Filmy oglądane na AFF American Film Festival 2025
Paręnaście słów o każdym filmie, który obejrzę w ramach AFF American Film Festival w 2025 roku. Bez nowej relacji-wideo, bo ta, którą zrobiłem w przeszłości wystarczy.
W tym roku jadąc na American Film Festival nie nastawiałem się na pisanie relacji – zrobiłem ją rok temu i raczej nie miałbym nic do dodania, ale jednak – bawiłem się dobrze od samego początku i mam kilka słów. Nadrabiam 100 rzeczy, które zrobię, zanim zostanę zombie (15 tomików za mną, jestem na bieżąco!), w końcu zacząłem kupować też filmy na DVD w lokalnym sklepiku festiwalowym (Debiutanci za 22 złote!). To drugie ponoć do niedawna nie miało cen na sobie i trzeba było za każdym razem pytać, po ile dany film. Że też im się chciało takie sztuczki stosować… A ja nadal pamiętam, jak dwie dekady temu zaczynałem budować kolekcję DVD płacąc za jeden film 5-6-10 PLN, jak dodawali do gazet i czasopism w kiosku. W sklepie 20-30.
Filmy na festiwalu jak to filmy – różne. Prelekcja Podcastu Amerykańskiego przed Gabrielem w Białym domu w punkt („Będzie krótko, bo sam mam inny film za chwilę”), a retrospektywa Susan Seidelman bardzo owocna. Nie tylko same filmy świetne, ale i byłem na dwóch Q&A – pani reżyser zaskoczyła mnie nie tylko pamięcią na temat tego, jak wyglądało tworzenie filmów (to było 40 lat temu!), ale i swoją energią. Jak ją zobaczyłem, to się rozglądałem dalej – gdzie ta babcia? A ona była już przede mną. W wieku 50 lat chciałbym mieć tyle energii, co ona mając 73 (w grudniu). Bardzo dobre odkrycie festiwalowe. Szkoda tylko, że użyli jej profilowego zdjęcia sprzed 30 lat.
Pogoda jest na plusie. Dosłownie tuż przed wyjazdem przypomniałem sobie, że rok temu miałem na sobie płaszcz, więc wziąłem go i teraz – cholera wie, jak będzie po drugiej stronie kraju przez najbliższe kilka dni. Okazuje się, że najczęściej nawet kurtka byłaby niepotrzebna – nadal są warunki, aby obiad zjeść przy stoliku na ulicy. Noce są zimne, ale one są zimne nawet w lipcu. Szkoda, lubię swój płaszcz, ale w 2025 roku na początku listopada jest jeszcze na niego za wcześniej.
- Anioł Stróż
- Smithereens
- Pan Smith jedzie do Waszyngtonu
- Kameleon
- Pod światło
- Rozpaczliwie poszukując Susan
- Złodziej z przypadku
- Desperat
- Na przedmieściach
- Sorry, Baby
- Gabriel nad Białym Domem
- Blue Moon
- Mężczyzna idealny
- Diablica
- Wyznania dziewczyny z przedmieścia
- Późna sława
- OBEX
- Rodzina do wynajęcia
- Nowa fala
- Eddington
- Szósta dzielnica
- Dzieło mistrza
- Rosemead
- Kopnęłąbym cię, gdybym mogła
- After This Death
- Dziecko pyłu
Relacja sprzed roku:
Ludzie oczywiście dzielą się najczęściej negatywnymi doświadczeniami. Sam byłem na sali numer 9 na samym początku, oglądając film Linklatera z 35mm i nie doświadczyłem problemów. Jednak kilka osób na różnych filmach doświadczyło tam problemów z napisami, pokazywali bez napisów, urywali nawet film bez pokazywania go do końca zapowiadając ponowny seans późno w nocy, by ostatecznie pokazać jedynie niewyświetlone zakończenie. Wkurzyło to wielu, mnie ominęło.
