Opinie o filmach i serialach z 2022, part 2
Do tej pory archiwizowałem opinie o produkcjach z 2022 roku na oddzielnych stronach co miesiąc, ale zaczynają one być przesycone. Edycja i dodawanie tam kolejnych opinii staje się ryzykowne, więc - będę teraz dawać opinie w formie takiego wpisu. Przypominam - mam zamiar zobaczyć wszystko z tego roku, a nadal nie jestem jeszcze w połowie.
The Office PL - sezon II
4 listopada ’22 | Canal+
To serio jest dobre. I zabawne. „To jest pan Penis a to: pani Wagina; – To akurat jest łechtaczka”
Znając polską telewizję było mi łatwo postawić krzyżyk na wszystkim, co robią tak ogólnie, ale że biorą się za rodzimą wersję angielskiego serialu o życiu pracowników biurowych? Mowy nie ma, żeby się udało, ale tak właśnie się stało. Od pierwszej sceny jest jasne, że twórcy wiedzą, co robić – i umieją to zrobić dobrze. Żart z Apollo 13 jest głupi w inteligentny sposób – trzeba po prostu coś wiedzieć od siebie, żeby zrozumieć bezsens tego dowcipu. Do tego faktycznie między bohaterami tworzy się chemia. Budują razem pewną bardzo dziwną rodzinę, w której człowiek najpierw ma dość kolejnych odpałów, a potem uczy się z nimi żyć. I je lubi. A później mu ich brakuje. Za te dwa elementy polubiłem The Office (US) i to dostaję od wersji polskiej.
Założenia są proste: przyjacielski szef, który nie wie, jak bardzo jest denerwujący. Do tego romans z kobietą, która jest w związku od wielu lat i jest cień nadziei, że może jednak z tego nic nie wyjdzie. Narcystyczna dziewczyna z bogatego domu nie mająca pojęcia, że jest wśród 1%. Patriota. Gruzin. Głupia baba nie mająca pojęcia, że jest głupia. Stara baba lubiąca alkohol. Koleś oglądający porno w pracy. Koleś, który będzie w więzieniu. I tak dalej. Innymi słowy: zwykli ludzie, których spotkasz w każdym biurze. Fabuły jako takiej nie ma, po prostu każdy odcinek ma jakiś swój motyw, większość postaci ma jakiś wątek prywatny, a każdy sezon to rozdział jakiejś większej opowieści. Więcej nie ma sensu opowiadać, bo to trzeba samemu poznać i doświadczyć. Będzie ten romans, ktoś inny będzie się martwić o swoje zdrowie, cała firma będzie walczyć na różne sposoby z konkurencją na rynku. Ważne, że po czterech sezonach twórcy cały czas mają pomysł na siebie i robią coraz lepsze odcinki.
Polska wersja jest faktycznie Polską wersją. Nikt nie przepisywał żartów zza granicy ani też nie zarzucał na ślepo polskimi odniesieniami – widać, że autorzy znają polską kulturę i umieją zastosować każde odniesienie. To chyba jedyny przypadek, kiedy ucieszyłem się, jak wypłynął temat Smoleńska (tak, wypływa! Jan Paweł II też!). Całość zrealizowano tak dobrze, że wręcz byłaby szansa na zrobienie czegoś więcej – faktycznego dzieła sztuki i serialu, który łącząc te wszystkie światy umożliwiłby dialog między nimi. I tym póki co polskie The Office nie ma ambicji być… I to chyba jego jedyna wada obecnie. Jednak sam fakt, że gotów jestem zacząć wymagać tego w kolejnych sezonach jest dowodem na ogromny sukces tej produkcji. To i brak nagród. Oraz cisza w mainstreamie. Jak zrobili ten serial, to było ogłoszenie, a co potem? Czwarty sezon i nic.
Oczywiście, jest jeszcze jedna wada: to nadal The Office. W polskiej wersji. Robi obie te rzeczy wzorowo, ale jeśli ktoś nie był fanem humoru Michaela Scotta, to tutaj będzie przewijał. Dużo. Sam przewijałem, jak Michał dostał ataku padaczki przy strażakach.
PS. Widziałem cały 2 sezon i wybrane odcinki z pozostałych serii. Obecnie zamknęli czwarty sezon i kręcą dalej.
PS 2. Jak dorosnę chcę być Darkiem. Zacznę nosić zapalniczkę, by móc mówić: „To trzeba spalić” i faktycznie zaczynać to podpalać.
