Frank Capra

Frank Capra

18/06/2018 Opinie o filmach 1
you cant take it with you 1938 capra

W młodości określał siebie jako Świątecznego Katolika. Był dwa razy nominowany do nagrody Mussoliniego. 12 maja jest jego dniem w Los Angeles, pragnął zrealizować biografię Chopina. Kręcił komediodramaty społeczne, komedie romantyczne, fantasy, dokumenty oraz krótki metraż propagandowy przypominający, żeby rozwalić Japonię. Oto Frank Capra i przegląd jego twórczości.

Maybe there really wasn’t an America, it was only Frank Capra.” – John Cassavetes

Klasyczny reżyser klasycznych filmów, którego chyba nie jestem fanem. Lubię część jego obrazów, jeden jest nawet na liście moich ulubionych w ogóle, tylko do całej reszty mi coraz dalej i dalej. Jego umiejętności swoją drogą – znał język i znaczenie konkretnych ujęć i planów, ich zastosowanie. Umiał prowadzić aktorów, umiał robić relatywnie dynamiczne obrazy. Na pierwszym planie były jednak tematy, które rozwijał w bardzo podstawowy sposób. I ta podstawowość pozostawia mnie obojętnym na filmografię Capry.

Te obrazy z całą pewnością chcą dobrze i mają dobre intencje – tylko jak się w nie człowiek wgłębi, to nie zobaczy nic, co ma jakieś praktyczne zastosowanie, co ma coś do powiedzenia, co mogłoby funkcjonować w szerszym aspekcie życia. Zaczynał jako człowiek na zamówienie, gdzie skupiał się tylko na opowiedzeniu historii i wtedy było widać, że to ktoś więcej, niż rzemieślnik – scena bójki w barze w „Siłaczu” nadal pozostaje jedną z najlepszych tego typu scen w historii kina: właśnie dlatego, jak została zrealizowana, jak można było poczuć siłę tłumu, jak można się było odnaleźć w chaosie wydarzeń i po prostu dobrze bawić. To ostatnie zdanie zostanie z Caprą na przyszłość.

There are no rules in filmmaking. Only sins. And the cardinal sin is dullness.” – Frank Capra

Potem było już „Amerykańskie szaleństwo”, czyli wyraz wdzięczności dla prawdziwego człowieka, który był chojny i umiał inwestować… Tylko zrobiono film chwalący generalnie dawanie szansy każdemu i rozdawanie pieniędzy na lewo i prawo. Raczej każdy pokręci głową, jak to zobaczy. W „Panu z milionami” człowiek z prowinicji dostaje odpowiednik dzisiejszego pół miliarda dolarów i jest na tyle niewinny, że nie ma co z nimi zrobić – czy to w ogóle jest wiarygodne? Pewnie tak samo jako apel do chińskiego generała o humanitaryzm w „Gorzkiej herbatce generał Yen”. Chciałoby się, chciałoby się też docenić wysiłek twórców, tylko pytanie: ile można? I jakoś tak zastanawia: czemu ten pozytywny bohater Capry jedynie każe innym coś robić i zbiera za to pochwały? Czemu mówi innym, aby zrobili kanapki do głodnych, zamiast samemu je robić? Bogaty rzuca pieniędźmi w problem i go rozwiązuje. Przynajmniej zanim będzie pora śniadania.

Utopijna wizja Capry w „Zagubionym Horyzoncie” jest pewnie najgorszym przykładem: tajemna społeczność, która porywa i zabija ludzi, aby żyć w tajemnicy pod przywództwem chrześcijańskiego guru, bo świat na zewnątrz jest zły i tyle. I w końcu: „To wspaniałe życie”, gdzie wszyscy poza głównym bohaterem powinni nauczyć się go doceniać i zrozumieć, jak wyglądałby świat, gdyby go nie było – zamiast tego to główny bohater się tego uczy i postanawia poświęcać się dla innych jeszcze bardziej, rezygnując z własnego szczęścia.

He had created feelgood entertainments before the phrase was invented, and his influence on culture—from Steven Spielberg to David Lynch, and from television soap operas to greeting-card sentiments—is simply too huge to calculate.” – Ian Freer

Tylko że to wszystko to jest mój punkt widzenia. Reszta chwali te filmy za bycie mądrymi, pozbawionymi sentymentalizmu, pełnymi optymizmu i humanitaryzmu. Jak to jest możliwe? Cóż: wystarczy się nie wgłębiać za bardzo. Wiele idei wygląda w końcu atrakcyjnie i sensownie, gdyby je wprowadzać „tak trochę”, „od czasu do czasu”. Nie chcę tego tematu rozwijać, bo bym powtarzał tylko za innymi filozofami ich obserwacje i analizy – Capra po prostu mówił coś, co miałoby sens w konkretnym przypadku i z pozoru byłoby jakimś rozwiązaniem. Albo zmianą w kierunku na lepsze. Na ten krótki okres czasu, jakim jest czas trwania filmu. I kończył, zanim nastawał nowy dzień, gdzie trzeba by stawić czoła konsekwencjom.

Capra miał chyba poprostu talent do tego, żeby widownia nie traktowała jego filmów zbyt poważnie i jednocześnie wystarczająco poważnie. Uśmiechnąć się, dobrze pobawić, nabrać wiary, że jutro nastąpi zmiana, po czym samemu niczego nie zmienić i nie mieć z tym problemu. W końcu nawet ja sam przymykam oko na fakt, że w jego najlepszym filmie źródłem komedii jest para emerytów mordująca z zimną krwią samotnych starców, bo ich życie jest do bani. A protagonista cały film kombinuje, jak winą za to obarczyć niewinną osobę. Hehe.

