Billy Wilder

Billy Wilder

13/02/2021 Blog 0

Jego rodzice chcieli, żeby przejął po nich sklep. On sam chciał być prawnikiem. Z Polski przeniósł się do Wiednia, tam został dziennikarzem. Z Wiednia do Berlina, tam został scenarzystą. Z Berlina do Paryża, gdzie wyreżyserował swój pierwszy film. Z Paryża do Los Angeles, tam sprawił, by Greta Garbo się śmiała. Oto Billy Wilder i przegląd jego filmowej twórczości.

I just made pictures I would’ve liked to see.” – Billy Wilder
Zacznę od napisania kilku słów o osobie imieniem Peter Lorre. Podobnie jak Wilder był Żydem, który przeprowadził się do Niemiec i zaczął tam karierę (jako aktor, szczególnie rolą mordercy w filmie M), by uciec stamtąd po dojściu Hitlera do władzy. Lorre wylądował w Wielkiej Brytani, gdzie Hitchcock, mając w pamięci jego występ w filmie Langa, dał mu angaż do Człowieka, który wiedział za dużo. Dzięki temu Lorre mógł trafić do Hollywood, gdzie podpisał kontrakt z wielką wytwórnią. Lorre nie znał angielskiego w znacznym stopniu, uczył się w zasadzie fonetycznego zapisu swoich kwestii. Billy Wilder też nie znał angielskiego, gdy wylądował w Los Angeles, ale znał Petera Lorre, z którym współdzielił garsonierę. Dzięki tej znajomości dostał się do przemysłu filmowego w Stanach.
A director must be a policeman, a midwife, a psychoanalyst, a sycophant and a bastard.” – Billy Wilder
Tam pisał komedie romantyczne, film-noir, dramaty, wojenne, kryminały, screw-ball comedy. Chciał nawet nakręcić Listę Schindlera, ale Spielberg pierwszy wykupił prawa (ponoć ostatecznie z błogosławieństwem Wildera). Zrealizował z sukcesem adaptację Podwójnego ubezpieczenia, co miało być niemożliwe ze względu na obecność cudzołóstwa w pierwowzorze (i dwóch trójkątów miłosnych). Rok później z sukcesem opowiedział o problemie alkoholizmu w filmie Stracony weekend, co przecież też było niedozwolonym tematem. Był jednym z reżyserów wykonujących program edukacyjny dla Niemców, aby ci po 1945 roku poznali zbrodnie nazistów (szczególnie odkrycie obozów koncentracyjnych). 
You’re only as good as the best thing you’ve ever done.” – Billy Wilder
Chciał reżyserować, by obcy ludzie nie mogli krzywdzić jego tekstów. Po dwóch nieistotnych obrazach zrobił trzeci, który wprowadził go do klasyki kina, gdzie miał już pozostać na stałe. Jego ulubionym obrazem jest Pancernik Potiomkin, a on sam był ulubionym hollywoodzkim reżyserem Ingmara Bergmana. Powszechnie mówi się, że jego pierwsze filmy są cynicznie. Sam Wilder odpowiada, że opisuje rzeczywistość. Potem tylko trochę to tuszował, mistrzostwo osiągając w Garsonierze – lekkim obrazie, w którym główny bohater kupuje awans na skróty w zamian za pomoc w zdradzaniu i wykorzystywaniu słabszych; film o miłości bez jednego szczęśliwego pocałunku. 
What critics call dirty in our movies, they call lusty in foreign films.” – Billy Wilder
Billy Wilder jest przeze mnie najczęściej wyróżnianym reżyserem i scenarzystą – w obu profesjach podkreśliłem go aż pięć razy. Żaden inny reżyser nie był przeze mnie wybrany częściej niż przy dwóch okazjach. Jego życiorys jest przykładem osoby, która grała w tę grę, aby zyskać pozycję i samemu ustalać zasady. Sprzedawał swoje scenariusze przez 10 lat, zanim osiągnął znaczący sukces – czasami pisał i kilka filmów rocznie. Dawał widzom filmy, które chcieli oglądać – nadal chcemy, siedem i osiem dekad później. A przy okazji robił wtedy to, co chciał. Był temat i jego wizja świata. Był artystą, a przy tym i rzemieślnikiem, znającym wartość budowania napięcia oraz czasu swoich widzów. Nie marnował tego drugiego. Dzisiaj możemy go już tylko podziwiać – to, jak tworzył, z jaką energią i pomysłowością, opowiadając przede wszystkim historie. A te zaskakiwały i dawały nam to trudne w zdefiniowaniu „Coś”. I był to tylko początek.
An actor enters through a door, you’ve got nothing. But if he enters through a window, you’ve got a situation.” – Billy Wilder
PS. Billy Bob Thorton miał usłyszeć od Wildera, że jest za brzydki na aktora, powinien więc napisać scenariusz i rolę dla siebie, w której jego brzydota byłaby zaletą. Thorton w 1996 roku napisał film, który przyniesie mu Oscara za scenariusz (i Garreta, za aktorstwo).
I don’t do cinema. I make movies.” – Billy Wilder