Święta w Maple Valley ("A Maple Valley Christmas")
5 listopada ’22 | Amazon Prime
Standardowe, sztuczne świąteczne kino. Kolory, śnieg, bohaterowie dostający szczęśliwe zakończenie, poboczne wątki (z matką, która znalazła sobie Włocha i teraz uczy się nowego języka)… Ten film wie, czym jest i to daje. Musiałbym się tylko czepiać, że święta jako Święta są mało istotnym tłem i film obyłby się bez nich, ale jednak robią robotę jako scenografia. Nic wartego pamiętania czy oglądania, ale jeśli wiecie, czego chcecie – to będzie jedno z lepszych tytułów. Są gorsze produkcje w tym podgatunku.
Zootopia+
9 listopada ’22 | 6 odcinków po 10 min | Disney+
Serial w świecie filmu „Zwierzogród”. Ciężko nawet napisać, aby korzystał z potencjału tego świata albo jakoś go zgłębiał. Wydaje mi się, że większość odcinków ma chociaż jakiś związek z filmem, ale cóż, widziałem go 9 lat temu, więc tego. Pamiętam, że była postać mini Ojca chrzestnego i w tym serialu jest wyjaśnione, w jaki sposób takie coś zostało ojcem chrzestnym. Albo inaczej: poprzez opowiadanie standardowych historii czasami przez przypadek wychodziło też coś, co ma związek z filmem. Całość zaczyna się historią o tym, że jak Judy na początku jechała do Zootopi i ją rodzice żegnali, to potem od razu ruszyli za nią w pogoń. I jechali tym samochodem prawie tak szybko, jak pociąg. I się okazało, że ta Zootopia to w sumie tuż obok była, zmniejszając skalę filmu. I tyle.
Nie zostawia ta produkcja większego wrażenia. Przyznaję, że musieli przy tym pracować ludzie, którzy się starali, ale wyraźnie dostali tylko jedno polecenie: no zróbcie „coś”. To zrobili.
Planeta seks - miniserial ("Planet Sex with Cara Delevingne")
18 listopada ’22 | Canal+
Polecam oglądać z lektorem, wtedy jest najśmieszniej
Serial składa obietnicę – Cara Delevingne jako osoba z przeżyciami negatywnymi w związku z seksem i seksualnością, która zaczyna eksplorować tę tematykę razem z widzami, aby dowiedzieć się więcej i znaleźć pomoc. I twórcy nie spełniają żadnej z tych obietnic. Albo inaczej: pierwszy odcinek nie pozostawia wątpliwości, że będziemy oglądać reklamę rozwiązłości, pornografii, gender… Albo jeszcze inaczej: jeśli tak widzicie to zagadnienie, to ten serial nie zmieni waszego podejścia. W jedną i drugą stronę. Obie grupy po seansie będą upewnione w swoim stanowisku – czy popieracie bycie queer czy też tym gardzicie, ten serial tego nie zmieni.
Duży problem to sama Cara Delevingne, która jest tak naprawdę ładną twarzą i modelką i tak dalej, ale nie radzi sobie z byciem prowadzącą program popularno-naukowy. Przyczyna jest prosta: szybko daje znać, że ma pstro w głowie i wchodzi na scenę bez żadnej wiedzy własnej. Ma wiele zalet – jak dystans do siebie czy umie grać zainteresowanie, robić miny – ale jeśli zależy wam na traktowaniu tematu poważnie, to wybór powinien być zupełnie inny.
Całości brakuje naukowego zacięcia. Poszukiwania wiedzy, zgłębiania jej, wchodzenia w temat. Wystarczy, że jakiś ekspert coś powie i to wyczerpuje temat, chociaż wszystko tutaj jest powierzchniowe. Jak promować rozwiązłość jako coś właściwego? Bo część ludzi zdradza partnerów i zwierzęta nie są monogamiczne, a ludzie to zwierzęta… To wszystko od ludzi, którzy nie chcą być szufladkowani, upraszczani, żeby ich przypadki traktować indywidualnie. Nikt przy produkcji tego dokumentu nie miał potrzeby sprawdzić, dlaczego ludzie zdradzają – potrzebowali tylko mieć argument za tym, żeby skakać z kwiatka na kwiatek i pokazać to jako właściwe. W odcinku o pornografii brakowało tylko linku do stron z płatnym porno, które jest „lepsze”, bo brakuje w nim męskiego punktu widzenia.
To historia ludzi, którzy rezygnują z dzieci i małżeństw, bo nie chcą robić tego, co im się mówi, a 10 minut później przyznają otwarcie, jak są zagubieni, nie wiedzą co robić i chcą, żeby ktoś to powiedział. Ten tytuł nie obala żadnych stereotypów, on je wszystkie podtrzymuje. Jedynie gdzieś w natłoku telewizyjnej otoczki czasami przebije się jakieś pojedyncze zdanie w stylu: „Miałam 29 lat, kiedy pierwszy raz powiedziałam partnerowi w łóżku, czego chcę”. Tylko pytanie: jaka była tego przyczyna? Społeczeństwa? Partnera? Waszej relacji? Twojego charakteru? Czy cokolwiek w tym serialu przybliżyło kogokolwiek do zmiany tego problemu w skali globalnej?
