Filmy oglądane na AFF American Film Festival 2025
Paręnaście słów o każdym filmie, który obejrzę w ramach AFF American Film Festival w 2025 roku. Bez nowej relacji-wideo, bo ta, którą zrobiłem w przeszłości wystarczy.
W tym roku jadąc na American Film Festival nie nastawiałem się na pisanie relacji – zrobiłem ją rok temu i raczej nie miałbym nic do dodania, ale jednak – bawiłem się dobrze od samego początku i mam kilka słów. Nadrabiam 100 rzeczy, które zrobię, zanim zostanę zombie (15 tomików za mną, jestem na bieżąco!), w końcu zacząłem kupować też filmy na DVD w lokalnym sklepiku festiwalowym (Debiutanci za 22 złote!). To drugie ponoć do niedawna nie miało cen na sobie i trzeba było za każdym razem pytać, po ile dany film. Że też im się chciało takie sztuczki stosować… A ja nadal pamiętam, jak dwie dekady temu zaczynałem budować kolekcję DVD płacąc za jeden film 5-6-10 PLN, jak dodawali do gazet i czasopism w kiosku. W sklepie 20-30.
Filmy na festiwalu jak to filmy – różne. Prelekcja Podcastu Amerykańskiego przed Gabrielem w Białym domu w punkt („Będzie krótko, bo sam mam inny film za chwilę”), a retrospektywa Susan Seidelman bardzo owocna. Nie tylko same filmy świetne, ale i byłem na dwóch Q&A – pani reżyser zaskoczyła mnie nie tylko pamięcią na temat tego, jak wyglądało tworzenie filmów (to było 40 lat temu!), ale i swoją energią. Jak ją zobaczyłem, to się rozglądałem dalej – gdzie ta babcia? A ona była już przede mną. W wieku 50 lat chciałbym mieć tyle energii, co ona mając 73 (w grudniu). Bardzo dobre odkrycie festiwalowe. Szkoda tylko, że użyli jej profilowego zdjęcia sprzed 30 lat.
Pogoda jest na plusie. Dosłownie tuż przed wyjazdem przypomniałem sobie, że rok temu miałem na sobie płaszcz, więc wziąłem go i teraz – cholera wie, jak będzie po drugiej stronie kraju przez najbliższe kilka dni. Okazuje się, że najczęściej nawet kurtka byłaby niepotrzebna – nadal są warunki, aby obiad zjeść przy stoliku na ulicy. Noce są zimne, ale one są zimne nawet w lipcu. Szkoda, lubię swój płaszcz, ale w 2025 roku na początku listopada jest jeszcze na niego za wcześniej.
- Anioł Stróż
- Smithereens
- Pan Smith jedzie do Waszyngtonu
- Kameleon
- Pod światło
- Rozpaczliwie poszukując Susan
- Złodziej z przypadku
- Desperat
- Na przedmieściach
- Sorry, Baby
- Gabriel nad Białym Domem
- Blue Moon
- Mężczyzna idealny
- Diablica
- Wyznania dziewczyny z przedmieścia
- Późna sława
- OBEX
- Rodzina do wynajęcia
- Nowa fala
- Eddington
- Szósta dzielnica
- Dzieło mistrza
- Rosemead
- Kopnęłąbym cię, gdybym mogła
- After This Death
- Dziecko pyłu
Relacja sprzed roku:
Ludzie oczywiście dzielą się najczęściej negatywnymi doświadczeniami. Sam byłem na sali numer 9 na samym początku, oglądając film Linklatera z 35mm i nie doświadczyłem problemów. Jednak kilka osób na różnych filmach doświadczyło tam problemów z napisami, pokazywali bez napisów, urywali nawet film bez pokazywania go do końca zapowiadając ponowny seans późno w nocy, by ostatecznie pokazać jedynie niewyświetlone zakończenie. Wkurzyło to wielu, mnie ominęło.
Festiwal nadal jest miejscem, gdzie jak dwóch kinomanów zacznie gadać, to rezultatu nikt nie przewidzi. Jedna osoba mówiła mi, że na seansie Rocky Horror ludzie otwierali piwo i dobrze się bawili, inny przekazał mi, że słyszał widownię na poważnych dramatach śmiejącą się częściej niż Polacy na Rocky Horror. Wyraził żal, że wyświetlili ten film bez wprowadzenia, ponieważ polski widz nie ma łatwo wejść w taką produkcję, to nie jest element rodzimej kultury. I razem doszliśmy do wniosku, że najlepszym sposobem, aby polską widownię przekonać do RHPS, to deepfake Jerzy’ego Sthura w miejsce Tima Curry. Zawsze jest też jakieś kółeczko, do którego można dołączyć i nadal usłyszeć, że gadają o Lavie Diazie (czy obie części Magellana połączy w jeden tytuł).
Wielu widzów musi też być nowych. Kolejki do toalety na półpiętrze ciągnie się, gdy na drugim piętrze jest pusto (tegoroczne mydło w płynie z truskawką i werbaną sprawia, że ręce pachną mi jak taco). Kolejki do jedynki zamiast kierować się na piętro i wyżej, to idą w stronę głównego wejścia albo na piętrze w stronę sali 4, przez co różne kolejki przecinają się, albo tworzą odnogi. Wszyscy tłoczą się do wyjść oficjalnych i rzadko ktoś wychodzi wyjściem ewakuacyjnym… To są podstawy, ludzie.
Tym razem aftery nie były tylko raz gdzieś obok, tylko w samym Kinie NH na 2 piętrze. Zajrzałem raz i doceniam – nie było przynajmniej głośno. To ogólnie miły widok, jak się wychodzi z ostatniego filmu i widzi, że budynek jest pustawy, ale nadal żyje. Niedobitki odpoczywają, siedzą w różnych kątach i gadają. Raz nawet tańczyli wszędzie z powodu silent disco.
Był konkurs publiczności. Dowiedziałem się o nim w drugiej połowie festiwalu, bo przed filmem było nagranie wertykalne od reżysera, który prosił o głosy. Jakoś wcześniej najwyraźniej oglądałem rzeczy spoza konkursu, bo nie trafiłem na osobę z tabletem przed wyjściem z sali. Nowością jest możliwość zadawania pytań twórcom pisząc na telefonie, bez proszenia o mikrofon. Był też seans ukryty – pokazywali tam dwa odcinki serialu (Landman). I jeśli były premierowe, to nawet nie były z pierwszego sezonu (chociaż to Tyler Sheridan, on robi cały czas to samo). O seansie ukrytym dowiedziałem się po festiwalu.
Nadal jednak jest to AFF bez dużej ilości filmów Sezonowych, które by mnie interesowały przed festiwalem i mógłbym tutaj nadrobić. Wiem, że to kwestia dystrybutorów, ale to nadal pozostawia gorzki posmak, że ludzie nie umieją się dogadać. Najbliższe kino mam 2h od miejsca zamieszkania, więc taka sekcja jest dla mnie dużym darem – rok temu nadrobiłem tutaj kilka obrazów, a teraz ani Zniknięcia, Życie Chucka czy nowego Andersona. Obiecali retrospektywę Elia Kazana, też tego nie ma. Zamiast tego jest retrospektywa, w skład której wchodzą cztery pełne metraże, dwa shorty i trzy odcinki Sex in the City – i jestem z niej zadowolony, przegląd pani Susan jest największym plusem tej edycji… Ale jednak brakuje Kazana. Może za rok, ale pewnie AFF idzie w stronę retrospektyw takich twórców, jak pani reżyser Clueless. Na podstawie tego zrobili też serial – jak za rok pokażą kilka odcinków, to będę ucieszony.