Złe nasienie ("Bad Blood", 1934)

3/5
Historia za kamerą ciekawsza niż sam film. Billy Wilder ucieka z nazistowskich Niemiec i trafia do Francji, gdzie ledwo zna język, i kręci swój debiut. Na dekadę zanim w Hollywood nakręci swój następny film, który już przejdzie do historii. A co do Złego nasienia… to taki tam kryminałek. Nic szkodliwego, obejrzeć można, nie zapada w pamięć. Część materiału musiała być zapewne improwizowana, nie było jakiegoś spójnego pomysłu na całą fabułę. Kino gatunkowe na swoim najbardziej podstawowym poziomie.

Podwójne ubezpieczenie ("Double Indemnity", 1944)

5/5

Noir pełne pasji. Aż do samego końca.

Tytułowa klauzula oznacza w biznesie ubezpieczeniowym sytuację, w której denat wcześniej ubezpieczony od śmierci dostaje podwójne „wynagrodzenie”. A raczej jego bliscy dostają. Na ten przykład – wdowa. Bohaterem filmu jest właśnie agent ubezpieczeniowy, Walter Neff, który po nocy opowiada przyjacielowi, jak to spotkał famme fatale, dla której zdecydował się popełnić morderstwo i zgarnąć podwójne ubezpieczenie. Od początku wiemy, jaki będzie koniec, że to się nie uda. Nie będzie pieniędzy ani kobiety, tylko krew na rękach, utrata przyjaciela i niewiele więcej. 

Ten zabieg działa przede wszystkim dzięki pasji, z jaką napisany oraz opowiedziany jest ten film. Może to wydawać się nam niezrozumiałe lub naiwne, że ktoś decyduje się na morderstwo dla kobiety, którą ledwo zna, ale gdy w grę wchodzi pasja – możemy w to uwierzyć. To opowieść pełna namiętności, bliskości z drugim człowiekiem, ryzyka, zdrady, zawiedzionych nadziei i napięcia w bezruchu, bo w każdej chwili przecież może pójść coś nie tak, może się wszystko wydać, a bohaterowie nic z tym nie mogą zrobić, tylko czekać. 

Scenariusz zasługuje na pochwały z wielu powodów – jest napisany wyraźnie jako całość, przemyślany od pierwszej do ostatniej strony, z mnóstwem rewelacyjnych dialogów i napięciem, które nie pozwala bohaterom się rozluźnić, stopniowo nawarstwiając różne wątki – ale jeden jest najważniejszy. Mianowicie po latach znowu byłem zaskoczony, w jaki sposób Keyes, przyjaciel Waltera zaczął podejrzewać, że coś jest nie tak w tej sprawie. Mistrzostwo!

Kwintesencja gatunku. Tylko tyle i aż tyle. Famma fatale, intryga, utracona nadzieja, samotność – i stawianie czoła temu wszystkiemu w twardy sposób przez wysokich mężczyzn w garniturach, którzy upadną w swoim życiu tylko raz. I to będzie ich ostatni.


Mr. Neff, why don’t you drop by tomorrow evening around 8:30? He’ll be in then.
– Who?
– My husband. You were anxious to talk to him, weren’t you?
– Yeah, I was, but I’m sort of getting over the idea… if you know what I mean.
– There’s a speed limit in this state, Mr. Neff. 45 miles an hour.
– How fast was I going, officer?
– I’d say around 90.
– Suppose you get down off your motorcycle and give me a ticket.
– Suppose I let you off with a warning this time.
– Suppose it doesn’t take.
– Suppose I have to whack you over the knuckles.
– Suppose I bust out crying and put my head on your shoulder.
– Suppose you try putting it on my husband’s shoulder.
– That tears it. 8:30 tomorrow evening then.

