Ryan Coogler
„We never wanted to say one character is right and the other wrong. You get into dangerous territory if you expect the art you make to change people’s minds. But if someone can catch a film and then go home and talk about it, that’s doing a lot.” – Ryan Coogler
Obecnie Ryan Coogler nie znajduje się jeszcze w moim rankingu reżyserów (za mało widziałem)
Top
1. Creed
2. Grzesznicy
3. Czarna pantera
4. Wakanda Forever
Ważne daty
1986 – urodziny w Oakland
2009 – debiut krótkometrażowy
2013 – debiut fabularny, początek współpracy z Michaelem B. Jordanem
2016 – małżeństwo z producentką filmową
2025 – nowy film i produkuje/reżyseruje kolejne
Czarna Pantera („Black Panther”, 2018)
Przez godzinę nic się nie dzieje, potem przychodzi Martin Freeman i Michael B. Jordan na 10 minut, a potem film się kończy. Poważnie, to wszystko.
Mediakrytyk wybrnął z tego, opisując Czarną Panterę następującymi słowami: „Książę T’Challa przywdziewa kostium Czarnej Pantery po tym, jak jego ojciec – król Wakandy – zostaje podstępnie zamordowany” – i faktycznie, tak się dzieje. Główny bohater przywdziewa kostium. Czy coś więcej ma miejsce? Cóż…
Całkiem sporo w tym filmie dramaturgicznych dziur. Nie mam nic przeciwko supermocom z kosmosu, ale niech twórcy korzystają z nich konsekwentnie, a tego nie ma. Zamiast więc wygrywać bez przerwy i kończyć cały film w pięć minut to bohaterowie raz wygrywają z palcem w nosie, innym razem służą za worek treningowy. Raz gonią przeciwnika, innym razem wydają się nieświadomi, że taka opcja jest wciąż na stole. Jedne postaci giną od spojrzenia się w ich kierunku, inne mogą przeżyć wszystko. W zasadzie niemożliwym jest traktować tej historii poważnie, a innej opcji nie ma. Jeśli nie będzie możliwe zaangażowanie się, to zostaje obojętność. Nie był to przykry czas, po prostu w tym czasie lepiej było zobaczyć coś innego. Cokolwiek. Freeman i Jordan są jedynymi członami tej produkcji, których warto oglądać. Są w Czarnej Panterze bohaterowie, który wykazali mniej entuzjazmu wobec własnego zmartwychwstania niż Freeman, który autentycznie ucieszył się ze zestrzelania śmigłowca i tego swojego małego wkładu w wygraną. A Jordan to wciąż nieodżałowany Wallace z The Wire. Szkoda chłopa było wtedy i wciąż jest go szkoda. Dajcie tym aktorom jakąś przestrzeń i zawsze będzie warto ich oglądać na ekranie. Teraz mam ochotę obejrzeć Hobbita 3 i Fruitvale Station.
Bohaterowie Czarnej Pantery zachowują się niedojrzale. Główny bohater jest Królem, który jest porywczy i bez kostiumu jest taki sobie, jakiś zdolny uczeń sztuk walki na poziomie liceum dałby mu radę. Co się w sumie dzieje i wtedy ujawnia się dziecinność reszty postaci, którzy to zaczynają jęczeć, bo coś nie idzie po ich myśli. Takie typowe gadanie ludzi, którzy głoszą słuszność czegoś (tradycji, zasad, praw), dopóki te zasady im służą, a gdy tak się już nie dzieje, to zaczyna się słowotok na poziomie „Do diabła z tradycjami, ma być tak, jak mówię„. A potem rozwiązują swoje interesy siłowo, krzycząc tylko o jakichś ideałach w stylu „Dla kraju” lub „Dla króla„, ale wobec powyższego wiadomo, że to tylko mydlenie oczu. A zresztą, dziecinność jest już od pierwszych scen w związku z jedynym żartem filmu. Przez pierwszą godzinę śmieją się, że Czarna Pantera się zakochał. Jesteśmy oficjalnie w podstawówce – albo arystokracji Wakandy, najwyraźniej.
Podczas seansu poczułem się jak czarny oglądający białych ludzi – tylko na odwrót. Widziałem to na stand up’ach i myślę, że spora część białej widowni miała podobne atrakcje podczas seansu. Patrzyli na tych czarnych i tylko mówili między sobą: „Dlaczego widownia macha biustem podczas walki? Co ta kobieta mówi? Dlaczego ten typ ma półmisek w swojej dolnej wardze?” by po wszystkim tylko rzec: „Wiesz, to są czarni. Lepiej im nie przeszkadzać„. Różnice kulturowe są zabawne.
Czy dałoby radę to uratować?
W sumie wystarczyłoby, jakby usunąć pierwszą godzinę filmu, niech Michael B. Jordan pojawi się od razu podczas koronacji, zamiast zabijania niech będzie hańba czy inna forma degradacji społecznej, co wywoła dyskusję zamiast powstania, które z kolei sprowadza się do zabicia tych, którzy się z nami nie zgadzają, bo ci drudzy chcieli zabijać tych, którzy się z nimi nie zgadzali, co w jakiś sposób poskutkowało nobilitacją głównego bohatera i ogłoszeniu się, że technologia z Wakandy istnieje poprzez lądowanie na środku ulicy i mówieniu ludziom, że nie jest się z kosmosu, tylko z Afryki, a ludzie podbiegają wtedy i się cieszą, chociaż jak ostatni raz widzieli takie cuda, to one zabijały ludzi… Czyli w zasadzie to trzeba by przepisać od nowa cały film i zostawić tylko tytuł. Albo i tytuł zmienić, bo człon „Czarna” nic nie wnosi. Gdyby działania bohatera były skryte w mroku nocy czy coś w tym stylu to tak, ale on się nawala w dzień i rzuca samochodami, jakby chciał jak najszybciej zarobić sześć gwiazdek w GTA. Do tego nazwa „Pantera” w zupełności wystarczy.
