kina – może dlatego, żeby zdążyć na seans o północy. Może dlatego, że mieli już dosyć oglądania nudy. Ja wysiedziałem do końca i przegapiłem właśnie „Frogmana” o północy. Ech.
Pożeracz dusz ("Le mangeur d'âmes")
czwartek, 8 sierpnia
Całkiem sporo okrucieństwa i samookaleczenia. Film dla fanów takich rzeczy.
Generalnie jest to kryminał z dwoma śledztwami na terenie zamkniętej miejscowości, która zna swoich i nie wychodzi poza ten obszar. Jedna osoba poszukuje zaginionych dzieci, druga prowadzi śledztwo w sprawie dziwnie wyglądających zabójstw.
Przez pierwszą połowę walczyłem ze snem, ale potem absurdy fabularne zaczęły się piętrzyć i musiałem jakoś to spamiętać. Fabuły nie da się traktować poważnie, za dużo tutaj zbiegów okoliczności i rzeczy, które tak zwyczajnie nie mają sensu – ale trzeba oddać, że po półtorej godzinie, gdy wchodzi do akcji sanatorium, to nawet byłem zaintrygowany. Wtedy mają miejsce też najbardziej krwawe widoki samookaleczeń. Nadal jednak film atakuje przede wszystkim naciągnięciami, jak policją niszczącą dowody w imię symboliki oraz dzieci przetrzymywane w klatce, mające przy sobie zapas narkotyków. Dajcie spokój, kończcie już.
Gdyby to była książka, to wystarczająco przyzwoita, aby ją skończyć, jak się już zaczęło. Nic więcej.
Kill
czwartek, 8 sierpnia
Niezłe finiszery, ale poza tym głupiutki film. Śmiałem się z niego, nie z nim.
Jeden z nielicznych filmów na festiwalu, o którym coś wiedziałem przed seansem -i spodziewałem się zapowiadanych ton ekscytującej akcji, a dostałem film bardziej babski niż męski. Zaczynamy w ogóle od sekwencji, gdzie kobieta bohatera zaręcza się z obcym człowiekiem, bo ojciec narzeczonej tak mówi, ale wsiadają w pociąg i tam bohater się oświadcza, ona się zgadza… Na pociąg napadają bandyci. Teraz trzeba bronić swojej kobiety, kiedy ta się zachowuje jak baba.
Nie da się tego filmu brać na poważnie i pewnie nikt nawet tego nie oczekiwał, ale jednak to, co zobaczyłem, było przegięciem. Połowa bandytów nosi pulowery, niektórzy są siwi i są zbyt emerytalni, aby być przeciwnikami w walce – a film tak ich traktuje. Już nie mówiąc o tym, że wizualnie nic nie odróżnia złych od zwykłych pasażerów pociągu. Wiele razy łapałem się na tym, że gdy bohater atakuje kogoś z zaskoczenia, to nie mogę mu zaufać, że bije się z faktycznym agresorem, a nie NPC-em. Na dodatek protagonista myśli na początku, że jest Batmanem i nie zabija żadnego przeciwnika – chociaż tamci zabijają bez problemu. Efekt jest taki, że przez pierwszą połowę oglądamy, jak bije w kółko tych samych ludzi, którzy wstają i tracą przytomność.
Całość ożywa w drugiej połowie, kiedy bohater decyduje się zabijać. Wtedy film pokazuje jedną rzecz, jaką ma do zaoferowania – finiszery, czyli ciosy kończące czyjeś życie. Wtedy seans generuje oklaski i radość ze strony widowni, która widzi wtedy niespodziewane, przerysowane zabójstwa, niezwykle brutalne i gwałtowne, pełne pasji. Wszystko wokół nich jest już nijakie, kończywszy na efektach dźwiękowych brzmiących co do joty identycznie – cios pięścią w twarz, plecy, bark, kopniak; na ucho nie odróżnicie. Większość scen można porównać do sceny w windzie z „Winter Soldier”, zapętlonej przez półtorej godziny. Nic więcej. Wygląda to faktycznie dobrze, ale głównie dlatego, że ogólnie konkurencja współczesnego kina akcji nie spełnia minimalnych standardów. „Raid 2” wyszedł dekadę temu, przypominam, a potem co? „Pamfir” z 2022 roku.
