Billy Wilder
Jego rodzice chcieli, żeby przejął po nich sklep. On sam chciał być prawnikiem. Z Polski przeniósł się do Wiednia, tam został dziennikarzem. Z Wiednia do Berlina, tam został scenarzystą. Z Berlina do Paryża, gdzie wyreżyserował swój pierwszy film. Z Paryża do Los Angeles, tam sprawił, by Greta Garbo się śmiała. Oto Billy Wilder i przegląd jego filmowej twórczości.
Złe nasienie ("Bad Blood", 1934)
Major i mała ("The Major and the Minor", 1942)
Susan Applegate spróbowała szczęścia w Nowym Jorku – wyjechała tam z małej miejscowości i robiła, co mogła, ale ma dosyć spojrzeń, sugestii i wykorzystywania, więc wraca do domu. Ze Stevenson, Iowa bilet na pociąg kosztował 27,50$, ale w drugą stronę 32,50. Ceny wzrosły, a bohaterka nie ma więcej pieniędzy. Postanawia więc udawać malutką dziewczynkę, aby zaoszczędzić na bilecie. Oczywiście, że doprowadzi ją to niespotykanych wydarzeń oraz poznania ludzi, którzy odmienią jej życie. Fajnie tak wrócić do czasów, gdy fabuły w komediach były zabawne.
To jeden z tych obrazów, które robią wrażenie zarówno od strony widza jak i scenarzysty podziwiającego kunszt autorów. Widz zastanawia się: jak bohaterka wybrnie z tej sytuacji?, a scenarzysta: jak twórcy wybrną z tej sytuacji, dając satysfakcjonujące zakończenie? Jesteśmy w rękach Billy’ego Wildera i Charlesa Bracketta, więc pozostaje nam tylko dobrze się bawić. Czy jest masa inteligentnych i zabawnych dialogów? Tak. Masa postaci, których chciałoby się oglądać jeszcze więcej? Oczywiście, szczególnie piętnastoletnia Marii Curie. Czy dostajemy jedną scenę za drugą wypełnioną dotykiem Lubitscha? A jak. Ciężko mówić, aby były tu jakieś zaskoczenia w szerokim tego słowa znaczeniu, ale jednak obserwacja drogi do znajomego finału bawi niezmiernie. Jak na dworcu przekonała obcego człowieka, by kupił jej bilet, albo jak zakręciła przy telefonach, aby pomóc Lucy Hill… Ten film jest żywy i cały czas kombinuje, kombinuje i to jest piękne. Jednocześnie z zaskakującą prostotą podchodzi do romansu między dorosłym mężczyzną oraz kobietą, która udaje nieletnią. Zamiast „Liar Revealed” idziemy w stronę: trzeba zaakceptować baby takimi, jakie są.
Odbiór filmu zmienia się w kontekście, gdy go oglądamy. Nie w znaczący sposób, ale jednak – lata po premierze widownia miała skojarzenia z „Lolitą”, dzisiaj można zakładać, że już w 1942 roku Billy Wilder zaczął się śmiać z pedofilskich skłonności Hollywood i tak zakręcił widownią, aby ta chciała, aby dorosły chłop wyznał miłość dwunastolatce. Nie ma w tym nic złego, prawda? A nóż widelec się okaże, że ona tylko udaje dwunastolatkę i tak naprawdę ma (1942-1911) lat. Parę lat wstecz w końcu był zalew dziewczynek, które jeszcze nie wchodzą w okres nastoletni, a już malują się i w ten sposób wyglądają… Dorodniej. Ponoć sama Ginger Rogers wiele lat wcześniej jeździła z matką pociągiem i udawała dziecko przytulając dużą lalkę, aby jeździć w cenie tańszego biletu. Owa matka pojawiła się w filmie w roli matki protagonistki granej przez panią Rogers. A parę lat później zrealizowali remake z odwróconymi płciami – to chłop uciekając przed prawem udaje dwunastoletniego chłopca, a kobieta się w nim zakochuje (w tej roli Diana Lynn, która u Wildera zagrała piętnastolatnią Marii Curie). Całość zresztą oparto o sztukę teatralną z lat 20.
