Camerimage 2024

Camerimage 2024

16/11/2024 Blog 0
camerimage 2024

Miejsce na opinie o filmach obejrzanych w ramach festiwalu filmowego Camerimage 2024. Relacja będzie potem.

1. In The Land of Brothers
2. Nie chcemy innej ziemi
3. Tatami
4. Los Frikis
5. Small Things Like That
6. Vermiglio
7. Red Path
…na 22 filmy

Nasienie świętej figi ("The Seed of the Sacred Fig", 2024)

17 listopada

Godzina pierwszorzędnego kina. A potem zaskakujący spadek formy do krainy absurdów.

Część pierwsza: pierwsza godzina filmu.

Ależ to było dobre! I to na tyle sposobów! Zapewne najbardziej imponuje minimalizm i zdolność twórcy do wykorzystania prostych scen. To u samych podstaw jest kino, jak ludzie gadają w samochodzie, przy stole, a potem oglądają filmiki na telefonie. Jednak jaki kontekst wokół tego wszystkiego zbudowano, jakie napięcie, jaka dramaturgia! Kraj Islamski, ojciec rodziny awansuje na ważne stanowisko i reszta musi zacząć pilnować się jeszcze bardziej, żeby być bez skazy: przestrzegać prawa boskiego oraz robić, co przełożony karze, inaczej będą poważne konsekwencje. W ciągu pierwszych 15 minut musiałem sobie przypominać, że to tylko obraz i czułem ulgę, że nie biorę udziału w tych wydarzeniach, że sam nie muszę żyć w takiej niepewności, co bohaterowie. A to wszystko w momencie, gdy wokół wybuchają protesty i zamieszki – lud domaga się zerwania z teokracją, lud jest bity, lud znika. Włączasz smartfona i widzisz przemoc władz wobec ludu. Włączasz telewizję i widzisz program śniadaniowy, nic się nie dzieje. Kobieta umiera na posterunku policji w wyniku pobicia – według smartfonów. Kobieta doznaje wylewu na posterunku i umiera – według wiadomości. Twórcy kilkukrotnie podejmą dialog z ciężką ręką, ale równie często pokażą ten świat w subtelny, wielomówiący sposób. Wiemy, że tam jest źle, ale ten tytuł przypomina o tym z wielką siłą.

A potem ma miejsce…

Część druga: reszta tego trwającego ponad dwie i pół godziny filmu.

Żeby nie napisać wprost i uniknąć spoilerów… Ojciec wraca z pracy i chce naleśniki, ale okazuje się, że nie ma patelni. „No jak to nie ma patelni, przecież była i teraz jej nie ma?”. Dostali ją w prezencie od wujka dawno temu i teraz okażą mu brak szacunku, że jej nie ma, więc jej szukają. No nie ma. Ojcu i potem matce i potem dwóm córkom puszczają nerwy, bo każdy to bierze do serca, że żyje pod jednym dachem z oszustem i złodziejem. I idą do specjalisty, który ich przesłuchuje metodami policyjnymi, wszyscy płaczą, demolują mieszkanie, no patelni nie ma.

Brzmi absurdalnie? Niestety ci, co widzieli już ten film to płaczą ze śmiechu, jak bliskie to jest temu, co faktycznie zaczyna się dziać w filmie. Co to ma wspólnego z tym, co jest w pierwszej godzinie? W zasadzie nic. Co z ranną koleżanką? Nie ważne. Co z protestami? Ustały, teraz szukamy patelni. Nagle film traci jakikolwiek związek z rzeczywistością, jest pełny dziur logicznych, niespójny, zaczynają się zbiegi okoliczności, a głupota między uszami bohaterów dudni.

Ludzie nerwowo śmiali się na sali, ale po cichu. Najlepsze jest to, że jedna z córek faktycznie zabrała tę patelnię. Po co, jak i w jakim celu? Nie wiadomo. Gdzie ukryła? Nie wiadomo. Co się spodziewała, że się stanie? Ojciec jadł te naleśniki codziennie rano. Potem ojciec zabiera rodzinę do domku na wieś, gdzie nagrywa zeznania, zamyka rodzinę w izolatkach, jeszcze jakichś obcych ludzi wiąże na pustej drodze, biegają po jakichś ruinach… Ten film naprawdę nie może się skończyć. Gdy się skończył, ja byłem fizycznie zmęczony i siedziałem jeszcze, żeby odpocząć.

