Howard Hawks
Nie umiał wybaczyć Hemingwayowi, że popełnił samobójstwo. Miał lubić jeździć na motorze z Garym Cooperem i Barbarą Stanwyck, inne jego zainteresowania obejmowały picie alkoholu oraz latanie. Przypisuje sobie odkrycie Williama Faulknera. Zrealizował dwa filmy znajdujące się na liście moich ulubionych w historii. Brał udział w tworzeniu wielu swoich scenariuszy, ale SWG nie pozwalała producentom i reżyserom na przypisywanie sobie takich zasług, więc wiele z tych scenariuszy robił anonimowo. Oto Howard Hawks i przegląd jego twórczości.
„A good movie is three good scenes and no bad scenes.” – Howard Hawks
William Wyler miał powiedzieć, że 80% filmu to scenariusz, reszta obsada i nic więcej się nie liczy. Hawks wyraźnie należy do tej samej kategorii ludzi myślących w ten sposób. W jego obrazach liczy się opowiedzenie historii, poprowadzenie aktorów, gatunkowość motywów – obowiązkowy wątek miłosny z happy endem, którego nikt chyba nie rozumie (nawet mogli nie chcieć być razem przez cały film, ale kończą razem i tylko to się liczy w zamknięciu filmu), humor, dramaturgia… Jednak o kompozycję kadru i pracę kamerą już się nie troszczył. I to wyraźnie go oddziela od faktycznych reżyserów wartych pamiętania. To Have and Have Not nie tylko jest wyraźną próbą naśladowania sukcesu Casablanki, ale też blednie w porównaniu do późniejszej adaptacji Curtiza tego samego utworu Hemingwaya jedynie parę lat później. Nie tylko na poziomie języka filmowego – ale to jest bardzo ważne, co reżyser umiał odnaleźć w tym tekście i jak to zaakcentował, a finałowe ujęcie zawsze będzie pamiętane przez kinomanów – ale również tego, jakie historie opowiadał. U Hawksa książka jest luźnym punktem wyjścia (ponoć, nie czytałem) i historia rozwija się bez większego ryzyka, każdy osiąga sukces i mamy happy end. Gdy Curtiz opowiedział tę samą fabułę w The Breaking Point… Cóż, u niego nie było żadnych wygranych. Nawet jeśli przetrwali. Był nie tylko faktycznym artystą, ale też bardziej dojrzałym artystą.
Istnieje coś takiego, jak „Hawksian woman”, czyli termin odnoszący się do tego, jak kobiety zachowywały się w jego filmach: a mianowicie potrafiły przejąć stery. Wchodziły do pomieszczenia i każdy był cicho, jak w Dziewczynie piętaszka. Wchodziły i one były najważniejsze. Nie dało rady ich zagadać czy przegadać, były stanowcze i istotne… I oczywiście były obiektami seksualnymi. W ten sam sposób, jak Cary Grant. I nadal liczyło się, że w finale wychodzą za mąż czy że znajdą miłość życia. Nie jestem pewien, czy w tamtych czasach to robiło aż takie wrażenie, czy tamtejsza widownia to zauważała i doceniała, czy to tylko dzisiaj z perspektywy czasu współcześni widzowie dostrzegają tę różnicę. Osobiście bardziej słyszałem o profilu konkretnych aktorek, że one odstawały od reszty – Katharine Hepburn, Rita Hayworth, Barbara Stanwyck, Lauren Bacall. Grały one wszystkie u Hawksa ale nie tylko – i w innych filmach też tworzyły niezapomniane kreacje.
W rankingu reżyserów mam jednak Hawksa wysoko – bo lubię jego filmy. Odnalazł się w wielu gatunkach i często trzymał poziom, potrafił zaskoczyć i mam ochotę oglądać go dalej. Dla rozrywki. Rio Bravo i Wielki sen mam na liście ulubionych, ale teraz, po poznaniu/przypomnieniu sobie kilku jego produkcji w krótkim czasie, muszę napisać: filmy Hawksa są strasznie do siebie podobne. Zawsze jest jakaś mini-opowieść na początku, wprowadzająca w świat. Zawsze dialogi są istotne – bardzo filmowe, barwne, mało realistyczne. Protagonistą jest facet, liczy się gatunkowe spełnienie i obowiązkowy wątek miłosny, a finał nigdy nie ma sensu logicznego, jedynie ten emocjonalny. Wielki sen jest pod tym względem słynny, ale jak ktoś potrafi mi wyjaśnić finał którejkolwiek innej jego produkcji, to zapraszam. Ostatnia scena Red River jest chyba najbardziej popierdolona. Nadal lubię, ale chyba nie umiem obronić tej produkcji.
