King Vidor

King Vidor

03/01/2018 Opinie o filmach 3
Ruby Gentry 1952 king vidor

Jeden z pierwszych wielkich reżyserów. Ponoć napisał 52 scenariusze, zanim doczekał się realizacji któregoś. Oto King Vidor.

I believe in the motion picture that carries a message to humanity.” – King Vidor

Naprawdę miał na imię King – matka nazwała go tak po swoim bracie. Z jednej strony potomek Węgierski i Szkocki, z drugiej: członek pierwszej fali, która popłynęła w stronę Hollywood bez grosza przy duszy. Mając sześć lat przeżył jeden z największych huraganów w historii, będąc w tak młodym wieku wystawionym na widok niewyobrażalnych zniszczeń oraz ciał ludzi w każdym wieku. Miał to wspominać przez resztę życia. Uczęszczał do prestiżowej szkoły, którą rzucił, aby wdrażać się w zawód operatora kamery, montażysty, dokumentalisty. W Kalifornii pracował jako aktor, scenarzysta i w końcu jako reżyser – zaczął od realizacji serialu zaangażowanego społecznie człowieka, który kłamał o sobie, że ma wykształcenie prawnicze i jest sędzią. King Vidor odnalazł się jednak w tym aktywiźmie i wierzył z przekonaniem, że robi coś dobrego. Zatrudniali nawet czarnoskórych aktorów, zamiast białych smarować na ciemno. Wspomniany sędzia zostanie zastrzelony dekadę później.

I believe in the picture that will help humanity to free itself from the shackles of fear and suffering that have so long bound it in chains. – King Vidor

Technicznie rzecz biorąc, pan King zaczynał jako twórca indie – napisał scenariusz, rozesłał go i kilka osób zrzuciło się na budżet. Zrobił jedną kopię, która odniosła sukces – producenci odkryli go w ten sposób i zatrudnili do kolejnych obrazów. A ten pierwszy, z pojedynczą kopią, zaginął. Gdy przyszedł dźwięk, Vidor po pewnych obawach zdecydował się reagować z optymizmem na zmianę – i zrealizować tętniący muzyką film o kulturze czarnoskórych na południu USA, z czarnoskórą obsadą. W ogóle nie słyszałem o tym filmie nawet – i to jest mój punkt wyjścia, co mogę od siebie napisać o tym reżyserze. A mogę niewiele. Widziałem 10 filmów pełnometrażowych, ale on kręcił bardzo dużo – to po pierwsze. Po drugie – część widziałem dawno temu (minęło 10 lat), część teraz i nadal nie były to wszystkie charakterystyczne obrazy dla twórczości tego człowieka – Źródło obejrzałem, bo czytałem książkę, dwa filmy z 1926 roku zobaczyłem, ponieważ oglądam wszystko z tego rocznika. Kolejne będę odkrywać z czasem, film po filmie – zawsze jednak imponował mi warsztat tego człowieka. Czuć, że stoi za tym człowiek z przekonaniami, ale na pierwszym miejscu stawiał potrzeby konkretnego obrazu, jaki aktualnie robił. Miał warsztat i umiał ocenić, czego będzie wymagać dany tytuł.

I will not knowingly produce a picture that contains anything that I do not believe to be absolutely true to human nature, anything that could injure anyone or anything unclean in thought or action.

Nor will I deliberately portray anything to cause fright, suggest fear, glorify mischief, condone cruelty or extenuate malice. – King Vidor

Co najwyżej może mnie zaskakiwać, że te mniejsze produkcje też mają czym się pochwalić. Sekwencja ucieczki spod szubienicy w Bardelys, książę miłości chyba zawsze będzie inspiracją do tego, jak kręcić akcję – a on to zrobił w okresie kina niemego! Champ jest moim ulubionym filmem Vidora jak na razie, tam też kamera poruszająca się w głąb sceny w połączeniu z niewidzialnymi cięciami (odnosi się wrażenie, jakby kamera faktycznie wchodziła z ulicy do budynku i dalej, na scenę) rozbudowuje świat filmu. Był człowiekiem, który chciał opowiadać historie o ludziach postępujących słusznie, ale najczęściej umiał to robić – umiał zasłużyć na happy end. Oczywiście w prawdziwym życiu miał żonę, znajdował kochankę, brał rozwód, brał ślub… I tak kilkanaście razy, ale jak na Hollywood był po stronie „szlachetniejszych”.