Najwyraźniej więc w ten sposób co roku będę spędzać Dzień Niepodległości, który znowu mi umknie – bo dni zlewają się ze sobą i w knajpie jak jest promocja w ciągu tygodnia, to ja często już nie wiem, czy nie jest już weekend. Zobaczyłem w knajpie dziecko z flagą Polski i tyle, zaraz musiałem biec na kolejny film
Nadal chcę tu wrócić za rok. I widzę w tym idealny, mały festiwal dla początkujących oraz do wracania co roku. Nie trzeba brać dużo wolnego, człowiek nie zmęczy się odpoczywając tutaj i skończy się tak szybko, że człowiek chce od razu kolejnego festiwalu.
After This Death (2025)
6 listopada
Nieinteresująco opowiedziany i zrobiony. Zapamiętam tylko napisy początkowe, ładny styl i rytm.
Eddington (2025)
7 listopada
Dobrze. Zacznę od tego, że właściwą decyzją z mojej strony było zobaczyć ten tytuł w kinie – naturalnie w ten sposób przemęczyłem się przez niego w całości, od początku do końca. Chciałem przewinąć, przespać, cokolwiek – ale nie mogłem. Nie twierdzę teraz, że seans całości jakoś broni ten obraz – jednak jest on słaby z innych powodów, niż te, które chciałem wymienić na samym początku. Widzicie, to nie jest film o covidzie, pandemii czy innych ważnych rzeczach zrobiony źle. To film o chorym psychicznie człowieku, który ma idiotyczną fabułę, zrobiony źle. Od początku.
Ponad trzy lata temu zadałem sobie już pytanie: czemu nie ma kina covidowego? To, które obecnie znajduje się pod tym terminem, odnosi się do produkcji kręconych w okresie covida, ale nie opowiada bezpośrednio o tym okresie w historii ludzkości. Eddington pozornie próbuje uchwycić ten czas w ciągu swoich pierwszych 50 minut trwania – małe miasteczko w Nowym Meksyku, gdzie szeryf nie nosi maseczki, ale burmistrz ubiegający się o reelekcję jest zwolennikiem dystansu i całej reszty. Wszystko to ma miejsce na początku maja 2020, czyli zaraz też wydarzy się jeszcze coś, co będzie mieć związek z fentanylem, klękaniem, ekhem.
Reżyser nie poznał mojej odpowiedzi, czemu nie ma kina covidowego i zrobił to, co przewidziałem trzy lata temu. Widzicie: wspomnienie tamtego okresu nikomu nie przynosi dumy z samego siebie. Ludzie kłócili się, wchodzili ze sobą w konflikty, wierzyli jednej stronie, potem zmieniali stronę i ostatecznie sami nie wiedzieli, co o tym myśleć. Nie chcą pamiętać tego, jak się zachowywali wtedy wobec innych ludzi, nie wyciągnęli z tego żadnych wniosków – bo nie wiadomo jakich – i rozwiązaniem, które wszyscy przyjęli, było przemilczeć temat i ruszyć dalej. Zdarzyło się, nie wracamy do tego nigdy, mamy temat covida w dupie i jaka była ostatecznie prawda. Ari Aster nie jest artystą, który ma coś do powiedzenia – prezentuje powierzchowne obserwacje, zadowalając się dosyć kompetentnym obrazem codziennośći covidowej, podkręconej na potrzeby filmu i jego czasu trwania. Każdy słucha kolejnej teorii spiskowej z Internetu, każdy uważa, że ma racje, każdy poucza innych, każdy tworzy nowe spięcia każdego dnia. To się zgadza, tylko brakuje w tym wszystkim humanitaryzmu. Twórcy nie prezentują, skąd to się wzięło – nie prezentuje procesu, ewolucji. Nie są tym nawet zainteresowani. Z ich wersji wynika, jakbyśmy byli tacy wszyscy wtedy sami z siebie i nigdy nie zmieniliśmy stanowiska. Na ekranie nie ma żadnej normalnej, najpowszechniejszej osoby z tamtego okresu: człowieka, który chciał uniknąć konfliktów, nie wiedział wszystkiego, obawiał się choroby i starał się jakoś dogadać ze wszystkimi wokół, więc współpracował jak najbardziej po środku mógł. Nosić maskę, ale nie zmuszał do tego innych – tego typu rzeczy. W Eddington wszyscy chcą się bić na temat maseczki. Nikt nie ma też normalnej, zdrowej relacji z drugim człowiekiem w tym obrazie. To nie jest dobry film o covidzie – to narcystyczna produkcja patrząca z góry. Nieświadoma, że jedynie powtarza. Przekonana, że odkrywa. Że mówi prawdę o zamieszkach, niezrozumieniu, prowokacjach, manipulowaniu sobą nawzajem.
A potem film idzie w zupełnie inną stronę. Nie zdziwiło mnie, gdy po seansie przeczytałem, że ten scenariusz miał co najmniej dekadę i reżyser na jego podstawie chciał realizować swój debiut. To naprawdę jest zupełnie inna historia, do której doklejono elementy rzeczywistości covidowej, aby całość sztucznie napompować wartością marketingową. I żadną inną. Nagle w Eddington policjant zapomina, jak policjantować. Wątki urywają się, wprowadzane są nowe, które nie zmierzają donikąd. Inne są przyspieszone i dezorientują widza, który próbuje traktować je poważnie. Całość kończy się sceną akcji w stylu Commando, mając przy tym tylko troszkę więcej sensu niż Sinners z tego samego roku. To powinna być jakkolwiek pozytywna rzecz, że aż dwa filmy to robią, a tymczasem ja kręcę głową. Współczesne kino naprawdę straciło głowę.
Zmierzam do tego, że tutaj jest naprawdę bardzo dużo rzeczy. I widz musi posiadać wiedzę własną, żeby chociaż część wyłapać – i zakładać, że jeśli są one tutaj obecne, to oznacza, że film jest wartościowy. Jeśli zakłada, że musi jeszcze mieć coś o tym wszystkim do powiedzenia, wtedy wyjdzie film pusty. I rozległy. Przyznają mu jakieś dodatnie punkty za zmieszczenie tego i tworzenie pewnego portretu, ale z mojej strony to wszystko. Nadal pamiętam, że przez pierwszą połowę chciałem napisać tylko: „Dla takich obrazów filmy w kinie powinny być puszczane z możliwością przewijania”. To jeden z tych tytułów, w przypadku których dopuszczalne jest bycie na telefonie w sali kinowej – bardziej podłych rzeczy nie da rady napisać o jakiejkolwiek produkcji.
Z tego wszystkiego wydaje się wynikać głównie jedna rzecz, ale nawet jej standardowy widz nie wyłapie, jeśli wcześniej nie przedawkował Internetu. Widzicie, jest tutaj ogromna pogarda dla białych, młodych kobiet wynikająca z jednej z teorii spiskowych, że Biała Rasa jest programowana na samozniszczenie. W tej teorii stoi, że białe kobiety mają chodzić na studia, które nie zawierają żadnej faktycznej wiedzy. Mają pracować w administracji za marne pieniądze – wszystko, żeby nie mieć czasu na zakładanie rodziny, rodzenie dzieci. A gdy już będą mieć ochotę na seks, to będą go traktować jako nagrodę za działanie przeciw Białej Rasie. Elementy tego wszystkiego są w tym filmie i jeśli można napisać, że cokolwiek tutaj jest przedstawiane w całości, to właśnie walka samców o samice i co robią, aby zyskać jej względy. Jak głoszą niespójne poglądy polityczne i filozoficzne, jak biorą udział w protestach, jak przemawiają na wiecach – wszystko to wbrew sobie. Nie wierzą w ani jedno słowo, ale białe, młode samice chcą słyszeć o skradzionej ziemi i przepraszaniu za niewolnictwo, więc takie rzeczy robią. Nawet główny bohater ląduje ostatecznie w łóżku z taką samicą – niejako za karę, że nie brał w tym wszystkim udziału. Wink-wink. Kto oglądał, ten zrozumie.