„One of the greatest American directors of pure movies, and a hero of auteur critics because he found his own laconic values in so many different kinds of genre material” – Roger Ebert
Obecnie Howard Hawks znajduje się w moim rankingu reżyserów na miejscu #70
Top
1. Rio Bravo
2. Wielki sen
3. Ognista kula
4. Drapieżne maleństwo
5. Rzeka Czerwona
6. Tylko aniołowie mają skrzydła
7. Dziewczyna Piętaszek
8. Ludzie za kratami
9. Fig Leaves
10. Mieć i nie mieć
11. Sierżant York
12. Człowiek z blizną
13. Napoleon na Broadwayu
14. Małpia kuracja
15. Mężczyźni wolą blondynki
Moje wyróżnienia:
1946 – reżyser roku („Wielki sen”)
Ważne daty
1896 – urodziny Howarda (Indiana, USA)
1911 – śmierć pierwszego z czworga rodzeństwa (zatrucie pokarmowe); następne odejdą w 1927, 1930 (Ken, reżyser) i 1969 roku (Will, producent filmowy)
1916 – poznanie się z Victorem Flemingiem, byłym mechanikiem i obecnie operatorem, początek pracy w biznesie filmowym (jako „prop boy”)
1917 – wstąpienie do wojska, uczy pilotażu samolotów, do końca roku wraca do Hollywood
1919 – praca w fabryce samolotów (do 1922)
1926 – pierwszy film pełnometrażowy
1928 – pierwsze małżeństwo (rozwód w 1940), urodziny trzeciej żony, debiut reżyserski brata Kena
1930 – śmierć brata Kena (podczas kręcenia swojego trzeciego filmu, katastrofa samolotowa, Mary Astor była jego żoną tylko dwa lata)
1941 – drugie małżeństwo (rozwód w 1949)
1944 – Lauren Bacall debiutuje w jego filmie
1950 – śmierć ojca
1952 – śmierć matki
1953 – trzecie małżeństwo (rozwód w 1960)
1970 – ostatni film pełnometrażowy
1973 – pożar w skutek którego spłonie cała dokumentacja wojenna Howarda, od teraz jego słowo jest jedynym dowodem
1977 – śmierć Howarda (USA, miażdżycowa choroba naczyniowa z zawałem)
2018 – śmierć trzeciej żony
Fig Leaves (1926)
Debiut Hawksa. Miał talent do noir, westernów i komedii. Tutaj robi komedię.
Od samego początku pokazuje smykałkę do filmu, kiedy nakłada hałasujący obraz na kadr chrapiącego samca. Pokazuje, że ma pomysły wizualne. Pokazuje, że ma pomysły fabularne – tutaj zaczyna w czasach Adama i Ewy, ale jest wtedy coś więcej, niż tylko oni. Jest nawet pewien rodzaj pojazdu, w którym kobiety ustępują miejsca mężczyznom, wzdychając przy tym: „Kiedyś doczekamy się posiadania jakichś praw!”. A tak naprawdę cała historia jest umieszczona w nawiasie, w którym narrator jest przekonany, że wąż nakłaniający do grzechu musiał być metaforą koleżanki Ewy, która zawsze musi wtrącić swoje trzy grosze. W ten sposób całość przenosi się do współczesności i historii kobiety, której mąż nie chce kupić futra, więc koleżanka zaczyna jej kłaść do głowy, że skoro jedna metoda nie poskutkowała, to trzeba cel osiągnąć… Inaczej.