Festiwal nadal jest miejscem, gdzie jak dwóch kinomanów zacznie gadać, to rezultatu nikt nie przewidzi. Jedna osoba mówiła mi, że na seansie Rocky Horror ludzie otwierali piwo i dobrze się bawili, inny przekazał mi, że słyszał widownię na poważnych dramatach śmiejącą się częściej niż Polacy na Rocky Horror. Wyraził żal, że wyświetlili ten film bez wprowadzenia, ponieważ polski widz nie ma łatwo wejść w taką produkcję, to nie jest element rodzimej kultury. I razem doszliśmy do wniosku, że najlepszym sposobem, aby polską widownię przekonać do RHPS, to deepfake Jerzy’ego Sthura w miejsce Tima Curry. Zawsze jest też jakieś kółeczko, do którego można dołączyć i nadal usłyszeć, że gadają o Lavie Diazie (czy obie części Magellana połączy w jeden tytuł).
Wielu widzów musi też być nowych. Kolejki do toalety na półpiętrze ciągnie się, gdy na drugim piętrze jest pusto (tegoroczne mydło w płynie z truskawką i werbaną sprawia, że ręce pachną mi jak taco). Kolejki do jedynki zamiast kierować się na piętro i wyżej, to idą w stronę głównego wejścia albo na piętrze w stronę sali 4, przez co różne kolejki przecinają się, albo tworzą odnogi. Wszyscy tłoczą się do wyjść oficjalnych i rzadko ktoś wychodzi wyjściem ewakuacyjnym… To są podstawy, ludzie.
Tym razem aftery nie były tylko raz gdzieś obok, tylko w samym Kinie NH na 2 piętrze. Zajrzałem raz i doceniam – nie było przynajmniej głośno. To ogólnie miły widok, jak się wychodzi z ostatniego filmu i widzi, że budynek jest pustawy, ale nadal żyje. Niedobitki odpoczywają, siedzą w różnych kątach i gadają. Raz nawet tańczyli wszędzie z powodu silent disco.
Był konkurs publiczności. Dowiedziałem się o nim w drugiej połowie festiwalu, bo przed filmem było nagranie wertykalne od reżysera, który prosił o głosy. Jakoś wcześniej najwyraźniej oglądałem rzeczy spoza konkursu, bo nie trafiłem na osobę z tabletem przed wyjściem z sali. Nowością jest możliwość zadawania pytań twórcom pisząc na telefonie, bez proszenia o mikrofon. Był też seans ukryty – pokazywali tam dwa odcinki serialu (Landman). I jeśli były premierowe, to nawet nie były z pierwszego sezonu (chociaż to Tyler Sheridan, on robi cały czas to samo). O seansie ukrytym dowiedziałem się po festiwalu.
Nadal jednak jest to AFF bez dużej ilości filmów Sezonowych, które by mnie interesowały przed festiwalem i mógłbym tutaj nadrobić. Wiem, że to kwestia dystrybutorów, ale to nadal pozostawia gorzki posmak, że ludzie nie umieją się dogadać. Najbliższe kino mam 2h od miejsca zamieszkania, więc taka sekcja jest dla mnie dużym darem – rok temu nadrobiłem tutaj kilka obrazów, a teraz ani Zniknięcia, Życie Chucka czy nowego Andersona. Obiecali retrospektywę Elia Kazana, też tego nie ma. Zamiast tego jest retrospektywa, w skład której wchodzą cztery pełne metraże, dwa shorty i trzy odcinki Sex in the City – i jestem z niej zadowolony, przegląd pani Susan jest największym plusem tej edycji… Ale jednak brakuje Kazana. Może za rok, ale pewnie AFF idzie w stronę retrospektyw takich twórców, jak pani reżyser Clueless. Na podstawie tego zrobili też serial – jak za rok pokażą kilka odcinków, to będę ucieszony.
Najwyraźniej więc w ten sposób co roku będę spędzać Dzień Niepodległości, który znowu mi umknie – bo dni zlewają się ze sobą i w knajpie jak jest promocja w ciągu tygodnia, to ja często już nie wiem, czy nie jest już weekend. Zobaczyłem w knajpie dziecko z flagą Polski i tyle, zaraz musiałem biec na kolejny film
Nadal chcę tu wrócić za rok. I widzę w tym idealny, mały festiwal dla początkujących oraz do wracania co roku. Nie trzeba brać dużo wolnego, człowiek nie zmęczy się odpoczywając tutaj i skończy się tak szybko, że człowiek chce od razu kolejnego festiwalu.