I will never picture evil or wrong, except to prove the fallacy of its line. – King Vidor

So long as I direct pictures, I will make only those founded on the principles of right, and I will endeavor to draw upon the inexhaustible source of good for my stories, my guidance and my inspiration. – King Vidor

King Vidor

Obecnie King Vidor znajduje się w moim rankingu reżyserów na miejscu #181

Top

1. Mistrz
2. Show People
3. Człowiek z tłumu
4. Ruby Gentry
5. La Boheme
6. Wielka parada
7. Bardelys the Magnificent
8. The Fountainhead
9. Do dwóch razy sztuka
10.Wzgardzona

Ważne daty

1894 – urodziny Kinga (Texas)

1900 – Huragan uderza w Galveston, Texas; King jest jednym z tych, co go przeżyli

1913 – pierwszy wyreżyserowany film (dokument krótkometrażowy) zatytułowany właśnie: Hurricane in Galveston (rozpoczynając tym samym jedną z najdłuższych karier reżyserskich)

1914 – jako współzałożyciel wytwórni zaczyna tworzyć krótkie komedie, co nie przyniesie nikomu zysku

1915 – podróż do Hollywood, początek przygody aktorskiej w pomniejszych rolach; poniekąd udane próby opchnięcia swoich scenariuszy pod pseudonimem (początkowo wyleci na bruk, ale później jednak go zatrudnią z powrotem), pierwsza regularna praca reżyserska

1918 – pierwszy pełny metraż

1920 – założenie King Vidor Productions, które zbandkrutuje w 1922 roku; prezentacja manifestu artystycznego

1923 – zakończenie trzyletniego romansu z Colleen Moore, podejmą go w 1963 i będą razem do śmierci

1959 – King przechodzi na emeryturę, zaczyna uczyć

1980 – ostatni wyreżyserowany film (dokument krótkometrażowy)

1982 – śmierć (Kalifornia, problemy z sercem)

Wielka parada („Big Parade”, 1925)

Ocena 3 z 5

Można sobie wyobrazić, że ta produkcja musiała kiedyś wywoływać wielkie emocje. My, żyjący dzisiaj, czuliśmy je na wielu innych tytułach, a Wielka parada nie robi nic z formułą, nic nie chce powiedzieć. Dlatego koniec końców mogę tylko docenić.

Tytułowa parada jest symbolem odrodzenia patriotyzmu, może nawet jego narodzin. Akcja filmu dzieje się na początku I wojny światowej i młodzi ludzie są zachęcani właśnie takimi atrakcjami jak w tytule, aby przyodziać mundur i ruszyć z karabinem do Europy. Wcześniej w obywatelach, jak zdaje się film sugerować, poczucie miłości do ojczyzny nie było uświadomione – ale wraz z wybuchem wojny wszyscy zaczęli się zaciągać, a kto był na to za stary, ten tylko głosił pochwałę do takiego zachowania. Oddanie ojczyźnie to szlachetność i tak dalej. A potem bohaterowie idą walczyć i to przestaje być zabawne. Nie od razu, ale jednak.

Wielka parada trwa dwie i pół godziny, a moje zainteresowanie straciła bardzo szybko. To jest niestety film, który niewiele chce powiedzieć. Praktycznie nic. Nie ma tutaj nawet śladu komentarza odnośnie do metod zachęcania młodych do walki albo sensowności jej. Wojna z kolei wygląda tak, że przez godzinę podrywają Francuzki, nie znając francuskiego albo myją podłogi i śpią w złych warunkach. Potem dopiero idą do konfrontacji z wrogiem (sam konflikt nie jest wyjaśniony, jedynie „ojczyzna jest zagrożona i należy jej bronić!”). Na polu walki z kolei typowe odkrywanie czym jest życie w poczuciu zagrożenia, może kogoś bohater straci i wróci do domu wdzięczny, że to wszystko już się skończyło. Twórcy pod każdym kątem sprawiają wrażenie, jakby tylko chcieli „zrobić film„. Nie mogę powiedzieć, czy ich obraz jest za wojną lub przeciwko niej. Cała produkcja stoi bezpiecznie pośrodku, a to nie jest dla mnie interesujące. Może dla was będzie?