To jest seksistowska komedia, ale umie nią być. Humor wynika z uprzedzeń, ale stoją za nim postaci zasługujące na takie traktowanie. Ewa w Rajskim Ogrodzie narzekająca na brak nowej sukienki? I następnie symulująca płacz, żeby coś ugrać? Nie śmiejemy się tu z kobiet ogólnie, ale tej jednej. I absurdu, że pierwsza kobieta w historii ludzkości… Zachowuje się, jak kobieta. Cały film ma ten lekki, śmieszny ton i naprawdę dobrze spędziłem ten czas. Naprawdę jestem zaskoczony, że ten tytuł nie istnieje w lepszej kopii. Sto lat temu stałbym się fanem reżysera natychmiast i czekał na resztę jego twórczości.
Ludzie za kratami („Criminal Code”, 1931)
Jedno z pierwszych współczesnych Nędzników. Romantyczna opowieść o ofiarach systemu.
Młody człowiek pod wpływem alkoholu broni kobiety przed zalotami obcego człowieka i zabija go. Idzie do więzienia na 10 lat za coś, co ledwo pamięta, że się wydarzyło. Za kratkami odchodzi od zmysłów, traci poczucie wartości życia, otoczony przez przestępców ma coraz większe trudności z dokonaniem dobrych wyborów.
To pewnie jeden z pierwszych tytułów o takiej tematyce. Trochę tu „Nędzników„, ale osadzonych współcześnie i atakujących tytułowy kodeks karny. Przynajmniej ten z 1931 roku, pewne rzeczy zostały zmienione, inne jednak są wciąż aktualne. Mówi on, jaka ma być kara za dany czyn i na tym sprawa się kończy, nikt tego nie podważa. Mówi wyraźnie o demoralizacji, jaka zachodzi za kratkami, o traktowaniu więźniów. Wysyłaniu młodych ludzi do pudła, decydowanie o ich przyszłości, zapominanie o nich następnego dnia. Ważne jest, że Ludzie za kratami nie oskarżają. Ludzie przestrzegający prawa tak naprawdę chcą być dobrzy. Robią, co uważają za słuszne, a ich błąd opiera się tylko na braniu niewłaściwych rzeczy za pewnik. Równocześnie pokazany jest dylemat ludzi skrzywdzonych przez prawo, którzy teraz boją się policji i muszą szukać innych wartości.
Trochę tu naiwności i romantyczności w stylu pogadanek szkolnych. Za dużo tu sympatii do skazanych. Można się zapomnieć, że większość z nich trafiła za kratki zasłużenie, ale nie zmienia to faktu, że ten tytuł chciał dobrze. I zrobił to w stylu wystarczającym do tego, by dało się go oglądać również dzisiaj, ponad 80 lat po premierze.
Mogą podobać się rzeczy duże, takie jak bezwarunkowy i pełen pasji apel o wzajemną empatię. Mogą podobać się rzeczy małe, takie jak powrót wielu linijek dialogowych, za każdym razem w innym kontekście. Ten film po prostu może się podobać.
Skąd w ogóle wytrzasnąłem ten tytuł?
Ludzie za kratami pojawia się w filmie Targets (1968), rewelacyjnej produkcji-zagadce, w której Boris Karloff gra samego siebie i chwali właśnie CC jako swój najlepszy tytuł.
Napoleon na Broadwayu ("Twentieth Century", 1934)
Z serii: wielki reżyser tworzy wielką gwiazdę i bez niej jest niczym, więc teraz musi ją odzyskać. Osobiście najbardziej mnie angażowała myśl, że to mogło być inspirowane relacją Marleny Dietrich i Josef von Sternberga, bo postaci jako postaci nie były na tyle interesujące, aby pociągnąć opowieść. Jedno i drugie było w zasadzie przerysowaną wersją takich sylwetek, jak „wielki reżyser” i „wielka gwiazda”. Może taka satyra była potrzebna, może nawet innowacyjna – ale dzisiaj tego nie poczułem. Intryga jest całkiem solidna, jednak nie przekonują mnie intencje czy sam finał – tak naprawdę nic pozytywnego wtedy nie wygrało, po prostu udało się oszukać i odczytujemy sukces oszusta jako szczęśliwe zakończenie. Film zasługujący na wzruszenie ramion.