After This Death (2025)
6 listopada
Nieinteresująco opowiedziany i zrobiony. Zapamiętam tylko napisy początkowe, ładny styl i rytm.
Eddington (2025)
7 listopada
Dobrze. Zacznę od tego, że właściwą decyzją z mojej strony było zobaczyć ten tytuł w kinie – naturalnie w ten sposób przemęczyłem się przez niego w całości, od początku do końca. Chciałem przewinąć, przespać, cokolwiek – ale nie mogłem. Nie twierdzę teraz, że seans całości jakoś broni ten obraz – jednak jest on słaby z innych powodów, niż te, które chciałem wymienić na samym początku. Widzicie, to nie jest film o covidzie, pandemii czy innych ważnych rzeczach zrobiony źle. To film o chorym psychicznie człowieku, który ma idiotyczną fabułę, zrobiony źle. Od początku.
Ponad trzy lata temu zadałem sobie już pytanie: czemu nie ma kina covidowego? To, które obecnie znajduje się pod tym terminem, odnosi się do produkcji kręconych w okresie covida, ale nie opowiada bezpośrednio o tym okresie w historii ludzkości. Eddington pozornie próbuje uchwycić ten czas w ciągu swoich pierwszych 50 minut trwania – małe miasteczko w Nowym Meksyku, gdzie szeryf nie nosi maseczki, ale burmistrz ubiegający się o reelekcję jest zwolennikiem dystansu i całej reszty. Wszystko to ma miejsce na początku maja 2020, czyli zaraz też wydarzy się jeszcze coś, co będzie mieć związek z fentanylem, klękaniem, ekhem.
Reżyser nie poznał mojej odpowiedzi, czemu nie ma kina covidowego i zrobił to, co przewidziałem trzy lata temu. Widzicie: wspomnienie tamtego okresu nikomu nie przynosi dumy z samego siebie. Ludzie kłócili się, wchodzili ze sobą w konflikty, wierzyli jednej stronie, potem zmieniali stronę i ostatecznie sami nie wiedzieli, co o tym myśleć. Nie chcą pamiętać tego, jak się zachowywali wtedy wobec innych ludzi, nie wyciągnęli z tego żadnych wniosków – bo nie wiadomo jakich – i rozwiązaniem, które wszyscy przyjęli, było przemilczeć temat i ruszyć dalej. Zdarzyło się, nie wracamy do tego nigdy, mamy temat covida w dupie i jaka była ostatecznie prawda. Ari Aster nie jest artystą, który ma coś do powiedzenia – prezentuje powierzchowne obserwacje, zadowalając się dosyć kompetentnym obrazem codziennośći covidowej, podkręconej na potrzeby filmu i jego czasu trwania. Każdy słucha kolejnej teorii spiskowej z Internetu, każdy uważa, że ma racje, każdy poucza innych, każdy tworzy nowe spięcia każdego dnia. To się zgadza, tylko brakuje w tym wszystkim humanitaryzmu. Twórcy nie prezentują, skąd to się wzięło – nie prezentuje procesu, ewolucji. Nie są tym nawet zainteresowani. Z ich wersji wynika, jakbyśmy byli tacy wszyscy wtedy sami z siebie i nigdy nie zmieniliśmy stanowiska. Na ekranie nie ma żadnej normalnej, najpowszechniejszej osoby z tamtego okresu: człowieka, który chciał uniknąć konfliktów, nie wiedział wszystkiego, obawiał się choroby i starał się jakoś dogadać ze wszystkimi wokół, więc współpracował jak najbardziej po środku mógł. Nosić maskę, ale nie zmuszał do tego innych – tego typu rzeczy. W Eddington wszyscy chcą się bić na temat maseczki. Nikt nie ma też normalnej, zdrowej relacji z drugim człowiekiem w tym obrazie. To nie jest dobry film o covidzie – to narcystyczna produkcja patrząca z góry. Nieświadoma, że jedynie powtarza. Przekonana, że odkrywa. Że mówi prawdę o zamieszkach, niezrozumieniu, prowokacjach, manipulowaniu sobą nawzajem.