The art of Frank Capra is very, very simple: It’s the love of people. Add two simple ideals to this love of people: the freedom of each individual, and the equal importance of each individual, and you have the principle upon which I based all my films.” – Frank Capra

Nie będę nawet dawać Caprze dodatkowych punktów za to, że chociaż się starają, bo to staranie się jest puste w środku. Te problemy można rozwiązać, zmiana faktycznie jest możliwa… Tylko trzeba być do tego o wiele mądrzejszym. I robić w tym celu mądrzejsze filmy. Obrazy Capry jedynie satysfakcjonowały potrzebę zmiany, bez zachęcania do jakiegokolwiek działania. Protagoniści Capry mogli być indywidualistami, ale niekompletnymi. Oni byli w opozycji niż mieli własną motywację, a jego reguły moralne zawsze się zgadzały z tym, kto mu je nadał. Zamiast walki widownia miała czuć wiarę w demokrację, rząd, Boga, cokolwiek. I ostatecznie: wiarę, że jakoś to będzie.

Frank Capra

Obecnie Frank Capra znajduje się w moim rankingu reżyserów na miejscu #177

Top

1. Arszenik i stare koronki
2. Pan Smith jedzie do Waszyngtonu
3. Cieszmy się życiem
4. Obywatel John Doe
5. Pan z milionami
6. Siłacz
7. Szaleństwo Amerykańskie
8 Gorzka herbata generała Yen
9. To wspaniałe życie
10. Ich noce
11. Zagubiony horyzont

Ważne daty

1897 – urodziny (Włochy)

1903 – emigracja do USA, urodziny drugiej żony

1909 – początek Los Angeles’ Manual Arts High School; rodzina będzie nim gardzić, że nie poszedł do pracy

1915 – ukończenie szkoły

1916 – śmierć ojca

1917 – USA dołącza do wojny, Frank dołącza do wojska; dowiaduje się, że nie jest obywatelem Amerykańskim

1919 – Frank odpowiada na ogłoszenie szukające statystów do filmu Johna Forda

1920 – Frank zostaje obywatelem Amerykańskim

1922 – pierwsza praca reżyserska przy krótkim metrażu, dostanie za to 75 dolarów

1926 – debiut pełnometrażowy

1927 – koniec współpracy z Harrym Langdonem, Capra tworzy film, który później uważał za najgorszy z tych, które zrealizował (dziś już zaginiony)

1932 – drugie małżeństwo (będą razem do jej śmierci w 1984)

1934 – pierwszy syn

1935 – drugi syn (śmierć w 1938, komplikacje po zabiegu usunięcia migdałków)

1937 – trzecie dziecko

1941 – czwarte dziecko, w odpowiedzi na Pearl Harbor wstępuje do wojska w wieku 44 lat, aby udowodnić własny patriotyzm

1957 – śmierć pierwszej żony

1959 – pierwszy film w kolorze

1961 – ostatni film, remake jego własnego tytułu z 1933 (pierwszego, za którego dostał nominację do Oscara za reżyserię)

1964 – ostatni krótki metraż: Randka w kosmosie

1985 – pierwszy udar

1991 – śmierć podczas snu (atak serca, Kalifornia)

Saturday Afternoon (1926)

Ocena 3 z 5

Short. Wyczyn kaskaderski z zaśnięciem między samochodami robi wrażenie.

Drugi film z tego roku, do którego Capra pisał scenariusz (odpowiadając za fabułę). Stawia on ważne pytanie: czy Ojcowie Założyciele ogłaszając wszystkich ludzi wolnymi, mieli na myśli też mężów? Harry Langdon wraca z pracy, poznaje po drodze laski i chce je zabrać na hot doga (ciężko powiedzieć, czy dwuznaczność jest świadoma), ale żona trzyma go krótko. Ten więc się zapiera, a żona myśli, że żartuje, więc go puszcza… I następuje seria nie zapadających w pamięci gagów. Największy problem to postać, jaką pan Langdon stara się kreować: takie chodzące nic, w sumie. Trochę łamaga, trochę strachliwy, trochę żałosny, trochę głupi. Tupniesz to podskoczy ze strachu, prawdopodobnie też uwsteczniony emocjonalnie i fizycznie. Zaślini się na widok zgrabnej samicy, a jak się zamachnie, to walnie kogoś przez przypadek – za słabo, żeby coś w ten sposób zmienić, nie jest też taką postacią, której ból sprawia radość. Nie jest też na tyle inteligentny, żeby zwalić winę na innych, ani szybki, żeby uniknąć kary. To nie jest dobry bohater komediowy, a raczej działa on w bardzo ograniczonym spektrum scenariuszy.

To powiedziawszy – pod koniec jest chyba pijany i zasypia leżąc na dwóch samochodach. On ruszają i jadą równocześnie – warto zobaczyć, co z tego wynikło.https://youtu.be/L5qm7jXut3w?si=IO4z6nfz45ISYhtU

Tramp, Tramp, Tramp (1926)

Ocena 4 z 5

Protoplasta Wyścigu szczurów. W wersji chodzonej. Kilka imponujących momentów jest.