Drapieżne maleństwo (1938)
Tytułowym „maleństwem” (ang. Baby) jest lampart, który jednak nie jest w tym filmie największym zagrożeniem. Tym jest Kasia Hepburn, której buzia nie będzie chciała się zamknąć, do tego będzie ingerować w życie głównego bohatera – Cary’ego Granta, który gra Harolda Lloyda. Przeszkodzi mu w zdobyciu dotacji na muzeum, w którym pracuje, sprawi, że bezcenna kość dinozaura zostanie zgubiona, wywiezie go na wieś, by ten nie mógł wziąć ślubu, a na końcu zmusi do uganiania się za tytułowym kociakiem.
Byłem zaskoczony, jak bardzo Kasia jest w tym filmie irytująca. Jest tak stereotypową kobietą, że głowa mała: nie może się zamknąć, cały czas przekręca to co do niej się mówi i zrzuca z siebie odpowiedzialność za to co zrobiła na innych. Do tego oczywiście się zakocha w głównym bohaterze, i wybłaga na kolanach ślub, bo ona taka biedna i bez niego żyć nie może (płacz obowiązkowy). Koszmar. Jeśli ktoś nie da rady przez to przebrnąć – w pełni rozumiem. Chciałem tylko ostrzec. W teorii sam nie powinienem dać rady, ale… to po prostu było śmieszne. I było coraz lepsze.
Z mojego punktu widzenia, największa w tym zasługa Cary’ego Granta, który jest po prostu bardzo prawdziwy. Facet postawiony naprzeciwko takiej kobiety. Już po chwili widać, jak bardzo się powstrzymuje, by jej nie przylać, a gdy w końcu na nią krzyczy: „SHUT UP!” to jest to niebywale satysfakcjonujące. Gdy tylko złapie odpowiednie tempo i zaakceptuje reguły gry, gdy przestaje mu zależeć, ale wciąż będzie próbował to sobie wszystko logicznie poukładać… Jednak jest śmiesznie. Kolejne zwroty akcji są coraz bardziej absurdalne, próby bohaterów, by zachować pozory normalności, są coraz bardziej niewykonalne, na scenę będą wchodzić nowe postaci, którym trzeba będzie tłumaczyć, co się dzieje… tak tworzy się humor. Zwariowany, nieprzewidywalny, szczery.
Wyłączając irytującą Kasię i jej irytującą fabułę, problemem może być początek, który kręcono, jakby nie wiedząc, co po pierwszych 20 minutach filmu się wydarzy. Główny rdzeń filmu krystalizuje się naprawdę długo, i właściwie do końca zdaje się, jakby mogli coś jeszcze nowego dopisać, jakąś postać czy wątek. Cała produkcja nie jest zbyt spięta, a na tym traci humor.
Tak czy siak – uroczy film. Do sceny w więzieniu będę wracać.
Only Angels Have Wings (1939)
Nie wystarcza mi fakt, że to jedynie gatunkowy film jest. Są świetni aktorzy, zdjęcia mają klimat i przekonująco udają Amerykę Południową, tytuł jest przepiękny, oddano też hołd pilotom, a sceny z samolotami robią piorunujące wrażenie, tylko powodem dla tego wszystkiego jest właśnie gatunkowe spełnienie i skupienie na wątku miłosnym, nieszczęśliwej miłości i mały bałagan, kiedy twórcy gubią się w całej strukturze, byle tylko uprościć wszystko w kierunku szczęśliwego zakończenia… Które nie ma sensu. Wybiega, zostawia monetę, samica orientuje się, że ta jest dwustronna i jest uśmiechnięta – obraz, który zostaje z widzem. Czy ma sens? Nie powiem, że ma. Ciekawostka, nie seans obowiązkowy – dzisiaj raczej już kuje w oczy, że piloci coś mało pilotują w tym filmie, a tylko są „zaangażowani” i coś tam mówią technicznego.