Matka siedzi z tyłu ("Driving Mum / Á ferð með mömmu")
19 listopada ’22 | Canal+
Kawałek uroczego kina. Uroczy punkt wyjściowy, humor, wysoki poziom rzemiosła artystycznego.
Tak, to jest po prostu film o wożeniu trupa, aby spełnić jego ostatnią wolę – a po drodze mamy np. rozmowę z Francuzem, którego nie rozumiemy, więc ten znajduje tu sposób na powiedzenie czegoś, co mu ciąży na duszy. Albo rozmowy z nieżywą matką, aby w końcu coś zmienić w swoim życiu. Ostatnie ujęcie jest dla mnie kwintesencją poczucia humoru z Islandii – ta pojedyncza osoba podchodząca do płonącego pojazdu, jakby nie mogła znaleźć celu w swoim życiu. Jakby chciała coś zrobić, ale jest tak niesłychanie niezręczna, że nawet nie wie, jak zacząć, więc tylko… Jest obserwatorem.
Plus piękno natury oraz czarno-białych zdjęć. Dobra rzecz.
Pełną parą ("A todo tren 2: Sí, les ha pasado otra vez")
26 listopada ’22 | HBO
Produkcja próbująca przyjąć na klatę bezmyślość swojego istnienia już w podtytule: „Tak, znowu to samo”. Pierwszej części nie widziałem, ale film robi robotę w przekonaniu odbiorcy, że ogląda prawie ten sam film i to jest niby śmieszne z tego względu. Mamusia wsadza 56 swoich dzieci w pociąg i jakoś tak się dzieje, że jadą same, więc teraz ona i jej stuknięta psiapsi próbują dogonić pociąg, tylko wiadomo: no jak to zrobić? A dzieci w tym czasie udają przed konduktorem, że są pod opieką – oraz próbują uratować komuś życie, bo coś im się ubzdurało.
Obraz, w którym każdy jest kretynem, przeszkadza innym i mają zwariowane przygody, które najwyżej na papierze i w dużym skrócie mają potencjał na komedię. Tak jak skrót wydarzeń z pierwszego filmu. I tylko on.
Minuta ciszy - sezon I
16 maja | 6 odc po 60 min | premiera 7 października ’22 | Canal+
Polskie kino zbyt komfortowo czuje się w przekonaniu, że Polska w małych miastach jest taka sama.
To w zasadzie krótki metraż źle rozwinięty w miniserial. Chłop umiera i miejscowy zakład pogrzebowy odmawia zajęcia się jego ciałem, więc protagonista postanawia sam to zorganizować. Zakłada nawet na te kilka dni własne przedsiębiorstwo. Cel swój osiąga, działalność rozwiązuje i wraca do swoich spraw… Ale dostaje telefon, że ktoś jeszcze chce, aby to on go pochował. I tak przechodzimy do drugiego odcinka. Nie ma to sensu, a pociągnięte wątki jedynie powtarzają, co już było powiedziane. Wszystko prowadzi do przedramatyzowanych zwrotów akcji oraz finałów. W jednej scenie bohater będzie się śpieszył, więc oczywiście samochód mu zatrzyma na przejeździe kolejowym — akurat przejdzie pociąg i się zatrzyma w środku pola (!), wybiegnie z niego tłum dresów i zaczną trząść samochodem protagonisty, a po chwili zaczną udawać, że nie widzieli się wcześniej. Jeden kibic zatrzyma pozostałych, zapuka i grzecznie zapyta, czy może pomóc. I go popchną i będą tańczyć z radości, że mu pomogli. Jak już słońce przesunęło się o 6 godzin względem ujęcia, w którym dres puka do drzwi.