Faktem jednak jest, że Wielka parada to pewne osiągnięcie. Nie z dzisiejszej perspektywy, bo tę formułę zabito już dawno temu na śmierć, ostatnio choćby w Przełęczy ocalonych ją widzieliśmy. Znamy to na pamięć. Niemniej, Wielka parada nie tylko tę formułę opowiadania historii wojennej opracowała, ale też pokazała jako jeden z pierwszych filmów nowoczesne pole walki. Nie wojnę secesyjną, jak to było w Narodzinach narodu czy inne kostiumowe starcia, ale walkę w okopach, z karabinami itd. Oczywiście wtedy to w ogóle nie przypominało współczesnego pola walki, ale całość zrealizowano w tak ponadczasowy sposób, że współczesny widz zrozumie cały obraz. To należy docenić. Są też aspekty techniczne – King Vidor reżyseruje naprawdę dobrze, aktorzy spełniają się nie gorzej. Można sobie wyobrazić, że ta produkcja musiała kiedyś wywoływać wielkie emocje. My, żyjący dzisiaj, czuliśmy je na wielu innych tytułach, a Wielka parada nie robi nic z formułą, nic nie chce powiedzieć. Dlatego koniec końców mogę tylko docenić. A polecić mogę inny tytuł: Na zachodzie bez zmian (1931). Tylko kilka lat różnicy w produkcji a impakt na mnie zostawił diametralnie różne. Polecam gorąco.

La Boheme (1926)

Ocena 4 z 5

Lillian Gish to skarb.

Z jednej strony całość zaczyna się jak lekki obraz poświęcony artystom i ich podejściu do życia – tym biednym artystom, którzy odnajdują radość w tworzeniu. Później film skupia się na historii pozbawionej zaskoczeń, gdzie kobieta wspiera artystę, a ten poświęca swojej sztuce coraz więcej i więcej czasu… Pan Vidor robi świetną robotę jako reżyser, tworząc faktycznie żyjący świat na ekranie – nikt nie będzie mieć wątpliwości, że jest w centrum słynnej Bohemy Paryża 1830 roku. Jednak moje pochwały głównie idą w stronę Lillian Gish – ten obraz jest tragedią i sukces tej części leży przede wszystkim w tym, co zrobiła ta aktorka. Przejmujący występ, każdy fan niemego kina i dramatu musi to koniecznie zobaczyć.

Bardelys, książę miłości ("Bardelys the Magnificent", 1926)

Ocena 3 z 5

Przez scenę ucieczki przed szubienicą cieszę się, że ten film został odnaleziony. Perełka!

Z reguły jest to przegadana przygoda awanturnicza, w której straciłem zainteresowanie fabułą i intrygą i o co komu tutaj chodzi. Dużo gadania, mało akcji – akcja rozgrywa się w czasach Króla Ludwiga XIII, są pojedynki na szpady, awanturnicy, kostiumy i walki o honor damy, ale nic z tego nie będę pamiętać zapewne. Raczej na pewno w mojej pamięci ten film zostanie jako obraz piracki z Karaibów, bo tak mi się kojarzą wszystkie rzeczy z podgatunku „płaszcza i szpady” – przez scenę ucieczki przed szubienicą w drugiej połowie filmu. Gdyby Buster Keaton robił „Piratów z Karaibów” na poważnie w czasach kina niemego, to tak właśnie by to wyglądało: momentami niedorzecznie i szalenie, ale cały czas imponowało na przeróżne sposoby. Szczególnie tym, gdzie umieszczono kamerę w konkretnych chwilach. To naprawdę trzeba koniecznie zobaczyć, nic nie będę zdradzać – w linku poniżej cały film od tego konkretnego momentu: https://youtu.be/2Uib-b8l9ac?si=VqgwViboPAi6t49e&t=4629

Show People (1928)

Ocena 4 z 5

Marion Davies gra Peggy Pepper – kobietę jadącą do Hollywood, żeby zostać gwiazdą kina. Czyli w domyśle: gwiazdy dramatycznej. Żart polega na tym, że nie umie grać, ale się stara i gość od castingu to zauważa – i daje jej rolę w komedii. Z początku ona nie jest niczego świadoma, ale szybko tak się stanie – i stanie przed wyborem: zostać na piedestale, z pogardą patrzeć na tłuszczę jak to robiła do tej pory… Czy może z niego zejść.