A potem film idzie w zupełnie inną stronę. Nie zdziwiło mnie, gdy po seansie przeczytałem, że ten scenariusz miał co najmniej dekadę i reżyser na jego podstawie chciał realizować swój debiut. To naprawdę jest zupełnie inna historia, do której doklejono elementy rzeczywistości covidowej, aby całość sztucznie napompować wartością marketingową. I żadną inną. Nagle w Eddington policjant zapomina, jak policjantować. Wątki urywają się, wprowadzane są nowe, które nie zmierzają donikąd. Inne są przyspieszone i dezorientują widza, który próbuje traktować je poważnie. Całość kończy się sceną akcji w stylu Commando, mając przy tym tylko troszkę więcej sensu niż Sinners z tego samego roku. To powinna być jakkolwiek pozytywna rzecz, że aż dwa filmy to robią, a tymczasem ja kręcę głową. Współczesne kino naprawdę straciło głowę.
Zmierzam do tego, że tutaj jest naprawdę bardzo dużo rzeczy. I widz musi posiadać wiedzę własną, żeby chociaż część wyłapać – i zakładać, że jeśli są one tutaj obecne, to oznacza, że film jest wartościowy. Jeśli zakłada, że musi jeszcze mieć coś o tym wszystkim do powiedzenia, wtedy wyjdzie film pusty. I rozległy. Przyznają mu jakieś dodatnie punkty za zmieszczenie tego i tworzenie pewnego portretu, ale z mojej strony to wszystko. Nadal pamiętam, że przez pierwszą połowę chciałem napisać tylko: „Dla takich obrazów filmy w kinie powinny być puszczane z możliwością przewijania”. To jeden z tych tytułów, w przypadku których dopuszczalne jest bycie na telefonie w sali kinowej – bardziej podłych rzeczy nie da rady napisać o jakiejkolwiek produkcji.
Z tego wszystkiego wydaje się wynikać głównie jedna rzecz, ale nawet jej standardowy widz nie wyłapie, jeśli wcześniej nie przedawkował Internetu. Widzicie, jest tutaj ogromna pogarda dla białych, młodych kobiet wynikająca z jednej z teorii spiskowych, że Biała Rasa jest programowana na samozniszczenie. W tej teorii stoi, że białe kobiety mają chodzić na studia, które nie zawierają żadnej faktycznej wiedzy. Mają pracować w administracji za marne pieniądze – wszystko, żeby nie mieć czasu na zakładanie rodziny, rodzenie dzieci. A gdy już będą mieć ochotę na seks, to będą go traktować jako nagrodę za działanie przeciw Białej Rasie. Elementy tego wszystkiego są w tym filmie i jeśli można napisać, że cokolwiek tutaj jest przedstawiane w całości, to właśnie walka samców o samice i co robią, aby zyskać jej względy. Jak głoszą niespójne poglądy polityczne i filozoficzne, jak biorą udział w protestach, jak przemawiają na wiecach – wszystko to wbrew sobie. Nie wierzą w ani jedno słowo, ale białe, młode samice chcą słyszeć o skradzionej ziemi i przepraszaniu za niewolnictwo, więc takie rzeczy robią. Nawet główny bohater ląduje ostatecznie w łóżku z taką samicą – niejako za karę, że nie brał w tym wszystkim udziału. Wink-wink. Kto oglądał, ten zrozumie.
Każdy, kto tego nie czytał wcześniej w Internecie, po obejrzeniu filmu może łapać się za głowę i pytać: „Co ty Garret pierdolisz?”. Tego nie da się wyłapać z samego filmu, ale elementy w nim są. Podobnie jak wielu innych rzeczy. Ari Aster nie jest odważnym artystą i nie ma odwagi mówić głośno. Ma odwagę mówić jednocześnie i może z tego wyniknie coś, za co ludzie będą go chwalić. Nadal jest kompetentnym artystą – umie tworzyć kadry i budować napięcie, poprowadzić aktorów. Nie można odmówić Eddington, że robi wrażenie ambitnej produkcji. I na tym to się kończy.