His Girl Friday (1940)
Jakkolwiek nie chwalę Hawksa, to tutaj chyba muszę mu oddać: są tutaj sceny absurdalnie szybkiej i wielogłosowej wymiany zdań, które wymagały choreografa – i zgaduję, że Hawks był osobą, która za to odpowiadała. Efekt jest przezabawny w ten najlepszy sposób, kiedy bawi jednocześnie chaos jak i fakt, że nadążamy za tym, co każda z postaci mówi. Ponownie jednak chociaż intryga zaskakuje i bawi, to jednak sami bohaterowie zawodzą. Cary Grant gra jednak dupka, który chce wrócić do swojej eks i zrobi wszystko, żeby to osiągnąć – tak jakby cel był szczytny i uświęcał środki. Sama podróż też nie jest szczególnie przekonująca pod tym względem – co było takiego, że ją przekonał do siebie? Humor, realizacja i aktorzy robią wrażenie, ale jednak w tym filmie jedna postać skacze z okna i chyba to przeżyła, a nikt z głównej obsady nawet nie uniesie brwi czy coś. Poza tym – nie jestem też fanem otwierającej sekwencji, gdzie gadają o swej przeszłości. Sam dialog jest wyłącznie informacyjny, a świat wokół zamiera i przestaje być istotny. Teraz uczymy się o przeszłości bohaterów, jakby był na to czas w tej zagonionej redakcji.
Sierżant York (1941)
Pamiętam ten film. Opowieść z pierwszej wojny światowej o Alvinie Yorku, który niemalże w pojedynkę zdobył wzgórze i pojmał ponad setkę jeńców, a gdy ich odprowadził do obozu, to okazało się, że nie mają dla nich miejsca… Ależ to był film!
Wracam do tego tytułu po 5 latach i zastaję jakąś wiejską bajkę, w której nikt nie gada zrozumiałym angielskim, a prawdziwą historię o wydarzeniach w życiu Yorka sprzed wojny obrócono w religijny bełkot. Zamiast rozwoju psychologicznego jest śpiewanie w kościele, piorun jako znak boży i przypowieść o przebaczeniu. Wiecie, gdy komuś przebaczycie, to ten od razu okazuje się porządnym człowiekiem i wszystko jest super. Tak jak w Biblii! „A Biblia to sama prawda”. To dosłowny cytat z filmu, jakbyście mieli wątpliwości. Tak, to bardzo złe, przerabiać fakty i fałszować historię, by jakieś instytucje na tym skorzystały, oczywiście… ale gdzie ten kozacki film, który pamiętałem?
Alvin York uprawia ziemię na wzgórzach i ma ból dupy, bo chłop, który uprawia ziemię w dolinie, śmieje się z niego za mniejsze zbiory, i odbije mu jeszcze dziewczynę. Więc się zawziął i zbierze pieniądze, by kupić lepsze pole. Ale czy mu się uda?… Ależ to nudne było. Bohaterowie o osobowości błota, muzyka to klasyczne nutki w stylu „o, w filmie pojawia się kościół? Damy Old-Time Religion i ludzie będą zadowoleni!”. Poetyka obrazu tonąca w naiwności i uproszczeniu. Ostatnie, czego się spodziewałem, to oglądanie „Czasu wojny” na czarno-białej taśmie. Plus jeszcze ten religijny kit, i traktowanie bohatera niemal jak świętego. Piorun mu konia trafił obok kościoła, to ten wszedł do środka, pastor go zobaczył, zaczęli śpiewać „Old-Time Religion” i toczą się wokół niego, klaskają, radują. Profesjonalnie.
Nie ma wątpliwości, film został wyreżyserowany i zmontowany wzorowo. Jest nudno, ale mogło być o wiele nudniej, jak na ilość zbędnych scen i dłużyzn, a nawet niektóre momenty oglądałem z przyjemnością – przebitka harówki Yorka, jak dziewczyna mu wyznawała miłość, konkurs strzelecki. Muszę też przyznać, że Gary Cooper swoją działkę wykonał na medal. A sceny, które zapamiętałem, dziś nadal robią spore wrażenie. Nieczęsto w kinie bierze się jeńców (chyba że to jeniec jest bohaterem filmu), do tego całe poprzedzające sceny rajdu na szczyt są równie bezwzględne jak te na plaży Normandii. A nawet bardziej, bo to przecież typowy dzień z życia żołnierza. Bitwa, od której zależało tyle, co nic, a ludzie i tak pobiegli i umarli – co wbija w ziemię tak jakby mocniej.
