Billy Wilder
Jego rodzice chcieli, żeby przejął po nich sklep. On sam chciał być prawnikiem. Z Polski przeniósł się do Wiednia, tam został dziennikarzem. Z Wiednia do Berlina, tam został scenarzystą. Z Berlina do Paryża, gdzie wyreżyserował swój pierwszy film. Z Paryża do Los Angeles, tam sprawił, by Greta Garbo się śmiała. Oto Billy Wilder i przegląd jego filmowej twórczości.
Złe nasienie ("Bad Blood", 1934)
Major i mała ("The Major and the Minor", 1942)
Susan Applegate spróbowała szczęścia w Nowym Jorku – wyjechała tam z małej miejscowości i robiła, co mogła, ale ma dosyć spojrzeń, sugestii i wykorzystywania, więc wraca do domu. Ze Stevenson, Iowa bilet na pociąg kosztował 27,50$, ale w drugą stronę 32,50. Ceny wzrosły, a bohaterka nie ma więcej pieniędzy. Postanawia więc udawać malutką dziewczynkę, aby zaoszczędzić na bilecie. Oczywiście, że doprowadzi ją to niespotykanych wydarzeń oraz poznania ludzi, którzy odmienią jej życie. Fajnie tak wrócić do czasów, gdy fabuły w komediach były zabawne.
To jeden z tych obrazów, które robią wrażenie zarówno od strony widza jak i scenarzysty podziwiającego kunszt autorów. Widz zastanawia się: jak bohaterka wybrnie z tej sytuacji?, a scenarzysta: jak twórcy wybrną z tej sytuacji, dając satysfakcjonujące zakończenie? Jesteśmy w rękach Billy’ego Wildera i Charlesa Bracketta, więc pozostaje nam tylko dobrze się bawić. Czy jest masa inteligentnych i zabawnych dialogów? Tak. Masa postaci, których chciałoby się oglądać jeszcze więcej? Oczywiście, szczególnie piętnastoletnia Marii Curie. Czy dostajemy jedną scenę za drugą wypełnioną dotykiem Lubitscha? A jak. Ciężko mówić, aby były tu jakieś zaskoczenia w szerokim tego słowa znaczeniu, ale jednak obserwacja drogi do znajomego finału bawi niezmiernie. Jak na dworcu przekonała obcego człowieka, by kupił jej bilet, albo jak zakręciła przy telefonach, aby pomóc Lucy Hill… Ten film jest żywy i cały czas kombinuje, kombinuje i to jest piękne. Jednocześnie z zaskakującą prostotą podchodzi do romansu między dorosłym mężczyzną oraz kobietą, która udaje nieletnią. Zamiast „Liar Revealed” idziemy w stronę: trzeba zaakceptować baby takimi, jakie są.
Odbiór filmu zmienia się w kontekście, gdy go oglądamy. Nie w znaczący sposób, ale jednak – lata po premierze widownia miała skojarzenia z „Lolitą”, dzisiaj można zakładać, że już w 1942 roku Billy Wilder zaczął się śmiać z pedofilskich skłonności Hollywood i tak zakręcił widownią, aby ta chciała, aby dorosły chłop wyznał miłość dwunastolatce. Nie ma w tym nic złego, prawda? A nóż widelec się okaże, że ona tylko udaje dwunastolatkę i tak naprawdę ma (1942-1911) lat. Parę lat wstecz w końcu był zalew dziewczynek, które jeszcze nie wchodzą w okres nastoletni, a już malują się i w ten sposób wyglądają… Dorodniej. Ponoć sama Ginger Rogers wiele lat wcześniej jeździła z matką pociągiem i udawała dziecko przytulając dużą lalkę, aby jeździć w cenie tańszego biletu. Owa matka pojawiła się w filmie w roli matki protagonistki granej przez panią Rogers. A parę lat później zrealizowali remake z odwróconymi płciami – to chłop uciekając przed prawem udaje dwunastoletniego chłopca, a kobieta się w nim zakochuje (w tej roli Diana Lynn, która u Wildera zagrała piętnastolatnią Marii Curie). Całość zresztą oparto o sztukę teatralną z lat 20.
Dobrze wrócić do niewinnych czasów, gdzie nieporozumienia były tylko tym. I stały na drodze do prawdziwej miłości.
Obecnie Billy Wilder znajduje się w moim rankingu reżyserów na miejscu #3
Top
4. Pół żartem, pół serio
8. Pięć grobów na drodze do Kairu
9. Raz, dwa, trzy
10. Major i mała
+ Młyny śmierci (?)