To wszystko jest oczywiście metaforą – do jakiego stopnia władza ma zamiar traktować siłą swoich obywateli? Tutaj jest przecież tylko jeden koniec: i na tym końcu grunt zawala im się pod nogami. Grunt, na którym przed chwilą stała córka i nic nie było, ale jak ojciec stanął, to już się zapadł. Oczywiście, że jak się człowiek uprze, to znajdzie wytłumaczenie dla tej nagłej zmiany, ale nikt mi nie powie, że czuli jakiekolwiek napięcie na końcu, gdy ganiali się po tych ruinach. Ganiali się i ganiali z 10 ostatnich minut. God damn Scooby Doo…

Część pierwsza – 7/10. Z plusem.
Część druga – 3/10? 2/10? To jak najgłupszy, budżetowy thriller z Netfliksa, jaki sobie wymyślicie. I po seansie uznacie, żeby szukać w nim metafory.

Spotkanie z Pol Potem ("Rendez-vous avec Pol Pot", 2024)

17 listopada

Standardowe kino francuskie: twórcom brakuje dojrzałości, żeby podjąć temat.

Zapewne na faktach opowieść o dziennikarzach, którzy polecieli do Kambodży, aby za zgodą reżimu Pol Pota zobaczyć, jak wygląda jego rzeczywistość. I oczywiście to jest udawane pod nich. I oczywiście bohaterowie o tym wiedzą, ale brakuje im dojrzałości – czy raczej twórcom tego filmu – żeby zachować zimną krew czy coś. Zamiast tego siadają, głowę chowają w dłonie i użalają się, że jak to tak, tak nie można, przecież to tylko udawanie… Otoczeni przez ludzi z karabinami krzyczą o ideałach całkowicie nieświadomi – czy raczej twórcy ich kreaują na zbyt głupich, żeby mogli sami sobie zdać z tego sprawę – że są cały czas o krok od bycia zabitymi na miejscu, a odpowiedzialność za to spadnie na KGB albo CIA albo Wietnam. Tak jak cała reszta problemów Pol Pota. To nie jego problem, on nic nie wie. Jeśli ktoś był i go nie ma, to pewnie Wietnam porwał tę osobę albo zabił – tylko po to, żeby zwalić winę na Pol Pota. To jest aż tak proste.

Po prostu czuć, że twórcy musieli być stanowczy tylko raz w życiu: kiedy mama kazała im posprzątać zabawki, a oni powiedzieli nie. I tę energię przenieśli do filmu. A jak pod koniec jedna z postaci zaczęła nawijać, że problem z rewolucją Pol Pota jest brak struktury, to serio zrobiło mi się wstyd. Przed autorami tej produkcji jeszcze długa droga, zanim zasłużą, aby stanąć za kamerą.

Dziewczyna z igłą ("Pigen med nålen", 2024)

17 listopada

Każda decyzja artystyczna tutaj była straszna. Świadomie wycinano humanizm na każdym kroku.

Czarno-biały film o postaci bez osobowości pracującej w fabryce ubrań w końcówce pierwszej Wojny Światowej. Jej mąż od roku nie daje znaków życia, a ona nie płaci za czynsz z powodów, które zostały wycięte z filmu. Film zaczyna się dramatycznie: wyrzucają ją na bruk, bo nie płaci od 14 tygodni. Więc znajduje inne mieszkanie, gdzie sika do wiadra. Przynajmniej coś już wiemy o bohaterce: układ moczowy sprawny, o jej osobowości jednak dowiemy się niewiele, w zasadzie tylko tyle, że jest bezduszna. Sposób budowania dramaturgii utrzyma się przez resztę filmu: będzie jakiś gigantyczny problem, który wyniknie bez żadnego uzasadnienia, a ratunkiem będzie następna scena albo coś równie banalnego: przypadkowe spotkanie lub inny zbieg okoliczności.