You know why you couldn’t figure this one, Keyes? I’ll tell you. Because the guy you were looking for was too close. He was right across the desk from you.
– Closer than that, Walter.
– I love you, too.

Billy Wilder

Obecnie Billy Wilder znajduje się w moim rankingu reżyserów na miejscu #6

Top

1. Garsoniera
2. Bulwar Zachodzącego Słońca
3. Słodka Irma
4. Podwójne ubezpieczenie
5. As w potrzasku
6. Raz, dwa, trzy
7. Avanti!
8. Stracony weekend
9. Stalag 17
10.Słomiany wdowiec
11.Pół żartem, pół serio
12.Sabrina
13.Świadek oskarżenia
14.Prywatne życie Sherlocka Holmesa
15.Bad Blood
16.Milość po południu

Wyróżnienia

1961 – scenariusz roku*, wygrana („Raz, dwa, trzy”)

1960 – reżyser i scenariusz roku*, wygrana („Garsoniera”)

1951 – reżyser i scenariusz** roku, wygrana („As w potrzasku”)

1950 – reżyser i scenariusz*** roku, wygrana („Bulwar Zachodzącego Słońca”)

1945 – reżyser i scenariusz**** roku, wygrana („Stracony weekend”)

1944 – reżyser roku, wygrana („Podwójne ubezpieczenie”)

* I.A.L. Diamond jako współautor
** Walter Newman & Lesser Samuels jako współautorzy
*** Charles Brackett & D.M. Marshman Jr. jako współautorzy
**** Charles Brackett jako współautor

Ważne daty

1906 – urodziny Samuela Wildera (a raczej Shmuel Vildr)(na terenie dzisiejszej Polski – wtedy Sucha Beskidzka należała do Austrio-Węgier). Później zmieni imię na Billie Wilder – tak go mama nazywała- jeszcze później: na Billy Wilder. Jego rodzice prowadzili restaurację. W tym samym czasie gdzieś obok niego krążył nastolatek imieniem Ferdynand Goetel, inny filmowiec. W przyszłości napisze scenariusz do Pana Tadeusza (1928).
 
1926 – Wilder pracując dla gazety w Wiedniu spotyka człowieka, który zabiera go do Berlina. Tam pisze powieści kryminalne do gazet, wykształca zainteresowanie filmem, zaczyna pisać scenariusze.
 
1933 – Hitler dochodzi (do władzy). Billy emigruje do Paryża. W tym samym roku znajdzie się już w LA.
 
1936 – pierwsze małżeństwo Billy’ego. Będzie z tego mieć bliźniaki, z czego jedno umrze tuż po narodzinach. Związek skończy się w 1946 roku.
 
1939 – pierwszy hit Wildera: scenariusz do Ninoczki Lubitscha (niemieckiego reżysera).
 
1949 – drugie małżeństwo Billy’ego. Zakończy się w 2002 roku. Na mocy wspólnego porozumienia nie mieli potomstwa, bo Wilder był pracoholikiem, nie czuł się dobrze w towarzystwie dzieci i był nieobecny dla swojego z poprzedniego małżeństwa. Z tego też powodu rzadko są dzieci w jego filmach – nie wierzył, że mógłby jakieś pokierować na planie. Wierzył za to, że mógłby pokierować psa.
 
1982 – umiera dwa lata starszy brat Billy’ego: William Lee Wilder, scenarzysta, producent i reżyser stojący za takimi tytułami jak Phantom From Space (1954), Killers From Space (1953) albo Big Bluff (1955).
 
2002 – śmierć Billy’ego na zapalenie płuc. Spoczywa na cmentarzu w Westwood, Los Angeles. Tam spoczywa m.in. Marilyn Monroe, a niedaleko jest siedziba FBI.
 
2011 – biograf Wildera w końcu ustala, gdzie podczas holokaustu zmarli bliscy Wildera: jego matka, babcia i ojczym. Okazało się, że każdy zginął gdzie indziej. Ostatni raz widział ich przed przeprowadzką do Berlina, a po wojnie brał udział w ekspedycjach po Europie, aby ich odnaleźć. Ich śmierć musiał odkryć na własną rękę i nie lubił o tym rozmawiać.