Dobrze wrócić do niewinnych czasów, gdzie nieporozumienia były tylko tym. I stały na drodze do prawdziwej miłości.
Obecnie Billy Wilder znajduje się w moim rankingu reżyserów na miejscu #3
Top
4. Pół żartem, pół serio
8. Pięć grobów na drodze do Kairu
9. Raz, dwa, trzy
10. Major i mała
+ Młyny śmierci (?)
Wyróżnienia
1961 – scenariusz roku*, wygrana („Raz, dwa, trzy”)
1960 – reżyser i scenariusz roku*, wygrana („Garsoniera”)
1951 – reżyser i scenariusz** roku, wygrana („As w potrzasku”)
1950 – reżyser i scenariusz*** roku, wygrana („Bulwar Zachodzącego Słońca”)
1945 – reżyser i scenariusz**** roku, wygrana („Stracony weekend”)
1944 – reżyser roku, wygrana („Podwójne ubezpieczenie”)
* I.A.L. Diamond jako współautor
** Walter Newman & Lesser Samuels jako współautorzy
*** Charles Brackett & D.M. Marshman Jr. jako współautorzy
**** Charles Brackett jako współautor
Ważne daty
Pięć grobów na drodze do Kairu ("Five Graves to Cairo", 1943)
Brytyjski żołnierz ostatkiem sił znajduje na pustyni zniszczony przez wojnę hotel, który chwilę potem staje się bazą dla wojsk niemieckich. Przyjmuje więc personalia byłego kelnera, który okazuje się, że był szpiegiem na rzecz Niemców. Do tego jego potencjalni sprzymierzeńcy mają inne zamiary wobec wroga: chcą się z nim dogadać. Inni chcą tylko przetrwać. Jeszcze inni chcą wykorzystać okazję, jaką jest posiadanie podwójnego szpiega.
Trochę to zakręcone niczym w komedii pomyłek, a nie poważnym dramacie wojennym, ale jednak seans oswaja z tym wszystkim. Scenariusze na tym poziomie są wciąż wyjątkiem od reguły, czyli opowiadania scena za sceną aż do końca – Charles Brackett i Billy Wilder tworzą należycie: kreują wątki drugoplanowe, które mają związek z tematem przewodnik. Mają set-up i mają pay-off. Jest to trochę fikcyjne, ale też pozwala mieć poczucie, że obcuje się ze sztuką. Sztuką opowiadającą o wojnie i obowiązku jednostki, wychodząc jednocześnie obronną ręką z podejrzeń o bycie propagandą – tutaj zamiast zachęty do umierania za sprawę jest przypomnienie o szerszej perspektywie: jedni umierają, aby drudzy mogli żyć. I na przykład: pomścić tych, którzy oddali swoje życie.
Jak dobrze, że finał pasuje do tego wszystkiego. Pomimo screwballowej intrygi i masy lekkości w poszczególnych momentach. Nawet Erich von Stroheim w roli Niemieckiego Feldmarszałka nie da się traktować do końca na poważnie, chociaż jest groźny i ma się pewność, że strzeliłby komuś w łeb za jedno niewłaściwe słowo. Jednocześnie jednak jak mu podawali kawę do łóżka, to wydawał się taki… Potulny. Brackett, Wilder, Stroheim – doskonała robota. Plus: jedna z najlepszych scen akcji, jeśli chodzi o statyczne, czarno-białe zdjęcia i posługiwanie się światło-cieniem oraz dźwiękiem. Szczególnie: dźwiękiem otoczenia. Każde ujęcie oddzielnie zostało rewelacyjnie wykonane na poziomie choreografii i połączone trzymało w napięciu, jednocześnie robiło wrażenie wizualnie.
Dali radę.
Podwójne ubezpieczenie ("Double Indemnity", 1944)
Noir pełne pasji. Aż do samego końca.