Można powiedzieć jakieś pozytywne rzeczy o tej historii – że retrospektywa całkiem nieźle się komponuje, że jest intryga i wiele postaci i wątków, że to wszystko jest spójne i nawet jest jakaś treść… Tylko że cała ta mieszanka nigdy nie będzie wiarygodna – że każdy się z każdym zna i wychodzą z tego takie powiązania, jak to twórcy wymyślili. Po prostu nie jestem przekonany, że to wszystko mogło mieć miejsce w tym samym czasie. Co do treści – będzie np. odcinek, gdzie rodzicom dziecko umiera w kombajnie, bo go nie pilnowali. Czy odcinek jest o tym, żeby kurwa pilnować dzieci i rodzice są jebanymi w dupę debilami? Nie – odcinek jest o tym, że jak mama chce w trumnie, a ojciec chce kremacji, to ojciec musi się nauczyć respektować zdanie matki i ma być trumna. i będzie to osiągnięte w najbardziej dziecinny, pokomplikowany sposób – byle tylko wypełnić czas antenowy. Pokłócą się, a rozwiązaniem będzie oczywiście przygotowanie ciała tak, żeby dało się na nie patrzeć w trumnie (ojciec po prostu nie mógł patrzeć na ciało zniszczone przez kombajn… Który najwyraźniej zabił, urywając rękę… I nie mogli tej ręki znaleźć… I jak ją znaleźli, to dopiero zaczęli uświadamiać, że kremacja to zły pomysł… Głowa mnie boli na samą próbę odtworzenia tego bałaganu). Będzie też odcinek, w którym protagonista współpracuje z innym zakładem pogrzebowym, żeby co chwila powtarzać: bohater robi to dla ludzi, a tamten dla pieniędzy. Głębokie. Jeśli pięć razy w pilocie was nie przekonało, to kolejny tysiąc już na pewno.
Najbardziej jednak męczy mnie polactwo w tym serialu. I ogólnie w polskim kinie. Polactwo, czyli przekonanie odklejonych od rzeczywistości twórców filmowych, że małe gminy w Polsce to siedlisko korupcji, układów, wszyscy o wszystkim wiedzą i nikt nic z tym nie zrobi. Czy tak jest? W jakimś stopniu może i tak, ale w wersji filmowców to jest cała rzeczywistość. Ksiądz, policja, sądy, urzędy – to wszystko siedzi na garnuszku chucherka prowadzącego zakład pogrzebowy. Tak jakby w Sopranos główny bohater nie był gangsterem, dla przykrywki zajmując się śmieciami, ale faktycznie śmieciarzem, a reszta pozostała bez zmian. Nie ma tutaj normalnych ludzi, normalnie żyjących i mających swoje sprawy – a jeśli wprowadzą kogoś z zewnątrz, to musi to być edgy nastolatka pracująca jako grafik w Holandii, cały czas punktująca polactwo. Dajcie mi z tym spokój. Wyjdźcie z domu. Zobaczcie prawdziwy świat. Potem zacznijcie robić sztukę. Przed wami dużo roboty… Ale no, ludziom się podoba. Najlepszy polski serial 2022 roku, tak słyszałem…
PS. Scenariusz ogólnie jest średni co najwyżej, ale za niektóre dialogi należy się 1/10. Chociażby za „Właśnie pochowałem własnego nauczyciela jak ostatniego śmiecia” (po serii wizualnych wskazówek, w których zdaje sobie sprawę, kogo pochował) albo za każdą grę słowną z nazwiskiem. To serio nie jest musical, gdzie imiona są dobierane tak, żeby można było rymować do nich jak najczęściej i najłatwiej – ale twórcy się starają. I do tego jeszcze upierają się, aby wstawiać one-linery jak w kinie akcji z lat 80. „Koniec z Zasadami” albo „Nic nie trwa wiecznie” (typ nazywa się Zasada i Wieczny), no ja jebie. Przecież to morduje za każdym razem świat i postaci w tym serialu. Jeśli daję 4/10 łącznie, to będę to oceniać bardzo łagodnie.
…a, to dzieło ludzi, którzy zrobili Śubuka. Tak, to ma sens.
Przegonić demony ("Matriarch")
11 października ’22 | Disney+
Tradycyjnie: jak ktoś chce zrobić słaby horror, to kopiuje „Kult” z 2006 roku. A przecież w samym 2022 roku wydaje się, jakbym zobaczył to już kilka razy: przyjazd do rodzinnych stron po wielu latach, czyli małej wioski pełnej dziwnych ludzi gadających jak potłuczeni. Wszyscy są pozbawieni humanitaryzmu i cały bezsens jest później jakoś nagięty, żeby sprawiał wrażenie mówienia o czymś, chociaż na tym etapie widowni to wisi i chce tylko końca seansu. „Men” Alexa Garlanda też to robił, ale miał inne pozytywne strony i dzięki temu jeszcze go pamiętam. „Matriarch” nie będę pamiętać. Zobaczyłem podróbę „Kultu” z brzydką kolorystykę, bezsensownym zachowaniem irytujących bohaterów, bezmyślnie budowaną dramaturgię oraz ślepotę na cokolwiek w temacie „Ktoś to będzie oglądać”, bo przecież film ma przesłanie. Tak jakby to miało być zaskoczeniem, kiedy w tytule jest takie słowo, jak „matriarchat”.
Klątwa Bridge Hollow ("The Curse of Bridge Hollow")
14 października ’22 | Netflix
Przy tym filmie Nawiedzony dwór z Eddim Murphy jest spełnieniem marzeń. Dzisiejsze kino nie wie, że widownia może marzyć.