Niestety, w tym segmencie też są uproszczenia – ludzie umierają po zrobieniu piruetu (widać, jak kręcą się w miejscu przed upadkiem, bo jakiś palant nagrywał ich w całości zamiast od pasa w górę), żołnierze prowadzący tłum więźniów wchodzą między nich, a tamci nic nie próbują. Cały pobyt Yorka na wojnie sprowadza się do tego jednego wydarzenia, potem już wrócił do domu i był bohaterem i żyje do dziś, w glorii i chwale, mając miliard wnuków i 600 lat, a włosy nadal ma złote jak w dzień, gdy się urodził. Przynajmniej wg tego filmu.
Ognista kula („Ball of fire”, 1941)
Zwykła komedia, ale śmiałem się, jakbym miał dwa gardła, jedno wychodzące z drugiego, więc chyba polecam.
Oto grupa naukowców pracuje nad encyklopedią. Ośmiu profesjonalistów, każdy w innej dziedzinie – od lat siedzą zamknięci i pracują nad stworzeniem kompletnego wydania, zawierającej całą wiedzą do dzisiaj. Wszystko zmienia się, gdy do gmachu wchodzi… zwykły człowiek i mówi potocznym językiem. Profesor angielskiego łapie się za głowę, bo nic z tego nie rozumie. Nie zna współczesnego slangu, jak więc może o nim pisać do encyklopedii? Profesor wychodzi więc i poznaje życie.
A w życiu wiadomo – jedno prowadzi do drugiego, tak więc profesor wróci w nocy do gmachu, mając pod ręką tancerkę, związaną ponadto z przestępcami, więc musi się gdzieś ukryć. Profesor oczywiście o niczym nie wie – myśli, że tancerka jest tam, by pomóc bohaterowi poznać język normalnych, prostych ludzi. Obecność kobiety wywołuje poruszenie wśród pozostałych uczonych, którzy to kobietę widzieli tylko w atlasach anatomicznych i nigdy nie doświadczyli w swoim życiu uroku przebywania w obecności osoby tak żywiołowej i piorunującej, co owa tancerka.
Tancerka ta zwie się Katherine O’Shea (w tej roli Barbara Stanwyck) i sceny jej występów w klubach, kiedy niby śpiewa i tańczy, nie są czymś specjalnym. Są wolne, mało kreatywne i nie przyciągają oka, za to są mocno kreowane pod widza (widownia wewnątrz filmu gorąca reaguje i cieszy się, klaszcze, więc i my niby mamy się czuć w podobny sposób; odpowiednik śmiechu z taśmy). Jednak kiedy O’Shea zacznie po prostu funkcjonować – wtedy autentycznie błyszczy. To naprawdę znakomita postać kobieca. Jedna z tych świadomych, jakie wrażenie potrafi wywołać na innych, zdobywająca szturmem każde pomieszczenie, ściągając na siebie wszystkie spojrzenia. Stanwyck jeszcze nigdy mnie tak nie zauroczyła, co w tym tytule. W sumie więc dobry casting – sekwencji na scenie nie ma tu szczególnie dużo.
Podoba mi się sposób opowiadania o języku, poznawania go. Jest tu obecny pierwiastek autentyzmu. Jeśli kiedyś podobny problem był obecny w waszym życiu, to będziecie się podczas oglądania Ognistej kuli czuli jak w domu. Różni ludzie się spotykają, używają innych słów i jest ta rozmowa o rozmawianiu tak naprawdę. Twórcy nie podnoszą go wprost, ale jest w powietrzu silne uczucie bycia pewnym, że twórcy podchodzą do niego z szacunkiem i rozumieją go z każdej strony. Slang uliczny, jak i wypowiedź uczonego brzmią tu równie magicznie, tylko każda na swój własny sposób. Przede wszystkim są autentyczni – są sobą, zamiast grać parodię samych siebie albo mówić coś na siłę. Każde jest po prostu sobą i używa języka, by to wyrazić. Wszystko to przebiega w podtekście, całe to zamyślenie się nad różnymi obliczami języka mówionego i tego, jak szybko się zmienia, ale mówię wam: jestem zadowolony z tego, co zobaczyłem. Tym bardziej że całość napisał Austro-Węgier urodzony na terenie dzisiejszej Polski, który to uciekał do Hollywood przed Hitlerowcami – i mimo to oddał bezbłędnie urok języka angielskiego.