Bohaterka spotka się z szefem fabryki, ponieważ tylko z nią miał scenę wspólną, a nie z tysiącami innych pracownic. I zaoferuje jej ramię do wsparcia, gdy usłyszy jej unikatową historię, że nie ma wieści od męża. Absolutnie nikt w tej fabryce nie ma identycznej historii, osobowość bohaterki też nie gra tutaj roli: na tym etapie filmu postać protagonistki nie ma jeszcze osobowości. Ramię oznacza stosunek seksualny w bramie, praktycznie na widoku. Czemu tak? Bo ładnie wygląda w kadrze. To trzeba przyznać: zdjęcia są ładne, do zawieszenia na ścianie, jednak jako środek do stworzenia świata czy opowiedzenia historii nie mają żadnej wartości. Tutaj narrator włącza gigantyczne skoki czasowe: już jesteśmy dwie pory roku do przodu, a chłop na ulicy woła bohaterkę, jak ta wychodzi z fabryki. Ona rozgląda się, ale najwyraźniej ma problemy z wzrokiem, bo nic nie widzi. On dalej woła, ona w końcu dostrzega pojedynczego typa krzyczącego jej imię. Więc go atakuje i przewraca, ponieważ scenariusz tego filmu nie myśli o postaciach jak o ludziach mających umysł i sprawne zmysły – tutaj chodzi po prostu o pokazanie, że ten chłop nosi maskę zakrywającą rany wojenne. Popchnięty przewróci się i ją straci, więc zrozumiemy, co się stało, tak myślał scenarzysta. Później między innymi bohaterka nie będzie słyszeć za sobą nadjeżdżających koni, więc uskoczy i zauważy wtedy plakat z ogłoszeniem, żeby fabuła mogła się wydarzyć. Co prawda wystarczyło po prostu pokazać maskę i to też by wystarczyło, to w końcu film, ale chyba jednak autorzy chcieli pokazać, że protagonistka jest nerwowa, agresywna, niezrównoważona.

Godzinę później ktoś zabije bohaterce przebrane dziecko i ona tylko krzyknie z pytaniem w jej stronę, ale wołanie jej imienia na ulicy, żeby zwrócić jej uwagę? To już woła o fizyczną napaść na tę osobę. To tylko jeden z miliarda kwiatków, jakie się dostrzega, gdy myśli się o tym filmie w całości, a nie jak robili to twórcy: maksymalnie w obrębie danej sceny i koniec.

Chłop krzyczący na ulicy to oczywiście mąż bohaterki, który wrócił wraz z końcem Wojny. Fabuła utrzymuje podobny poziom zaskoczeń i zwrotów akcji do przewidzenia na samym początku – bo chyba nie jest szczególnym osiągnięciem założyć, że mąż wróci po tym, jak żona znajdzie kochanka. I będzie poważnie ranny. Żona bije go na dzień dobry, wpuszcza do mieszkania (nie przyznaje się przed właścicielką, że to jej mąż), a podczas posiłku wygania go z domu i ma nie wracać. Nie chce go widzieć, łamie mu serce, oznajmia swoją ciążę (która wtedy brzmi jak coś, żeby go zranić, a nie prawda) i wyrzuca. W tym momencie czułem, że tylko ja nawiązuję empatię do postaci mężą w tym obrazie. Zraniony na stałe na wojnie, wraca do domu, którego nie ma, żona go zdradziła i jest w ciąży… I to nie jest koniec jego cierpienia w tym obrazie. W tym momencie film mnie stracił. To dopiero 20 minuta i już fabuła znaczy straszny pośpiech, koncentruje się wyłącznie na dramatach, a nie emocjach, plus jest w każdym aspekcie nieświadomy emocji postaci męża i jego strony tej historii. A jego żona dopiero po tej scenie idzie do szefa i zmusza go do ślubu, więc dopiero wtedy układa sobie nowe życie. Spaliła poprzednie dla samego okrucieństwa.