Całość przyjmuje radosny i pogodny tor, a potem go kontynuuje bez większych zaskoczeń. Ciężko powiedzieć, na ile to kwestia tego, że do dzisiaj widzieliśmy wiele razy takie historie. Wtedy to mogło robić lepsze wrażenie, ale też wtedy tak się robiło takie niegroźne fabuły. Komedia ewoluuje już od wyłącznego slapsticku i wygłupów, zaczyna ubierać ją w poważniejszą fabułę. Potem tylko się na tym wzorowali. Trzeba przyznać, że sama konstrukcja narracyjna trzyma się w zasadzie bez zmian po dzień dzisiejszy – w 1928 roku jest w tym więcej naiwności i wygłupów, ale sama historia mogłaby być opowiedziana i dzisiaj. Bananowa córeczka wyjeżdża do Hollywood celem stanie się gwiazdą dramatu, a ląduje w komedii. I prawidłowym rozwiązaniem jest nauczyć się… Wartości komedii. Nie robi tego tak dobrze, jak Preston Sturges dekadę później, ale cel i tak osiąga.

Lucille Ball miała być pierwszą damską gwiazdą komedii, która mogła być ofiarą. Tak przynajmniej wynikało z dokumentu o serialu I Love Lucy – przed nią tylko faceci mogli się przewracać, dostawać ciastem w twarz, tylko męskie cierpienie i nieszczęście mogło bawić. Lucille z całą pewnością dostawała solidne wciry w swoim serialu – miała rozwalną fryzurę, makijaż i ubrania – ale jednak Marion Davies w „Show People” też jest w dużym stopniu taką ofiarą slapsticku. Też jej się dzieją różne rzeczy i też śmiejemy się z jej nieszczęścia. Taka moja prywatna obserwacja – przed Ball była też Davis. Przynajmniej w tym jednym filmie.

Plus chyba pierwszy przypadek cameo w znanej mi historii kina. Charlie Chaplin, King Vidor (tak, reżyser), Douglas Fairbanks i masa ludzi, których nie kojarzę. Plus ktoś kogoś tutaj bierze za Marion Davis, co w sumie też jest pomysłowe.

Mistrz ("The Champ", 1931)

Ocena 5 z 5

Niemal dźwiękowy remake „Brzdąca” Chaplina – opowieść o byłem mistrzu bokserskim, który musi pokonać alkoholizm i uzależnienie od hazardu, aby nadal pozostać mistrzem w oczach syna. Opis jednak nie oddaje właściwego tonu tej historii – bo poznajemy ją z perspektywy syna Champa: Dinka. To młody chłopak, grany przez mającego 8 lub 9 lat Jackiego Coopera (który razem z aktorem grającym Champa zagrają jeszcze nie raz w duecie, chociażby u Flaminga w „Wyspie skarbów”). Nawet dane personalne są tak podobne do grającego „Brzdąca” Jackie Coogan. I żadne z nich nie wyrosło na „Bilardzistę”, to był Jackie Gleason. Wracając: to film familijny. Młody chłopak niewiele wie o świecie i z jego perspektywy alkoholizm nie wydaje się tak poważny, znajduje też dużo czasu na bycie dzieckiem. Nie tylko rozbiera ojca, gdy ten wraca z baru, ale też ma marzenie o posiadaniu konia.

Swoją drogą, niewinność naprawdę się zmieniła od tamtych czasów. W 1931 roku mogli nagrać, jak ojciec rozbiera syna przed snem. Albo jak matka to robi. I tyle. A dzisiaj ta pauza, którą syn robi przed zdjęciem spodni, a matka wyczekująco patrzy i zachęca, żeby… Kontynuował? Pokazał jej? Zaprezentował się jej? No właśnie. Pytanie, kiedy pedofilia stała się szerzej znanym zjawiskiem.