Bulwar zachodzącego słońca (1950)

5/5

Dramat o kinie, które odeszło, a wraz z nim niemal wszystko. Joe Gillis to scenarzysta, któremu nie udało się sprzedać najnowszego tekstu. Poprzednie nie przyniosły mu wiele, a do drzwi pukają ludzie chcący odebrać dług. To mógłby być właściwy moment, by wrócić do swojego miasteczka i pracy dziennikarza – gdyby samochód się nie zepsuł przed wielkim, starym domem, najwyraźniej nieużywanym od dawna… Opuszczonym? Jego dusza na pewno stad odeszła, ale w drzwiach pojawia się kamerdyner, zapraszając bohatera do środka.
Tak w życiu Gillisa pojawia się Norma Desmond, dawna gwiazda kina niemego, która chce wrócić na ekrany – a w bohaterze dostrzega kogoś, kto mógłby jej w tym pomóc.

Każda z tych postaci mogłaby mieć własny film – zarówno pisarzyna łapiący się ostatniej szansy na karierę w Hollywood, jak i ponury służący, z mrocznym echem przeszłości w oczach, oraz dawna gwiazda kina niechcąca zaakceptować rzeczywistości. Ale oni razem znaleźli się w tym filmie, mało tego – pojawi się tu nawet więcej postaci. Koniec końców Wilder nie stracił z oczu tematu całości. To od początku do końca konkretna historia, w której było jasne, co jest pierwszo-, a co drugoplanowe.

Istotna jest tu bezpośredniość i szerokie podejście do tematu, które właściwie je wyczerpuje. Poruszany jest tu każdy aspekt sprawy, z każdego możliwego punktu widzenia. Nic nie pominięto, od początku do końca trzymając widza bardzo nisko przy ziemi. Gdy bohater zobaczy Normę Desmond, nie zastanawia się. Wystarczyło jedno spojrzenie na nią i jej dom, by wiedzieć, kim jest i jak bardzo zniszczyła sobie życie, jak bardzo jest oderwana od rzeczywistości i nie ma zamiaru wrócić do żywych – tak jak Joe nie ma zamiaru tego stanu rzeczy zmienić. To jest podawane od razu na wstępie, by przez resztę kontynuować wszystko, co się zaczęło. Bez litości wobec prawdy i rzeczywistości. I bardzo dobrze. Ale jak na Hollywood przystało, będzie happy ending.

Zakończenie jest jednym z najlepszych, jakie w życiu widziałem. Zaczyna się otworzeniem zupełnie nowej fabuły, kontynuując wprawdzie cały film, ale jednak mogłaby to być zupełnie oddzielna opowieść. Tu mógłby nawet zacząć się cały film! Od razu czułem ten bagaż i wiedziałem, że to trzeba opowiedzieć do końca. Niczego nie zostawić, tego wymaga historia. Tego wymagają bohaterowie. Skoro jednak tu twórcy zajrzeli, muszą to zrobić. Mogli zakończyć chwilę wcześniej, i nikt by nie miał do nich żalu, nikomu by niczego nie brakowało. Ale tutaj zrobiony zostaje ten jeden krok, to jedno zajrzenie przez okno, i trzeba kręcić dalej. Dowód geniuszu – zamykają tę historię w kilku minutach. Coś jak najdoskonalsza krótkometrażówka, jaką kiedykolwiek oglądaliście, wiele emocji i historii zamknięte na tak małej ilości taśmy, że to wydaje się niemożliwe. Tak naprawdę to cały ładunek tego filmu skoncentrowano jeszcze raz, by przyłożyć widzowi ponownie. Ale gdyby nie wcześniejsze 2 godziny filmu, widz by tego nie zrozumiał, gdyby zakończenie funkcjonowało oddzielnie. A sam film nie wywarłby aż tak mocnego wrażenia bez tak wielkiego zakończenia. Film potrzebował zakończenia. Zakończenie potrzebowało filmu. Wszystko jest tak, jak powinno.

Garsoniera ("The Apartment", 1960)

5/5

Bohaterem jest C. C. Baxter. Księgowy pracujący w firmie ubezpieczeniowej, który pozwala paru osobom korzystać z jego mieszkania, gdy potrzebują miejsca na prywatność. Gdy akurat ktoś potrzebuje się przebrać, albo znalazł na mieście fajną dziewczynę i chce z nią spędzić jeszcze trochę czasu, zanim wróci do własnego domu i żony. Baxter liczy w ten sposób na szybszy awans i nie miesza się do nie swoich spraw.