Wyróżnienia
1961 – scenariusz roku*, wygrana („Raz, dwa, trzy”)
1960 – reżyser i scenariusz roku*, wygrana („Garsoniera”)
1951 – reżyser i scenariusz** roku, wygrana („As w potrzasku”)
1950 – reżyser i scenariusz*** roku, wygrana („Bulwar Zachodzącego Słońca”)
1945 – reżyser i scenariusz**** roku, wygrana („Stracony weekend”)
1944 – reżyser roku, wygrana („Podwójne ubezpieczenie”)
* I.A.L. Diamond jako współautor
** Walter Newman & Lesser Samuels jako współautorzy
*** Charles Brackett & D.M. Marshman Jr. jako współautorzy
**** Charles Brackett jako współautor
Ważne daty
Pięć grobów na drodze do Kairu ("Five Graves to Cairo", 1943)
Brytyjski żołnierz ostatkiem sił znajduje na pustyni zniszczony przez wojnę hotel, który chwilę potem staje się bazą dla wojsk niemieckich. Przyjmuje więc personalia byłego kelnera, który okazuje się, że był szpiegiem na rzecz Niemców. Do tego jego potencjalni sprzymierzeńcy mają inne zamiary wobec wroga: chcą się z nim dogadać. Inni chcą tylko przetrwać. Jeszcze inni chcą wykorzystać okazję, jaką jest posiadanie podwójnego szpiega.
Trochę to zakręcone niczym w komedii pomyłek, a nie poważnym dramacie wojennym, ale jednak seans oswaja z tym wszystkim. Scenariusze na tym poziomie są wciąż wyjątkiem od reguły, czyli opowiadania scena za sceną aż do końca – Charles Brackett i Billy Wilder tworzą należycie: kreują wątki drugoplanowe, które mają związek z tematem przewodnik. Mają set-up i mają pay-off. Jest to trochę fikcyjne, ale też pozwala mieć poczucie, że obcuje się ze sztuką. Sztuką opowiadającą o wojnie i obowiązku jednostki, wychodząc jednocześnie obronną ręką z podejrzeń o bycie propagandą – tutaj zamiast zachęty do umierania za sprawę jest przypomnienie o szerszej perspektywie: jedni umierają, aby drudzy mogli żyć. I na przykład: pomścić tych, którzy oddali swoje życie.
Jak dobrze, że finał pasuje do tego wszystkiego. Pomimo screwballowej intrygi i masy lekkości w poszczególnych momentach. Nawet Erich von Stroheim w roli Niemieckiego Feldmarszałka nie da się traktować do końca na poważnie, chociaż jest groźny i ma się pewność, że strzeliłby komuś w łeb za jedno niewłaściwe słowo. Jednocześnie jednak jak mu podawali kawę do łóżka, to wydawał się taki… Potulny. Brackett, Wilder, Stroheim – doskonała robota. Plus: jedna z najlepszych scen akcji, jeśli chodzi o statyczne, czarno-białe zdjęcia i posługiwanie się światło-cieniem oraz dźwiękiem. Szczególnie: dźwiękiem otoczenia. Każde ujęcie oddzielnie zostało rewelacyjnie wykonane na poziomie choreografii i połączone trzymało w napięciu, jednocześnie robiło wrażenie wizualnie.
Dali radę.
Podwójne ubezpieczenie ("Double Indemnity", 1944)
Noir pełne pasji. Aż do samego końca.
Tytułowa klauzula oznacza w biznesie ubezpieczeniowym sytuację, w której denat wcześniej ubezpieczony od śmierci dostaje podwójne „wynagrodzenie”. A raczej jego bliscy dostają. Na ten przykład – wdowa. Bohaterem filmu jest właśnie agent ubezpieczeniowy, Walter Neff, który po nocy opowiada przyjacielowi, jak to spotkał famme fatale, dla której zdecydował się popełnić morderstwo i zgarnąć podwójne ubezpieczenie. Od początku wiemy, jaki będzie koniec, że to się nie uda. Nie będzie pieniędzy ani kobiety, tylko krew na rękach, utrata przyjaciela i niewiele więcej.
Ten zabieg działa przede wszystkim dzięki pasji, z jaką napisany oraz opowiedziany jest ten film. Może to wydawać się nam niezrozumiałe lub naiwne, że ktoś decyduje się na morderstwo dla kobiety, którą ledwo zna, ale gdy w grę wchodzi pasja – możemy w to uwierzyć. To opowieść pełna namiętności, bliskości z drugim człowiekiem, ryzyka, zdrady, zawiedzionych nadziei i napięcia w bezruchu, bo w każdej chwili przecież może pójść coś nie tak, może się wszystko wydać, a bohaterowie nic z tym nie mogą zrobić, tylko czekać.
Scenariusz zasługuje na pochwały z wielu powodów – jest napisany wyraźnie jako całość, przemyślany od pierwszej do ostatniej strony, z mnóstwem rewelacyjnych dialogów i napięciem, które nie pozwala bohaterom się rozluźnić, stopniowo nawarstwiając różne wątki – ale jeden jest najważniejszy. Mianowicie po latach znowu byłem zaskoczony, w jaki sposób Keyes, przyjaciel Waltera zaczął podejrzewać, że coś jest nie tak w tej sprawie. Mistrzostwo!