Gabriel nad Białym Domem ("Gabriel Over the White House", 1933)
7 listopada
Kino realizujące marzenie – prezydentem zostaje człowiek, który nagle zdaje sobie sprawę z władzy, jaką ma. Z możliwości, jakie ma. Ile dobrego może zrobić! Zachowuje się wtedy zupełnie niestosownie, jak nie on, jakby kontrolę nad nim przejął Archanioł Gabriel. Nie podoba się to wielu osobom, ale nowy Prezydent nie przejmuje się tym i bierze za wszystko odpowiedzialność, byle tylko wyprowadzić kraj z kryzysu bezrobocia oraz zagrożenia globalnej wojny. Nie będzie się obawiać nawet wprowadzić stan wojenny i przyjąć dyktatury – ciężko jednak uznać, by film rozumiał ten termin. Zdaje się nie rozumieć wszystkich innych, które używa.
Nie ma w tym filmie wiele więcej – to tylko populistyczny obraz będący wizualizacją marzeń, działający delikatnie mówiąc w uproszczonej wersji rzeczywistości. To reklama – reklama scenariusza, w której polityk decyduje się naprawić wszystkie problemy i to robi. W rok. Przy pomocy charyzmy. Nie jest to jakiś banalny scenariusz, oparty na wpakowaniu w niego pieniędzy, ale nadal nie prezentuje on żadnych sensowniejszych rozwiązań. To film adresowany do biednych obywateli głodnych zmian. I jedzenia.
Twórcy nie planują edukować, nie zamierzają, nie realizują tego rodzaju misji. Widz nawet musi sam z siebie pamiętać, czym była 18 poprawka do Konstytucji USA (chodzi o tę, która wprowadziła prohibicję – zniesioną właśnie w grudniu 1933 roku, w roku premiery Gabriela…). Nie wyjaśnia, jak przestępczość urosła dzięki niej i czemu tak im zależy na bezrobociu. Nie wyjaśnia powodów owego bezrobocia i jak miałoby działać zatrudnienie ich przez rząd. Film nie ma zamiaru nawet edukować własnych bohaterów – gdy tylko bohater zostaje opuszczony przez Boga i zmienia zdanie, mając ku temu solidne argumenty, wtedy postać poboczna pozwala mu umrzeć. Kłopot z głowy, marzenia spełnione. Film zamknięty. Dziecinne to i niedojrzałe, niepoważne. Niegodne żadnego dzieła sztuki podejmującego tematykę polityczną.
Pomimo tego wszystkiego Gabriel… pozostaje interesującym obrazem ze względu na to, co pokazuje – czy raczej, co stara się przedstawić. Jest pewnym obrazem swoich czasów, ówczesnego wyobrażenia politycznego, mówi coś o obywatelach Ameryki. Nawet jeśli jest to wizja, w którą twórcy chcieli wierzyć, a nie wizja prawdziwa. Mówi to, co chce mówić, a nie to, co zwykli ludzie naprawdę mówili, w co wierzyli i jacy byli. Pod wieloma względami to pozostaje aktualny przedstawiciel kina politycznego na światowej arenie. Stety lub niestety.
Smithereens (1982)
7 listopada
Girlfriends, Out of the Blue, Streetwise… I teraz Smithereens. Nowy Jork kontra młoda kobieta. Nie ma tutaj tak naprawdę jakiejś historii – fabuła składa się z kolejnych interakcji Wren z ludźmi, których spotyka w starciu z codziennością. W tym znaczeniu, że każdy dzień może być okazją na sukces, a okaże się walką o spędzenie nocy z dachem nad głową. Wren nie płaci czynszu od miesięcy i stara się z całych sił budować wrażenie, że jest zapracowaną, zabieganą osobą będącą o kilka chwil od gigantycznego sukcesu: zawarcia znajomości, wyjazdu, wejścia w biznes. Nie ma chyba znaczenia jaki to biznes i co będzie robić. Ciężko powiedzieć, co Wren chce robić. Ciężko powiedzieć wiele rzeczy o niej.