Garsoniera to komedia romantyczna tak niepodobna do dzisiejszych standardów tego gatunku jak współczesne postrzeganie swastyki wobec jej pierwotnego znaczenia. Całą opowieść wypełnia romantyzm w nowoczesnym – moim! – rozumieniu tego słowa, a główny bohater jest wszystkim, czego ta historia od niego potrzebowała. Na początku jest sympatyczny i uległy, z czasem widz poznaje jego życie i widzi monotonię, której nic nie przerywa. Robota, późny powrót, kolacja, telewizja. Zmienną są tylko nagłe wypadki, gdy ktoś chce skorzystać z jego lokum np. w środku nocy. Wraz z kolejnymi wydarzeniami przechodzi pewna drogę, w której uczy się wyboru właściwych wartości. Centralnym punktem opowieści jest 15-minutowa sekwencja rozgrywająca się w nocy z 24 na 25 grudnia, gdy obrywa niesłusznie za coś, czego nie zrobił. Przyjmuje baty za to, na co nie miał wpływu… Bo orientuje się, że jednak było inaczej. Mógł odwracać wzrok długo i mówić, że rzeczy, które dzieją się w jego mieszkaniu pod jego nieobecność, nie są jego sprawą, ale było inaczej. Przyjął wszystko na siebie. Bohater, który nie uważał, że jego miłość do kogoś oznacza, że posiada tę osobę na własność. Człowiek, który zrozumiał miłość.

Po drugiej stronie jest Fran Kubelik, jeśli się nie mylę, pierwsza pełnoprawna postać kobieca w historii kina, która ma własną osobowość oraz realny wpływ na historię w filmie. Wcześniej były co prawda famme fatale, ale one też były robione na jedno kopyto i musiały mieć w sobie coś z ogranego schematu kobiecej postaci (typu scena pocałunku, albo ten sam ton głosu przez cały seans). Fran nawet nie jest po drugiej stronie owych skrajności! To normalna postać, ze swoimi słabościami i zaletami, przeszłością, w pełni wiarygodną psychologią oraz drogą, która przechodzi przez cały film. Wspaniała postać.

To dwa najważniejsze powody ,by lubić ten film, a jest ich wiele więcej. Od tych drobnych, jak sposób, w jaki Shirley MacLaine wypowiada każda swoją kwestię podczas sceny, w której Baxter zaprasza ja na Music Mena, aż po te ogromne, jak scenariusz i reżyseria. To był pierwszy raz, gdy oglądałem film w oryginale i wciąż jestem zaskoczony, jak wiele kwestii lub symboli wraca po jakimś czasie w zupełnie nowym ujęciu. Cały scenariusz to swoista spirala i nieustające odwracanie kota ogonem.

Jednak to reżyserii należą się brawa, ponieważ z tego materiału powstała komedia. Produkcja ciepła i lekka, której trzeba się naprawdę dobrze przyjrzeć i rozłożyć na czynniki pierwsze, żeby dostrzec tragedię. I w sumie trudno znaleźć coś pozytywnego. Dla przykładu: jaka jest podstawa romansu – szczególnie starego? Pocałunek. W Garsonierze nie ma ani jednego szczęśliwego pocałunku! Serio, każdy jest wyrazem oszukiwania się albo został zroszony łzami. Wilder jednak bezbłędnie mnie oczarował, dzięki niemu widziałem wszystko w zupełnie innym świetle. I dzięki niemu mam ochotę wracać do tego filmu. Choćby w tej chwili.

Nie polubiłeś Garsoniery?
– No coś ty! Miałem uwierzyć, że biała kobieta mogłaby prowadzić windę? Daj spokój.
Mad Men

Raz, dwa, trzy ("One, Two, Three", 1961)

5/5

Ponadczasowa komedia o konflikcie socjalisty z konserwatystą. Spoiler – wygrał Thomas Jefferson. 

Tym razem Wilder opowiada historię człowieka chcącego osiągnąć sukces w pracy, wprowadzając po 2 wojnie światowej coca colę na teren ZSRR. Szef zleca mu jednak co innego – opiekę nad jego dorastającą córką, która pierwsze, co zrobi, to pojedzie do wschodniego Berlina i wyjdzie za mąż za komunistę. Ojciec raczej nie będzie z tego zadowolony, więc z troski o awans trzeba zacząć kombinować. 