Mógłbym tak komentować cały film, ale na tym poprzestanę. To dopiero 20 minut i już zrobił wszystko źle. Wszystko, co tutaj wymieniłem, będzie się powtarzać, a twórców interesują tylko czyny i okrucieństwo, a nie ludzie. Seans tego obrazu zmusza mnie do osądzania ich na poziomie moralnym i ludzkim, a nie że po prostu zrobili słaby film. Widzę tutaj jakby adaptację książki liczącej tysiąc stron, z której wycięto wszystko poza mięsem, bo uznano, że to nie jest istotne. To musiała być artystyczna decyzja twórców, zabrać z tego obrazu każdy element uzasadniający wulgarność i przemoc, każdy przejaw humanitaryzmu. Oni podjęli decyzję, że jest on zbędny. Zobaczymy tutaj nawet dziecko, które w akcie kaprysu będzie w trakcie zabijania niemowlaka. Dlaczego? Twórcy to w ogóle nie interesuje, to jest według niego zbędne! Bohaterka znajdzie męża w cyrku, gdzie będą się z niego śmiać i ktoś z widowni będzie mógł podejść, wsadzić palec w miejsce po jego oku, pocałować go – żona wyciąga rękę, jak na to reaguje mąż? Co on czuje, co on myśli? Co świadczy, że w ogóle cokolwiek czuje lub myśli, że twórcy widzą w nim coś więcej niż przedmiot? Absolutnie nic. Film jest pozbawiony wszystkiego.

Czysta okropność.

Sugarcane (2024)

17 listopada

Dokument nastawiony nie na historię, ale by pokazać, jak oni żyją pomimo tragedii. Tylko informują o tym widza dopiero na samym końcu.

Indianie mieli przewalone. Zmusili ich, żeby chodzili do szkoły rządzącej przez ludzi religijnych, a ci ich uważali za grzeszników, gwałcili, dzieci rodziły dzieci, dzieci potem wyrzucały te dzieci do kosza, popełniały samobójstwo, uciekały i umierały na wolności np. z powodu wyziębienia. Potworności. Teraz ci, którzy przeżyli i nawet jak zgłaszali, to tylko byli bici za to, więc siedzieli cicho aż do teraz – kiedy to zaczęli szukać sprawiedliwości, kopać doły i próbują znaleźć nieoznaczone groby.

Tylko nic z tego nie wyjdzie oczywiście. Księża powiedzą „potworność” i cześć. O samej historii też niewiele się dowiemy. Bo nie taki był cel dokumentu – te wszystkie ujęcia, jak się myją w rzece, łowią ryby, obchodzą urodziny, żyją? O tym był ten dokument. O tym jak żyją pomimo takiej przeszłości. Osobiście bym się tego nie domyślił, gdyby nie napis na końcu.

Here. Poza czasem (2024)

17 listopada

Koncept interesujący, ale Zemeckis nie jest szczególnie głębokim twórcą. Grunt, że dodał dinozaury.

Jeden kadr na przestrzeni wszystkich lat aż do teraźniejszości – kiedyś w tym miejscu były dinozaury, Indianie, rodzina Bena Franklina, inni ludzie budowali dom, my w nim mieszkamy, po nas będą tu mieszkać murzyni. Interesujący koncept, przyznaję. Wszystko dzieje się naraz: skaczemy między okresami czasowymi, wtacamy do nich, a scenariusz jest niczym napisany dla początkującego stand-up’era gadającego one-linery. Minuta tu, minuta tu i jakoś ten czas leci. Są większe wątki, w tym losy rodziny, która tutaj spędzi kilka pokoleń, ale będziemy im towarzyszyć tylko przy większych momentach, jak święta, śmierć, śmierć, ślub, śmierć i śmierć i rozstanie. Szybko robi się sztuczne, że akurat w tym miejscu to wszystko się działo, a nie w pokoju obok chociaż. Podobnie jak brak głębi – oglądamy jeden pokój, ale tak naprawdę wszyscy podchodzą do kamery i tam robią większość rzeczy. Zresztą nawet jak coś się dzieje, to nikt nie kieruje naszej uwagi od pierwszego planu na kolejny, większość tego nie widzi lub nie zauważy.

