Jerzy Kawalerowicz

Jerzy Kawalerowicz

11/10/2024 Blog 0
cien kawalerowicz

Przez te wszystkie lata był dla mnie jednym z tych reżyserów, którzy dawno temu zrobili parę dobrych filmów, potem doczekali przemiany ustrojowej i nakręcili swój najgorszy film, a potem umarli i nie żyją. Obejrzałem po prostu za mało jego filmów i w sumie nie byłem zainteresowany większą ilością, ale skoro są dostępne, to obejrzę. W ten sposób poznałem dopiero twórczość Jerzego Kawalerowicza i go doceniłem, a to jest jego przegląd.

W jego dorobku powtarzają się dwa motywy. Po pierwsze: człowiek usiłujący zrozumieć samego siebie, dążący do przełamania swojej samotności. […] Po drugie: człowiek usiłujący zrozumieć swoje miejsce w historii, dążący do władzy, ale i pragnący ocalić siebie w tym dążeniu” – Tadeusz Lubelski

Przemiany były co najmniej dwie – jego kariera zaczęła się po tej pierwszej, związanej ze śmiercią Stalina oraz założeniem studia KADR, którego został szefem. W ten sposób jego pierwsze obrazy odeszły w zapomnienie, a on sam stworzył tytuły, które miały przejść do historii krajowego i światowego kina. W tle jednak rozgrywały się inne historie, z walką o pozwolenia i fundusze na kręcenie nowych filmów, albo kręceniu tego, co było, żeby przeczekać burzliwy okres i nakręcić później to, na czym faktycznie mu zależało – jeśli by się okoliczności zmieniły. Wtedy trzeba było się wykazywać również poza planem, również wtedy, kiedy nie tworzyło się nic. Kawalerowicz łączył artyzm z rzemiosłem – umiał się odnaleźć w kinie gatunkowym, dbał o napięcie i rozrywkowy aspekt swoich produkcji, ale też rozumiał język filmu i obrazu, jego kamera potrafiła poruszać się z intencją. Umiał dostosować się do potrzeb aktualnej produkcji ale i stworzyć rozmach oraz dodać go tam, gdzie pozornie nie był konieczny – a przynajmniej raczej mało który inny reżyser by go zawarł. Wyraźnie też miał z tyłu głowy aspekt ponadczasowy – wtedy trudniej było tworzyć filmy o teraźniejszości, łatwiej było adaptować klasykę i w ten sposób adresować problemy dzisiejszego świata. Kawalerowicz chyba tylko w Grze mówił o tym, co jest tu i teraz, nawet muzykę Czesława Niemena zawarł w openingu tylko dlatego, że to muzyka właśnie z jego otoczenia. Nie wyszło mu to na dobre. Był też pierwszym reżyserem w Polsce, który zatrudniał własną żonę, co też wywołało kłopoty, ale tą żoną była Lucyna Winnicka.

Pozostaje jeszcze kwestia filmu Śmierć prezydenta – filmu, który z punktu kulturowego jest najważniejszy w dorobku Kawalerowicza. Temat śmierci Narutowicza powinien być adaptowany na nowe dzieło kultury w tym kraju co pięć lat, analizowany i omawiany aż do jakiejkolwiek zmiany – mechanizmy i manipulacje oraz chaos, jaki wtedy wybuchł na ulicach, jest niemal wstrząsająco bliskie temu, jak sto lat później nadal omawia się tematy polityczne w Polsce – a tymczasem pokrycie w zakresie filmu ma jedynie w postaci filmu Kawalerowicza. Oraz mini serialu o Piłsudskim z 2000 roku, ale to jak Hamilton pojawiający się w dwóch odcinkach mini serialu John Adams. Dobrze więc, że chociaż ten film istnieje, ale… Problem w tym, że nie bardzo. Niemal wszystkie filmy robione po założeniu studia KADR są dostępne – z wyjątkiem Quo Vadis, które jest dostępne tylko w jednym serwisie i to w postaci mini serialu. A więc najgorszy film Kawalerowicza, jego pierwsze (ponoć) socjalistyczne ramotki robione na zamówienie władz oraz właśnie Śmierć prezydenta – akurat tych filmów legalnie nie obejrzycie. Nawet na nośnikach fizycznych da się obecnie kupić tylko z drugiej ręki. To jest tym ciekawsze, że Śmierć prezydenta była poddana rekonstrukcji cyfrowej, tylko że nawet nie na nośniku. Jedyne, co udało mi się znaleźć, to że była ona puszczona na stacji TVP2. Jedynym sposobem, aby ten film obejrzeć, jest YouTube i inne źródła, gdzie ktoś wrzucił zgrany film bez żadnych pozwoleń. Innymi słowy – kolejny punkt dla nielegalnej kultury oraz piractwa, a biorąc pod uwagę skalę samego filmu jego nieobecność w dostępnych tytułach zachęca do snucia teorii oraz niewłaściwych podejrzeń. Oby to się zmieniło. Osobiście nie pamiętam, aby ten film był dostępny kiedykolwiek, gdziekolwiek – ale tego nie śledziłem za bardzo. Na pewno jednak nie był dostępny w 2022 roku, kiedy zainteresowałem się tematem zamachu na prezydenta Narutowicza i zauważyłem, że filmu Kawalerowicza o tym nigdzie nie ma. To więc będą dwa lata. Niech każdy dzień będę punktem dla piractwa, takim symbolicznym. Legalna Kulturo, musisz być lepsza.