Rodzina porzuca życie w wielkim mieście na rzecz małego miasteczka, gdzie wszyscy są fanatykami Halloween, całe podwórko jest zawalone dekoracjami. Na miejscu okazuje się jednak, że starożytna klątwa, że jest zagrożenie, że trzeba coś zrobić i pokonać zombie i inne takie. W teorii naprawdę wszystko mogło być super: są młodzi i starsi bohaterowie, są super dekoracje, wszystkie sympatyczne schematy są zachowane, nawet aktorzy są w porządku. To mogła być dobra zabawa dla tych, których takie filmy jarają: niezobowiązujący, jednorazowy film na Halloween dla całej rodziny.
Problem jest tylko jeden, za to powtarzany wielokrotnie: wszystko trzeba zjebać. W otwierającej scenie rodzina śpiewa Raya Charlesa, tylko jeden nie chce śpiewać, bo *ekspozycja*, na co ojciec odpowiada: „etam, będzie fajnie, tylko z domieszką white privlage”. Bo są czarnoskórzy, zapomniałem wspomnieć. To jest w zasadzie zbiór wszystkich wad filmu: on cały czas będzie odklejony, źle zrealizowany i nie będzie mieć pomysłu na siebie.
Siostry ("Masas")
18 października ’22 | HBO
Byle jak zrobiony i nieinteresujący obraz cholera wie czego, ale jest o biednych kobietach. Chyba zaczyna się od tego, że siostry mają być adoptowane z domu dziecka przez małżeństwo ze Stanów – pojawia się ich biologiczna matka będąca typowym patolem – starsza siostra zaczyna dealować narkotykami – a na końcu decyduje się nie być adoptowaną, tylko młodsza będzie. Bohaterów nie idzie zrozumieć, autorzy nie mają pomysłu na wizualizację ich rozumowania. Praca kamery i montaż jest często tak słaby, że i tak ledwo co widać z tego, co się dzieje na ekranie. Jest ruch, podążanie za ludźmi, cięcia co chwila. Wyszedł film obojętny.
Odejdź! ("Leave")
20 października ’22 | Amazon Prime
Nie zapada w pamięci.
Film korzystający z ogranych sztuczek – najpierw buduje napięcie i tajemnicę, gdy dziecko zostaje znalezione w kocu z różnymi, mrocznymi symbolami, by potem… Naprawdę mam trudność, żeby coś sobie przypomnieć z seansu – jest aż tak obojętny, nijaki i nie zapada w pamięci. Droga bohaterki połowę czasu w ogóle nie wydaje się mieć coś wspólnego z jej misją, żeby znaleźć rodziców. Twórcy jakby na siłę starali się zwrócić film w stronę psychola, który porywa ludzi, aby ich oczyścić z grzechu. Tak jakby to miało uratować ten film, a tymczasem efekt wywołuje tylko wywracanie oczu. Zapamiętam chyba tylko, że bohaterka ma tutaj wizje nadnaturalne, które nie robią na niej wrażenia (to źle, bo gdzie jakieś emocje? Zresztą: czemu ta historia ma elementy nadnaturalne?) i słyszy, że ma odejść („Leave”), ale okazuje się, że tak naprawdę słyszała Liv, czyli imię swojej prawdziwej matki. W sumie jest to śmieszne.
Najwyższy czas ("Era ora")
22 października ’22 | Netflix
Morał: spędzaj urodziny z rodziną, bo inaczej Netflix zrobi o tobie niedorzeczny film.
Bohater właśnie ma urodziny, spędza czas ze swoją dziewczyną, pracuje, trochę się spóźnia na własne przyjęcie urodzinowe, spotka parę osób… I to wszystko. Gdy budzi się to okazuje się, że nie upłynęła jedna noc, tylko cały rok. Znowu są jego urodziny, tylko kolejne. Cholera wie dlaczego. Znaczy wiadomo: musi nauczyć się doceniać to, co ma, wybrać rodzinę ponad pracę i inne takie, sraty pierdaty, panie, tylko no właśnie: bohater nie wydawał się potrzebować takiej lekcji po tym, co zobaczyliśmy. I przez resztę filmu też w sumie. Nie ma kontroli nad tym, co się dzieje, plus jest jedna wielka nielogiczność w postaci tego, że najwyraźniej resztę roku żyje bez świadomości tego, że pamięta tylko ostatnie urodziny. Może nawet jest zupełnie innym człowiekiem wtedy. W każdym razie: pomysł jest dobry, tylko że kino umiało to robić 40 lat temu. Ewentualnie pojedyncze przypadki, jak Jack Frost” jeszcze umiało taki niedorzeczny pomysł przekuć w coś, co daje radę coś powiedzieć. Tutaj bohater nie potrzebuje żadnej lekcji, wszyscy mu tylko wmawiają, że jej potrzebuje… A na końcu filmu chyba się tego uczy i wszyscy są zadowoleni. Masakrycznie sztuczny film. Nic tutaj nie jest podyktowane odbiorcą lub bohaterami, tylko film sam dla siebie jest motywacją. To widać nawet po tym, że bohaterowi dzień się kończy w losowych momentach, zamiast trwać te 24 godziny. Czemu? Bo akurat wtedy była okazja na fajne przejście w montażu. Pochyla się nad umywalką, podnosi łeb i widzi w lustrze, że ma wąsy. Minął rok! Kiedy? Dlaczego? Bo film uważał, że to będzie fajne. Koniec.