Gdzieś w połowie film wystarcza. Zobaczyliśmy wszystko i nie byłem zainteresowany ciągiem dalszym – mogłem śmiało założyć, gdzie to zmierza i nie byłem tym zainteresowany. Film to potwierdził. Twórcy nie wykorzystują tego wyjątkowego, wizualnego doświadczenia, żeby coś nim osiągnąć. Ot, że czas mija. Albo że nasze doświadczenia podzielają ludzie z przeszłości, ale to nadal nasze emocje i nadal je czujemy. Strata czy nowy początek jest wieczny. Najwięcej tutaj komentarza do amerykańskiego życia, jak dom stawał się coraz większym luksusem, na który coraz mniej było ich stać, jak ekonomia w tle się zmieniała. Zemeckis dokonał tutaj osiągnięcia technicznego, ale nie będzie zapamiętany jako więcej niż ciekawostka.

PS. Pomyślałem, że to byłoby lepsze jako komiks. I okazuje się, że to adaptacja komiksu.

Emilia Pérez (2024)

18 listopada

Widziałem odcinki seriali, gdzie postanowili zrobić jednorazowo musical, które lepiej rozumiały musicalowość niż ten film.

Nie jestem fanem kręcenia tańca od ramion w górę. Nie jestem fanem sytuacji, w której muzyka nie łączy się z tematem/motywem/kluczem piosenki. Nie jestem fanem sytuacji, w której przypadkowość rządzi tym, co jest śpiewane, a co nie – i co się wtedy dzieje. Nie jestem fanem sytuacji, w której postać przechodząca w śpiew wywołuje więcej śmieszności niż inspiracji i zachwytu magią kina. To wszystko jest w „Emilii Perez”. Wolałem słuchać muzyki poza filmem. Film w zasadzie szkodzi muzyce, jak już rozumiem o czym śpiewają i wiem, co próbowali im dodać wizualnie. Momentami było nawet fajnie – i energia i taniec – ale mogło być dużo, dużo lepiej.

Sam film nie ma sensu na poziomie postaci oraz fabuły. Chłop rządzący kartelem angażuje losową panią prawnik, żeby zorganizowała mu operację płci. I to robi, dzięki czemu on zmienia życie, tzn. wrogowie biorą go za martwego. Koniec filmu w 10 minucie, więc teraz mija parę lat i mafioz z panią adwokat znowu się spotykają, przez przypadek – więc on/a wpada na pomysł, żeby adwokat ściągnęła mu jego dzieci. Z jakiegoś powodu nie powiedział swojej rodzinie, co ma zamiar odwalić. Dwie minuty i po sprawie, rodzina jest u niego i nie wiedzą, że to papa po zmianie płci. Myślą, że to bogata ciocia pachnąca jak papa. Koniec filmu, 12 minuta, ale no jeszcze dwie godziny przed nami, więc mafioz wymyśli sobie dbanie o zwykłych ludzi w rodzinnych stronach. No i to zrobi, bez żadnych trudności czy wymagań. Świat uratowany, ale no, jego była żona chce chłopa i znajduje chłopa, chce nowe życie z dziećmi, mafioz się denerwuje, ona się denerwuje, porywa go i żąda okupu i się strzelają i ja już nie mam pojęcia, o czym ten film jest. On od ostatniej godziny trwa, bo się zaczął i nie skończył.

Zapewne popularną teorią jest, że to film o tym, jak zmienia się człowiek po zmianie płci. Sam film temu przeczy, bo chłop nie zmienił się po zmianie płci – siedział cicho przez parę lat. Ten monolog Zoe Saldany był tylko po to, żeby przekonać doktora do wykonania roboty, bo chciała zarobić – tutaj muszę oddać, to uczciwa metafora całego zamieszania wokół zmian płci. To może coś o aktywacji kobiecej strony? Cóż, inne faktyczne kobiety nie są takie, jak chłop po staniu się kobietą. Najprawdopodobniej jest to film o tym, że jak się siedzi w centrum piekła, jakim są wojny karteli, to człowiek walczy tylko o przetrwanie – jak z tego ucieknie, to nabierze perspektywy i wróci do niego człowieczeństwo. Ale co do tego ma druga połowa filmu, to nawet ja nie wiem.

Oglądanie męczy. Słuchanie płyty jest fajniejsze.

Dear Beautiful Beloved (2024)

18 listopada

Ewakuacja starców przed wojną oraz transport ciał żołnierzy do domu. Ludzie płakali, tak.