Kończąc na pozytywnej nucie – większość jego twórczości jest dostępna, nawet za darmo!, dzięki czemu pozwoliłem sobie ją odkryć. I za to jestem wdzięczny. Za rzucenie Cienia na okres powojennej Polski, za polityczną intrygę Faraona, za uwiecznienie chaosu wokół pierwszych wyborów prezydenckich w Polsce, za klimat pociągów oraz austerii, za przybliżenie mi umierania Napoleona, za obraz życia ludzi po wojnie i mających nowe problemy. Dziesięć tytułów za mną i w sumie mam ochotę na kolejne, z czystej ciekawości. Pociąg też sobie powtórzę, ale za rok, gdy będę wracać do ’59 rocznika.

jerzy kawalerowicz

Obecnie Jerzy Kawalerowicz znajduje się w moim rankingu reżyserów na miejscu #48

Top

1. Cień
2. Faraon
3. Pociąg
4. Austeria
5. Śmierć prezydenta
6. Gra
7. Prawdziwy koniec wielkiej wojny
8. Matka Joanna od Aniołów
9. Jeniec Europy
10. Spotkanie na Atlantyku

Ważne daty

1922 – urodziny (Gwoździec, dziś Ukraina)

1946 – studia w krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, pracuje jako asystent reżysera Zakazanych piosenek, skończy naukę w 1949; wcześniej pracował m.in. jako tragarz na dworcu czy magazynier

1951 – debiut reżyserski

1952 – śmierć mamy

1954 – zapisanie się do PZPR na prośbę pani Wandy Jakubowskiej

1955 – powstanie zespołu filmowego „Kadr”, pan Jerzy obejmuje kierownictwo artystyczne

1985 – jest posłem z ramienia PZPR do 1989

2001 – ostatni film, który chciał zrobić od kilku dekad

2007 – śmierć (Warszawa)

Cień (1956)

Ocena 5 z 5

Niezwykłe kino. Pierwszy film Kawalerowicza, o którym można powiedzieć, że wyszedł od niego – śmierć Stalina, zmiany w organizacji kinematografii narodowej, założenie studia KADR i pan Jerzy zostaje jego szefem, kręcąc Cień jako swoją czwartą fabułę, na podstawie opowiadanie Ścibor-Rylskiego, który też wziął się za scenariusz. Sama konstrukcja jest już genialna – oto tajemnicze wydarzenie prowadzi świadków do snucia teorii, jako potrzeby zrozumienia, co się właśnie stało, co mogło się stać. Nikt tego nie może zrozumieć i każdy ma coś w swojej przeszłości, co ciągnie się za nimi jak cień. Łącznie poznamy trzy historie, przeplatane wydarzeniami współczesnymi. Każda jest z innego gatunku, ale łączy je autorskość. Reżyser już wtedy wiedział, że kamera musi być bohaterem, że jej ruch musi być umotywowany, wielokrotnie wizualnie wraca chociażby do tytułowego motywu. Ten seans to niespodzianka za niespodzianką, aż do zakończenia. Ten tytuł daje rozrywkę, ale i drapie po mózgu w ten sposób, jak robił to chociażby serial Pozostawieni. O czym to jest? O kraju wyłaniającym się z cienia. Albo chociaż zdającym sobie sprawę, że w cieniu się znajduje. I co to znaczy.

Faraon (1966)

Ocena 5 z 5
Fenomenalna intryga, świetna realizacja. Ponadczasowy i pełny niespodzianek.
 