Każdy, kto tego nie czytał wcześniej w Internecie, po obejrzeniu filmu może łapać się za głowę i pytać: „Co ty Garret pierdolisz?”. Tego nie da się wyłapać z samego filmu, ale elementy w nim są. Podobnie jak wielu innych rzeczy. Ari Aster nie jest odważnym artystą i nie ma odwagi mówić głośno. Ma odwagę mówić jednocześnie i może z tego wyniknie coś, za co ludzie będą go chwalić. Nadal jest kompetentnym artystą – umie tworzyć kadry i budować napięcie, poprowadzić aktorów. Nie można odmówić Eddington, że robi wrażenie ambitnej produkcji. I na tym to się kończy.
Gabriel nad Białym Domem ("Gabriel Over the White House", 1933)
7 listopada
Kino realizujące marzenie – prezydentem zostaje człowiek, który nagle zdaje sobie sprawę z władzy, jaką ma. Z możliwości, jakie ma. Ile dobrego może zrobić! Zachowuje się wtedy zupełnie niestosownie, jak nie on, jakby kontrolę nad nim przejął Archanioł Gabriel. Nie podoba się to wielu osobom, ale nowy Prezydent nie przejmuje się tym i bierze za wszystko odpowiedzialność, byle tylko wyprowadzić kraj z kryzysu bezrobocia oraz zagrożenia globalnej wojny. Nie będzie się obawiać nawet wprowadzić stan wojenny i przyjąć dyktatury – ciężko jednak uznać, by film rozumiał ten termin. Zdaje się nie rozumieć wszystkich innych, które używa.
Nie ma w tym filmie wiele więcej – to tylko populistyczny obraz będący wizualizacją marzeń, działający delikatnie mówiąc w uproszczonej wersji rzeczywistości. To reklama – reklama scenariusza, w której polityk decyduje się naprawić wszystkie problemy i to robi. W rok. Przy pomocy charyzmy. Nie jest to jakiś banalny scenariusz, oparty na wpakowaniu w niego pieniędzy, ale nadal nie prezentuje on żadnych sensowniejszych rozwiązań. To film adresowany do biednych obywateli głodnych zmian. I jedzenia.
Twórcy nie planują edukować, nie zamierzają, nie realizują tego rodzaju misji. Widz nawet musi sam z siebie pamiętać, czym była 18 poprawka do Konstytucji USA (chodzi o tę, która wprowadziła prohibicję – zniesioną właśnie w grudniu 1933 roku, w roku premiery Gabriela…). Nie wyjaśnia, jak przestępczość urosła dzięki niej i czemu tak im zależy na bezrobociu. Nie wyjaśnia powodów owego bezrobocia i jak miałoby działać zatrudnienie ich przez rząd. Film nie ma zamiaru nawet edukować własnych bohaterów – gdy tylko bohater zostaje opuszczony przez Boga i zmienia zdanie, mając ku temu solidne argumenty, wtedy postać poboczna pozwala mu umrzeć. Kłopot z głowy, marzenia spełnione. Film zamknięty. Dziecinne to i niedojrzałe, niepoważne. Niegodne żadnego dzieła sztuki podejmującego tematykę polityczną.
Pomimo tego wszystkiego Gabriel… pozostaje interesującym obrazem ze względu na to, co pokazuje – czy raczej, co stara się przedstawić. Jest pewnym obrazem swoich czasów, ówczesnego wyobrażenia politycznego, mówi coś o obywatelach Ameryki. Nawet jeśli jest to wizja, w którą twórcy chcieli wierzyć, a nie wizja prawdziwa. Mówi to, co chce mówić, a nie to, co zwykli ludzie naprawdę mówili, w co wierzyli i jacy byli. Pod wieloma względami to pozostaje aktualny przedstawiciel kina politycznego na światowej arenie. Stety lub niestety.
Smithereens (1982)
7 listopada
Girlfriends, Out of the Blue, Streetwise… I teraz Smithereens. Nowy Jork kontra młoda kobieta. Nie ma tutaj tak naprawdę jakiejś historii – fabuła składa się z kolejnych interakcji Wren z ludźmi, których spotyka w starciu z codziennością. W tym znaczeniu, że każdy dzień może być okazją na sukces, a okaże się walką o spędzenie nocy z dachem nad głową. Wren nie płaci czynszu od miesięcy i stara się z całych sił budować wrażenie, że jest zapracowaną, zabieganą osobą będącą o kilka chwil od gigantycznego sukcesu: zawarcia znajomości, wyjazdu, wejścia w biznes. Nie ma chyba znaczenia jaki to biznes i co będzie robić. Ciężko powiedzieć, co Wren chce robić. Ciężko powiedzieć wiele rzeczy o niej.
Wren z łatwością manipuluje ludzi wokół siebie, przeinacza prawdę albo zmyśla kompletnie. Gdy ktoś ją wyrzuci z łóżka, to ona po prostu miała go już dość. Gdy wyrzucą ją z klubu – klub ssie. Ona zawsze sobie poradzi, zawsze postawi na swoim – nawet wbrew sobie. Można o niej powiedzieć wiele negatywnych rzeczy, ale twórcy nie patrzą na nią w ten sposób – patrzą na nią w całości, dostrzegając od każdej strony, w wielu światłach. To naprawdę jest postać, którą można zrozumieć i z nią sympatyzować, pomimo jej licznych wad. Zobaczymy, jak blisko wielokrotnie jest od sukcesu – chociaż byłby to sukces w naszych oczach, nie jej. Znajdzie chłopaka, który będzie się z nią liczył, zamiast tylko okłamać i wykorzystać – ale Wren go odrzuci, pełna wzgardy dla siebie i przekonania, że nie zasługuje na kogoś takiego. A może wcale nie? Może tylko tak jej powiedziała? Może tym razem oszukuje też widownię, która chce wierzyć w istnienie wrażliwej strony Wren? To dzięki temu – oraz faktycznej walce na brudnych ulicach Nowego Jorku, pełnego prostytucji, ludzi śpiących na podłodze, tępo patrzących w przestrzeń podczas zażywania narkotyków i uprawiania mechanicznego seksu – ten film jest tak żywy i ekscytujący w oglądaniu.
Film trafia na listę moich ulubionych produkcji 1982 roku: https://garretreza.pl/podsumowanie-1982/
Rozpaczliwie poszukując Susan ("Desperately Seeking Susan", 1985)
7 listopada
Najśmieszniejszy film bez jednego żartu.
Dobra, żarty jednak się pojawiają pod koniec (koleś mija kolesia bez spodni i rzuci komentarz: „Nice legs”), ale chodzi mi o to, że sama historia w tym filmie jest komedią. Bracia Marx z Luisem De Funnes, ten poziom komedii, której nie da się zdradzić. Intryga jest aż tak złożona, że w trzecim akcie nie wiadomo, co z tego galimatiasu wyniknie. Takiej opowieści nigdy nie widzieliście. A wszystko zaczęło się od ogłoszenia w gazecie i życia tak nudnego, że ekscytację przynosiło śledzenie wymiany postów między obcymi ludźmi.
Początek nie klei się jeszcze tak, żeby widz miał pojęcie, co ogląda – trzeba zainwestować trochę więcej czasu, zanim film ruszy. Jak już to zrobi, to galopem. Sceny są krótkie, szybkie, do rzeczy. Prawdziwym osiągnięciem jest jednak umiejętność utrzymania widza przy tych postaciach, zaangażowanie go w to wszystko pomimo natłoku zarówno bohaterów, wątków jak i wydarzeń, żeby umiał się w tym odnaleźć.