Tytułowa klauzula oznacza w biznesie ubezpieczeniowym sytuację, w której denat wcześniej ubezpieczony od śmierci dostaje podwójne „wynagrodzenie”. A raczej jego bliscy dostają. Na ten przykład – wdowa. Bohaterem filmu jest właśnie agent ubezpieczeniowy, Walter Neff, który po nocy opowiada przyjacielowi, jak to spotkał famme fatale, dla której zdecydował się popełnić morderstwo i zgarnąć podwójne ubezpieczenie. Od początku wiemy, jaki będzie koniec, że to się nie uda. Nie będzie pieniędzy ani kobiety, tylko krew na rękach, utrata przyjaciela i niewiele więcej.
Ten zabieg działa przede wszystkim dzięki pasji, z jaką napisany oraz opowiedziany jest ten film. Może to wydawać się nam niezrozumiałe lub naiwne, że ktoś decyduje się na morderstwo dla kobiety, którą ledwo zna, ale gdy w grę wchodzi pasja – możemy w to uwierzyć. To opowieść pełna namiętności, bliskości z drugim człowiekiem, ryzyka, zdrady, zawiedzionych nadziei i napięcia w bezruchu, bo w każdej chwili przecież może pójść coś nie tak, może się wszystko wydać, a bohaterowie nic z tym nie mogą zrobić, tylko czekać.
Scenariusz zasługuje na pochwały z wielu powodów – jest napisany wyraźnie jako całość, przemyślany od pierwszej do ostatniej strony, z mnóstwem rewelacyjnych dialogów i napięciem, które nie pozwala bohaterom się rozluźnić, stopniowo nawarstwiając różne wątki – ale jeden jest najważniejszy. Mianowicie po latach znowu byłem zaskoczony, w jaki sposób Keyes, przyjaciel Waltera zaczął podejrzewać, że coś jest nie tak w tej sprawie. Mistrzostwo!
Kwintesencja gatunku. Tylko tyle i aż tyle. Famma fatale, intryga, utracona nadzieja, samotność – i stawianie czoła temu wszystkiemu w twardy sposób przez wysokich mężczyzn w garniturach, którzy upadną w swoim życiu tylko raz. I to będzie ich ostatni.
– Mr. Neff, why don’t you drop by tomorrow evening around 8:30? He’ll be in then.
– Who?
– My husband. You were anxious to talk to him, weren’t you?
– Yeah, I was, but I’m sort of getting over the idea… if you know what I mean.
– There’s a speed limit in this state, Mr. Neff. 45 miles an hour.
– How fast was I going, officer?
– I’d say around 90.
– Suppose you get down off your motorcycle and give me a ticket.
– Suppose I let you off with a warning this time.
– Suppose it doesn’t take.
– Suppose I have to whack you over the knuckles.
– Suppose I bust out crying and put my head on your shoulder.
– Suppose you try putting it on my husband’s shoulder.
– That tears it. 8:30 tomorrow evening then.
– You know why you couldn’t figure this one, Keyes? I’ll tell you. Because the guy you were looking for was too close. He was right across the desk from you.
– Closer than that, Walter.
– I love you, too.
Młyny śmierci ("Death Mills", 1945)
Krótki metraż, którego autorstwo jest przypisywane Billemu Wilderowi, ale to nie jest łatwe do ustalenia. Masa ludzi nagrywała ten materiał na potrzeby wielu krajów i ostatecznie powstało wiele wersji – same Młyny… są ponoć częścią czegoś, co zostało zostawione, zapomniane i dopiero w 2014 roku dokończone jako German Concentration Camps Factual Survey. To przynajmniej wyjaśnia absurdalność samych zamiarów zmieszczenia w ciągu zaledwie 20 minut całego okrucieństwa, jakie dokonali Niemcy w obszarze obozów koncentracyjnych. Inna sprawa, że im się to udało.