Ponoć dla większości widowni jest to część historii o Wielkim Kryzysie. Ja jednak cenię sobie, że to jest film dla dzieci. Może nie w dzisiejszym tego słowa znaczeniu, ale ówczesnym, kiedy animacje Disneya zmuszały do stawienia czoła śmierci mamy Bambiego. Oglądając z perspektywy dorosłego widać tutaj uproszczenia w tym, jak świat działa, jak zachowują się ludzie i generalnie, że życie to nie przelewki. Patrząc na film jednak z perspektywy dziecka – kurczę, wszystko w tym filmie jest rozpoznawalne. Naprawdę czuję, że ktoś w wieku Dinka oglądając jego zmagania zobaczy na ekranie świat, który zna. To nie jest żadna jedna, duża rzecz, po prostu masa szczegółów przez cały czas: podglądanie walki, bycie rozbieranym do spania, opiekowanie się dorosłym, który jest zbyt zmęczony – lub pijany – aby sam to zrobić. Nawet jeśli tego nie przeżyłbym, to nadal mógłbym się z tym utożsamiać. To nie jest produkcja, w której liczą się wielkie momenty i dramaty – chociaż one też są – ale przede wszystkim te małe wyzwania, niemal codzienne rzeczy, nad którymi Dink nawet nie myśli. Są dla niego aż tak naturalne, a dla nas… Są czymś innym.

Wzgardzona („Stella Dallas”, 1937)

Ocena 3 z 5

Matka robi wszystko dla swego dziecka. A Hollywood umie o tym opowiadać. Nawet wtedy, kiedy nie umie.

To jest z całą pewnością produkcja, o której będzie mi trudno pisać. Tytułowa bohaterka wzdycha do mężczyzny, który przechodzi obok jej domu każdego dnia. Maluje się i stroi, żeby przyciągnąć jego uwagę, co w końcu kończy się sukcesem. Zawierają związek małżeński, mają dziecko… Po czym na podstawie kilku błahych nieporozumień rozstają się, Stella dostaje opiekę nad dzieckiem, małą dorastającą dziewczynką, która cały czas będzie rosła…

Problemem jest właśnie ta błahość, pobieżność. Przez moment podejrzewałem, że będzie to opowieść o problemach w komunikacji międzyludzkiej, ale przeszkadza w tym, jak bardzo pobieżni są bohaterowie filmu, jak podchodzą niedbale do wszystkiego, jak szybko wyciągają wnioski, jak słabo angażują się we wszystko… Nawet nie traktują siebie nawzajem jak realne jednostki, częściej są dla siebie swoimi statusami i z tego powodu obdarzają siebie takim traktowaniem, jakim się obdarzają. Kochają żonę nie dlatego, że ją kochają, ale dlatego, że to jest ich żona. Żeby zdobyć faceta, trzeba się umalować i to wystarczy. Potem on każe jej się ubierać w konkretny sposób, ona odmawia. On wyjeżdża, a gdy wraca, to zastaje ją z dzieckiem w jednej ręce i kieliszkiem wina w drugiej. Więc się rozstają.

Żaden z bohaterów nie ponosi żadnych konsekwencji za taki sposób życia. Przez cały czas idą idealnie pośrodku – nie mają okropnego życia, ale też ich codzienność nie jest usłana różami. Nic nie zmienia się tak naprawdę w życiu bohaterów, oni też nie przechodzą żadnej transformacji (lub bardzo skromną). To prowadzi mnie do konsternacji w trakcie oglądania, bo nie wiem, jaki efekt chcą twórcy osiągnąć. Co mam wynieść z tego seansu? Tym bardziej że technicznie rzecz biorąc mamy tu fundament pod typową komedię pomyłek – mąż widzi żoną, „to nie tak jak myślisz”, perypetie, bieganie i na końcu okazuje się, że faktycznie „to nie tak, jak myślałeś” i żyją szczęśliwie. Happy end. W przypadku filmu Wzgardzona jednak uznali, że wezmą podstawę durnowatej komedii i zrobią z tego poważny dramat.

Wszystko to układa się w całość dopiero na ostatniej prostej, w epilogu. Wtedy okazuje się, że Wzgardzona tak naprawdę opowiada o miłości matki do swojego dziecka. I jak wiele może poświęcić w trosce o swoją pociechę, stawiając jej dobro ponad swoim. Robi to jednak nie poprzez robienie czegoś, tylko poprzez zaprzestanie robienia tego, co akurat robiła. Zamiast aktywności wybiera pasywność. To wszystko. Ponownie – trudno tu nawet widzieć ludzi. Matka robi tu coś dla swojej córki, jedna figura dla drugiej. Nie jeden człowiek dla drugiego, bo ten drugi człowiek coś sobą reprezentuję, nie. Tu istotny jest tylko status społeczny.