Drugi film z tego roku, do którego Capra pisał scenariusz (odpowiadając za fabułę): stary człowiek ma trzy miesiące na spłatę długu, inaczej straci firmę, wysyła więc syna (Harry Langdon), aby zebrał pieniądze. A ten obiecuje, że to zrobi, nawet jeśli zajmie mu to cały rok. Hehe. Trafia na wyścig będący reklamą butów, gdzie można wygrać grubą kasę – będzie on na tyle długi, że w międzyczasie trafi do więzienia i z niego ucieknie (naprawdę). Całość trwa około godzinę i wyścig zaczyna się tuż przed 30 minutą – co jest z jednej strony za późno jak i za wcześnie. Za późno, jeśli to miałby być film o wyścigu, wtedy tak długie wprowadzenie nie jest zbyt interesujące. Za wcześnie, biorąc pod uwagę, że tuż przed wyścigiem gag polega na tym, że protagonista robi w nocy zbyt dużo hałasu, więc faszerują go środkami nasennymi, po których ledwo chodzi – to genialny fundament pod całą sekwencję finałową niczym z filmu Harolda Lloyda, gdzie bohater nie uczestniczy w wyścigu, ale jest np. najlepszym przyjacielem uczestnika wyścigu i teraz musi zrobić wszystko, aby wygrać „nim” zawody. Harry Langdon jednak jest bohaterem i uczestnikiem wyścigu, który nie może stać. Co więc robi? Cóż – jest głównym bohaterem, więc i tak wystartuje. Koniec żartu.

Na szczęście ten film jest o czymkolwiek w równym stopniu. Harry Langdon serio trafi do więzienia w trakcie tego wyścigu i nikomu to nie będzie przeszkadzał, jak już trafi na metę. Jest kilkanaście mniej i bardziej uroczych żartów oraz naprawdę robiący wrażenie punkt kulminacyjny – miasteczko trafia cyklon, a Harry Langdon jest za głupi, żeby to traktować poważnie, dzięki czemu staje się bohaterem, ratując wszystkich. A potem wygrywa wyścig i kasę.

Reasumując: udanie spędzony czas. Nie zasługuje, żeby być zapomnianym tytułem, nawet jeśli dwa lata później Buster Keaton zrobił to wszystko lepiej.
https://youtu.be/CKKOSWt-Ckc?si=4lbeMwdX2FALGUQP

Siłacz ("The Strong Man", 1926)

Ocena 4 z 5

Debiut pełnometrażowy Franka Capry. Jedna z najlepszych sekwencji bijatyk barowych, jakie widziałem.

To trzeci tytuł z Harry Langdonem, który oglądam w ciągu tygodnia i dopiero teraz się dowiedziałem: on przyszedł na świat w 1884 roku. W momencie premiery tego filmu miał jakieś 42 lata, wyglądając przy tym jak gamoniowaty 17-latek. Umarł już w 1944 roku podczas pracy nad filmem, mając udar krwotoczny mózgu w wieku 60 lat. Był klasycznym mimem – nosił silny makijaż, miał talent do pantomimy i był wyraźnie zagubiony w tym, jak przekuć własne atrybuty w sukces. Odniósł go, szczególnie finansowo, ale filmy nie uczyniły go nieśmiertelnym jak pozostałych z tamtej ery. Jest wspominany dziś jako druga liga – co całkowicie rozumiem, już pisałem o tym wcześniej: nie tworzył wystarczająco ciekawej postaci. Grał głupka, dzieciaka, był dziecinny i zagubiony. Zdając sobie jednak sprawę z tego, w jakim był wieku zaczynając karierę filmową, zacząłem na niego patrzeć trochę inaczej. Chociaż w sumie Chaplin miał wtedy 37 lat, Harold 34, Buster 31…

Wracając do „Siłacza” – film to naprawdę dobry krótki metraż, do którego ktoś dodał masę niepotrzebnych scen i teraz całość ma ponad godzinę. Zaczyna się nawet na wojnie, Harry Langdon strzela do ludzi – takie mam mgliste wspomnienie. Co to ma wspólnego z resztą filmu? Nie mam pojęcia, poza sceną kulminacyjną nie będę z niego nic pamiętać. Środek filmu to były jakieś dziwne zaloty i Harry śmierdział w dyliżansie, więc go wykopali, a ten stoczył się w dół i wpadł z impetem do tego samego dyliżansu. To też będę pamiętać. Niemniej: to przede wszystkim film o tym, że chuchro Harry jest pomocnikiem najsilniejszego człowieka na świecie, który na koniec jest niedyspozycyjny i Harry musi zamiast niego wykonać przedstawienie przed pełną publiką. I to robi, co przerodzi się w jedną z najlepszych sekwencji bijatyk barowych, jakie widziałem. Koniecznie to zobaczcie.

W zasadzie dopiero wtedy też było widać, że za kamerą jest ktoś więcej niż typowy wyrobnik. Frank Capra w ciągu tych ostatnich 20 minut pokazuje, że umie komponować kadr i ustawiać kamerę tak, aby objąć akcję możliwie najciekawiej. Efekt jest tak dobry, że nie mam problemu pomijać resztę filmu przy wystawianiu ostatecznej oceny.