Do tych „Niemiec” jeszcze wrócę. Po kolei:
Zaczynamy od widoku uśmiechniętych ludzi w pasiakach uwolnionych z obozów. Miły widok, tego jeszcze nie widziałem. Wcześniej jeszcze był pochód Niemców niosących 11 tysięcy krzyży na groby 11 tysięcy zabitych. Nie widzimy może wszystkich 11 tysięcy, ale widzimy spory tłum niosący krzyże, pochylone głowy, wstyd. A potem, po krótkim wstępie wyjaśniającym metodę, przechodzimy do pokazania ciał i suchego wymieniania, jak ich zabito. Śmierć i tragedia jako statystyka, ale te ujęcia martwych ludzi, ich wyniszczonych ciał, ich wyrazy twarzy – czułem się, jakby ten widok na nowo uświadamiał okrucieństwo tego, co Niemcy zrobili. Nie ma w tym turpizmu czy czegoś, to czysty dokument. I pokazuje okrucieństwo z dokumentalnym, zimnym wyrazem twarzy. Kontekstu historycznego nie umiem sobie nawet wyobrazić – większość ludzi odkrywa na miejscu i widzi na własne oczy, co tam się działo przez ostatnie lata. Nagrywają materiał filmowy i część planują wykorzystać do celów propagandowych – ten dokument oryginalnie miał być pokazywany wyłącznie w Niemczech. Wiecie: do edukacji. Billy Wilder odpowiadał – jeśli już w ogóle – za wersję Amerykańską. Na początku jest informacja, że nie wolno publikować tego nagrania bez wiedzy i zgody Departamentu Wojny. Osobiście czuję się, jakbym oglądał prawdziwie zakazany materiał, zbyt okrutny do pokazywania publicznie w jakiejkolwiek formie. Dekadę później Alan Resneis przecież wywoła większe wrażenie Nocą i mgłą, chociaż… Cóż: nie chcę pisać, że nie zbliżył się do brutalności Młynów…, bo tego nie da się zmierzyć. Wracam jedynie do tej myśli: jakie wrażenie to musiałoby robić na ludziach, jeśli by to zobaczyli w dniu premiery?
I kolejny powrót: do „Niemiec”. Z jednej strony to odświeżający dokument: czy to uśmiechnięci w pasiakach, czy też mówienie o śmierci LUDZI. Nie poszczególnych narodowości, bo to nie jest istotne. 20 milionów ludzi zginęło i nikt jeszcze nie kłóci się, który naród dostał w dupę bardziej. Ludzkość dostała w dupę, więcej nie trzeba mówić. Ten krótki seans zamyka jednak oskarżenie regularnych Niemców za przyzwolenie na to wszystko. Przywołany jest materiał wideo, jak tłumy wiwatują, z przebitką na wspomnianych ludzi niosących krzyże. Narrator upomina: nie wolno nam zapomnieć o winie tych ludzi. To czyni z tego tytułu propagandę, podającą od razu gotowe wnioski widzowi upraszczając rzeczywistość (mordercami byli w końcu ludzie z wielu narodowości, nie tylko Niemców). Z drugiej strony dzisiaj jest to jednak odświeżające. Zamiast mówienia o Nazistach i cackaniu się, okazywaniu wyrozumiałości, że „oczywiście, musieliście wtedy na to przyzwalać, inaczej sami byście umarli”, to dostajemy zdrową porcję wkurwienia i oskarżenia prosto w twarz, w którym jest aż za dużo prawdy.
Bulwar zachodzącego słońca (1950)
Dramat o kinie, które odeszło, a wraz z nim niemal wszystko. Joe Gillis to scenarzysta, któremu nie udało się sprzedać najnowszego tekstu. Poprzednie nie przyniosły mu wiele, a do drzwi pukają ludzie chcący odebrać dług. To mógłby być właściwy moment, by wrócić do swojego miasteczka i pracy dziennikarza – gdyby samochód się nie zepsuł przed wielkim, starym domem, najwyraźniej nieużywanym od dawna… Opuszczonym? Jego dusza na pewno stad odeszła, ale w drzwiach pojawia się kamerdyner, zapraszając bohatera do środka.
Tak w życiu Gillisa pojawia się Norma Desmond, dawna gwiazda kina niemego, która chce wrócić na ekrany – a w bohaterze dostrzega kogoś, kto mógłby jej w tym pomóc.