Poza tym Ognista kula oferuje dobre tempo, niezły humor… I kurczę, to chyba wszystko. Nie widzę tu niczego „więcej”, żadnego szerszego tematu lub szczególnie wyróżniających się scen, do których będę wracać. Wątpię w ogóle, czy kiedyś obejrzę ten film jeszcze raz, ale faktem jest, że się śmiałem. Bardzo. Jak na koniec Gary Cooper próbował uczyć się z książek, jak być męski, to śmiałem się najgłośniej. Warto, po prostu warto. Ciepła, ludzka komedia. Tylko tyle, aż tyle, jakie to ma znaczenie?
Wielki sen ("Big Sleep", 1946)
Noir na sterydach, podkręcony do granic gatunku. Jeden z najbardziej dynamicznych obrazów w historii – nadążanie za kolejnymi zwrotami akcji jest osiągnięciem samym w sobie. Zaczynamy od prostego zlecenia – prywatny detektyw ma sprawić, żeby bogatą rodzinę przestał męczyć szantażysta. Godzinę później szukamy czyjeś żony, nie wiemy dlaczego i nawet nie pamiętamy, co było na początku, a jak sobie przypomnimy, to nie będziemy wiedzieć w sumie, jak tamto się zakończyło. Przepływ informacji i wydarzeń jest aż tak szybki – co wynika tak po prostu z założenia twórców. Ten film miał zapierdalać, onieśmielić widzów i zostawić z poczuciem, że chyba wszystko dobrze się skończyło. Tylko w ramach eksperymentu fabuła nie miała żadnego sensu. Chyba, nie jestem pewny. Gdy oglądałem to pierwszy raz, to popularna była plotka, jakoby reżyser po przeczytaniu książki nie wiedział, kto jest mordercą, więc zadzwonił do autora pierwowzoru, a ten mu odpowiedział: „Nie wiem, sam se wymyśl”. Teraz czytam, że osoby adaptujące książkę nie mogły się doczytać do mordercy jednej z pobocznych postaci – zadzwonili do Chandlera, a ten oburzony odparł, że przecież to jest w książce. Później zorientował się, że tak nie jest, więc mieli to sobie wymyślić na potrzeby filmu. I wymyślili, ale i tak to wycięli z filmu w ramach wspomnianego eksperymentu. Film nie musi mieć sensu, żeby widownia dobrze się bawiła.
Wielki sen ma sens, ale specyficzny. Nie będę udawał, że ogarnąłem wszystko, ale bawiłem się wciąż rewelacyjnie. To taka produkcja, gdzie liczy się wiele rzeczy i intryga jest tylko jedną z nich. Wszystko, za co kochamy kino noir, jest tutaj podkręcone na maksa. Każde zdanie to cynizm i sarkazm, podlany męstwem i twardością. Każdy dialog jest dynamiczny, inteligentny, ludzie wchodzą sobie w słowo, dokańczają czyjąś wypowiedź. Każda nowa postać to jakieś elektryzujące, seksualne napięcie. Najważniejsza jest relacja Bogarta i Bacall, którzy są ku sobie, ale nigdy nie możemy sobie pozwolić na myślenie, że faktycznie mogą sobie zaufać, że ona go nie wykorzysta, że ona faktycznie jest po dobrej stronie. A może jest za bardzo w to wszystko zaangażowana, może źli ludzie znają ją zbyt dobrze, może ona ma za dużo do stracenia i już nie będzie chciała albo mogła prowadzić czystego, uczciwego życia? To jest w centrum naszej uwagi: widzimy zbliżającą się tragedię i mamy nadzieję, że uda im się rozwiązać wszystkie problemy. Intryga za to oferuje milion zwrotów akcji, odkrywanie ciał i ich znikanie, licznych bohaterów, którzy równie gęsto umierają. Historia się kończy, ale tak naprawdę trwa. Mamy to poczucie, że oto uczestniczymy w czymś szalenie inteligentnym, że oglądamy szalenie inteligentnych bohaterów. To po prostu sprawia frajdę.