Szaleństwo amerykańskie ("American Madness", 1932)

Ocena 4 z 5

Wyraźna zapowiedź kierunku, jaki Capra obierze – opowieść o szefie banku, który wierzy do końca w dobrych ludzi. Całość inspirowana faktycznym człowiekiem, który wierzył i inwestował – jako rodzaj hołdu oraz ku pamięci. A przy tym to całkiem zawrotna komedia, wykorzystująca masę zbiegów okoliczności oraz przypadków – w krótkim odstępie czasu będzie tutaj mieć zamach na bank, odkrycie zdrady i inne numery. Wszystko to jakoś składa się w całość i nawet zdąży bawić, tylko całość chce być zbyt szybka – całość ledwo przekracza godzinę i jest opowiedziana w ekspresowym tempie. Ledwo jest tutaj przestrzeń na faktyczne ryzyko oraz grozę nadciągającego kryzysu, ponieważ zaraz ma miejsce coś, co prowadzi bezpośrednio do szczęśliwego zakończenia. Widać tutaj wszystkie istotne tematy i ambicje twórców – w dobie kryzysu gospodarczego oglądamy film wyrażający ciepłe uczucia wobec władz banku – ale tego wszystkiego bardziej ma się świadomość niż się to widzi i czuje.

Szlachetność protagonisty – czy raczej głównej figury tej historii – polega na tym, że wierzy do końca w zwykłych ludzi i daje im pożyczki, czemu sprzeciwiają się osoby zasiadające w zarządzie, obawiający się przez to przyszłości banku i tego, czy on będzie wypłacalny. A to jest serio poważny temat i takie pożyczanie z dobrego serca byle komu prowadzi właśnie do kryzysu: pożycza się w końcu czyjeś pieniądze i gdy ich pożyczający nie odda, ponieważ na to nie zasługiwał i nie radzi sobie z kasą… Co wtedy? Wtedy właśnie kryzys. Były pieniądze i ich nie ma. Jest to naiwne i ciężko jakoś ocenić, czy twórcy wiedzieli, co robili. Może nigdy nie mieli dalekiego kuzyna, który pożyczał od nich coraz więcej i częściej. Może nigdy w szkole nie byli zmuszani do dzielenia się chipsami i innymi słodyczami. Może tylko chcieli, żeby powiedzieć coś pozornie humanitarnego jednocześnie ocieplając wizerunek banku. Chyba to drugie. Na szczęście przede wszystkim opowiedzieli niezłą komedię – z finałem, który wyraźnie zapowiada późniejsze To wspaniałe życie, tylko bez tego zbędnego motywu z aniołem.

Gorzka herbatka generała Yen ("Bitter Tea of General Yen", 1933)

Ocena 4 z 5

Amerykańska arystokratka w odległym kraju – Chinach w trakcie wojny domowej – apelująca o humanitaryzm u tamtejszego generała. Nakręcone z rozmachem i nutką romantyzmu zawartą w długich wymianach spojrzeń, Gorzka herbatka… z pewnością może się podobać. Czy jednak podchodzi do tematu w należycie poważny sposobów, czy też zadowala się naiwnymi i łatwymi rozwiązaniami? Niestety to drugie.

Pan z milionami ("Mr. Deeds Goes to Town", 1936)

Ocena 4 z 5

Capra… No właśnie, jaki? Optymistyczny? Nie bardzo mi pasuje to określenie, którym zwykło się nazywać produkcje tego pana. Tutaj człowiek dziedziczy po wujku 20 milionów dolarów (dzisiaj to prawie pół miliarda), co wywołuje zamieszanie – bo nawet na początku nie wiedzą, gdzie on jest. Dlaczego akurat on? Co zrobi z tymi pieniędzmi? Nic szczególnego, generalnie będzie je rozdawać… Biednym ludziom, ale nawet i nie to jakoś szczególnie. Ma on swoje momenty – rozwinięte wspaniale aktorsko przez Gary’ego Coopera – ale fabuła bardziej jest zainteresowana ogólną konstrukcją, czyli intrygą wokół zabrania bohaterowi tych pieniędzy. Nie mam zamiaru szczególnie krytykować scenariusza, bo ten ma sporo zalet – każda postać ewoluuje i wspiera przesłanie – ale jednak w postaci samego protagonisty czuję pewien fałsz. Prosty człowiek, który nie ma co zrobić z pieniędzmi i w ogóle go one nie skażą, jedyne co to straci wiarę w ludzi na krótką chwilę, gdy każdy próbował jakoś go podejść dla mamony. Tylko po pierwsze: serio? Nikomu w jego miasteczku czegoś nie brakuje? Każdy ma prąd i kanalizację? Nikt nie ma przeciekającego dachu? Bo raczej po prostu twórcy z Hollywood nie wiedzą, że można mieć takie problemy. Tak samo fakt, że bohater bardzo mało sam robi – jego wielkoduszność najczęściej objawia się w tym, że rozkaże komuś coś zrobić. „Idź do kuchni i zrób kanapki dla dwóch tysięcy osób, ja za to zapłacę” – to tak ubogi sposób postrzegania wielkoduszności, że to jest wręcz zabawne. Film jest bardziej plasterkiem na sumienie niż czymś konkretniejszym, mającym jakąś treść i substancję. Bardziej upewnia w poglądzie, że rzucanie pieniędzmi w problem go rozwiąże, niż faktycznie opowiadania o pomaganiu.