Takie produkcje ciężko mi oceniać w miarę przydatnie. Widzicie, to film o wojnie na Ukrainie, jak ewakuują z mieszkań starszych ludzi nie dających rady sami ich opuścić. Pociągami jadą do pensjonatów, gdzie leżą i czekają na dalszy transport, do miejsc stałego pobytu. Z drugiej strony jest transport ciał, przygotowanie ich na pokaz przed rodziną i powrót do nich.

Wszyscy poza mną chyba czuli wzruszenie na widok ciężkiego życia tych ludzi, jak puste ono jest, przygnębiające, a na koniec śmierć, cierpienie, rodzice chowają własne dzieci i wnuki. Przykre, ale znam to z życia, mam na to zupełnie inną reakcję. Ja raczej pytam: czemu tylko te dwa elementy? Czemu tylko im się twórcy przyglądają, czemu idą w emocje, czy to dobrze o nich świadczy? O tym nie da się powiedzieć nic nowego, nie da się tego pokazać w nowy sposób. A przynajmniej twórcy nie próbują.

Zapamiętam widok, jak wracali z ciałem, a ludzie wzdłuż drogi klękali. Była w tym siła.

Münter & Kandinsky – the Blue Rider (2024)

18 listopada

Produkcja telewizyjna. Mało sama zainteresowana biografią tych ludzi, bardziej ich płcią.

Jeśli nazwiska nic tobie nie mówią – zapewne tak jest, oceniam po sobie – są to malarze z Niemiec na początku XX wieku oraz ich burzliwej historii, w której jeden był mistrzem, profesorem i nauczycielem, a druga uczennicą z aspiracjami. Rozpoczął się między nimi romans, chociaż chłop miał już żonę, co było tylko wstępem do ich doświadczeń ze sztuką, która wzbudzi szereg wulgarnych reakcji. Bo będą malować abstrakcję.

To typowa produkcja telewizyjna, tylko użyto lepszej kamery, ktoś odpowiadał za korekcję barw, nasycił trochę ten obraz, ktoś nawet napisał trochę muzyki. Poza tym poziom jest niewyróżniający się – nikt podczas seansu nie będzie mieć wrażenia, że ogląda XX wiek, Niemcy czy później Niemcy z okresu 2 wojny światowej. Film jako taki nie jest interesujący, naprawdę nie widać uczucia między bohaterami, nie dowiadujemy się o nich zbyt wiele. Duża zasługa zapewne samych twórców, którzy sami nie są zainteresowani ludźmi, o których kręcą – istotna jest tylko ich płeć, a to jest już wystarczającym kluczem do interpretacji ich relacji oraz tożsamości. To film o wykorzystywaniu kobiet i nie traktowaniu ich poważnie, koniec, kropka. Oglądanie do końca jest wyczerpujące fizycznie i nigdy nie robi się interesujące.

Pedro Páramo (2024)

18 listopada

Jest w tym cień „Stu lat samotności”, ale nie udało się zrobić z tego doświadczenia.

Chłop wraca w strony, gdzie żył jego ojciec, żeby wypełnić wolę matki. Znajduje martwe miasto, gdzie nikt od dawna nie mieszka, ale w gospodzie ktoś na niego czeka. Ktoś, kto zaczyna opowieść. A sam film chyba wierzy, że widz jeszcze się nie zorientował, że ogląda duchy. Widz to doskonale wie, panie reżyserze.

Pewnie byłby tutaj potencjał na coś w stylu „Sanatorium pod klepsydrą”, tylko zabrakło zaangażowania widza. Wszystko od początku jest obojętne, bo czułem, że wiem, gdzie to zmierza. I nie myliłem się, rozpoznawałem te zagrywki narracyjne, słyszałem je wiele razy. Film ma w sobie trochę własnej poezji, ma też pewne chwile wskazujące, co chciał – lub mógł, to adaptacja literatury – osiągnąć, ale otrzymaliśmy tylko film, gdzie jedna scena prowadzi do następnej, a twórcy próbują przekonać widza, że jest w tym więcej emocji niż faktycznie czujemy. Całkiem udany seans sam w sobie, bardzo ładny wizualnie, ale nic więcej.

Agent szczęścia ("Agent of Happiness", 2024)

19 listopada

Typowy dokument, z którym twórcy nie wiedzą, co zrobić. Może widz będzie mieć pomysł?