Każda z tych postaci mogłaby mieć własny film – zarówno pisarzyna łapiący się ostatniej szansy na karierę w Hollywood, jak i ponury służący, z mrocznym echem przeszłości w oczach, oraz dawna gwiazda kina niechcąca zaakceptować rzeczywistości. Ale oni razem znaleźli się w tym filmie, mało tego – pojawi się tu nawet więcej postaci. Koniec końców Wilder nie stracił z oczu tematu całości. To od początku do końca konkretna historia, w której było jasne, co jest pierwszo-, a co drugoplanowe.
Istotna jest tu bezpośredniość i szerokie podejście do tematu, które właściwie je wyczerpuje. Poruszany jest tu każdy aspekt sprawy, z każdego możliwego punktu widzenia. Nic nie pominięto, od początku do końca trzymając widza bardzo nisko przy ziemi. Gdy bohater zobaczy Normę Desmond, nie zastanawia się. Wystarczyło jedno spojrzenie na nią i jej dom, by wiedzieć, kim jest i jak bardzo zniszczyła sobie życie, jak bardzo jest oderwana od rzeczywistości i nie ma zamiaru wrócić do żywych – tak jak Joe nie ma zamiaru tego stanu rzeczy zmienić. To jest podawane od razu na wstępie, by przez resztę kontynuować wszystko, co się zaczęło. Bez litości wobec prawdy i rzeczywistości. I bardzo dobrze. Ale jak na Hollywood przystało, będzie happy ending.
Zakończenie jest jednym z najlepszych, jakie w życiu widziałem. Zaczyna się otworzeniem zupełnie nowej fabuły, kontynuując wprawdzie cały film, ale jednak mogłaby to być zupełnie oddzielna opowieść. Tu mógłby nawet zacząć się cały film! Od razu czułem ten bagaż i wiedziałem, że to trzeba opowiedzieć do końca. Niczego nie zostawić, tego wymaga historia. Tego wymagają bohaterowie. Skoro jednak tu twórcy zajrzeli, muszą to zrobić. Mogli zakończyć chwilę wcześniej, i nikt by nie miał do nich żalu, nikomu by niczego nie brakowało. Ale tutaj zrobiony zostaje ten jeden krok, to jedno zajrzenie przez okno, i trzeba kręcić dalej. Dowód geniuszu – zamykają tę historię w kilku minutach. Coś jak najdoskonalsza krótkometrażówka, jaką kiedykolwiek oglądaliście, wiele emocji i historii zamknięte na tak małej ilości taśmy, że to wydaje się niemożliwe. Tak naprawdę to cały ładunek tego filmu skoncentrowano jeszcze raz, by przyłożyć widzowi ponownie. Ale gdyby nie wcześniejsze 2 godziny filmu, widz by tego nie zrozumiał, gdyby zakończenie funkcjonowało oddzielnie. A sam film nie wywarłby aż tak mocnego wrażenia bez tak wielkiego zakończenia. Film potrzebował zakończenia. Zakończenie potrzebowało filmu. Wszystko jest tak, jak powinno.
Sabrina (1954)
Pół żartem, pół serio ("Some Like It Hot", 1959)
Garsoniera ("The Apartment", 1960)
Bohaterem jest C. C. Baxter. Księgowy pracujący w firmie ubezpieczeniowej, który pozwala paru osobom korzystać z jego mieszkania, gdy potrzebują miejsca na prywatność. Gdy akurat ktoś potrzebuje się przebrać, albo znalazł na mieście fajną dziewczynę i chce z nią spędzić jeszcze trochę czasu, zanim wróci do własnego domu i żony. Baxter liczy w ten sposób na szybszy awans i nie miesza się do nie swoich spraw.