To odkładając na bok – to jest naprawdę dobrze zrealizowane. Reżyser opowiada sprawnie i dynamicznie, jest tu i tam dużo naturalnego humoru, bohaterowie zapadają w pamięci, a Gary Cooper robi fenomenalną robotę. To minimalistyczny aktor, ale wszystko w nim wybrzmiewa – najgłośniejszy moment, to jak poszedł za kolumnę i odwrócił się od samego świata. Stoi w ciszy bez ruchu, a jednak widz czuje wszystko. Wiele postaci ewoluuje w czasie z cynika w kogoś, kto zaczyna wierzyć w głównego bohatera – i tym samym w ludzi. Wyłączając finał w sądzie całość ogląda się świetnie.

Tylko ten finał bardzo podkreśla problemy przewijające się przez cały obraz, dlatego końcowe wrażenie może być słabsze. Sam pomysł rozprawy jest nieinteresujący (bo przewidywalny), ale też sam film jest wtedy najbardziej naiwny. Do tego stopnia, że zamienia się w grzech niewiedzy, jak wygląda prawdziwy świat, jak ludzie ze sobą rozmawiają. Ciężko się na to patrzy, a w finale nie ma za bardzo nic innego do patrzenia. Tak więc tak. Bilans plusów i minusów wychodzi na korzyść, ale niewiele.

Zagubiony hozryzont (1937)

Ocena 1 z 5

Grupa ludzi ucieka samolotem z Chin. W czasie lotu orientują się, że lecą w innym kierunku niż powinni. A lądują gdzieś w górach, w Utopii, do której zostali sprowadzeni. Jeden z nich dlatego, by zostać przywódcą.

Podsumujmy… rozbity samolot na nieznanym lądzie, tajemnicza społeczność wybierającą jednego z rozbitków na przywódcę, gadki o przeznaczeniu… Jako fan LOST jestem kupiony. Jako fan Atlasu zbuntowanego również, bo społeczność ta niby odcina się od świata zewnętrznego, bo jest zły, a zamyka się między górami, by ocalić człowieczeństwo i wszystko, co najlepsze z nim związane. Czyli na pozór połączono dwa najlepsze arcydzieła (i to jeszcze zanim te arcydzieła powstały), a wyszedł film, który oceniam na jedną gwiazdkę. Ech.

Przede wszystkim, zdaje się, że guru tej społeczności robi to wszystko w imię chrześcijańskiej moralności – co nie istnieje, skoro tam zasady są ustalone z góry, nie można z nimi dyskutować, trzeba je przyjąć na wiarę. To jest złe, tamto dobre, moralność nie na tym polega, więc o czym my tu gadamy?

Już sam początek ze sprowadzeniem ludzi jest pełen dziur i właściwie nie wiem, jak to działało. Czyli strasznie tajna organizacja porwała ludzi, nie pytając ich o zdanie, licząc na szczęście, że ci ich nie wydadzą, nie okradną albo coś? Po drugie: porwała! A nawet dopuściła się zabicia pilota. Wszystko po to, by sprowadzić jednego człowieka. Bo ten napisał jakieś książki, w których wyraził chęć poszukiwania. Więc go tu sprowadzili. A te kilka dodatkowych osób to tak by jakiś konflikt w 3 akcie był. Po piąte – czemu najpierw go nie zapytali o zdanie? Skoro to takie tajne to mogli się wybrać do niego i go zaprosić. Tylko jego, skoro tylko jego chcieli. Porwać samolot w niesprzyjających okolicznościach mogą, ale zadzwonić kulturalnie do drzwi już nie? Co za oświecona społeczność! Po szóste, po co mieli go sprowadzać? Nie miał żadnej specjalnej umiejętności ani zadania do wykonania, a ta społeczność nie była zebrana pod żadną konkretną ideą. Oni tam po prostu żyli jak w normalnym mieście. Po siódme – nie powinni sprowadzać tego samolotu na samym początku. W Chinach było źle, ludzie chcieli uciekać a oni… mając sporo miejsca w samolocie i możliwość pomocy (niekoniecznie zabierać ich do siebie, po prostu gdziekolwiek indziej), zabrali tylko kogoś, kto zaznaczył, że jest Brytyjczykiem. Od kiedy rasizm jest humanitarny?

Chaotycznie? A nawet nie doszedłem do spoilerów. Po prostu aż tyle rzeczy jest w tym filmie źle, że to się na siebie nakłada. Tajemnicza społeczność żyjąca jak normalna społeczność bez żadnej filozofii, planu na rekrutację lub przyszłość, a poza tym nawet nie jest tajemnicza.

Przede wszystkim, wszystko tu jest sztuczne, scenariusz nie pozwala pożyć postaciom. Gdy na początku nie wiedzą, gdzie lecą, ktoś tam tylko zapyta, gdzie lecą. „Nie wiem” i koniec. Ujęcia. Że mogli się zachować jak ludzie i przygotować się na nieznane? Lepiej zrobić z nich marionetki, które przecież nie mają nic przeciwko siedzeniu 2 dni w samolocie, milcząc, nie jedząc i tak dalej.
Swoją drogą, jak oni lecieli tak długo? Przez Bałtyk lecieli czy jak?