Chcę najpierw zaznaczyć, że nie jest to bezbłędna komedia. Postać żony protagonisty jest nielogiczna, przeszkadza mężowi i nie mogę powiedzieć, by wywoływała jakiekolwiek pozytywne emocje. Niektóre wątki nie są zamknięte w dobry sposób, parę razy jakiś żart wydaje się rozciągnięty. Ogólnie twórcom chyba wydawało się, że jeśli James Cagney będzie dużo i szybko mówił, to będzie to śmieszne, ale to niekoniecznie tak działa. Jak pod koniec zaczął przez 10 minut kupować ubrania przez telefon, to… Cóż, musiałem to przeczekać. Już nie mówiąc o tym, że praca kamery i montaż w szybkich scenach są raczej statyczne i powolne, co też nie robi dobrego wrażenia. 

Przy tym wszystkim jednak to cholernie dobry film jest, a poszczególne żarty są naprawdę niesamowite. Główny konflikt w scenariuszu polega na konfrontacji konserwatywnego Amerykanina z Ruskim komunistą, każdy krzyczy o swoim i oboje wychodzą na bałwanów. Trochę bardziej śmieją się z ruskich, trzeba przyznać. Ich system jest bardziej analizowany pod kątem absurdów i w końcu komunista doznaje olśnienia, że tak się nie da żyć. Co jednak ma wybrać? Konserwatyzm też odrzuca. 

Wtedy na miejsce mój ulubiony żart w całym filmie – i jeden z najlepszych, jakie poznałem. Rosjanin zaczyna mówić o wartościach, jakie chciałby w swoim życiu ze strony rządu, żeby według nich był zbudowany świat, w którym będą dorastać jego dzieci – i uświadomione mu jest, że cytował wtedy Thomasa Jeffersona. Co ma jak najbardziej sens, w końcu sam Jefferson mówił, że nie wymyślił tych słów, tylko słuchał prostych ludzi wokół niego. I jest pięknym podsumowaniem tego całego konfliktu, tak aktualnego wtedy, jak i dziś. Zamknięci wszyscy są i walczą o hasła, zamiast o wartości. Komedia, która opowiada o tym poprzez żarty, jest czymś wspaniałym. Już pomijam, że jak jakiś żart jest, to naprawdę śmiałem się na głos – ale Wilder i Diamond wiedzieli, że tworząc na taki temat, muszą się śmiać z obu stron. W końcu nie chodzi o to, z kogo się śmiejemy – ważne, co z tego wynika. 

Poważnie. Momentami to tytuł zbyt mądry jak na to, czym powinien być. Chylę czoła. 

PS. To ostatnia rola Jamesa Cagneya, zanim przeszedł na emeryturę (wrócił przed kamerę 20 lat później). Występ w Raz, dwa, trzy wspomina jako najgorsze doświadczenie i między innymi dlatego zaprzestał aktorstwa.

Słodka Irma ("Irma la Douce", 1963)

5/5
Ostatnie 20 minut to najbardziej imponujący absurd, jaki w życiu widziałem. Wszystko w imię dobra.
 
Billy Wilder chyba nigdy nie zrobił równie obszernego, a nawet rozległego scenariusza. Każdy inny scenariusz zaczęlibyśmy od tego, co tutaj spotykamy dopiero w 15 minucie – tym razem jednak autor opowiada nam o tym, jaki bohater był, zanim został tym, kim jest. A był policjantem, który dostał awans do brudniejszej części Paryża, gdzie jest korupcja i prostytucja. Rola gliniarzy polega wyłącznie na przymykaniu oka na to, co ma tam miejsce. Jack Lemmon gra policjanta, który nie wie o tym i pakuje się w kłopoty urządzając akcję na hotel dla prostytutek, gdzie klientem był między innymi jego szef. Teraz nasz policjant jest nikim i jest na ulicy. Zakochany w prostytutce granej przez Shirley MacLaine w zielonych rajstopach oraz małym pieskiem na rękach. I żeby nie musiała sypiać ze swoimi klientami, to podaje się za bogatego, ekscentrycznego Anglika, który wynajmuje jej czas za pieniądze dla towarzystwa. Teraz jest jej jedynym klientem, tylko jak długo można takie kłamstwo tworzyć?
 