Była szansa na poruszające i wzruszające kino w stylu „Big”. Zabrakło jakichkolwiek starań w tym kierunku, całej ekipie wystarczyło jedynie zrobić film.
Wilk wikingów ("Vikingulven")
23 października ’22 | Netflix
Te filmy Netfliksa nawet z Norwegii wyglądają jak bingo. Albo twór sztucznej inteligencji. Tutaj mamy starożytną historię, która nie ma sensu, ale „wyjaśnia”, skąd pojawił się tytułowy wilk. Mogłoby też wyjaśnić, czemu nic nie robił od tysiąca lat, ale dobra – są teraz te przygłupie bohatery i jedno umiera i inne przygłupy coś z tym robią, głównie marnując czas antenowy. Schemat na schemacie, większość widzów straci zainteresowanie już na etapie sceny: „Muszę zobaczyć zwłoki mojej córki!”, „Nie może pani wejść!”, „Pani też jest matką, prawda?!”. Zero własnej myśli przez cały film. Wymyślili chwytliwy opis (faktycznie chciałbym zobaczyć dobry film z takim opisem) i na tym się skończyło.
Plus dla fanów teorii, że Netflix coś przepycha: jest tutaj scena, jak główny policjant nie daje rady psychicznie i oddaje szeptem władzę bohaterce filmu.
Gwiezdne wojny: Opowieści Jedi ("Star Wars: Tales of the Jedi")
6 odcinków po 15 min | 26 października ’22 | Disney+
Bonus scenki do „Clone Wars”. Zapewne najlepsza rzecz związana ze Star Wars w tej dekadzie.
Poszczególne historie całkiem nieźle się bronią same w sobie – śledztwo w sprawie zabójstwa, porwanie syna senatora, Ashoka farmerka – ale jednak działają najlepiej wtedy, kiedy znamy ich szerszy kontekst, kiedy znamy te postaci i przede wszystkim znamy Clone Wars. To zresztą ten sam człowiek, który je stworzył. Autor skacze po linii fabularnej w tę i z powrotem, dodając tu i tam jakiś mały detal, który docenią w pełni zapewne tylko fani serialu.
Animacja jest nieziemska. Zachwyca już sam fakt, że dają radę opowiedzieć dosyć złożone historie w tak minimalny i dynamiczny sposób, ale każda lokacja jest wypełniona atmosferą. Gra światłem i cieniem, ile tutaj mroku! W rejonie tworzenia tła momentami osiągano szczyt – i to na potrzebę tak miniaturowej produkcji! Do tego powrót wielu aktorów: Ian McDiarmid, Liam Neeson, Bryce Dallas Howard.
Tytuł, który przypomina, jaką głębię może mieć Star Wars. Jedyny minus produkcji to dosyć proste i częste wracanie do jedynej puenty bohaterów: Jedi są na smyczy polityków, którzy lecą w chuja. To tylko sześć odcinków, a byłem w połowie, kiedy miałem dosyć. Przez resztę czasu scenariusze były na złoto.
Poza wszechświat ("Depois do Universo")
27 października ’22 | Netflix
Baba z toczniem znajduje lekarza, który się zakocha, da jej nerkę i nauczy jeździć na rowerze, żeby wygrała fortepian. Szkoda, że baba jest taka wredna.
To oczywiście film realizujący fantazję o spotkaniu księcia z bajki – w tej wersji lekarza rezydenta, chcącego być internistą, który z jakiegoś powodu pracuje z pacjentami ze stacji dializ. Może tak to w Brazylii wygląda, nie wiem. Bohaterka ma tocznia i jak siada do grania, to jej cieknie krew z nosa, poza tym gada o bólu palców, co porównuje do gadania przez zasłonięte usta. Rewelacyjne porównanie kogoś, kto nie ma pojęcia, o co chodzi. I w większości bohaterce wystarczy, jeśli tylko bardzo będzie chciała, to będzie grać. Tylko jej się nie chce, bo jest chora i obrażona na cały świat i wredna. Istnieją osoby na wiecznym PMS, które sikałyby z radości po nogach, gdyby byłyby chociaż przez 5 minut tak wredne, jak bohaterka tego filmu. I chłop będzie ją mimo to kochać, bo gra na klawiszach czy coś.