To powiedziawszy, nadal można się wzruszyć w finale. Coś więc Wzgardzona robi dobrze.

Źródło („The Fountainhead”, 1949)

Ocena 3 z 5

Adaptacja powieści Ayn Rand pod tym samym tytułem z 1943 roku. Czytałem ją prawie 10 lat temu, wtedy to była moja ulubiona powieść.

Film pokrywa się z oryginałem na poziomie historii całkiem dobrze – w obu przypadkach mamy opowieść o architekcie, który tworzył projekty budynków wyprzedzające swoje czasy. Miał problemy ze znalezieniem klientów, akceptacji oraz środków do życia. Możecie to potraktować jako historię Mozarta czy innego archetypu geniusza*.

Kłopoty zaczynają się, gdy należy ponad 800 stron specyficznej narracji przenieść na medium filmu. Źródło jest wyjątkowe na wiele sposobów – autorka potrafi np. wprowadzić ważną postać na 150 stronie albo i 540. Innym istotnym czynnikiem jest odmienne podejście do postaci głównej – jest nim Roark, wspomniany architekt, który to jest doskonały już na początku. Nie przechodzi żadnej zmiany, z tego powodu pojawia się dosyć rzadko na kartach powieści (pozostając wciąż kluczową figurą, mającą największy impakt na rozwój wydarzeń). To sprawia, że niebywale istotne stają się losy pozostałych postaci, ich relacje z Roarkiem oraz kontrast wobec ich i jego zachowań w podobnych sytuacjach. Tutaj zawarta jest cała właściwa treść „Źródła„. Owe wątki niemal w całości wyrzucono z filmu.

Pozostało coś, co można uznać za „szkielet fabularny„, co ma bardzo dziwne tempo i nijak nie układa się w normalną historię. Wydarzenia na ekranie mają miejsce, ale dopiero pod sam koniec coś z nich wynika, mamy konflikt itd. Wcześniej są tylko bohaterowie wygłaszający bardzo ważne rzeczy, obdarte z całej naturalności, kontekstu i „aranżacji„, którą oferowała powieść. Dosłownie pierwsza linijka dialogu zapowiada kłopoty. Wciąż można zrozumieć wtedy zamysł twórców stojący za takim kształtem i konstrukcją, ale to nie umniejsza ciężaru, który osiadł na niemal wszystkich słowach w filmie. Owszem – w słowach, które słyszałem z ekranu, mogłem usłyszeć również echo tego, co czytałem w książce, ale różnica była więcej niż diametralna. Zacząłem się zastanawiać, czy film broni się jako samodzielna produkcja – i odpowiedź jest zdecydowanie negatywna. Ktoś nieznający pierwowzoru nic nie wyniesie z filmu. Dla przykładu Ayn Rand spędziła rok, pracując w biurze architektonicznym, żeby przygotować się do pracy nad powieścią – architektura w filmie już istotna nie jest. Dla fabuły istotne jest postrzeganie budynków jako dzieł sztuki, których konstrukcja nie może być byle jaka. W filmie też tego nie ma, zachowanie bohatera wobec „czystości” kompozycji jest kompletnie niezrozumiałe. W pewnym momencie fabuły Roark zaczyna się burzyć o to, że w jego projekcie ktoś wprowadza zmiany. W filmie chodzi tylko o to, że dokonał zmian i już. Jakich? Nieważne. W książce wyraźnie jest zaznaczone, że te zmiany miały podnieść koszta budowy, były niepraktyczne a biedna część społeczeństwa (dla której dany budynek powstawał) musiałaby płacić wyższy czynsz po osiedleniu się tam. Przyznacie, że to istotne szczegóły?