Przemocy nie da się tu traktować wiarygodnie. Dość powiedzieć, że jedną osobę musieli dźgnąć w plecy, w serce, w szyję i jeszcze wyrzucić z jadącego pociągu, żeby widownia miała pewność, że ta osoba na pewno nie żyje. Główny bohater zbierze o wiele więcej ciosów, ale nie wypadnie z pociągu, więc tylko będzie kuleć. Ogólnie nie ma w nim nic z takiego Johna McClaine’a, który potrafił dostać wiarygodny wpierdol, ale być męski i z całych sił utrzymywać się na nogach na koniec. „Kill” tego nie oferuje. Zapadnie w pamięci tylko z powodu głupoty i przesady w pojedynczych momentach. Nie będzie oglądany drugi raz, najwyżej przerobi się go na kompilację finiszerów albo skrót jakiś. Tyle.
Hotel pod poległym alpinistą ("Hukkunud Alpinisti' hotell")
czwartek, 8 sierpnia
Adaptacja powieści Strugackich, którą ktoś w tłumie wychodzącym z sali porównał do „sowieckiego Blade Runnera”, ale miał na myśli tylko tematykę. Wizualnie i czasowo akcja jest umiejscowiona w zwykłym hotelu w górach, który nawet nie jest szczególnie okazały. Komisarz jest tam wezwany, ale na miejscu okazuje się, że nikt go nie wzywał. Powrót nie jest możliwy tego samego dnia, więc zostaje – z przyjemnością. Skorzysta z piwniczki z winami, odpocznie, pozna gości. Pogra w bilard, zje, skorzysta z gościny. Wkrótce jednak jego usługi zawodowe będą potrzebne…
Lokacje są wiarygodnie przyciemnione i typowo sowieckie, jest można w nie uwierzyć, a jednocześnie są one jakieś takie „nie do końca” przyjazne. I człowiek nie wie, czy to ze względu na sowieckość, czy coś innego. Góry, śnieg i ogólnie klimat wypoczynkowy jest w punkt – gdy jeden z gości mówi o tym, że ma gruźlicę i potrzebuje świeżego powietrza, łatwo w tym obiekcie zobaczyć sanatorium, a nie tylko nocleg dla narciarzy. Wielbiciele górskich lokacji będą mieć frajdę z oglądania.
Tematycznie i fabularnie ten niezbyt długi film mógłby w mojej opinii skorzystać na delikatnym chociaż skróceniu. Jest tutaj pewna dynamika, ale jednak i tak nie poznajemy za bardzo któregokolwiek z gości, a śledztwo jest dosyć pokręcone i bardziej filozoficzne. Dobija w każdym razie do punktu, w którym było mi obojętne, czy zagadka będzie jakoś rozwiązana, albo tylko się skończy na tym, że nikt nic nie wie. Obie możliwości były wiarygodne i tak naprawdę nie było to wystarczająco angażująco zrealizowane. W podobnym stopniu obie te wersje by mnie zadowoliły – to powiedziawszy, film podejmuje trochę interesujących zagadnień i widać, że to historia od ludzi, którzy stali za „Stalkerem”. Dobra rzecz, może tylko niewystarczająca ekranizacja.
Exhuma ("Pamyo")
czwartek, 8 sierpnia
Wierzenia szerzej niż normalne, szukanie przyczyn snów oraz stanu zdrowia w przeszłości, losie przodków i tym, jak zostali pogrzebani. Z jednej strony to łatwy zarobek wciskany bogatym ludziom: znaleźć im „dobre” miejsce, gdzie mogą pogrzebać swoich bliskich. Z drugiej: w tym faktycznie coś jest. Bohaterowie dokonują ekshumacji, aby zapewnić zmarłym spokój, którego nie mają i dają temu wyraz. Właśnie dostali zlecenie, o którym rodzina chce mówić jak najmniej. Większa jej część nawet się na to nie zgadza, ale to głowa familii ma decydujący głos. Mówi, że będzie ekshumacja, ale pod jednym wyjątkiem: trumna nie będzie mogła być otwarta.