SPOILERY (czyli rzeczy, które są źle mniej więcej po 30 minucie): George, który najpierw w ogóle nie uczestniczy w akcji, a potem krzyczy (nawet nie głośno mówi, wyłącznie krzyczy), że chce stamtąd uciec. Bo chce. Nie wiadomo czemu, po prostu chce. Wiecie, konflikt, coś się musi dziać. Cały film jest płaski i pozbawiony emocji („Hm, porwali nas? Okey. W sumie fajnie tu” i koniec), więc trzeba było sprowadzić przez tajemniczą i oświeconą społeczność kogoś, kto nie chce tam być. Ale ma tam zostać, bo… nie wiem. Po prostu. Ale co najgorsze, przekonuje resztę, by uciekli z nim. Czemu? Bo scenariusz pisali rzemieślnicy. I przekonuje tylko swojego brata, wmawiając mu, że ta długowieczność doliny to ściema. I co z tego? Nawet jeśli, to czy ta długowieczność cię tam trzymała? A może czegoś ci tam brakowało? Byłeś nieszczęśliwy? Nie? To może… Nie mogłeś stamtąd uciec? Mogłeś. A potem nie mogłeś tam wrócić? Zapytać się ich, czy mógłby do nich wrócić potem, czy to dla nich w porządku? A dla pewności zapytać o współrzędne tego miejsca? Nie, nie zapytałeś się? Po prostu zwiałeś. I to z grupą cweli strzelających do ciebie dla zabawy wywołujących tym samym lawinę (kto by pomyślał, lud mieszkający w górach jest na tyle nieostrożny, by wywołać lawinę! Przezabawne!) oraz z najgorszą aktorką, która na dodatek gra potwornie irytującą postać – najpierw chce uciec za wszelką cenę, byle tylko tu nie zostać (dlaczego?), a potem płacze, że nie da rady (bo… szli już 14 minut?). KONIEC SPOILERÓW.

A po tym wszystkim jeszcze wchodzicie a forum i czytacie, że to mądry film z przesłaniem, i pozbawiony taniego sentymentalizmu czy czegoś tam jeszcze. Prawdopodobnie tego co wyżej napisałem, nie da się czytać przez chaos. Ale chcę to już mieć za sobą. Straszny film.

Cieszmy się życiem ("You Can't Take It With You", 1938)

Ocena 4 z 5

Ciesząca się życiem grupa ludzi w pełnym wolności i wzajemnego zrozumienia domu kontra bogaty chłop, który chce ich stamtąd wyrzucić, aby wykorzystać ziemię, na której są, aby wzbogacić się jeszcze bardziej. To chyba najbardziej spełniona „Caprowska” opowieść. Pomijając (nie)liczne szczegóły, ten film jest właśnie tylko tym: ludzie biedni kontra ludzie bogaci, bogaci przechodzą zmianę serca, biedni pomagają innym biednym. Samo miejsce akcji jest cudowne – ten dom faktycznie zasługuje na nazwanie domem sympatycznych wariatów, gdzie nikt nie patrzy na nic, tylko robi swoje i stwarza harmider. Tańczą, rzeźbią, grają na instrumentach. W końcu nawet scena w sądzie działa, pasująca bardziej do Cudu na 34 ulicy, gdzie sam sędzia dorzuca dolara do kaucji. Mam wrażenie, że tutaj właśnie Capra uderza i wyraża wszystko, co chciał opowiedzieć przez te wszystkie lata. Bogaty faktycznie tylko się bogaci i w trakcie filmu rozumie, że no w sumie to nie było potrzebne – plus masę innych rzeczy o sobie zrozumiał, jakim jest ojcem itd. Biedni bohaterowie cieszą się życiem i są doceniani przez innych, na których mieli pozytywny wpływ. Miłosny wątek drugoplanowy też jest przyjemny dla oka i każdy będzie pamiętać taniec w parku z dziećmi. Ta produkcja faktycznie jest takim zastrzykiem pozytywnej energii, wypełniona uśmiechniętymi ludźmi i szczęśliwymi zakończeniami.

Oczywiście osiąga to poprzez płytką fabułę i oderwanie od rzeczywistości, ale w takim stylu, który chce się kupować. Nawet groźny biznesmen od początku jest przedstawiony jako ktoś, kto osiągnął bogactwo poprzez współpracę z rządem. Poza tym jest tylko drukowanie ulotek o rewolucji w piwnicy, co zmierza donikąd i nie wiadomo, skąd się wzięło, oraz ciągnący się dialog o (nie) płaceniu podatków. Capra potyka się, ale ostatecznie dostarcza najbardziej spełniony ze swoich obrazów. Arszenik… to inna bajka.

Pan Smith jedzie do Waszyngtonu ("Mr. Smith Goes to Washington", 1939)

Ocena 5 z 5

Senator USA umiera i trzeba go zastąpić. Również dlatego, że na dniach ma być głosowana ustawa, która przyniesie korzyść konkretnym politykom, więc nowy senator musi być przemyślanym wyborem. Ostatecznie wybór pada na człowieka spoza polityki – Jeffersona Smitha, do tej pory zaangażowanego w harcerstwo, który ma poparcie lokalnej społeczności wsławił się ugaszeniem pożaru w lesie w ostatnim czasie. Umie na pamięć twórczość Lincolna, a gdy trafi do Waszyngtonu, to jest w siódmym niebie – zaszczycony, że może pełnić tak ważną funkcję, chociaż nic o niej nie wie.

