Zniknięcia („Weapons”, 2025)

Zniknięcia („Weapons”, 2025)

09/01/2026 Opinie o filmach 0
znikniecia weapons 2025

Doceniam sztukę, która daje mi coś, chociaż nie wiedziałem, że tego potrzebuję.

Ocena 5 z 5
Doceniam sztukę, która daje mi coś, chociaż nie wiedziałem, że tego potrzebuję. W tym przypadku – i tutaj następuje przykładowy, humorystyczny punch-line, który nie tylko zawiera spoilery, ale rozbawi wyłącznie widzów mających seans za sobą*. I to dobrze, ten film mi uświadomił. Albo chociaż sprawił, że zacząłem rozważać to za coś właściwego, przynajmniej w obecnych czasach. Widzowie po seansie chcą tylko zażartować, napisać jakąś głupotę, wytknąć jakąś głupotę i ruszyć dalej, wracając tylko potem co najwyżej w celu napisania: „Etam, nie był wcale taki dobry, w połowie zrobił się nudny”. To jest część kultury współczesnej – nie ma żadnego przywiązania do filmu przed seansem, często nie wiedzą nic o tym, co zaraz włączą, nie są w żadnym stopniu gotowi, aby ów tytuł jakkolwiek przetworzyć, więc jedyne, co mogą zrobić, to właśnie sarkazm. Bez tego pozostanie pustka. Czy jest sens się obrażać lub zamykać w inny sposób na takich widzów, albo ogólny stan rzeczy? Przestać tak po prostu tworzyć i czekać zmian czasów, jeśli nastąpią? Czy też się z tym pogodzić i dać też coś tego rodzaju widzom?
 
Zniknięcie w każdym razie decyduje się ich zaakceptować. Tak jak akceptuje swoją stronę humorystyczną. Najwyraźniej całość miała być o wiele śmieszniejsza, ale widownia nie śmiała się na testach, więc wycięto komedię, która nie działała. Ogólnie to poważny obraz – opowiada o niewyjaśnionym zniknięciu grupy dzieci oraz bezsilności wobec tego faktu i szukaniu dalszej drogi. To wszystko, co napiszę – film ten jest podróżą i trzeba ją odbyć samemu nie wiedząc, co przyniesie każda kolejna scena. Mogę tylko napisać, że film wcale nie jest częścią Pozostawionych ani nawet nie idzie w tę stronę. W tym wszystkim jednak jest właśnie komedia – wynikająca z bycia ludźmi, z absurdu horroru czy też tak po prostu z tworzenia sztuki, co jest absurdem samym w sobie. W kontekście powyższego akapitu jednak mówię tutaj o takich rzeczach, jak to, że w scenie wybiegania z domu dzieci robią Naruto-run, zresztą widać to nawet na plakacie. Śmieszne? Tak. Chyba że widzimy w tym to, co reżyser, czyli „Napalm girl” – zdjęcie małoletnich ofiar wojny Wietnamskiej, które zostało zranione i dlatego mają ręce szeroko rozstawione. Ten film jest pełny nie tyle samych takich rzeczy, ile przekonania, że widz ma wybór i pozwalamy mu na ten wybór. Na tyle, na ile jest on w stanie coś wynieść z filmu, niech tyle wyniesie. Nawet jeśli będzie to oznaczać: „Film o dzieciaczkach, które za dużo obejrzały Naruto”.
 
A dla całej reszty widzów mających potrzebę sięgnąć głębiej… Tutaj film nadal pozostaje zaskakująco otwarty, gdy tylko chcemy uzyskać odpowiedź na pytanie: o czym był ten film? I tutaj zaczynają się schody, ponieważ nie można tego wyłożyć krótko i szybko – już pomijając, że może być o wielu rzeczach, co zależy od widza. Trzeba obserwować zachowanie bohaterów, ich reakcje i małe rzeczy w ich postępowaniu, jakie decyzje podejmują. I przede wszystkim: wszystkie rzeczy, które się nie wydarzyły w tej historii. Rzeczy, których bohaterowie nie zrobili. Ich dzieci zaginęły i co w tej sprawia robią rodzice? Ta nieobecność również jest istotnym elementem tej lektury… Właśnie: o czym? Może o tym, że rodzice i społeczeństwo nie mają zamiaru brać odpowiedzialności za nowe pokolenie. Albo o tym, że filmy są rozrywką do przeżycia w towarzystwie, więc chodźmy do kin. Najlepiej na kolejny film Zacha Creggera, który wydaje się naprawdę rozumieć i słuchać widzów, myśleć o nich podczas tworzenia.
 
*W tym przypadku widok masy dzieci rozwalających sobie twarz na szybie. Będzie Oscar dla tego konusa, który przebiegł przez trzy szyby na jednym ujęciu (za kaskaderkę).
*”What the fuck?!” – praktycznie każda postać w tym filmie, wielokrotnie.
*wpisujcie miasta.