Pierwsza scena jest przewrotna nawet tyle lat po pierwszym seansie – długie ujęcie na dwa robaki na środku pustyni, pierwszą myślą więc jest komentarz na temat jakości polskiego kina. Zaraz potem jednak zaczynamy towarzyszyć żołnierzowi, który biegnie na tył zatrzymanej armii, aby poinformować o owych świętych stworzonkach. Z ich powodu armia musi teraz zmienić drogę, aby osiągnąć cel marszu – syn Faraona nie ma nic do powiedzenia, decyzję podejmuje kapłan. Idą przez wąwóz, który najpierw trzeba zasypać. Wąwóz, który stary człowiek kopał dekadę, aby wyswobodzić swoją rodzinę i siebie z niewoli. Załamuje ręce i błaga, ale nikt nie zmienia swoich działań. Wszystkie motywy tej fabuły w jednej scenie zawarte.
 
Całość uczciwie zapracowuje na te blisko trzy godziny trwania (wersja na 35mm trwa 145 minut) dzięki wizualnemu rozmachowi (scenografie i kostiumy naprawdę sprawiają wrażenie, jakby to był Egipt, chociaż kręcono tam tylko część zdjęć – poza tym m.in. Polska i Uzbekistan) oraz fabularnemu. Jakkolwiek można się czepiać, że jest to uproszczone (każda postać sugeruje jedną stronę polityczną), to jednak mamy na ekranie zakreślony szeroki wachlarz konfliktów, problemów, potrzeb narodów jak i jednostek. To starcie sił, które toczy się nieustannie – od zewnątrz jak i wewnątrz. Państwa między państwami, bohaterowie wobec swoich osobistych słabości (również niewystarczającej informacji, które posiadają – bo ktoś miał w tym interes, aby mówić jedynie tyle, ile trzeba), postacie między sobą ale też różne aparaty sterujące/służące państwu walczą między sobą. Wszyscy działają tylko na rzecz osobistego i chwilowego sukcesu, ale w tej potrzebie dojrzewa i dorasta też zdolność do dostrzegania szerszego pejzażu.
 
I to wszystko jest tak naprawdę tylko pierwszym poziomem – drugim jest alegoria do sytuacji w Polsce i tutejszej relacji władzy z Kościołem. Już pomijam, że chyba nic się w tej kwestii nie zmieniło i obywatelom powinno się tego „Faraona” przypomnieć. Trzeci poziom to z kolei uniwersalność przekazu – nie chodzi o przeklinanie duchownych, ale o samo zastanowienie się nad tym, co jest ważne w rządzeniu czymś tak potężnym i skomplikowanym, jak państwo. Mogącym zapewnić chwałę na wieki, dające władzę nad życiem, ale właśnie: mającym wpływ na los milionów w obrębie, ale też poza granicami. To nie tylko historia skierowana do władz, ale przede wszystkim: do ludzi.
 
Styl całość jest pełny niespodzianek. Są tutaj wstawki niemal dokumentalne, w pierwszej osobie mówiące do widza, są też momenty, gdy całość staje się surrealistyczna. Maniera aktorów wymaga przyzwyczajenia, sposób rozbijania zdań na kilka wydechów i robienie pauz w zaskakujących miejscach jest czymś, co nadaje całej historii właściwe tempo, ale i może wybić z realiów narracji. Aktorzy brzmią jak aktorzy, co tu kryć – jednak równocześnie nadają swoim postaciom godność, cierpliwość, namysł w wypowiedzianych słowach. Czuć, że oglądamy dorosłych ludzi toczących skomplikowaną grę. Emocje tutaj są wszędzie ukryte albo zasłonięte – sam główny bohater uczy się nie okazywać uczuć, ale Jerzy Zelnik wzbija się wtedy na ten poziom, który umożliwia mu pokazanie hamowania wszystkich emocji, zamiast jedynie okazywać wtedy stoickość. Na jego obliczu wielokrotnie i wyraźnie widać walkę – oraz postępującą stopniowo świadomość tego, jak złożona jest rzeczywistość, wraz z tym, jak się tego uczy.
 
PS. Oglądając to dzień po drugiej „Diunie” naprawdę nie wiem, czemu tyle się mówi, że pierwowzór jest niesfilmowalny. Oto Kawalerowicz przeniósł „Diunę” ponad pół wieku temu – militarystyczne, polityczne, na pustyni. Wszystko się zgadza, tylko są jeszcze cycki, faceci z gołymi klatami oraz jebanie Żydów. Pełny pakiet.