Garsoniera to komedia romantyczna tak niepodobna do dzisiejszych standardów tego gatunku jak współczesne postrzeganie swastyki wobec jej pierwotnego znaczenia. Całą opowieść wypełnia romantyzm w nowoczesnym – moim! – rozumieniu tego słowa, a główny bohater jest wszystkim, czego ta historia od niego potrzebowała. Na początku jest sympatyczny i uległy, z czasem widz poznaje jego życie i widzi monotonię, której nic nie przerywa. Robota, późny powrót, kolacja, telewizja. Zmienną są tylko nagłe wypadki, gdy ktoś chce skorzystać z jego lokum np. w środku nocy. Wraz z kolejnymi wydarzeniami przechodzi pewna drogę, w której uczy się wyboru właściwych wartości. Centralnym punktem opowieści jest 15-minutowa sekwencja rozgrywająca się w nocy z 24 na 25 grudnia, gdy obrywa niesłusznie za coś, czego nie zrobił. Przyjmuje baty za to, na co nie miał wpływu… Bo orientuje się, że jednak było inaczej. Mógł odwracać wzrok długo i mówić, że rzeczy, które dzieją się w jego mieszkaniu pod jego nieobecność, nie są jego sprawą, ale było inaczej. Przyjął wszystko na siebie. Bohater, który nie uważał, że jego miłość do kogoś oznacza, że posiada tę osobę na własność. Człowiek, który zrozumiał miłość.
Po drugiej stronie jest Fran Kubelik, jeśli się nie mylę, pierwsza pełnoprawna postać kobieca w historii kina, która ma własną osobowość oraz realny wpływ na historię w filmie. Wcześniej były co prawda famme fatale, ale one też były robione na jedno kopyto i musiały mieć w sobie coś z ogranego schematu kobiecej postaci (typu scena pocałunku, albo ten sam ton głosu przez cały seans). Fran nawet nie jest po drugiej stronie owych skrajności! To normalna postać, ze swoimi słabościami i zaletami, przeszłością, w pełni wiarygodną psychologią oraz drogą, która przechodzi przez cały film. Wspaniała postać.
To dwa najważniejsze powody ,by lubić ten film, a jest ich wiele więcej. Od tych drobnych, jak sposób, w jaki Shirley MacLaine wypowiada każda swoją kwestię podczas sceny, w której Baxter zaprasza ja na Music Mena, aż po te ogromne, jak scenariusz i reżyseria. To był pierwszy raz, gdy oglądałem film w oryginale i wciąż jestem zaskoczony, jak wiele kwestii lub symboli wraca po jakimś czasie w zupełnie nowym ujęciu. Cały scenariusz to swoista spirala i nieustające odwracanie kota ogonem.
Jednak to reżyserii należą się brawa, ponieważ z tego materiału powstała komedia. Produkcja ciepła i lekka, której trzeba się naprawdę dobrze przyjrzeć i rozłożyć na czynniki pierwsze, żeby dostrzec tragedię. I w sumie trudno znaleźć coś pozytywnego. Dla przykładu: jaka jest podstawa romansu – szczególnie starego? Pocałunek. W Garsonierze nie ma ani jednego szczęśliwego pocałunku! Serio, każdy jest wyrazem oszukiwania się albo został zroszony łzami. Wilder jednak bezbłędnie mnie oczarował, dzięki niemu widziałem wszystko w zupełnie innym świetle. I dzięki niemu mam ochotę wracać do tego filmu. Choćby w tej chwili.
– Nie polubiłeś Garsoniery?
– No coś ty! Miałem uwierzyć, że biała kobieta mogłaby prowadzić windę? Daj spokój.
„Mad Men„
Raz, dwa, trzy ("One, Two, Three", 1961)
Ponadczasowa komedia o konflikcie socjalisty z konserwatystą. Spoiler – wygrał Thomas Jefferson.
Tym razem Wilder opowiada historię człowieka chcącego osiągnąć sukces w pracy, wprowadzając po 2 wojnie światowej coca colę na teren ZSRR. Szef zleca mu jednak co innego – opiekę nad jego dorastającą córką, która pierwsze, co zrobi, to pojedzie do wschodniego Berlina i wyjdzie za mąż za komunistę. Ojciec raczej nie będzie z tego zadowolony, więc z troski o awans trzeba zacząć kombinować.