Kwintesencja gatunku. Tylko tyle i aż tyle. Famma fatale, intryga, utracona nadzieja, samotność – i stawianie czoła temu wszystkiemu w twardy sposób przez wysokich mężczyzn w garniturach, którzy upadną w swoim życiu tylko raz. I to będzie ich ostatni.
– Mr. Neff, why don’t you drop by tomorrow evening around 8:30? He’ll be in then.
– Who?
– My husband. You were anxious to talk to him, weren’t you?
– Yeah, I was, but I’m sort of getting over the idea… if you know what I mean.
– There’s a speed limit in this state, Mr. Neff. 45 miles an hour.
– How fast was I going, officer?
– I’d say around 90.
– Suppose you get down off your motorcycle and give me a ticket.
– Suppose I let you off with a warning this time.
– Suppose it doesn’t take.
– Suppose I have to whack you over the knuckles.
– Suppose I bust out crying and put my head on your shoulder.
– Suppose you try putting it on my husband’s shoulder.
– That tears it. 8:30 tomorrow evening then.
– You know why you couldn’t figure this one, Keyes? I’ll tell you. Because the guy you were looking for was too close. He was right across the desk from you.
– Closer than that, Walter.
– I love you, too.
Młyny śmierci ("Death Mills", 1945)
Krótki metraż, którego autorstwo jest przypisywane Billemu Wilderowi, ale to nie jest łatwe do ustalenia. Masa ludzi nagrywała ten materiał na potrzeby wielu krajów i ostatecznie powstało wiele wersji – same Młyny… są ponoć częścią czegoś, co zostało zostawione, zapomniane i dopiero w 2014 roku dokończone jako German Concentration Camps Factual Survey. To przynajmniej wyjaśnia absurdalność samych zamiarów zmieszczenia w ciągu zaledwie 20 minut całego okrucieństwa, jakie dokonali Niemcy w obszarze obozów koncentracyjnych. Inna sprawa, że im się to udało.
Do tych „Niemiec” jeszcze wrócę. Po kolei:
Zaczynamy od widoku uśmiechniętych ludzi w pasiakach uwolnionych z obozów. Miły widok, tego jeszcze nie widziałem. Wcześniej jeszcze był pochód Niemców niosących 11 tysięcy krzyży na groby 11 tysięcy zabitych. Nie widzimy może wszystkich 11 tysięcy, ale widzimy spory tłum niosący krzyże, pochylone głowy, wstyd. A potem, po krótkim wstępie wyjaśniającym metodę, przechodzimy do pokazania ciał i suchego wymieniania, jak ich zabito. Śmierć i tragedia jako statystyka, ale te ujęcia martwych ludzi, ich wyniszczonych ciał, ich wyrazy twarzy – czułem się, jakby ten widok na nowo uświadamiał okrucieństwo tego, co Niemcy zrobili. Nie ma w tym turpizmu czy czegoś, to czysty dokument. I pokazuje okrucieństwo z dokumentalnym, zimnym wyrazem twarzy. Kontekstu historycznego nie umiem sobie nawet wyobrazić – większość ludzi odkrywa na miejscu i widzi na własne oczy, co tam się działo przez ostatnie lata. Nagrywają materiał filmowy i część planują wykorzystać do celów propagandowych – ten dokument oryginalnie miał być pokazywany wyłącznie w Niemczech. Wiecie: do edukacji. Billy Wilder odpowiadał – jeśli już w ogóle – za wersję Amerykańską. Na początku jest informacja, że nie wolno publikować tego nagrania bez wiedzy i zgody Departamentu Wojny. Osobiście czuję się, jakbym oglądał prawdziwie zakazany materiał, zbyt okrutny do pokazywania publicznie w jakiejkolwiek formie. Dekadę później Alan Resneis przecież wywoła większe wrażenie Nocą i mgłą, chociaż… Cóż: nie chcę pisać, że nie zbliżył się do brutalności Młynów…, bo tego nie da się zmierzyć. Wracam jedynie do tej myśli: jakie wrażenie to musiałoby robić na ludziach, jeśli by to zobaczyli w dniu premiery?