Ogólnie ubaw po pachy i mam nadzieję, że nie istnieją ludzie, do których ten film jest adresowany, że potrzebują oni ziścić swą fantazję takim obrazem. Potem jest jeszcze przezabawna dramaturgia oraz tragedia. A jak zobaczycie od kogo nerkę dostanie ta wredna baba (z pominięciem 14 tysięcy oczekujących, którzy najwyraźniej nie zasługują na bycie biorcą bardziej od niej), to dopiero wybuchnięcie śmiechem.
Oglądać na przyspieszeniu, przeklikując co chwila do przodu oraz z dużym, motywującym napisem na ścianie przypominającym, że kobiety takie nie są tak naprawdę.
Świąteczna magia dla każdego ("We Need A Little Christmas")
28 października ’22 | HBO
O spędzaniu świąt ze swoim dzieckiem. Całkiem sporo momentów między postaciami, które nawet działają. Szczególnie niespodziewany przyjazd kogoś w samą porę na święta. Doceniam, że to jeden z tych punktów wyjściowych, które wcale nie musiały powstać na potrzeby filmu świątecznego – święta są tutaj dodatkową warstwą. A raczej: mogłyby być taką warstwą, gdyby nie standardowe wykonanie, które akceptuje się wyłącznie w telewizyjnych filmach świątecznych. To jest źle zrobione i naiwne, nadal ogląda się robiąc coś innego – gotując kolację świąteczną – niż po prostu ogląda. Tym bardziej z całą rodziną. Jeden z tych tytułów, które najmniej przeszkadzają, ale jednak ciężko to przełknąć.
Przepis na romantyczne święta ("Catering Christmas")
29 października ’22 | Netflix
Powiem nawet, że to jest całkiem udane kino świąteczne – w tym sensie, że każda postać ma swój happy end, każdy się cieszy i w ogóle, no jest miło. Nawet doceniam te delikatnie kreatywne rozwiązania różnych sytuacji, w stylu: „Musimy coś wymyśleć!” i wymyślają galerię prac dzieci albo wystawę fotografii robionych przy okazji. No jest miło. To zresztą film świąteczny 2022 roku, który najbardziej skupia się wokół jedzenia, ale tylko wokół ciast i bez food porn (najwyżej gdzieś w tle). Teraz sobie uświadomiłem, że brakuje filmów świątecznych ze zwierzętami – wiecie, jako istotnymi postaciami.
Co więc zawodzi? Ta babcia chyba wychodzi na koniec za swojego sługę? A chłop odrzuca okazję życia, bo postanowił do końca życia organizować świąteczne przyjęcie dla 30 osób w swojej dziurze? I kobieta go za to pokochała? Ona wychodzi z piekarni, zamyka drzwi, on jest za nią na ulicy… I jest ślepy, bo na tym samym ujęciu jej nie widzi, a zamiast tego idzie do zamkniętej piekarni i ojej, czy nadal będzie happy end?
Solidne standardy gatunku. Do oglądania nie tylko w tle.
Angielskie święta ("Jolly Good Christmas")
29 października ’22 | Amazon Prime
Kobieta daje ci gift card pod choinkę? To znak, że się rozstaniecie. Na szczęście zaraz spotkacie kogoś dającego lepsze prezenty.
Tak właśnie brakowało mi jeszcze filmu świątecznego o dawaniu prezentów. Ten tutaj oczywiście wyczerpuje, co ma do powiedzenia, w samej wypowiedzi, ale jednak mówi: dawanie prezentów jest ważne i wymowne. Karty podarunkowe dla kogoś, kto niby jest twoją drugą połówką? To poważny sygnał dla samego siebie, że się jej nie zna, skoro nie wie się, co takiej osobie dać pod choinkę. Przynajmniej według tego filmu. Jego bohater nie wie, co dać swojej dziewczynie i ulega namowom, żeby zatrudnić do tego specjalistkę. Wiadomo, gdzie to pójdzie dalej.