Gdybym nie wiedział, że oglądam dokument, to bym zakładał, że oglądam jakąś dziwną wariację podobną do ankiety z serialu „Pozostawieni”, gdzie rząd faktycznie wysyłał do ludzi pracownika z listą pytań, mających ocenić ich autentyczność. Jednak najwyraźniej rząd Bhutanu faktycznie wymyślił sobie algorytm na obliczenie bycia szczęśliwym i ludzie łazili i to obliczali. Wynika z tego niezła komedia – sala się śmiała np. podczas pytań o to, ile posiada się krów albo traktorów, jakby to miało związek z poczuciem szczęścia. Obok jednak poznajemy nieco ludzi na ekranie, że opiekują się rodziną, że nie mają nikogo bliskiego i tak dalej. Czy coś z tego wynika? Nie mam pojęcia, naprawdę. Widać, że twórcy poszli w ślad za tropem, ale efekt nie dał im żadnej odpowiedzi. Zmontowali to do kupy, znaleźli w tym humor i chyba szczerze liczą, że oglądający coś tutaj znajdzie. Ładny to dokument, estetycznie jest przyjemny dla oka, jesteśmy blisko tych ludzi i ich zwykłego życia, gdzie dach nad głową jest czymś, co wystarcza. Może komuś to da ważną perspektywą na jego życie.

Tatami (2023)

19 listopada

Udane połączenie kina sportowego oraz Irańskiej polityki. Angażuje i pozwala się przeżyć.

Leila właśnie przybyła na mistrzostwa w judo. Przedstawia Iran podczas wyjazdu za granicę, jest z trenerką i resztą zawodniczek, ma szansę zajść naprawdę wysoko. I gdy jest szczęśliwa z pierwszej wygranej w tabeli, to słyszymy telefon: Leila ma się wycofać z zawodu, symulować, kłamać, wszystko jedno. Jest szansa, że w finale by się spotkała z zawodniczką z Izraela, a tego Iran nie chce. Leila jednak nie ma zamiaru się wycofać. Zaczyna się wyścig z czasem, prowadzony niemal w czasie rzeczywistym – Iran widzi nieposłuszeństwo i zaczyna działać, Leila robi wszystko, by wygrać. Czy da radę dojść do finału, zanim państwo Islamskie ją zapierdoli?

To stwarza intersujący kontekst sportowy. Teraz grają nie tylko o wygraną, są tutaj dodatkowe czynniki, również w głowie bohaterki – i wszystko to czujemy, rozumiemy. Czarno-białe zdjęcia są intensywne, ale też dają radę pokazać bladość na twarzy bohaterki, gdy ta panikuje i nie wie, co powinna zrobić. Napisy prezentujące nazwiska zawodników podczas starć wyglądają, jakbyśmy oglądali coś, co wydarzyło się naprawdę, jakby to był film biograficzny. Ostatecznie: ogląda się naprawdę dobrze.

Tylko no, znowu osoby z Iranu albo innego tego typu reżimu są zaskoczone, że żyją w reżimie. Jak słyszą rozkaz, to mają go wypełnić, ale nie, one się stawiają i są bardzo zaskoczeni, że wtedy zamiast: „No jak nie, to nie, nie było sprawy”, to słyszą: „Kurwa, rób to albo pożałujesz”. I od słów przechodzą do czynów. Tak jest w tym filmie: ktoś inny ponosi konsekwencje. W sumie film sam o tym zapomina, bo akurat bohaterka wychodzi bez większego szwanku, nic jej się nie stało. Nawet jej dziecko przeżyło. O reszcie rodziny nic nie wiemy. Słaby ten Iran jednak. Liczyłem, że jakiś snajper ich zabije rok później albo inny skrytobójca „przekaże pozdrowienia”, ale nic takiego nie było. Właśnie: ciężko jednak uwierzyć, że organizacja odpowiedzialna za judo miała takie wtyki i możliwości. Ja rozumiem, że by nie pozwolili jej potem jechać na olimpiadę albo ograniczyli fundusze na rozwój, ale żeby torturować rodzinę zawodniczki? I wysyłać jej masę dowodów na telefon, żeby cały świat zobaczył? Ciężko to kupić.

Viktor (2024)