Efekt? Bardzo dobra zabawa, do której będę chciał wrócić. Mam jedynie wątpliwości, czy ta fabuła działa jako opowieść o tych wszystkich ludziach, czy finał faktycznie daje im wszystkim spełnienie i przemiana poszczególnych bohaterów trzyma się kupy. Zapewne tak nie jest, ale siła pierwszego seansu jest ogromna. Pokonuje nawet wyraźną fetyszyzację kobiet, które mają nierówno pod sufitem, ale w tym obrazie nazywa się to: „nieprzewidywalne”. Wiem, że w pewnym momencie mojego życia to by to mnie przemawiało, więc rozumiem – ale to nadal nie jest film o miłości. O zauroczeniu? Jak najbardziej. Utwór w tym samym duchu, co Muza z Sharon Stone.
Film trafia na listę moich ulubionych produkcji 1985 roku: https://garretreza.pl/podsumowanie-1985/
Rosemead (2025)
7 listopada
Publicznością tego filmu są chyba tylko ludzie, którzy zobaczą to w telewizji, a następnego dnia w pracy wypełnią trzy minuty życia poprzez: „Widziałem wczoraj taki film, o matce, która kaszle krwią i umiera, ma jakiegoś raka czy coś, ale ukrywa to przed swoim synem, bo ten i tak ma ciężko, bo ma schizofrenię i to leczy…” po czym przechodzą natychmiast do opowiedzenia zakończenia. Ponieważ tylko wtedy film prezentuje jakąś wartość, jakiś punkt zaczepienia. Nie jest obietnicą seansu, nic z tych rzeczy. Jest zrobiony nijako – można wręcz uznać, że błędnie – tonacja jest bezpieczna (więc nudna), nie ma też podpory w postaci scenariusza, jakiegoś planu rozwoju wydarzeń. Nie dzieje się praktycznie nic przez cały film, co służy opowiedzeniu tego doświadczenia widzowi – poza zakończeniem.
Nie było tutaj za bardzo pomysłów na całość. Finał miał zapaść widzowi w pamięci i na tym wszyscy się skupili. Sztuka filmowa pojawia się dopiero w trzech ostatnich ujęciach.
Kameleon ("Lurker", 2025)
8 listopada
Matt zna Olivera i jego muzykę. Gdy widzi go w swoim sklepie z ubraniami, wykorzystuje okazję, jaka się nadarza, aby wejść do jego świata. Tylko jak tam pozostać? Jaki Matt ma cel? Robi wrażenie osoby samotnej, w głęboki sposób szukającej zrozumienia i akceptacji. Ma problemy, aby zaprzyjaźnić się z pozostałymi członkami „ekipy” Olivera, znaleźć sobie tam miejsce. Nie jest artystą, ale chce się przydać. Wydaje się panikować na samą myśl, że Oliver jedynie udawał przyjaźń – robi w końcu wrażenie kogoś, kto jednego dnia będzie składał każdą obietnicę, aby nazajutrz już o niczym nie pamiętać. Czy tak właśnie było z Mattem? Czy odnajdzie on swoje miejsce w grupie?
Matt szybko daje jednak znać widzowi o swojej prawdziwej naturze. Jak zwraca się do swojej matki, jak wszystko kalkuluje na zimno, czego tak naprawdę się obawia – nie chce zostać prawdziwym przyjacielem, chce zostać jedynym przyjacielem Olivera. Nie jest dobrym człowiekiem, ale jest u progu sławy i popularności, pozwalającej mu traktować innych z wyższością. Gdy Olivier nagle zostaje otoczony przez fanów, to cieszy się i stara się być miły. Matt tylko czeka, żeby móc narzekać na brak prywatności.
Twórcy przekonują swojego widza, że znają ten świat i umieją go odtworzyć na ekranie – koncerty, tworzenie, relacje gwiazdy ze swoją ekipą. Wydaje się, że naprawdę wchodzimy za kulisy i widzimy codzienność tych ludzi.
Wszystkie braki, jakie mógłbym teraz wytknąć, mają związek z zakończeniem. Zabrakło w nim pokazania większej winy Olivera jako osoby wymagającej Yes Menów, co los przewrotnie mu dał. W epilogu Matt wydaje się osiągać faktyczny sukces jako artysta, jego wizja zostaje spełniona – tymczasem przez niemal cały film wydawało się, że to nikt, który nic nie umie. Gdyby jednak w trakcie tej opowieści przewijał się motyw, gdy Matt coś proponuje (o czym widz wie, że byłoby to dobre) i najbliżsi nie brali tego pod uwagę, dodałoby to do złożoności dramaturgii. Tymczasem Matt wcześniej tylko kręci rozmazany dokument i przyczepia kamerę do owcy, gdzie wełna zasłania wokalistę.
Nie jest to film, do którego będą chciał wrócić – za dużo tutaj chwil niezręcznej przestrzeni rodzącej się między bohaterem i pozostałymi postaciami, martwej ciszy w momentach niezdolności do nawiązania kontaktu, chwilami nawet sam film zdaje się nie być pewnym następnego kroku. Dłuży się, widz przymyka oczy i zaczyna rozważać głośne wyrazy z prośbą, aby to już się skończyło. Powtórny seans nie jest mi potrzebny jednak, żeby z perspektywy czasu docenić pewne momenty, które z czasem okazują się zawierać więcej treści – jak wtedy, gdy bohater chwycił za kontroler i pokazał, że umie w niej dominować, zaskakując wszystkich. Albo gdy podczas pierwszego kontaktu zmuszają go do zdjęcia spodni, a on zdejmuje nawet bieliznę – pokazał już wtedy, że jest gotowy na wszystko, na złamanie reguł, stworzenie swoich. Za pierwszym razem widzimy w tym zabawę, później myślimy, że było tu więcej.
W finale film okazuje się jako całość być odpowiedzią na pytanie, które zostaje zadane na samym końcu. Nie jest ona prosta, łatwa ani przyjemna. Świat show-biznesu pokazuje tutaj prawdziwe pazury i przekonuje, że wymaga to bezwzględności. W kieszeń można sobie włożyć gadanie o szczęściu, ciężkiej pracy oraz zrządzeniu losu. Tutaj liczy się dominacja i film potrafi to pokazać. Osobiście ciężko mi wymienić film, który lepiej obnaża brudy show-biznesu, niż Kameleon. Przynajmniej w ostatnich latach, oferując więcej niż tylko kopię schematu fabularnego Wszystko o Ewie.
Mężczyzna idealny ("Making Mr. Right", 1987)
8 listopada
Kolejny raz w filmografii pani Susan bohaterka jest energiczna i pewna siebie, świat ma się kręcić wokół niej, a przechodząc na ulicy samochody mają wyparować. Taka osoba będzie promować Androida, który ma brać udział w misjach kosmicznych.
Fabuła jest naciągana, ale reszta dostarcza pełnej zabawy. Dialogi lśnią najtisowym serem z pełną dumą, a intryga kto-z-kim jest należycie zakręcona. Do tego John Malkovich w podwójnej roli – od dwóch dekad co najmniej nie widziałem go w dobrej roli, a co dopiero TAK dobrej. Do fetyszyzacji kobiet mających nie równo pod sufitem zaczynam się przyzwyczajać.
Ostatecznie stawiam ten obraz niżej od Susan. To prosta komedia, która nie jest aż tak ambitnie skonstruowana, co Susan. W Mężczyźnie idealnym ponad to można się domyślić rezolucji fabularnej, która dodatkowo zostawia po sobie gigantyczną dziurę fabularną: to po jaką cholerę w końcu był im ten Android?
PS. Musiałem wyjść z sali przed Q&A, ale mam nadzieję, że ktoś zadał pytanie pani reżyser o to, czy wie, o czym jest piosenka: „Welcome To The Machine” Pink Floyd.