Plus moment, w którym Bacall musiała się podrapać. Wspaniały.
– Where did you find her?
– I didn’t find her.
– Well, then how…
– I haven’t been here. You haven’t seen me and she hasn’t been
out of this house all evening.
– That bad?
– Why did you have to go on?
– Too many people told me to stop.
– If you can use me again sometime, call this number.
-Day and night?
– Uh, night’s better. I work during the day.
PS. According to Lauren Bacall, production was such fun that they got a memo from Jack L. Warner saying „Word has reached me that you are having fun on the set. This must stop.”
Rio Bravo (1959)
John Wayne najpierw robi piruet jak w balecie, potem dostaje miotłą po tyłku, a przez cały film staje do starcia z babą równie męską, co on. Jeden z najbardziej męskich filmów wszechczasów, tak to się robi.
Dziki Zachód. Szeryf łapie mordercę i czeka, aż odpowiednie służby przybędą go przejąć i wytoczyć proces. Potrwa to kilka dni, dlatego trzeba czekać, a w tym czasie brat mordercy nie ma zamiaru stać i patrzeć. Zrobi wszystko, żeby odzyskać brata. Fabuła jest więc prosta, ale ile tu się dzieje! Feather nabierająca odwagi, aby wpuścić kogoś takiego, jak szeryf, do swojego życia, zaryzykować dla niego! Dick walczący z alkoholizmem! Chance walczący o kolegę! Każda scena opowiedziana jest aż do końca, z każdego momentu wszystko zostaje wyciągnięte, wszystko zostaje postawione na ostrzu noża, wszystko musi zostać powiedziane. Co prawda tworzy to też przy okazji zbyt przejrzystą narrację, wszystko w końcu jest nam powiedziane kilkukrotnie. W tym wszystkim rodzi się uczycie, miłość i przyjaźń, ludzie faktycznie ufają sobie, ryzykują jeden w imieniu drugiego. Kilka dni, które wystarczą. Kilka dni, które są tu codziennością. Każda chwila jest okazją dla złych ludzi, cały czas trzeba się mieć na baczności. To prawdziwy świat, w którym nie ma dobrego dnia, wszystko trzeba po prostu przetrwać, a walka po drodze oznacza niemal wyłącznie walkę o przetrwanie. Jak możesz walczyć o coś więcej, to możesz się czuć szczęśliwym: powrót do bycia sobą, uratowanie życia komuś, na kim tobie zależy, zapewnienie tej osobie bezpieczeństwa.
Twardy film, ale i trochę romantyczny. Nadal mógłbym go zaliczyć do klasycznego westernu, w najbrudniejszym jak to tylko możliwe wydaniu. Są tutaj obawy i wątpliwości, bohaterowie kwestionują to i tamto, jest tutaj silne przekonanie, że sprawiedliwości jako takiej nie ma, jeśli to my o nią nie zawalczymy. W świecie Rio Bravo można ujść sucho z morderstwem, to nawet nie jest takie trudne. Strażnikiem jest tu sumienie bohaterów, którzy nawet nie rozważają innych opcji, stojąc po stronie szlachetności. Na końcu jednak nadal jest wygrana i nagroda, starania zostają uznane, potrzeby zostają spełnione. To historia bez wielkich poświęceń, ale w sumie i nagrody nie ma dużej. To w końcu tylko szeryf odprowadzający małoistotnego przestępcę przed oblicze sprawiedliwości. A jednak powstał z tego monumentalny film. Rio Bravo naprawdę potrafi być wielkie w swojej skromności.
Plus sekwencja otwierająca! West Side Story na dwa lata przed filmem Wise’a, osadzone na Dzikim Zachodzie. Niesamowity film!
Najnowsze komentarze