Śmierć prezydenta (1977)

Ocena 5 z 5
Lektura obowiązkowa, ale temat z całą pewnością zasługuje na bardziej „definitywną” adaptację filmową.
 
Jeśli ktoś zna temat śmierci pierwszego prezydenta Polski ten wie, jak niezwykła i złożona jest to historia – w skrócie: żadna z sił mająca wpływ na wybór głowy państwa nie mogła się dogadać z pozostałymi, zaczęły być stosowane nieczyste zagrywki, a gdy w końcu wybór padł okupiony masą wyrzeczeń, to zaczęło być jeszcze gorzej, ponieważ piłka nadal była w grze. Prezydent był wybrany, ale nie złożył przysięgi, czyli jeszcze wszystko się może zdarzyć – zaczęła się propaganda zakończona śmiercią prezydenta. Nie był chrzczony, więc nie był Polakiem. Żydzi na niego głosowali, więc na pewno Żydzi chcą przejąć kontrolę nad Polską. Był w Szwajcarii, więc był Niemcem, Niemcy chcą rządzić Polską. A to tylko część „zarzutów” mających pokrycie w jakimś stopniu w rzeczywistości. Czytając o tym, co się wtedy działo, człowiek jest w szoku, jak wiele tej debaty nadal ma miejsce dzisiaj – tylko mniej jest wychodzenia na ulicę, mniej zwykłych ludzi ginie przez przypadek.
 
Generalnie jest więc to lektura obowiązkowa i powinna być adaptowana co pięć lat, aż coś się zmieni, aż jakiś artysta znajdzie sposób, aby temat rozbłysnął i miał moc wpłynięcia na cokolwiek. Film Kawalerowicza jest solidną produkcją przemawiającą do wyobraźni, nakreśla związki z rzeczywistością, tylko „to wszystko”. Nie ukrywa zakończenia – film jest przeplatany sądem mordercy i jego monologami wyjaśniającymi swoje postępowanie. Wiemy, że prezydent umrze – widzimy też wszystkie ruchy polityczne, w autentycznych scenografiach, budynkach oraz ulicach. Ten film naprawdę powołuje encyklopedię i przeszłość do życia na naszych oczach. Intryga jednak nie została zakreślona – zapewne widz nie będzie w stanie powiedzieć kto jest kim i o co mu chodzi, raczej założony: to polityk i tyle. Robi tak, żeby wyszło na jego. Każdy dostaje bardziej moment niż wątek – ksiądz wyjdzie na bramę i zacznie krzyczeć do tłumu, a oni przyznają mu rację. W ten sposób jego udział w historii jest z grubsza zakończony. Brakuje też faktycznego zbudowania tła wydarzeń – film wydaje się nieświadomy, że decyzja o zamachu na głowę państwa była podjęta długo przez wyborami. Nic, co widzimy w samym filmie, nie miało tak naprawdę wpływu na jego tytułowe serce, było tylko echem i kontynuacją czegoś zupełnie innego.
 
Film mógłby być lepszy, a obecnie jest po prostu najlepszym, co mamy w tym temacie. Realizacja jest porządna, widać rękę człowieka, który dekadę wcześniej tworzył „Faraona”. Marek Walczewski jest na ekranie z cztery minuty i przysłania swoją siłą całą resztę filmu – szczególnie cenię ten występ za to, że wprowadza swoją manierą do filmu język polski bliski faktycznie temu, co można było zobaczyć i usłyszeć w okresie międzywojennym. Łatwo uwierzyć, że jego postać była w stanie napisać to, co napisała w rzeczywistości: że tak mówiła, myślała, widziała. Zabrakło po prostu bardziej odważniejszej wizji na całość, lepszej struktury. Ten temat naprawdę w mojej opinii zasługuje na arcydzieło.

Spotkanie na Atlantyku (1980)

Ocena 3 z 5
Przeciętnie zrealizowany przeciętny scenariusz. Parę mających potencjał scen i klimat statku. Punkt wyjściowy jest dobry – rok 1980, powrót Polaków przez ocean z USA do Polski. Każda postać to inna strona takiego powrotu, inna historia – ale nie ma tutaj żadnego kontekstu historycznego. Jeśli w ogóle taki istnieje, to widz go sobie sam dopowiada. Oglądamy po prostu ludzi i okazjonalnie coś w dialogu będzie wskazówką, że dana postać symbolizuje coś więcej niż tylko siebie – ale właśnie Polonię za granicą, która mogła na przykład nigdy ojczyzny nie widzieć na oczy do tej pory. Ich rodzice wyjechali, oni sami urodzili się na obczyźnie i teraz najwyraźniej warto dopiero wracać do domu, bo Polska staje się właśnie Polską. Tego typu detale mogłyby unosić trochę ten tytuł, ale nie wywierają tak naprawdę wpływu na odbiór. Ogląda się to chłodno, jakby twórcy nie mieli pomysłu, jak to ugryźć.
 