To scenariusz, którego historia ma wiele problemów, gdy się patrzy na nią wstecz. Kolejne pomysły są niedorzeczne i absurdalne, na dodatek teoretycznie łatwo jest je kwestionować – bohaterka Shirley MacLaine mogła nadal mieć w końcu wielu klientów, aby zarabiać jeszcze więcej. Albo po co Jack Lemmon został jej alfonsem, skoro mógł zarabiać dobre pieniądze na targu, co potem robi, aby móc płacić Shirley jako Anglik. Słowo kluczowe to teoretycznie, ponieważ w ogóle tego filmu nie kwestionowałem. Przegięcie zaczęło się dopiero w finale, a i wtedy wolałem się bawić, niż domagać się większego realizmu. Albo… No, czegoś. Nawet nie wiem czego.
 
Największe wyzwanie tego scenariusza to był właśnie trzeci akt, kiedy Jack Lemmon staje pod murem i wydaje się, że będzie musiał przyznać się do wszystkiego. Jak to zrobić? Jak powiedzieć ukochanej, że ją okłamywał cały czas? Jak zrobić to kreatywnie, aby dać satysfakcję? I Billy Wilder – chociaż nie wiem, w jakim stopniu mogę mu to przypisać, całość jest mimo wszystko adaptacją Francuskiego musicalu – wymyśla wtedy takie rzeczy, że nic nie pozostaje poza klaskaniem na stojąco. Geniusz scenopisarski jest wtedy tak głośny i bezczelny, że zagłusza on mój wszelki sprzeciw, ponieważ… Cóż, to już trzeba zobaczyć samemu. To przykład scenopisarstwa, który odkrywa nowe sposoby narracji, żeby dać coś prawdziwie satysfakcjonującego w taki sposób, którego nikt nie dał rady przewidzieć. To całkowite odklejenie od świata realnego, ale działa, ponieważ na pierwszym miejscu są przede wszystkim bohaterowie i to, jak oni postrzegają rzeczywistość.
 
Wilder ponownie bierze się za portret ciężkich tematów, takich jak bieda, los zwykłego człowieka, na którego w życiu czeka jedynie mordercza praca do końca, a poza tym prostytucja, przemoc, przekazywanie z pokolenia na pokolenie braku możliwości, stręczycielstwo i korupcja – wszystko to z wdziękiem przekuwa na komedię, ale nadal prezentując jako problemy, z którymi bohaterowie walczą. To może być jeszcze bardziej imponujące niż konstrukcja narracyjna. Aktorzy umożliwiają tę farsę, zdjęcia są bogate w barwy i kompozycje, tutaj zwykły kadr dwóch osób przy stole zasługuje na oprawienie i powieszenie na ścianie.
 
Takie filmy osiągają coś więcej niż tylko przyjemny seans. One robią to, ale przy okazji dają wiarę w możliwości kina. I przynoszą radość na samą myśl o tym, co jeszcze można w tym medium odkryć.

Avanti! (1972)

5/5

Adaptacja sztuki teatralnej. Jack Lemmon w roli syna, który z pola golfowego w pośpiechu biegnie na samolot, by odebrać ciało ojca, który umarł we Włoszech.

Jak widziałem pierwszy raz 5 lat temu, nie był to najsłynniejszy film Wildera, dziś nic się nie zmieniło. Nadal mało kto o nim słyszał, do tego nie zachwycił mnie dziś tak, jak wtedy. Ale to nadal bardzo urocza opowieść, pełna stereotypowego spojrzenia na Włochów, wschodu słońca oraz Lemmona, który swoją wściekłością przypomina mi rolę Cary’ego Granta z Aresznika.... I przede wszystkim dużo w tej historii odpoczynku. Takiego, na który się zasłużyło. Jest nawet kilka zaskoczeń w fabule, ze znikającymi ciałami włącznie.

Humor ma klasę i odpowiednie tempo – przyjrzyjcie się, ile czasu potrzebował pierwszy gag. On trwa kilka minut, naprawdę niezwykłe. Warto dodać, że to udana adaptacja na język filmu, choć czuć w większości scen, że były one pierwotnie pisane pod deski teatru.

Można się uśmiechnąć, to pewne.