Desperat ("Dead Man's Wire", 2025)
8 listopada
Historia miała miejsce w 1977 roku, ale w rzeczywistości, w której banki udzielają pożyczek nie mając pokrycia w jakiejkolwiek formie – po prostu namawiają do zaciągania kredytów na każdym kroku, dając wirtualne zera na konto obywatela i czekając, aż on wyczaruje te pieniądze z powietrza – Desperat jest jak najbardziej tytułem na czasie. Czemu protagonista Tony decyduje się przywiązać drutem do prezesa firmy udzielającej pożyczek (a pomiędzy nimi na tym drucie jest strzelba, która wypali, jeśli oddalą się od siebie w jakikolwiek sposób – stąd tytuł), nie jest łatwo wyjaśnić. Tony chce przede wszystkim przeprosin za to, co mu zrobiono – bierze zakładnika, ogłasza swoje żądania i teraz czekamy, co z tego wyniknie.
Całość zrealizowano z nie tyle humorem, ile jajem – Tony zna na przykład niektórych policjant, z którymi wita się, jakby byli w barze: tego typu lekkość, która jednak ani razu nie odbiera powagi sytuacji. Cały czas liczy się tutaj życie ludzkie: Tony’ego albo jego zakładnika. I jako widzowie nie chcemy, aby cokolwiek stało się któremukolwiek. Sytuacja jest wyjaśniania wieloetapowo i oglądający musi sobie to poskładać na początku – bardziej niż ekspozycja liczy się wtedy dla widza, że żądania Tony’ego są spełnione: nie został przedstawiony w mediach jako wariat, dziennikarze naprawdę wyjaśniali jego powody, jak został potraktowany przez dużą korporację. Bez stawania po jego stronie, bez malowania go na bohatera.
Rola Billa Skarsgårda jest intensywna i zdobywa publiczność, surowy styl kina lat 70. znajduje tutaj zastosowanie, napięcie udaje się budować oraz zaangażować widza na te dwie godziny bez spektakularnego planu wydarzeń: w dużym stopniu jest to kino jednego pomieszczenia i dwóch aktorów, z czego jeden stara się zachować zimną krew i milczy, a drugi pali jak lokomotywa i wariuje z braku snu na przestrzeni kilku dni. Całość bez wątpienia mogłaby być lepsza – brakuje zbudowania tła, chociażby wątek pani dziennikarz rozmywa się z czasem i traci miejsce w filmie. Gus Van Sant pokazuje swoje wyżyny dosyć szybko, gdy Tony odjeżdża z zakładnikiem i mamy sekwencję w samochodzie, podczas której… Cóż, nic się nie dzieje. Jadą. Aż dojadą. Cisza i braki kreatywne.
Umie jednak opowiadać o człowieku. Zapamiętać go nie tylko za to, co zrobił, ale dlaczego. Nie jako bohatera albo wariata, ale człowieka.
Dziecko pyłu ("Child of Dust", 2025)
8 listopada
Podczas wojny w Wietnamie żołnierze USA dużo razy uprawiali seks z lokalnymi kobietami, po czym wyjeżdżali nie wiedząc często, że zostawiają za sobą dzieci. Teraz te dzieci po wymazach ze śliny (DNA) szukają swoich ojców, 50 lat później. Chyba dokument nie wspomina o gwałtach. Albo o tym, że ojcowie ginęli na tej wojnie i dlatego nie poznali swoich dzieci. Albo czemu dopiero teraz szukają tych ojców. Czy szukali ich wcześniej?…
Ogólnie niewiele tutaj treści. Twórcy postawili na materiał, który samodzielnie mogli zrealizować – głównie towarzyszenie bohaterom w ważnych momentach. A co pomiędzy? A no: jedzą, gotują, pracują, idą… To drugie oczywiście zajmuje większość czasu i nie służy niczemu.
Ten dokument potrzebował o wiele więcej zrozumienia. Osobiście zawsze mam problem z takimi produkcjami, jako osoba bez domu i ojca – nigdy mi jednak tych rzeczy nie brakowało, dom będę musiał sam sobie stworzyć. Autorzy jednak zawsze wychodzą z założenia, że ojciec jest ważny i tak dalej, więc to wystarczy jako motywacje dla bohatera oraz dramaturgii. Co jest tym bardziej absurdalne, że protagonista nie umie czytać czy pisać w żadnym z języków: wietnamskim lub angielskim. I zostawia swoją żonę, swoją córkę uzależnioną od narkotyków, swojego opuszczonego przez matkę wnuka… Żeby być ze swoim ojcem w USA. I nikt tego nie kwestionuje, bo ważnym jest znać swojego ojca. I mieć dom. Teraz ten dom jest w USA.
Nawet pomijając to wszystko – całość jest naprawdę niechlujnie zrobiona. Cały czas kamera z ręki próbująca uchwycić twarze ludzi. Pierwsza rozmowa ojca z synem jest nieoglądalna – to rozmowa przez jakiś wideo komunikator internetowy, gdzie kamera jest na telefonie i ten telefon pokazuje się do kamery w laptopie i to jeszcze próbuje uchwycić kamera filmowa. Ruch w ruchu w ruchu. Fuj. Nic nie widać. Podczas tej rozmowy ojciec ma shell-shock słysząc język wietnamski – co nigdy później nie wraca do narracji. Czy udało się to pokonać? Czy to było kłamstwo? Takich detali, o których twórcy zapominają, jest trochę. Z samej ich eksploracji wyszedłby ciekawy film – twórcy jednak woleli skupić się na byciu z bohaterami, jak oni czekają na spotkanie się. Chcieli uchwycić ekspresję, jak zobaczyli się pierwszy raz. Reszta filmu? Jest.
PS. Nie chciałem jednak w tym miejscu brać się za nowego Jarmuscha – będzie dostępny gdzie indziej, jak już mi będzie tak zależeć – ale wyboru i tak nie miałem za bardzo. Wybrałem ten, bo pani reżyser ma też inne produkcje wysoko oceniane z małą ilością głosów na IMDb. Teraz przynajmniej wiem, żeby się tym nie przejmować.
Pan Smith jedzie do Waszyngtonu ("Mr. Smith Goes to Washington", 1939)
9 listopada
Pod światło ("Under the Lights", 2025)
9 listopada
„A co, jeśli obudzę się kiedyś w podeszłym wieku i nie będę miał niczego, co mógłbym wspominać?”
Reżyser tego filmu sam ma epilepsję, wcześniej zrobił krótki metraż pod tym samym tytułem, teraz byłem jedną z pierwszych osób spoza USA, które zobaczyły jego debiut pełnometrażowy, który dedykuje swoim rodzicom. Opowiada o młodym człowieku, który chce wziąć udział w studniówce, ale na drodze stoi jego choroba (o której nikomu nie mówi, wiedzą tylko lekarze i matka), ale właśnie opiekunowie, blokującego go przed wszystkim. I zachęcającego do akceptacji wizji przyszłości, w której będzie mieć opiekuna. Jak dziadek z demencją, zamknięty w Domu Opieki. Bohater jest nastolatkiem i nie ma zamiaru zostać emerytem.
Każdy w tym filmie jest samolubny, a narracja samodzielnie i bez mówienia wprost mówi swoim bohaterom oraz widzom, że większości problemów w życiu dałoby się uniknąć, gdyby tylko wiedzieli, jak o nich otwarcie mówić. Nie jestem tylko pewien, na ile widownia będzie gotowa odbyć tę podróż – ponieważ film ten nią właśnie jest. Widzowie i postaci odbędą ją razem – nikt tutaj nie zacznie znając wszystkie odpowiedzi. Trzeba będzie do nich dojść. Syn z epilepsją cały czas naraża się na niebezpieczeństwo, matka odbiera mu prywatność i upokaża na każdym kroku (nawet zacznie płacić ambitnej dziewczynce z Azji, żeby go pilnowała), rówieśnicy nie będą na to przygotowani i po prostu ruszą dalej, zajmą się swoimi sprawami. Nikt tutaj nie ma całej racji, ale ma swój punkt widzenia, swój kontekst i jakoś się w nim porusza. Nie jest to ich wada, nie jest to też zrobione do przesady – efekt jest raczej realistyczny. Na tyle, że gdy już zaczną ewoluować, to wszyscy zaangażowani widzowie poczują przyjemną ulgę, gdy w końcu ci ludzie zaczną się lepiej dogadywać, staną się sobie bliżsi. I to jest wspaniałe.