I kolejny powrót: do „Niemiec”. Z jednej strony to odświeżający dokument: czy to uśmiechnięci w pasiakach, czy też mówienie o śmierci LUDZI. Nie poszczególnych narodowości, bo to nie jest istotne. 20 milionów ludzi zginęło i nikt jeszcze nie kłóci się, który naród dostał w dupę bardziej. Ludzkość dostała w dupę, więcej nie trzeba mówić. Ten krótki seans zamyka jednak oskarżenie regularnych Niemców za przyzwolenie na to wszystko. Przywołany jest materiał wideo, jak tłumy wiwatują, z przebitką na wspomnianych ludzi niosących krzyże. Narrator upomina: nie wolno nam zapomnieć o winie tych ludzi. To czyni z tego tytułu propagandę, podającą od razu gotowe wnioski widzowi upraszczając rzeczywistość (mordercami byli w końcu ludzie z wielu narodowości, nie tylko Niemców). Z drugiej strony dzisiaj jest to jednak odświeżające. Zamiast mówienia o Nazistach i cackaniu się, okazywaniu wyrozumiałości, że „oczywiście, musieliście wtedy na to przyzwalać, inaczej sami byście umarli”, to dostajemy zdrową porcję wkurwienia i oskarżenia prosto w twarz, w którym jest aż za dużo prawdy.
Bulwar zachodzącego słońca (1950)
Dramat o kinie, które odeszło, a wraz z nim niemal wszystko. Joe Gillis to scenarzysta, któremu nie udało się sprzedać najnowszego tekstu. Poprzednie nie przyniosły mu wiele, a do drzwi pukają ludzie chcący odebrać dług. To mógłby być właściwy moment, by wrócić do swojego miasteczka i pracy dziennikarza – gdyby samochód się nie zepsuł przed wielkim, starym domem, najwyraźniej nieużywanym od dawna… Opuszczonym? Jego dusza na pewno stad odeszła, ale w drzwiach pojawia się kamerdyner, zapraszając bohatera do środka.
Tak w życiu Gillisa pojawia się Norma Desmond, dawna gwiazda kina niemego, która chce wrócić na ekrany – a w bohaterze dostrzega kogoś, kto mógłby jej w tym pomóc.
Każda z tych postaci mogłaby mieć własny film – zarówno pisarzyna łapiący się ostatniej szansy na karierę w Hollywood, jak i ponury służący, z mrocznym echem przeszłości w oczach, oraz dawna gwiazda kina niechcąca zaakceptować rzeczywistości. Ale oni razem znaleźli się w tym filmie, mało tego – pojawi się tu nawet więcej postaci. Koniec końców Wilder nie stracił z oczu tematu całości. To od początku do końca konkretna historia, w której było jasne, co jest pierwszo-, a co drugoplanowe.
Istotna jest tu bezpośredniość i szerokie podejście do tematu, które właściwie je wyczerpuje. Poruszany jest tu każdy aspekt sprawy, z każdego możliwego punktu widzenia. Nic nie pominięto, od początku do końca trzymając widza bardzo nisko przy ziemi. Gdy bohater zobaczy Normę Desmond, nie zastanawia się. Wystarczyło jedno spojrzenie na nią i jej dom, by wiedzieć, kim jest i jak bardzo zniszczyła sobie życie, jak bardzo jest oderwana od rzeczywistości i nie ma zamiaru wrócić do żywych – tak jak Joe nie ma zamiaru tego stanu rzeczy zmienić. To jest podawane od razu na wstępie, by przez resztę kontynuować wszystko, co się zaczęło. Bez litości wobec prawdy i rzeczywistości. I bardzo dobrze. Ale jak na Hollywood przystało, będzie happy ending.
Zakończenie jest jednym z najlepszych, jakie w życiu widziałem. Zaczyna się otworzeniem zupełnie nowej fabuły, kontynuując wprawdzie cały film, ale jednak mogłaby to być zupełnie oddzielna opowieść. Tu mógłby nawet zacząć się cały film! Od razu czułem ten bagaż i wiedziałem, że to trzeba opowiedzieć do końca. Niczego nie zostawić, tego wymaga historia. Tego wymagają bohaterowie. Skoro jednak tu twórcy zajrzeli, muszą to zrobić. Mogli zakończyć chwilę wcześniej, i nikt by nie miał do nich żalu, nikomu by niczego nie brakowało. Ale tutaj zrobiony zostaje ten jeden krok, to jedno zajrzenie przez okno, i trzeba kręcić dalej. Dowód geniuszu – zamykają tę historię w kilku minutach. Coś jak najdoskonalsza krótkometrażówka, jaką kiedykolwiek oglądaliście, wiele emocji i historii zamknięte na tak małej ilości taśmy, że to wydaje się niemożliwe. Tak naprawdę to cały ładunek tego filmu skoncentrowano jeszcze raz, by przyłożyć widzowi ponownie. Ale gdyby nie wcześniejsze 2 godziny filmu, widz by tego nie zrozumiał, gdyby zakończenie funkcjonowało oddzielnie. A sam film nie wywarłby aż tak mocnego wrażenia bez tak wielkiego zakończenia. Film potrzebował zakończenia. Zakończenie potrzebowało filmu. Wszystko jest tak, jak powinno.