Do tego dochodzą jeszcze niekorzystne zmiany między książką i filmem. Od początku (Cameron traktował Roarka o wiele gorzej) do końca (postać popełniająca samobójstwo [!] w książce żyje w najlepsze). Pierwsze spotkanie Roarka i Dominique z kolei… To spotkanie to bardzo ważna scena jest. Źródło jako film jest bardzo mocno oparty na gadaniu, wyjaśnianiu swojego zachowania, inspiracji i motywacji. Powieść jest podobna, ale to też historia, w której istotny jest obraz. Bohaterowie Ayn Rand mają niesamowitą zdolność wyrażania wielu rzeczy samym swoim obliczem i zachowaniem, ale umieją również czytać twarz i zachowanie pozostałych ludzi. Wiele słów na kartkach pierwowzoru nie skupia się na tym, co bohaterowie mówią – przeważnie czytamy, jak narrator opisuje emocja na twarzy bohaterów. Dzięki temu można powiedzieć, że mamy tam „miłość od pierwszego wejrzenia”, kiedy to Roark i Dominique spoglądają tylko na siebie i to wystarczyło, żeby on włamał się do jej pokoju pod wieczór, a ona na niego czekała. Bez słów przeszli do brutalnego seksu, by następnie rozstać się na wiele miesięcy. W filmie jednak gadają o tym, akcja trwa wiele dni, a na koniec tylko całują się w policzek. Przy czym postronny widz w ogóle nie będzie tego rozumiał. Oczywiście, akcja w książce też jest niezrozumiała przy pierwszym czytaniu… Ale w ten dobry sposób. Co przez to rozumiem? Cóż…

Źródło to doskonała lektura, która na swoim drugim poziomie opowiada o życiu w świecie, w którym społeczeństwo wyżej stawia sztukę niską niż sztukę wysoką, telenowelę ponad ambitnymi produkcjami. Autorka opowiada o tym do pewnego stopnia tak przekonująco, że naprawdę przez moment zacząłem myśleć, że tak właśnie powinno być i nie ma co z tym walczyć. Każda z postaci inaczej do tego podchodzi – pomaga w tym, czerpie z tego korzyści lub wybiera pozycję z boku, pozwalając światu na bycie, takim jest. Żadne z nich nie ma zamiaru rzucać diamentów przed wieprze. Historia rozpisana jest na kilka dekad i z tych starć oraz doświadczeń niezwykle złożonych bohaterów wynikają wnioski, które Ayn Rand chce przedstawić czytelnikowi. Film z kolei przechodzi od razu do wniosków, prezentując je nagimi i niezrozumiałymi, bez możliwości samodzielnego zrozumienia ich. Książka również wielokrotnie pozwala sobie na niezrozumienie, ale w efekcie tworzy zagadki, nad którymi osobiście myślałem nawet i latami. Dość powiedzieć, że w pewnym momencie Źródła dochodzi do konfrontacji ostatecznego zła i kompletnego dobra. Nie mogłem zrozumieć przy czytaniu, czemu ten moment wyglądał tak, jak wyglądał. I czemu był tylko momentem, czemu zło z dobrem spotkało się tylko raz? Niemniej, możliwe jest, by to zrozumieć.

Za scenariusz ku mojemu zdziwieniu odpowiadała sama Ayn Rand i nikt więcej, dlatego stworzyłem teorię. Mianowicie, jej wkład w film opatrzony jest jako „screenplay„, nie „screenwriter„. Możliwe więc, że jej praca była dłuższa niż 112 stron, z których ostatecznie zrobiono film. Możliwe, że napisała 200 albo i 250 stron, planując trzy- lub i czterogodzinną adaptację. W montażu jednak podjęto ostateczne decyzje i otrzymaliśmy, co otrzymaliśmy. Streszczenie książki dla czytelników, którzy nie chcą poświęcać 32 godziny (ile trwa audiobook na Amazonie) na ponowną lekturę, tylko oglądają film. Do tego on się nadaje. Tylko do tego. I nawet do tego nadaje się dosyć kiepsko…

*nie myślcie jednak, że Roark tak jak Amadeusz upijał się, balował do wariata lub robił inne rzeczy tego typu, które można zobaczyć w filmie Milosa Formana.

In my opinion, the motion picture is the greatest medium of expression ever invented. It embraces all the other arts. The films that have the greatest unity, the greatest overall strength, and give the most satisfaction to the viewer, have been those in which a guiding hand was imposed in every section of the film’s many divisions. Story, casting, settings, photography, clothes, acting, should all bespeak one mind. The director owes the audience an explanation. You have to make what you’re trying to say understandable. What good is it if no one understands it? The scene doesn’t have to be real. We deal with illusion, and the job of director is to control the illusion.” – King Vidor