Cholera, ale James Stewart robi wrażenie. Można zapomnieć o wspaniałości tego rodzaju aktorstwa, ale ten człowiek na każdym kroku dostarcza jakiś detal, który utrzymuje widza przy ekranie, wzbogaca sobą każdą scenę. Oglądanie tego występu jest czystą przyjemnością, jak zyskuje wsparcie widza swoją niewinnością ale i powagą. Chęcią czynienia dobra, ale bez pomysłu, jak to osiągnąć. Jak stara się być dobry i to obraca się przeciwko niemu, albo zostaje popchnięty do robienia czegoś wbrew sobie. Stewart ma to wszystko w scenariuszu, ale wyraża to swoim ciałem. To jest aktor, który umie mieć widownię po swojej stronie przez cały seans.

W scenariuszu ciężko znaleźć słabą nutę. Dialogi są równie dobre, humor okraszony jest w naturalny sposób (zahaczając jednocześnie o pewną satyrę), jednak to fabuła zasługuje na największe uznanie. Nic nie będzie tutaj takie, jakie się spodziewacie, mając za odnośnik współczesne produkcje zaangażowane. Jeff nie ma misji, nie odkrywa też intrygi – ma swoją własną historię i przez przypadek staje się zagrożeniem dla przekrętów polityków, którzy starają się go wtedy na około odsunąć, angażując wtedy też pozostałe postaci. W trakcie tego wszystkiego najważniejsze dla protagonisty nie jest ryzyko, ale zmiana jaka zachodzi w jego oczach, gdy dowiaduje się nowych rzeczy o osobach, które dotychczas szanował i podziwiał. Idealizm jest tutaj pełny. Dużo tu też dzieci, ich energii i pasji. A także wykorzystywania w pracy, hehe.

Finałowo film wybiera skuteczne metody, aby osiągnąć happy end. Bohater wygrywa jako człowiek, sytuacja zostaje uratowana, zło pokonane – ale bez wykładania tego wszystkiego. Opowieść kończy się w zaskakującym momencie, co jest nauką samą w sobie. Mało tutaj jednak wiarygodności jako takiej, która byłaby możliwa w prawdziwym życiu. Protagonista nie dokonuje zmiany, jedynie ją inspiruje – i dzięki temu mamy szczęśliwe zakończenie. Całość pozostaje obrazem skomplikowania stojącym za systemem politycznym, aby zmiany – w tym te na korzyść majątkową polityków – były bardzo trudne do osiągnięcia. Pozostawia widza z wątpliwościami czy pytaniami, ale po tylu latach widz już założy, że wszystko się zmieniło. I będzie mieć inne pytania, ciesząc się tymczasem z pięknej opowieści o indywidualiście w świecie bardzo podatnym na manipulację.

Arszenik i stare koronki (1944)

Ocena 5 z 5

Cary Grant w roli Mortimera Brostera gotuje się do podróży poślubnej, ale znajduje w domu swoich ciotek martwego dżentelmena. Ukrytego w skrzyni. Nie trzeba nawet czekać na wyjaśnienie: to właśnie przemiłe starsze panie dokonały tego aktu miłosierdzia. Zobaczyły starszego, samotnego i nieszczęśliwego człowieka, więc… pomogły mu. Tak samo jak 10 poprzednim. Wszyscy leżą obecnie zakopani w piwnicy. Mortimer po nabraniu trzech szybkich wdechów rozpoczyna maraton, by jeszcze przed wyruszeniem na miesiąc miodowy zapewnić cioteczkom bezpieczeństwo… gdyby cała sprawa się wydała. Bardzo pomocny okaże się zwariowany kuzyn uznający się za dawno zmarłego prezydenta USA.

Potęgą tego obrazu jest to, że każda chwila, każdy ustęp w stronę innego gatunku, takiego jak dreszczowiec, kryminał, thriller, wszystko to podyktowane jest tylko jednemu: komedii. Nawet jeśli jakaś scena wygląda jak z horroru, to jednocześnie wciąż miałem 100% pewność, że reżyser chciał mnie tym ubawić do łez. I to mu się udaje. Tu bawi wszystko: sama historia, absurdalna i niewydarzona; postaci, którzy ani trochę się nie bawią; niebywale wysokie tempo wydarzeń niepozwalające wyjść z domu, bo po powrocie okaże się, że zastaniesz woskową figurę Borisa Karloffa stojącą na środku pokoju. Dialogi również bawią, ale jednak najważniejsze jest to, co widać. Czyli Cary Grant.

Ten występ to oddzielna sprawa zasługująca na omówienie, bo to, co ten człowiek tu zrobił to istna perełka, której dorównuje tylko Louis De Funes. Mortimer chwilami przypomina robota, bo gra Granta jest aż tak precyzyjna. Wszystkie jego ruchy, każdy poruszenie zmarszczką albo paliczkiem jest podyktowane tylko jednemu: wywoływaniu śmiechu na coraz to inny sposób. Jego zachowanie, gdy razem z bratem usiadł na skrzyni, i powoli zaczął zdawać sobie sprawę, czemu razem to zrobili… Piękny widok!

Ten film ma tyle rzeczy, które uwielbiam: staroświecki dom na przedmieściach, czarno-białą jesień, szalone momenty, które traktuje się całkowicie poważnie, choleryka rozmawiającego przez telefon gdzieś obok sceny, ale robiącego to tak głośno, że zagłusza „właściwą” akcję. Olbrzymie tempo wydarzeń i różne „running joke”, jak te z narzeczoną, policjantem lub taksówkarzem. CHAAARGE! Mogę to oglądać w Halloween jak i każdego innego dnia w roku. Idealny na każdą porę, bo zawsze jest skuteczny.