Mógłby ten obraz być lepiej nakręcony i wyreżyserowany, ale nie robi też niczego szczególnie źle – najwyżej standardowo i chciałoby się trochę więcej polotu z kamerą, ustawieniami sceny, tego typu rzeczy. Początek trzeciego aktu jest na granicy tego, żeby w ogóle działać – w końcu udaje się go uratować, ale większość widzów straci wtedy wiarę w bohaterów i ich postępowanie. Ja mogę tylko napisać, że ją odzyskałem. Aktorzy są świetni – naturalni, każdy znajduje tutaj swoją interpretację i tworzy pełną osobę na ekranie. Nawet jeśli mają małą rolę. Dialogi mają swój naturalistyczny polot i po prostu brzmią jak naturalne rozmowy. Akcja ma miejsce współcześnie – przynajmniej jeśli chodzi o używaną elektronikę – ale pod kilkoma względami czułem, że oglądam świat z przełomu 90/00. Najpóźniej byłyby to okolice 2000. Zachowanie młodych czy ich domy, tutaj widzę bardziej wspomnienia reżysera z jego młodości niż 2020s. Obraz choroby nie jest zgłębiony, podstawy są (o ułożeniu ciała itd), ale udaje się osiągnąć przekonujący wizerunek, jak to jest żyć z nią oraz kimś, kto ma ją stwierdzoną. Highlight dla większości to będzie scena sikania na sedesie – nie tylko wtedy widzimy bruzdy i siniaki, ale jeszcze podczas mikcji matka musi przytrzymać penisa syna, aby trafił do muszli. To wystarczy aby przekonać: film wie, o czym opowiada.
Tak. To udany tytuł – szczególnie dla wszystkich zwolenników kina rodzinnego oraz coming-of-age. Na ekranie będzie dramat, ale też taniec, światła, muzyka. I skakanie do basenu z dachu. Do tego najlepsza koleżanka jest lesbijką, więc dostajemy też kino o przyjaźni nie zbaczające w tereny kina o miłości. No i zajebiście.
A wy? Jakie w życiu podjęliście największe ryzyko?
PS. Miałem iść na inny film, którego nie byłem pewien. Skończyłem Caprę o 12:25, patrzę w program – są jeszcze wolne bilety na Under.... Na 12:30. Taką spontaniczność właśnie uwielbiam na festiwalach.
OBEX (2025)
9 listopada
Deadstream, Setka bobrów, teraz Obex. Minimalistyczne kino będące zabawą, które będzie zabawą dla specyficznego widza. W pierwszej połowie oglądamy dosłownie reżysera (również głównego – i niemal jedynego – aktora) z psem na kanapie. I pozwolę wam odkryć, gdzie stąd ten film obierze kierunek. Czas akcji to 1987 rok, co ma związek z cyklem cykad. Myślą nawet o kręceniu kontynuacji w 2004 roku, ale najpierw: mamy koniec lat 80. Koszmar z ulicy Wiązów na VHS, pierwsze komputery, pierwsze gry komputerowe.
Dużo człowiek może dzisiaj zrobić sam. Szczególnie jeśli umie swoim urokiem obejść powagę tworzenia sztuki, wykorzystując do tego efekty specjalne i umowność. Trzeba mieć talent, żeby z widownią zawrzeć takie porozumienie i następnie je spełnić. OBEX-owi to się udaje z całą pewnością, ale to wymaga od widza pewnej specyfiki i nie jest dla wszystkich – co nie jest ich winą albo wadą. Nie pasuje wam takie kino, macie do tego pełne prawo. Warto pamiętać, że oferuje on faktyczną przygodę w nieznane. Nawet zawiera pod tym wszystkim pewne motywy o przeżywaniu życia, pełen jest też miłości do psów. A w tle wybrzmiewają rzeczy ważne dla reżysera, o czym się przekonałem podczas Q&A.
Ten tytuł zdobył mnie swoją szczerością i uczciwością. Cieszę się, że jest w kinie miejsce dla takich produkcji.
Anioł stróż ("Good Fortune", 2025)
10 listopada
– Do you know that guy with the long hair, kind of tall? (…) He’s fucking hot. I’m gonna go sit on his face.; – That will really confuse him.
Keanu Reeves jako Anioł Stróż imieniem Gabriel – anioł niskiej rangi, odpowiedzialny za pisanie wiadomości podczas jazdy samochodem. Piszesz na telefonie, zaraz wjedziesz komuś w dupę – i Gabriel jest odpowiedzialny za to, żebyś zerknął na drogę, zanim to nastąpi. Wydaje się niewiele – przynajmniej Gabrielowi. Aspiruje do czegoś więcej, aby otrzymać większe skrzydła i być kimś więcej, kimś istotniejszym – więc śledzi Arja (Ari Ansari), który ma nienajlepsze życie: wykonuje kilka prac, każda niewymagająca i zagrożona nadchodzącą automatyzacją, brak dachu nad głową (śpi w samochodzie) i brak perspektyw na jakąkolwiek zmianę. Gabriel widzi go, gdy jest w dołku i pokazuje mu, że warto żyć dalej. Problem w tym, że przyszłość Arja wcale nie jawi się zachęcająco. Gabriel spróbuje czegoś innego – i to przyniesie zaskakujące rezultaty.
Ilość pomysłów na ten film jest oszałamiająca. Żaden widz nie będzie na to przygotowany, ile tutaj będzie zmian fabularnych, nowych kierunków, świeżości, warstw! To są rzeczy spotykane w klasykach, nie we współczesnych produkcjach. Napiszę tak: gdyby Frank Capra robił Niespodziewaną zamianę miejsc, mając wrażliwość Prestona Sturgesa, miał szacunek do Wendersa i żył w 2025 roku, zrobiłby Good Fortune. To kino, które rozumie zarówno bogatych jak i tych znajdujących się w beznadziejnej sytuacji. To kino, które opowiada o ludziach, potrafi być atrakcyjne pokazując po prostu zwykłą rozmowę dwóch ludzi. Jednym z wątków jest autentyczny Aniół Stróż i ani razu podczas filmu nie czekałem, aż całość się rozkręci, że przejdzie do tego momentu w opisie – byłem oczarowany oglądając codzienność bohatera. Każdy aktor tworzy tutaj cudowny duet i zespół z całą resztą, jest tutaj tyle ludzkiego podejścia, luzu i prawdy w każdym słowie, że jako widz nieprzygotowany na wielkość tej produkcji zatapiałem się w fotel coraz bardziej i bardziej, ani razu nie sprawdzając czasu. Po prostu oglądałem, śmiałem się, cieszyłem…
Autorzy wiedzieli, że zwykłe ujęcie kogoś na dachu ma swoją moc – nawet zaczynają od tego cały seans. Wiedzieli, że Keanu Reeves to drewno i jest drewnem też tutaj, ale znajduje to cudowne zastosowanie. Wiedzieli, że Seth Rogan też nie ma wielkich możliwości – ma jedną sztuczkę i zrealizował ją tutaj najlepiej w karierze. Lepiej niż w 50/50. Wiedzieli, że nie mogą być banalni i pretensjonalni na ważne tematy, więc zrobili wiele, aby tego uniknąć, jednocześnie idąc w kierunku zakończenia, które dzisiaj przyjmie się w całości zapewne tylko u takich widzów jak ja, którzy wczoraj widzieli Mr Smith Goes To Washintgon i dzisiaj oglądają Good Fortune. Te dwa tytuły przechodzą dla mnie w jedno, podobnie jak całość kinematografii, poza czasem i miejscem. I piszę to jako kinoman, który nieszczególnie przepada za kinem Capry.