Film nie jest zrobiony zbyt dobrze, tzn. ma nawet problemy, żeby pokazać to, co jest sednem sceny. Bohaterowie nie znajdują auta gdzie je zaparkowali i widzimy tylko ich, nie parking. Gadają i poprawiają krzywą ozdobę na choince… I nawet tej choinki nie zobaczymy wystarczająco wyraźnie, widzimy tylko ich jak poprawiają. Trochę jakby to było nakręcone na green-screenie, ale nie, to uczciwie zrobiony tytuł świąteczny, z masą przyjemnych do oglądania dekoracji i scenografii. Aktorzy są sympatyczni – ich bohaterowie mniej – i najwyraźniej brytyjskie filmy świąteczne aspirują o poziom wyżej od tych amerykańskich. Może to fakt, że oglądałem podczas ubierania choinki i pieczenia ciasteczek, może film faktycznie jest tak łagodny i przyjemny, że wybaczam mu problemy. A teraz idźcie i wymyślcie właściwy prezent dla tej wyjątkowej osoby.
Oddział dla zuchwałych ("SAS: Rogue Heroes") - sezon I
21 maja | premiera 31 października ’22 | Canal+
Zabawa w wojenkę i zabijanie ludzi. Produkcja o 2 wojnie światowej, do której pasuje AC/DC.
Serial podkreśla na każdym kroku swoją bliskość autentyczności – niemal każdą osobę poznajemy z imienia i nazwiska, stopnia i innych detali. Co jakiś czas zobaczymy nagranie archiwalne – lub przynajmniej na takie stylizowane – pokazujące to, co oglądamy teraz jako odtworzone. Każdy odcinek zaczyna się też sloganem: „wydarzenia przedstawione, chociaż niewiarygodne, są prawdziwe… W większości”. Nie chodzi tylko o dramaturgię i artystyczną przesadę: taka kokieteria pasuje do duszy tego serialu. Opowieści o ludziach, którzy na wojnie przeżyli przygodę. Zabijanie ludzi zamienili w konkurs. Ich misje wyglądały w połowie niczym misje z gry Call of Duty. I mówili coraz głośniej o tym, że się wspaniale bawią, że są niezniszczalni, że przejdą do legendy – byle tylko zagłuszyć własne cierpienie.
Całość opowiada o okresie 2 wojny światowej, zanim USA dołączyło do walki. My znajdujemy się na północy Afryki, konflikt dotyczy niemieckiego i włoskiego szlaku dostawczego, który Anglicy i Francuzi chcą przerwać. Bohater z grupą sobie podobnych postrzeleńców proponuje szaloną misję: atak od strony pustyni. Dostaje na to zgodę i przypłaci za to słoną cenę – ale nie podda się i osiągnie cel. Za cenę, której nie będzie spłacać samodzielnie. Z jednej strony naprawdę dostajemy przygodę i zabawę w wojenkę – bandę dzikich bohaterów łojących alkohol, w dupie mających jakiekolwiek zasady czy wytyczne. Rzeczy, które zrobią, będą naprawdę spektakularne – chciałoby się je zobaczyć w jakimś letnim blockbusterze, za kamerą którego stałby jakiś utalentowany odpowiednik Micheala Baya. Z drugiej strony… Nigdy jeszcze w kinie wojennym nie zobaczyłem, że ktoś popełnia samobójstwo z powodu bólu. Bólu, którego nie wywołał wróg lub nieprzyjaciel. Nigdy też nie widziałem, żeby osoby po ciosie nożem w szyję… Dusiły się, co prawdopodobnie jest realistyczne – nie umierają w ciągu sekundy, ale jeszcze dławią się własną krwią i to ich zabija. Jest utaj bezwzględność wojenna, śmierć, ból oraz strata i tragedia. Twórcy unikają fetyszu mundury, broni, wszelkich czołgów czy samolotów. Nawet kobiet nie ma – jest jedna jako symbol ogólnie kobiet na wojnie, ale nie robimy nic, by jej zaimponować. Raczej na odwrót – ona nie może się dowiedzieć, czego się tam dopuściliśmy. Wszystko jest zamienione w przygodę i zabawę, aby zagłuszyć prawdę – nawet w nas samych.
Oglądając samą akcję ciężko jednak było mi nie wymagać jeszcze więcej. Te wszystkie sceny eksplozji i strzelanin mogły wyglądać jeszcze lepiej, jeszcze efektywniej. Gdyby to był film, to pewnie efekt by mnie zachwycił, a tak byłem pod wrażeniem i chciałem jeszcze więcej. Nie będę jednak się czepiać – całość i tak jest jedną z najdroższych produkcji w historii Brytyjskiej telewizji – faktycznie kręcili na miejscu i węże były realnym zagrożeniem dla ekipy, obok wysokich temperatur. Naprawdę użyli prawdziwych broni i samolotów, CGI było zastosowane do niszczenia tych modeli. Zrobili naprawdę wiele.
Całość ma 6 odcinków i kończy się zapowiedzią dołączenia USA do walki. Drugi sezon powstał i miał premierę na początku ’25 roku, więc na polskim VOD będzie za jakąś dekadę. Chętnie obejrzę.
Najnowsze komentarze