Wren z łatwością manipuluje ludzi wokół siebie, przeinacza prawdę albo zmyśla kompletnie. Gdy ktoś ją wyrzuci z łóżka, to ona po prostu miała go już dość. Gdy wyrzucą ją z klubu – klub ssie. Ona zawsze sobie poradzi, zawsze postawi na swoim – nawet wbrew sobie. Można o niej powiedzieć wiele negatywnych rzeczy, ale twórcy nie patrzą na nią w ten sposób – patrzą na nią w całości, dostrzegając od każdej strony, w wielu światłach. To naprawdę jest postać, którą można zrozumieć i z nią sympatyzować, pomimo jej licznych wad. Zobaczymy, jak blisko wielokrotnie jest od sukcesu – chociaż byłby to sukces w naszych oczach, nie jej. Znajdzie chłopaka, który będzie się z nią liczył, zamiast tylko okłamać i wykorzystać – ale Wren go odrzuci, pełna wzgardy dla siebie i przekonania, że nie zasługuje na kogoś takiego. A może wcale nie? Może tylko tak jej powiedziała? Może tym razem oszukuje też widownię, która chce wierzyć w istnienie wrażliwej strony Wren? To dzięki temu – oraz faktycznej walce na brudnych ulicach Nowego Jorku, pełnego prostytucji, ludzi śpiących na podłodze, tępo patrzących w przestrzeń podczas zażywania narkotyków i uprawiania mechanicznego seksu – ten film jest tak żywy i ekscytujący w oglądaniu.
Film trafia na listę moich ulubionych produkcji 1982 roku: https://garretreza.pl/podsumowanie-1982/
Rozpaczliwie poszukując Susan ("Desperately Seeking Susan", 1985)
7 listopada
Najśmieszniejszy film bez jednego żartu.
Dobra, żarty jednak się pojawiają pod koniec (koleś mija kolesia bez spodni i rzuci komentarz: „Nice legs”), ale chodzi mi o to, że sama historia w tym filmie jest komedią. Bracia Marx z Luisem De Funnes, ten poziom komedii, której nie da się zdradzić. Intryga jest aż tak złożona, że w trzecim akcie nie wiadomo, co z tego galimatiasu wyniknie. Takiej opowieści nigdy nie widzieliście. A wszystko zaczęło się od ogłoszenia w gazecie i życia tak nudnego, że ekscytację przynosiło śledzenie wymiany postów między obcymi ludźmi.
Początek nie klei się jeszcze tak, żeby widz miał pojęcie, co ogląda – trzeba zainwestować trochę więcej czasu, zanim film ruszy. Jak już to zrobi, to galopem. Sceny są krótkie, szybkie, do rzeczy. Prawdziwym osiągnięciem jest jednak umiejętność utrzymania widza przy tych postaciach, zaangażowanie go w to wszystko pomimo natłoku zarówno bohaterów, wątków jak i wydarzeń, żeby umiał się w tym odnaleźć.
Efekt? Bardzo dobra zabawa, do której będę chciał wrócić. Mam jedynie wątpliwości, czy ta fabuła działa jako opowieść o tych wszystkich ludziach, czy finał faktycznie daje im wszystkim spełnienie i przemiana poszczególnych bohaterów trzyma się kupy. Zapewne tak nie jest, ale siła pierwszego seansu jest ogromna. Pokonuje nawet wyraźną fetyszyzację kobiet, które mają nierówno pod sufitem, ale w tym obrazie nazywa się to: „nieprzewidywalne”. Wiem, że w pewnym momencie mojego życia to by to mnie przemawiało, więc rozumiem – ale to nadal nie jest film o miłości. O zauroczeniu? Jak najbardziej. Utwór w tym samym duchu, co Muza z Sharon Stone.