Istnieje sformułowanie: natychmiastowy klasyk – i taki jest Anioł stróż. Zdjęcia są profesjonalne, aktorzy – każdy w swoim własnym zakresie – tworzy wspaniałą rolę, humor jest najwyższych lotów – to bez wątpliwości najlepsza komedia 2020s, może nawet szerzej – fabuła jest ambitna, a scenariusz godny Billego Wildera. I tak, jak w przypadku ignorowania kolejnych części serii Mission Imposible myślę, że ludzie wstydzą się lubić kino akcji, tak w przypadku średnich ocen Good Fortune myślę, że ludzie wstydzą się lubić kino komediowe. Śmieją się i cieszą na seansie, będą wracać do tej produkcji – ale obawiają się o tym tytule myśleć jak o dobrym kinie, które warte jest najważniejszych nagród oraz pochwał. A tak właśnie jest, zasługuje na pochwały. Wszystko nie jest w nim idealne, ale twórcy zbyt wiele razy zaskakiwali mnie swoją pomysłowością, żebym teraz miał czelność proponować im jakiekolwiek zmiany. Jeśli oni byli pewni swojego, to może i ja będę przekonany z czasem. Kino jako rozrywka, kino jako marzenie, kino jako przyjemność. Również wtedy, gdy podejmuje trudne tematy roku 2025 – pokazując, że go widzi, rozumie, dostrzega, doświadcza, zna. I chociaż nie ma żadnych rozwiązań, szczególnie na masową skalę, to przypomina: warto żyć dalej.
Film trafia na listę moich ulubionych filmów wszechczasów: https://garretreza.pl/ulubione-filmy/ Jako pierwszy z 2025 roku. Osobiście jestem zaskoczony, że chociaż jeden takowy się znalazł. Obecnie na liście jest niecałe 230 tytułów w kolejności chronologicznej.
Szósta dzielnica ("The Sixth Borough", 2025)
10 listopada
Podstawowy dokument o muzyce. Leciutko nakreślone tło historyczne – przenosiny czarnoskórej ludności na Long Island, gdzie każda ulica miała swojego przyszłego wielkiego rapera. Zaczęli tworzyć i nakręcać wspólną atmosferę, gdzie każdy tworzył. I to tyle. Bez zgłębiania tematu, po prostu wymienianie twórców, tytułów płyt i kawałków i przerzucanie się frazami o zapleczu pozytywnym. Nic o faktycznym procesie kreatywnym. Na plus – całość jest krótka, ponieważ wycięli wszystkie piosenki przykładowe. Za każdym razem leci tylko wersja instrumentalna albo same sample, gdy trwają wywiady.
Brooklyn, Bronx, Queens and Staten
From the Battery to the top of Manhattan
Asian, Middle-Eastern and Latin
Black, White, New York you make it happen
Diablica ("She-Devil", 1989)
10 listopada
Wspomnienie odblokowane – pamiętam, jak kiedyś widziałem zapowiedź filmu w telewizji, gdzie kobieta wsadza niebezpieczne rzeczy do pralki czy mikrofalówki, po czym następuje eksplozja całego domu. W moim młodym umyśle zobaczyłem w tym coś na kształt Home Alone. Myślałem, że ta eksplozja będzie finałem – a tutaj następuje ona dosyć szybko. I reszta filmu nie zawiera żadnych „pułapek”. 30 lat później dowiaduję się, że tym filmem była Diablica. Opowieść o kobiecie, która odkrywa, że jej mąż ją zdradza z autorką romansów. Planuje więc zemstę, aby całkowicie zniszczyć tego człowieka.
Kino Seidelman cały czas ma problem z opowiadaniem o postaciach pobocznych – tutaj w sumie nawet głównych – i kształtowaniu ich losów po tym, jak już wybrzmią napisy końcowe. Losy protagonistki kręcą się niemal wyłącznie wokół kreacji zemsty, ale nigdy nie spojrzymy już na nią jak na osobę, która będzie musiała kiedyś wrócić do rodziny, kontynuować swoje życie. Dokonuje zemsty i osiąga w tym sukces, co oznacza koniec filmu. Dobra zabawa się kończy, a po niej pustka. W trakcie cały czas myślałem o tym, jak jej dzieci czują się i co myślą o tym wszystkim, a twórcy nie pochylają się nad tym. Szkoda, ale zaczynam się do tego przyzwyczajać. Za to zmiana jest gdzie indziej – Seidelman odchodzi od fetyszyzacji stanowczych kobiet. Tytułowej Diablicy nikt w tym filmie nie pożąda, ona sama też nie przejawia zainteresowania seksem. Silniejszy jest za to motyw nienawiści do mężczyzn, wcześniej praktycznie nieobecny w filmografii pani reżyser. Mąż Diablicy skacze z kwiatka na kwiatek, manipuluje i ucieka od wszelkiej odpowiedzialności – a innych mężczyzn tutaj ze świecą szukać.
Mam za to coraz silniejszą ochotę stwierdzić, że pani Seidelman posiada „dotyk Lubitscha”. Nie chodzi w jej filmach o głębsze motywy albo podniosłe tematy – to spełnienie fantazji dla rozrywki – ale właśnie detale, których inni twórcy nie umieściliby w swoim obrazie, inaczej by zrealizowali te same sceny – w sposób dalece mniej interesujący pod każdym względem. Czy u innych grób psa byłby równie bawiący swoim rozmiarem? Czy inni twórcy połączyliby na jednym ujęciu odkrycie zdjęć z fotokopiarki z odejściem służącej? Czy w innych filmach Meryl Streep pokazałaby środkowy palec poprawiając okulary? Z powodu tego wszystkiego – oraz naprawdę sprytnych fabuł – tak dobrze się bawię na jej filmach. Dajcie więcej.
PS. Doświadczenie paramedyczne wchodzi mi w drogę wyjątkowo – scena podmieniania leków w butelce nie ma sensu, bo nie ma chuja, żeby pielęgniarka (szczególnie z wieloletnim doświadczeniem) nie odróżniła jednego leku od drugiego, podając niewłaściwy, bo był w niewłaściwym opakowaniu.
Kopnęłąbym cię, gdybym mogła ("If I Had Legs I'd Kick You", 2025)
10 listopada
Kino metaforyczne. I to jest jasne dosyć szybko, podobnie jak czym do czego ta metafora powinna się odnosić. Tylko że twórcy tak bardzo idą w te metafory, że oddalają się zupełnie od tego, co one mają reprezentować. I ostatecznie nie reprezentują tego zupełnie. Jeśli jakiś widz nie wyłapie sam odpowiedzi i poprosi o pomoc kolegę, to nie będzie wiedzieć, gdzie to w tym filmie tak naprawdę było. I będzie mieć rację.
Generalnie jest to film o czymś na kształt depresji poporodowej – autentycznej przypadłości, która wymaga miłości oraz pomocy medycznej (czyli farmakologii), tylko tutaj dziecko jest starsze (4-5 klasa na oko) i twórcy nie chcą nawet ujawnić, co z nią jest. To by przecież mogło pomóc zrozumieć bohaterkę i jej sytuację. Zamiast tego w domu sufit się zawala i muszą się wynieść do motelu do czasu remontu, który się przedłuża. Sama dziura działa całkiem nieźle jako element horroru – do momentu, gdy wyjdzie na jaw, czego ta dziura jest metaforą. Wtedy traci na znaczeniu, ponieważ nie pełni roli we właściwej historii. To film o trudnościach bycia matką, tylko twórcy nie umieścili w tej historii niczego faktycznie trudnego do zniesienia – nie ma w zasadzie żadnych interakcji między matką i jej córka poza scenami, kiedy podwozi ją samochodem gdzieś. Co więc jest takiego trudnego w byciu matką? Bycie alkoholiczką, narkomanką oraz osobą uzależnioną od papierosów, nad czym spędza całe noce, potem jest zmęczona za dnia… Za mało dramatyzmu? Niech wszyscy jeszcze cały czas krzyczą bez powodu.