Dużo tutaj wierzeń i z boku często można mieć wrażenie, że to trochę łatwe rozwiązania, dzięki którym budowane jest napięcie. Na przykład: nie można dokonywać kremacji podczas deszczu. W sumie nie mogę powiedzieć, czy takie wierzenia faktycznie istnieją, to w końcu odległy folklor, z którym stykam się pierwszy raz. Nie jest to slow-burner w żadnym razie, ale staje się lepszy wraz z kolejnymi rozdziałami: intryguje, wciąga, zachęca do wyczekiwania, co się zaraz stanie. I najważniejsze: po seansie była możliwość, że będę wokół widzieć rzeczy, których tam nie ma, wracając ciemnymi ulicami do hotelu.
Te niepokojące elementy są wprowadzane stopniowo i bardzo, bardzo efektywnie. Wręcz wymagane są właściwe warunki do oglądania, bo to będą niewyraźne odbicia w oknach oraz ledwo dostrzegalne osoby w tle na czarno-białej fotografii – ale jaką to robotę robi, jak widz chce się im przyglądać! Wszystko nadnaturalne jest tutaj tak potraktowane: pochylamy się do przodu, żeby lepiej widzieć, aż tu NAGLE! Widzimy więcej, niż byśmy chcieli.
Do tego często deszcze, lasy, mroki nocy. Klimat został zbudowany świetnie, ale poza tym muszę zaznaczyć: fabularne elementy oraz rysy postaci są bliższe takiemu Scooby Doo niż poważnemu horrori dla dorosłych. Podczas oglądania nie przeszkadzało mi to, dopiero po seansie zacząłem to dostrzegać. W niczym mi to nie będzie przeszkadzać, jeśli nadarzy się okazja do kolejnego seansu.
I dodam jeszcze: to jest najlepszy koreański supernatural horror jaki oglądałem od czasu „Lamentu” (2016).
Nieumarli ("Håndtering av udøde")
piątek, 9 sierpnia
Najmniej realistyczny obraz ożywionych trupów, jaki widziałem. Jak spotkacie reżysera, to za scenę z królikiem* skopcie mu dupę ode mnie.
Problem w tym, że film miał być realistyczny, czyli, hehe, wolniejszy od schnącej farby, na którą cały czas ktoś sika. Od pierwszych ujęć film mówi nam, że jest kręcony przez kogoś, kto ma pierwszy raz w życiu kamerę w ręku i jest zachwycony wszystkim, co jest w stanie zarejestrować. Wszystko jest wolne, każdy mówi wolno, między oddechami aktorów można wyjść do łazienki i jeszcze się zdąży, aby zobaczyć wydech. Twórcy po prostu myśleli, że budują w ten sposób medytacyjny klimat, namyślenie się na ekranie, tego typu rzeczy. Nie, kręcą wolny film pełen nierealistycznych zachowań, reakcji, słów, wszystkiego. Jak chcecie zobaczyć realistyczną wersję osoby, która widzi bliską osobę wracającą do życia, to zobaczcie „Pozostawionych” i scenę, gdzie Nora myślała, że jej rodzina wróciła. To był przerażający widok. „Nieumarli” jako dzieło sztuki nie ma pulsu, emocji, życia. To miała być tortura dla każdej postaci i tym samym dla widza. Genialne.
Jak o tym myślę oglądając finał, to jest nie bywałem osiągnięciem, że film nie działa. To przecież ten sam poziom na samograj, co „Ostani brzeg”, gdzie każda z postaci dochodzi do wniosku, że nie umie żyć w takiej sytuacji. Ten film zawiera emerytkę, która popełnia samobójstwo! To powinno poruszać! To powinno robić wrażenie! A ludzie zasypiają i pewnie nikomu przez myśl nie przejdzie „Ostatni brzeg”, chociaż „Nieumarli” też się kończą na łódce pośrodku bezkresnej wody. Jak żyć w takim świecie? Proste, nie włączać tego filmu.
*ja wiem, że pewnie królik przeżył, ale kurwa, coś jest nie tak z tą sceną. Trwała za długo, jakby aktorka nie miała wystarczająco siły, aby go zabić i trzeba jej było drugich rąk. Po drugie było absurdalnie łatwo uratować zwierzę, wystarczyło podważyć kciuki zamiast czekać tyle w milczeniu. Po trzecie – zwierzę miało co najmniej traumę, bo w pewnym momencie sceny na pewno było żywe. Tak czy siak twórcy trzeba skopać dupę, żeby więcej takich scen nie kręcił.