Zapewne w rzeczywistości pewnie nie mieli pomysłu jak to ugryźć i żeby to jednocześnie przeszło przez cenzurę, ale efekt jest ten sam: film nie mający tak naprawdę nic do zaoferowania dzisiaj. Jeden z wielu filmów. Na plus aktorzy i nieistotne detale.

Austeria (1982)

Ocena 5 z 5
Najlepszy żydowski musical, „Skrzypek…” jest na drugim miejscu.
 
Pierwszy dzień i pierwsza noc I wojny światowej, kiedy Żydzi uciekają w nieznane, trafiając do tytułowej karczmy, zajezdni przydrożnej, miejscu spotkań i noclegów. Żydzi, czyli różne grupy, ale nie tylko – to historia Galicji, ortodoksyjnych Żydów, chasydów, zwykłych obywateli, socjalisty, Kozacy, Węgrzy i inne nacje też się tutaj pojawią. Fabuła kręci się wokół śmierci młodej dziewczyny oraz prób dostosowania się tych różnych ludzi do sytuacji, konieczności pogrzebu, ale też właśnie samej wojny.
 
Kawalerowicz ponownie pokazuje, jak dobrze rozumie język filmowy – wraca do masywnych widoków z udziałem mnóstwa statystów oraz koni, gdy w tle spadają kule armatnie, ale widzimy to wszystko nie jako zapierający dech w piersiach widok, dla którego idziemy do kina i oglądamy całość na dużym ekranie, ale przez małe okienko, ponieważ liczy się perspektywa, z której to obserwujemy. A dowiadujemy się o nim z punktu widzenia kogoś, u kogo ma to wzbudzać niepokój, obawę o jutro, strach przed przemocą. Oto wielkie bitwy zamiast gdzieś w szczerym polu między armiami i generałami zawitały do miast, dosłownie pod okno zwykłego człowieka, jak zauważa jedna z postaci. Realizacyjnie jest to pozornie skromny obraz – jedna lokacja, w tym niezbyt dużych rozmiarów chata – ale jednak to była rozległa produkcja: masa aktorów, zdjęcia o różnych porach dnia i nocy, kostiumy. Narracja wykorzystuje niezapowiedziane retrospekcje, żeby pokazać o czym bohaterowie myślą, do czego uciekają przed teraźniejszością albo by rozbudować świat, jaki widzimy – i scenariusz sprytnie obchodzi konieczność np. napisów w stylu „60 lat temu”, zamiast tego postaci dzisiaj powtarzają coś, co mówiły dzieci w scenie wcześniejszej („Jaki tam starszy, tylko dwa lata”). Dzięki temu rozumiemy, że tamte dzieci to te same postaci, które obecnie oglądamy. Kawalerowicz ponownie też dodaje seksapilu do swojej produkcji, poprzez drugoplanową postać Jewdochy – Rosjanki, wzbudzającej erotyczne napięcie w grupie, żeby całość jeszcze bardziej była beczką pełną prochu. Kamera jest bardziej ruchoma, zresztą jak cały film – postój jest tutaj zdawkowy, aktorzy co chwila przemieszczają się w obrębie kadru, kamera przesuwa się w różne miejsca danej sceny, to szukając akcji, to za nią podążając. Dialogi są równie żywe, niełatwe ale jednak powołane do życia przez plejadę wspaniałych aktorów. Jest tu miejsce zarówno na debaty, na sztukę jak i złote myśli wplecione do ludzkich konwersacji. „Rodzice… A co to znaczy?”, „Zgoda buduje, a niezgoda rujnuje” itd.
 