Niemal każdy film oglądałem z pierwszego rzędu i mogę powiedzieć: Kopnęłabym cię... nie nadaje się do tego. Te nieustające zbliżenia na twarz sprawiają wrażenie, jakby był to obraz pomyślany do oglądania co najwyżej na telefonie. To też dodaje do frustracji płynącej z seansu.
Nie jest to najgorszy film – umie przynajmniej momentami zainteresować swoją historią, ale gubi się zupełnie w tym, co ostatecznie mówi. Nie jest to film zły, po prostu nieudany. Aktorzy sobie poradzili, pomysły były – i to wszystko.
PS. Jeśli kiedyś mielibyście zamiar traktować ten niedorzeczny obraz jako źródło wiedzy o świecie, to muszę zaznaczyć z paramedycznego punktu widzenia: PEG to nie jest rurka, którą „po prostu się wyciąga”, ona jest przyszyta dla stabilizacji. Łatwo szew naciąć, ale nadal robi się to przez wyszkolony personel. A po wszystkim całość zabezpiecza opatrunkiem, zamiast zostawić sobie samą. I nie robi się tego na czuja, bo „chyba już można, moja córka jest zdrowa”, ponieważ ponowne zakładanie PEG-a nie jest czymś łatwym, ani pozbawionym ryzyka. Już pomijam, że sam PEG w tej historii też jest metaforą – dziecka głodnego miłości matki czy coś w tym stylu. Ogólnie genialny pomysł, anoreksję traktować jako metaforę, gratuluję.
Krótkie metraże Seidelman
10 listopada
Wyznania dziewczyny z przedmieścia („Confessions of a Suburban Girl”, 1992) 4/5 Średni metraż, który przede wszystkim nakłada nowy kontekst na to, co do tej pory zobaczyłem w kinie Susan Seidelman. Po pierwszych 20 minutach byłem sceptyczny, ale jednak udaje się twórcom dodać nową cegiełkę do tego, co wcześniej wiedziałem na temat amerykańskich przedmieść. Pani reżyser znalazła swoje koleżanki z młodości i razem opowiedziały swe wspomnienia – jak były bezpieczne i nieprzygotowane na prawdziwe życie, nikt od nich nie oczekiwał stawiania temu czoła. Miały sobie znaleźć chłopa i on miał się o to martwić. Pojawiają się tutaj fragmenty filmów pani Seidelman, które widziałem już – z Diablicy widziałem dosłownie godziny wcześniej – i teraz zobaczyłem w nich więcej duszy artystycznej, jak przetwarza własne doświadczenia na film, co nią motywuje. Może wręcz podświadomie to robiła i teraz dekadę później to sobie uświadamia, odnajdując we własnych produkcjach coś nowego.
Dzieło mistrza („The Dutch Master”, 1993) 3/5 Musiałem aktywnie walczyć ze sobą, aby nie zasnąć. Oglądane zaraz po powyższym średnim metrażu, jako ostatni film tego dnia – pewnie głównie dlatego. Wydaje mi się, że to jest o dziewczynie, która zaraz wychodzi za mąż i tuż przed ślubem znajduje swoją fantazję erotyczną, której się oddaje. Zabawa formą oraz fikcją zawsze na plus – tutaj obraz na ścianie ożywa i zaprasza do środka. Całość jest częścią filmu antologicznego.
Top filmów Seidelman:
- Smithereens
- Rozpaczliwie poszukując Susan
- Mężczyzna idealny
- Diablica
- Wyznania dziewczyny z przedmieścia
- Dzieło mistrza
Teraz będę oglądać dalej. Bo z takimi ocenami, jakie jej dałem, to trafi jeszcze do Top 100 w moim rankingu reżyserów.
Późna sława ("Late Fame", 2025)
11 listopada
Ed, grany przez Williama Dafoe (lat 70) pracuje na poczcie. Zaczepiony zostaje na ulicy przez człowieka, który odkrył tomik poezji wydany przez Eda w latach 70. Przeszedł on wtedy bez echa, a teraz trafił do grona młodych poetów. Ed przeżywa teraz drugą młodość, późną sławę – tylko czy to faktycznie jest dla niego?
Centrum emocjonalne to uczucia Eda, który naprawdę zaczyna czuć się, jakby znalazł faktycznych przyjaciół – miał takowych wcześniej, ale nigdy im nie wyznał, że pisał poezję. Teraz ma grono ludzi, którzy sami to odkryli i za to go podziwiają, widzą w nim swojego mentora. Znajdzie nawet kobietę, z którą będzie chciał przebywać – ulotną, nieprzewidywalną, wymagającą aktorkę pragnącą recytować jego prace.
Reszta filmu nie dostarcza zaskoczeń – poeci, których spotka Ed, to osoby z bogatych środowisk, uczęszczających do znanych uczelni. Trochę pozerzy, trochę osoby nienawidzące samych siebie i pragnących przekonać samych siebie, że są kimś innym, kimś więcej. Nie poznamy ich jednak bardziej, ponieważ film nie eksploruje tła. Poetów ani dotychczasowych przyjaciół Eda – w czasie tej półtorej godziny czułem, jakby im poświęcono po jednej scenie.
Obrazowi brakuje poczucia konkretności oraz istotności, jakiegoś chociaż jednego momentu, dzięki któremu byłaby to historia ważna długofalowo dla protagonisty. To dla niego ważne, gdy się dzieje, ale po wszystkim rozpłynie się to i będzie nawet wątpliwym wspomnieniem – zamazanym, czy naprawdę się wydarzyło? I tak też to zapewne zapamięta widz. Udane kino, posiadające emocjonalną opowieść, które ulotni się z pamięci.
Sorry, Baby (2025)
11 listopada
Epizody z życia kobiety. Brak dziecka, relacje z koleżanką zachodzącą w ciążę, relacje z koleżanką zazdroszczącą otrzymania pracy, wątpliwości na tematy wszelakie oraz sąsiad, który daje niesatysfakcjonujący seks na zawołanie. Udane kino, ale mające potencjał nawiązać kontakt z bardzo konkretnym rodzajem widza. Takim, który przechodzi przez podobne epizody w życiu właśnie teraz – i nie potrzebuje pomocy, ale perspektywy, że wielu przechodziło i będzie przechodzić przez podobne atrakcje życiowe.
Styl filmu jest naturalny. Nieduży, własny dom na odosobnieniu – przytulne kąty tu i tam, kot przynoszący prawie martwą mysz jako prezent, odosobnienie i spokojne widoki, drewniane pomieszczenia, wygodne kanapy. Barwy są wyciszone oraz kojące. Fabuła składa się niemal z odcinków i można sobie łatwo wyobrazić, że w innej rzeczywistości ta produkcja mogłaby być pocięta i wydana w formie serialu – bardzo przy tym przypominając trzeci sezon Master of None, tylko wymowa byłaby o wiele mniej pretensjonalna i otwarta na widza.
Z całą pewnością sukces autorski i dobre wspomnienie dla oglądającego. Nie jestem pewien, na jak długo z nim zostanie.
Rodzina do wynajęcia ("Rental Family", 2025)
11 listopada
Powiązane
2025 AFF American Film Festival festiwal festiwale festiwale filmowe opinie o filmach relacja Wrocław
Najnowsze komentarze