Chcę najpierw zaznaczyć, że nie jest to bezbłędna komedia. Postać żony protagonisty jest nielogiczna, przeszkadza mężowi i nie mogę powiedzieć, by wywoływała jakiekolwiek pozytywne emocje. Niektóre wątki nie są zamknięte w dobry sposób, parę razy jakiś żart wydaje się rozciągnięty. Ogólnie twórcom chyba wydawało się, że jeśli James Cagney będzie dużo i szybko mówił, to będzie to śmieszne, ale to niekoniecznie tak działa. Jak pod koniec zaczął przez 10 minut kupować ubrania przez telefon, to… Cóż, musiałem to przeczekać. Już nie mówiąc o tym, że praca kamery i montaż w szybkich scenach są raczej statyczne i powolne, co też nie robi dobrego wrażenia.
Przy tym wszystkim jednak to cholernie dobry film jest, a poszczególne żarty są naprawdę niesamowite. Główny konflikt w scenariuszu polega na konfrontacji konserwatywnego Amerykanina z Ruskim komunistą, każdy krzyczy o swoim i oboje wychodzą na bałwanów. Trochę bardziej śmieją się z ruskich, trzeba przyznać. Ich system jest bardziej analizowany pod kątem absurdów i w końcu komunista doznaje olśnienia, że tak się nie da żyć. Co jednak ma wybrać? Konserwatyzm też odrzuca.
Wtedy na miejsce mój ulubiony żart w całym filmie – i jeden z najlepszych, jakie poznałem. Rosjanin zaczyna mówić o wartościach, jakie chciałby w swoim życiu ze strony rządu, żeby według nich był zbudowany świat, w którym będą dorastać jego dzieci – i uświadomione mu jest, że cytował wtedy Thomasa Jeffersona. Co ma jak najbardziej sens, w końcu sam Jefferson mówił, że nie wymyślił tych słów, tylko słuchał prostych ludzi wokół niego. I jest pięknym podsumowaniem tego całego konfliktu, tak aktualnego wtedy, jak i dziś. Zamknięci wszyscy są i walczą o hasła, zamiast o wartości. Komedia, która opowiada o tym poprzez żarty, jest czymś wspaniałym. Już pomijam, że jak jakiś żart jest, to naprawdę śmiałem się na głos – ale Wilder i Diamond wiedzieli, że tworząc na taki temat, muszą się śmiać z obu stron. W końcu nie chodzi o to, z kogo się śmiejemy – ważne, co z tego wynika.
Poważnie. Momentami to tytuł zbyt mądry jak na to, czym powinien być. Chylę czoła.
PS. To ostatnia rola Jamesa Cagneya, zanim przeszedł na emeryturę (wrócił przed kamerę 20 lat później). Występ w Raz, dwa, trzy wspomina jako najgorsze doświadczenie i między innymi dlatego zaprzestał aktorstwa.
Słodka Irma ("Irma la Douce", 1963)
Avanti! (1972)
Adaptacja sztuki teatralnej. Jack Lemmon w roli syna, który z pola golfowego w pośpiechu biegnie na samolot, by odebrać ciało ojca, który umarł we Włoszech.
Jak widziałem pierwszy raz 5 lat temu, nie był to najsłynniejszy film Wildera, dziś nic się nie zmieniło. Nadal mało kto o nim słyszał, do tego nie zachwycił mnie dziś tak, jak wtedy. Ale to nadal bardzo urocza opowieść, pełna stereotypowego spojrzenia na Włochów, wschodu słońca oraz Lemmona, który swoją wściekłością przypomina mi rolę Cary’ego Granta z Aresznika.... I przede wszystkim dużo w tej historii odpoczynku. Takiego, na który się zasłużyło. Jest nawet kilka zaskoczeń w fabule, ze znikającymi ciałami włącznie.
Humor ma klasę i odpowiednie tempo – przyjrzyjcie się, ile czasu potrzebował pierwszy gag. On trwa kilka minut, naprawdę niezwykłe. Warto dodać, że to udana adaptacja na język filmu, choć czuć w większości scen, że były one pierwotnie pisane pod deski teatru.
Można się uśmiechnąć, to pewne.
Powiązane
1944 1961 5 gwiazdek Blog Drama Film noir Podsumowanie ranking Rezyser miesiaca reżyserzy Romantic Comedy
Najnowsze komentarze