Film jest pewną kapsułą czasu. Tytuł to pochodząca z języka włoskiego naleciałość na nasz język, który już nie jest stosowany – ale jeśli usłyszycie, że to znaczy tyle samo, co „Karczma”, to już będziecie mieć pojęcia. Nawet jeśli same karczmy praktycznie już nie istnieją, uległy zniszczeniu lub przerobieniu na muzea. Powieść pierwotnie napisana w 1966 roku i niemal natychmiast zaadaptowana w scenariusz (niezrealizowany z uwagi na nastroje antyżydowskie, przez które część twórców przestała tworzyć, inni musieli walczyć o pozwolenie a inni po prostu wyjechali za granicę i nie wrócili) odtwarza świat, który na pewno obecnie nie istnieje i całość tworzy teorię, że umarł – lub odszedł – właśnie wtedy. Ten dzień był początkiem końca – nie tylko dosłownym końcem życia, ale końcem czegoś więcej i wykraczającego poza zakres jednego życia ludzkiego. Mówimy tutaj o historii i kulturze, o człowieczeństwie. Bohaterowie są barwi i różnorodni, ale ich wada nie polega na kłótliwości lub wrogości wobec innych. Chodzi o niezdolność do zjednoczenia się – Żydów z innymi Żydami oraz pozostałych z Żydami – wobec większej sytuacji. I film analizuje, jak do tego doszło. Indywidualne wierzenia i przekonania, ale też stawienie czoła czemuś całkowicie nowemu, jak nowoczesna wojna, wzięła wszystkich z zaskoczenia. Osobiste doświadczenia tak samo – sam główny bohater nie umie uciec, bo własny dom daje mu poczucie bezpieczeństwa. Inni chcą śpiewać, nawet jeśli to nie tylko nie przystoi, ale jeszcze ściągnie wrogie siły.
 
A był to piękny świat. I już nie wróci.

Jeniec Europy

Ocena 3 z 5
Ostatni okres życia Napoleona. Pustka, bezradność, ból istnienia. Film pełen emocji, chociaż niewiele akcji.
 
Film wstępnie opiera się głównie na tym, co mniej więcej każdy pewnie wie: Napoleon przegrał, stał się więźniem i teraz zesłali go na Wyspę Świętej Heleny. Chyba nawet nie wspominają, gdzie ta Wyspa jest – z jakiegoś powodu Napoleon w pewnym momencie wygląda na brzeg i gada o Korsyce, więc można mieć wrażenie, że to jest gdzieś obok – w rzeczywistości to jest wypizdowo mniej więcej pomiędzy Ameryką Południową i Afryką, mała skała pomiędzy wodą z każdej strony, jej mieszkańcy do najbliższego lądu pewnie nigdy nie próbowali sami płynąć i myśleli, że to musi być cały świat, ta ich mała wyspa. Film za to zaznacza wyraźnie, jak bardzo władze Europy obawiają się, że Napoleon i tak da radę coś odwalić – stąd nie tylko lokacja, liczne posterunki na samej wyspie ze strony różnych nacji, ale właśnie jego nowy tytuł: Jeniec Europy, całego kontynentu. A w trakcie czasu trwania tego filmu, obejmującego pięć lat prowadzące do śmierci Napoleona, wszystko się zmienia – legenda upada, a sam bohater zaczyna żałować, że nie zginął po prostu pod Waterloo.
 
Akcja obejmuje przede wszystkim aspekt psychologiczny i emocjonalny. Nie ma tutaj za dużo jakiejś wiedzy, nawet nie ma teorii o tym, że cesarz umarł z powodu bycia podtruwanym (czy raczej tę śmierć z powodu rodzinnego nowotworu przyspieszyło osłabianie organizmu arszenikiem). Oglądamy po prostu kurdupla, który był władcą czego tylko mógł… A umiera jako swoje własne wspomnienie. Nie ma szacunku, nie ma dziedzictwa, nie ma nic. Umysł i ciało zaczynają go zawodzić, nie ma czego wyczekiwać, a wszelkie próby stają się nieistotne. Jeniec Europy umiera jako Jeniec Brytyjczyków, a może nawet to i za dużo powiedziane. Czuć to podczas oglądania.
 
Aktorzy wystarczają, reżyseria wystarcza, montażysta łączy ducha Napoleona z ujęciami morza rozbijającego się o Wyspę. Wszyscy płynnie posługują się angielskim i francuskim, jest w ich manierze ta wyższa etykieta szacunku dla osób z drugiej strony barykady, ponieważ wciąż mają tytuł oraz dokonali czegoś nobliwego – nawet jeśli „dla niewłaściwej strony”. Jest w tym obrazie szacunek, godność, uczucie do człowieka odchodzącego jako więzień. Zaskakująco udane kino.