To wspaniałe życie (1946)

Ocena 2 z 5

To raczej coś na kształt felietonu, artykułu o filmie, niż recenzji. Opisuję zakończenie i inne ważne szczegóły dzieła.

Na początek: to strasznie dołujący film. Monologi Beli Tarra są pogodniejsze. Ludzie wyrażający radość w sposób świadczący o tym, że nigdy w życiu nie byli szczęśliwi. Bohater przepraszający za uratowanie komuś życia. Dziewczyna, która w wieku kilku lat została prawdopodobnie przez matkę zaszufladkowana do bycia żoną bohatera, dzięki czemu w wieku 30 lat nie ma osobowości, tylko „zostanę twoją żoną”, co zaczyna być psychiczne. Tak bardzo, że nienawidzi swojego przyszłego męża – gdy ten wyraża swoje życiowe marzenie, jej marzeniem jest, by mu się nie udało.

Nic dziwnego, że bohater chce się w końcu zabić. A oni co zamiast tego? Modlą się! Boska interwencja powinna polegać na trzepnięciu ich wszystkich po głowach i nauczeniu, by zaczęli w końcu doceniać, co George dla nich robi/robił, by w końcu mu się odpłacili, i żeby zaczął się dla niego dobry okres w jego życiu. Dzięki temu zamiast modlitwy zebraliby się i mu faktycznie pomogli. Po co Zeusowi zawracać głowę, skoro sami mogli sobie poradzić?

A na końcu okazuje się… że tak właśnie się stało. Wszystko idzie się jebać, przez 99% filmu wszyscy mieszkańcy byli samolubni, brali, ile tylko się dało (skoro dawał to trudno wyłącznie ich winić), i zawsze byli na miejscu, by się z niego śmiać i sprzedać kopa… ale na końcu przeszli przemianę złego scenariusza i zebrali kasę, no bo kurwa. Wątek pana Pottera nie zostaje zakończony, bo po co.
Więc… po co tutaj boska interwencja? Poszedł na most, chciał się zabić, w międzyczasie tamci się zebrali w kupę, zdobyli pieniądze, poszli go szukać, znaleźli, happy end. Film krótszy o ponad pół godziny, efekt dokładnie ten sam. Może nawet lepszy. Najistotniejszy, kluczowy i najsłynniejszy motyw z filmu w ogóle okazuje się do niego nie pasować.

Bo chciał się zabić, by rodzina dostała pieniądze z jego ubezpieczenia. To rozumiem. Rozwiązałoby to problemy w jego firmie, tamci by się zapewne zaopiekowali jego rodziną (telepatycznie im przekazał tę prośbę, ale niech będzie), i ogólnie to byłby gorzki happy end. Ale Anioł go ratuje, bo akurat w ciągu najbliższych 10 minut w żadnym uniwersum i w żadnej linii czasowej, żadne dziecko nie wyjdzie na ulicę, nie patrząc w obie strony, więc może zająć się takimi jednostkami. To też rozumiem, naprawdę. Po uratowaniu George nadal jest przybity, też rozumiem. I Anioł ma problem: jak mu pomóc? I wtedy wygodnie George wypala: „chciałbym się w ogóle nie urodzić”. Po co nad tym myśleć, robi pstryk i tak jest. W jaki sposób George do tego doszedł? Mógł w zasadzie wtedy powiedzieć cokolwiek. „Chciałbym być filiżanką”, „Chciałbym być arbuzem”, „Chciałbym być dziewczyną, wtedy wszystkie problemy ktoś za mnie rozwiąże” To ostatnie przynajmniej byłoby powiązane z fabułą.

Zamiast tego lekarstwem na problemy George’a jest przypomnienie sobie, że przecież wiele rzeczy zrobił, więc będzie miał co wspominać w więzieniu (zapewne). Gdzie wcześniej w filmie jest zaznaczone, że on sam siebie nie doceniał? W życiu bym nie pomyślał, że on tak o sobie myśli. Nie spodziewałbym się, że takie właśnie życzenie wypowie. Raczej: „Chciałbym, by te pieniądze się znalazłby” lub „Chciałbym być teraz na Majorce”.
Zresztą, jeszcze raz, to cała reszta miasteczka powinna zobaczyć świat bez George’a i go docenić, nie on sam. To, że on sobie o tym przypomniał, nic nie zmienia. Nadal będą go traktować jak gówno. Ale ponownie, na koniec zły scenariusz daje im tę wiedzę oraz przemianę o miliard stopni. Magicznie. „Gdyby nie ty, to nie miałbym domu”. Olśnienie, w idealnym momencie.

Reżyseria jest zła, w wielu momentach tło zamiera, nie mając czegoś do roboty gdy na środku sceny aktor zamiera w dramatycznym momencie. James Stewart słabo wypada, a reszta nie lepiej od niego. Nie kupiłem jego gniewu na koniec. Scenariusz to chaos, choć z przebłyskami. Dobra scenografia. Charakteryzacja na minus, James Stewart wygląda tak samo przez 20 lat. Są błędy – George nie uratował Harry’ego, nikt tego nie zrobił. Było tam 15 chłopa, ale tylko George mógł to zrobić. Nikogo przyzwoitego w tym miasteczku. Straszny film. Bardzo przygnębiający. Życie w takim miejscu i z takimi ludźmi, postrzeganie tego jako coś dobrego, nieprzyjemny seans. Dobrze, że mam go już za sobą.

Film is a disease. As with heroin, the antidote to film is more film.” – Frank Capra