Film trafia na listę moich ulubionych produkcji 1985 roku: https://garretreza.pl/podsumowanie-1985/
Rosemead (2025)
7 listopada
Publicznością tego filmu są chyba tylko ludzie, którzy zobaczą to w telewizji, a następnego dnia w pracy wypełnią trzy minuty życia poprzez: „Widziałem wczoraj taki film, o matce, która kaszle krwią i umiera, ma jakiegoś raka czy coś, ale ukrywa to przed swoim synem, bo ten i tak ma ciężko, bo ma schizofrenię i to leczy…” po czym przechodzą natychmiast do opowiedzenia zakończenia. Ponieważ tylko wtedy film prezentuje jakąś wartość, jakiś punkt zaczepienia. Nie jest obietnicą seansu, nic z tych rzeczy. Jest zrobiony nijako – można wręcz uznać, że błędnie – tonacja jest bezpieczna (więc nudna), nie ma też podpory w postaci scenariusza, jakiegoś planu rozwoju wydarzeń. Nie dzieje się praktycznie nic przez cały film, co służy opowiedzeniu tego doświadczenia widzowi – poza zakończeniem.
Nie było tutaj za bardzo pomysłów na całość. Finał miał zapaść widzowi w pamięci i na tym wszyscy się skupili. Sztuka filmowa pojawia się dopiero w trzech ostatnich ujęciach.
Kameleon ("Lurker", 2025)
8 listopada
Matt zna Olivera i jego muzykę. Gdy widzi go w swoim sklepie z ubraniami, wykorzystuje okazję, jaka się nadarza, aby wejść do jego świata. Tylko jak tam pozostać? Jaki Matt ma cel? Robi wrażenie osoby samotnej, w głęboki sposób szukającej zrozumienia i akceptacji. Ma problemy, aby zaprzyjaźnić się z pozostałymi członkami „ekipy” Olivera, znaleźć sobie tam miejsce. Nie jest artystą, ale chce się przydać. Wydaje się panikować na samą myśl, że Oliver jedynie udawał przyjaźń – robi w końcu wrażenie kogoś, kto jednego dnia będzie składał każdą obietnicę, aby nazajutrz już o niczym nie pamiętać. Czy tak właśnie było z Mattem? Czy odnajdzie on swoje miejsce w grupie?
Matt szybko daje jednak znać widzowi o swojej prawdziwej naturze. Jak zwraca się do swojej matki, jak wszystko kalkuluje na zimno, czego tak naprawdę się obawia – nie chce zostać prawdziwym przyjacielem, chce zostać jedynym przyjacielem Olivera. Nie jest dobrym człowiekiem, ale jest u progu sławy i popularności, pozwalającej mu traktować innych z wyższością. Gdy Olivier nagle zostaje otoczony przez fanów, to cieszy się i stara się być miły. Matt tylko czeka, żeby móc narzekać na brak prywatności.
Twórcy przekonują swojego widza, że znają ten świat i umieją go odtworzyć na ekranie – koncerty, tworzenie, relacje gwiazdy ze swoją ekipą. Wydaje się, że naprawdę wchodzimy za kulisy i widzimy codzienność tych ludzi.
Wszystkie braki, jakie mógłbym teraz wytknąć, mają związek z zakończeniem. Zabrakło w nim pokazania większej winy Olivera jako osoby wymagającej Yes Menów, co los przewrotnie mu dał. W epilogu Matt wydaje się osiągać faktyczny sukces jako artysta, jego wizja zostaje spełniona – tymczasem przez niemal cały film wydawało się, że to nikt, który nic nie umie. Gdyby jednak w trakcie tej opowieści przewijał się motyw, gdy Matt coś proponuje (o czym widz wie, że byłoby to dobre) i najbliżsi nie brali tego pod uwagę, dodałoby to do złożoności dramaturgii. Tymczasem Matt wcześniej tylko kręci rozmazany dokument i przyczepia kamerę do owcy, gdzie wełna zasłania wokalistę.
Nie jest to film, do którego będą chciał wrócić – za dużo tutaj chwil niezręcznej przestrzeni rodzącej się między bohaterem i pozostałymi postaciami, martwej ciszy w momentach niezdolności do nawiązania kontaktu, chwilami nawet sam film zdaje się nie być pewnym następnego kroku. Dłuży się, widz przymyka oczy i zaczyna rozważać głośne wyrazy z prośbą, aby to już się skończyło. Powtórny seans nie jest mi potrzebny jednak, żeby z perspektywy czasu docenić pewne momenty, które z czasem okazują się zawierać więcej treści – jak wtedy, gdy bohater chwycił za kontroler i pokazał, że umie w niej dominować, zaskakując wszystkich. Albo gdy podczas pierwszego kontaktu zmuszają go do zdjęcia spodni, a on zdejmuje nawet bieliznę – pokazał już wtedy, że jest gotowy na wszystko, na złamanie reguł, stworzenie swoich. Za pierwszym razem widzimy w tym zabawę, później myślimy, że było tu więcej.
W finale film okazuje się jako całość być odpowiedzią na pytanie, które zostaje zadane na samym końcu. Nie jest ona prosta, łatwa ani przyjemna. Świat show-biznesu pokazuje tutaj prawdziwe pazury i przekonuje, że wymaga to bezwzględności. W kieszeń można sobie włożyć gadanie o szczęściu, ciężkiej pracy oraz zrządzeniu losu. Tutaj liczy się dominacja i film potrafi to pokazać. Osobiście ciężko mi wymienić film, który lepiej obnaża brudy show-biznesu, niż Kameleon. Przynajmniej w ostatnich latach, oferując więcej niż tylko kopię schematu fabularnego Wszystko o Ewie.
Mężczyzna idealny ("Making Mr. Right", 1987)
8 listopada
Kolejny raz w filmografii pani Susan bohaterka jest energiczna i pewna siebie, świat ma się kręcić wokół niej, a przechodząc na ulicy samochody mają wyparować. Taka osoba będzie promować Androida, który ma brać udział w misjach kosmicznych.
Fabuła jest naciągana, ale reszta dostarcza pełnej zabawy. Dialogi lśnią najtisowym serem z pełną dumą, a intryga kto-z-kim jest należycie zakręcona. Do tego John Malkovich w podwójnej roli – od dwóch dekad co najmniej nie widziałem go w dobrej roli, a co dopiero TAK dobrej. Do fetyszyzacji kobiet mających nie równo pod sufitem zaczynam się przyzwyczajać.
Ostatecznie stawiam ten obraz niżej od Susan. To prosta komedia, która nie jest aż tak ambitnie skonstruowana, co Susan. W Mężczyźnie idealnym ponad to można się domyślić rezolucji fabularnej, która dodatkowo zostawia po sobie gigantyczną dziurę fabularną: to po jaką cholerę w końcu był im ten Android?
PS. Musiałem wyjść z sali przed Q&A, ale mam nadzieję, że ktoś zadał pytanie pani reżyser o to, czy wie, o czym jest piosenka: „Welcome To The Machine” Pink Floyd.
Desperat ("Dead Man's Wire", 2025)
8 listopada
Historia miała miejsce w 1977 roku, ale w rzeczywistości, w której banki udzielają pożyczek nie mając pokrycia w jakiejkolwiek formie – po prostu namawiają do zaciągania kredytów na każdym kroku, dając wirtualne zera na konto obywatela i czekając, aż on wyczaruje te pieniądze z powietrza – Desperat jest jak najbardziej tytułem na czasie. Czemu protagonista Tony decyduje się przywiązać drutem do prezesa firmy udzielającej pożyczek (a pomiędzy nimi na tym drucie jest strzelba, która wypali, jeśli oddalą się od siebie w jakikolwiek sposób – stąd tytuł), nie jest łatwo wyjaśnić. Tony chce przede wszystkim przeprosin za to, co mu zrobiono – bierze zakładnika, ogłasza swoje żądania i teraz czekamy, co z tego wyniknie.
Całość zrealizowano z nie tyle humorem, ile jajem – Tony zna na przykład niektórych policjant, z którymi wita się, jakby byli w barze: tego typu lekkość, która jednak ani razu nie odbiera powagi sytuacji. Cały czas liczy się tutaj życie ludzkie: Tony’ego albo jego zakładnika. I jako widzowie nie chcemy, aby cokolwiek stało się któremukolwiek. Sytuacja jest wyjaśniania wieloetapowo i oglądający musi sobie to poskładać na początku – bardziej niż ekspozycja liczy się wtedy dla wid