Czarna Pantera: Wakanda w moim sercu (2022)
Doceniam starania, żeby wszystko wyszło jak najgorzej. Przezabawny efekt.
Tytułowa Wakanda to tajne państwo gdzieś w Afryce, które niby jest w ONZ, ale mówi im „spierdalać” na postulat współpracy, zaufania, dotrzymywania słowa czy innych dorosłych rzeczy. Chodzi o surowiec, który ma tylko Wakanda, mający potencjał na bycie niebezpieczną bronią, ale z uwagi na brak współpracy szukają go gdzieś poza. I znajdują, koło innego tajnego państwa, o którym dosłownie nikt nie wie. Na szczęście władca tamtego tajnego kraju robi coming-out w imię utrzymania tajemnicy, że jego kraj w ogóle istnieje. I chce, żeby Wakanda pomogła mu zabić cały świat, żeby ta tajemnica się nie wydała, ale Wakanda nie chce, więc będą się napierdalać. Aha, jest tu jeszcze Czarna Pantera – tzn. jej nie ma, tylko co 10 minut narzekają, że jej nie ma i nie ma komu pomóc Wakandzie. Co prawda jest milion innych superbohaterów na tej planecie, ale z powodów wyższych nie mogą się tu mieszać, ponieważ nie i już.
Tak, ten film to burdel. I nie, nawet nie wiecie, jak duży. Widać na każdym kroku starania twórców, żeby sabotować ten tytuł na wszelkie sposoby. Już sam fakt, że robią trzygodzinny film o Czarnej Panterze bez Czarnej Pantery to śmiech na sali*, ale jest tylko lepiej. Każda scena to petarda głupoty i braku sensu, która bawi, jeśli przestaniemy traktować ten film super-poważnie. Cały świat nie może znaleźć tego surowca, ale komu się to udaje? Genialnej nastolatce, która zrobiła wykrywacz na zajęcia na studiach. Wszystko w swoim życiu robi dla zysku, ale akurat wykrywacz najdroższego materiału na planecie to buduje, żeby zaimponować profesorowi. Motywacje antagonisty? A no kilkaset lat temu wyszedł z wody na ląd, lewitował, wystraszył zacofanych ludzi, zabił ich więc (hehe, „w samoobronie”) i wtedy stwierdził, że już na zawsze będzie gardził życiem na powierzchni. Dostajemy nawet backstory o powstaniu tego tajnego państwa – a no grupka nie mogła oddychać, to weszła do wody, a potem coś-tam, coś-tam i mamy gigantyczne, złożone miasto pod powierzchnią wody, którego nikt, nigdy nie znalazł. I to by się utrzymało, gdyby sami się nie odsłonili, dobra robota.
Zresztą, nazwijmy rzeczy po imieniu: to mocbuster nowego Avatara 2 Jamesa Camerona. Przeczytali w wywiadach, że to coś będzie o niebieskich ludziach w wodzie i na tej podstawie zrobili cały film, wypuszczając go w okolicy premiery właściwego filmu. Tak się właśnie robi mocbustery, tylko ten jest dużo gorszy, bo zamiast mieć pomysłowy tytuł bawiący się pierwotną pisownią, to wciskają kit i jeszcze wypuszczają do kin, zamiast na DVD. Wstyd, wstyd, wstyd – nawet jeśli efekt wciąż jest zabawny, to jednak Czarna Pantera 2 porusza szereg ważnych tematów politycznych, które można by rozwiązać w trzy minuty, gdyby bohaterowie dojrzeli tak na poziom 13-latka. To jednak przed nimi, więc podejmują same głupie decyzje pełne arogancji, pogarszając sprawę jak tylko dadzą radę. A ja muszę siedzieć i patrzeć na ich nieporadność. Średnia rozrywka. Do zapomnienia.
*znaczy no, potem jedna postać pije łyk soku z gumijagód i zostaje Czarną Panterą, ale co z tego? Jej przeciwnik przecież umie latać, skakać w powietrzu, to przegrana walka. To naprawdę nie ma sensu…
Grzesznicy ("Sinners", 2025)
Robert Johnson vs The Pogues. Śmieszny film.
Jeśli na samym początku, jak chłop wchodzi z gitarą do kościoła i nakłaniają go, żeby rzucił muzykę, bo jest zła – jeśli nie dacie rady tego kupić, to możecie wyłączyć od razu cały film. Lepiej nie będzie, twórcy nie dadzą rady was przekonać do czegokolwiek, co nastąpi później. To cały czas będzie równie naiwne i głupiutkie, jednocześnie będąc całkowicie ślepym na ten fakt. U podstaw produkcji stoi scenariusz, który na papierze i od strony technicznej wydaje się spełniony – odhacza wszystko, co powinien robić, z wyjątkiem nawiązania kontaktu z widzem i dania mu powodu, żeby to oglądać. Młody wchodzi do kościoła, słyszy te wszystkie głupoty o muzyce – na papierze wszystko się zgadza: motyw odhaczony, dramaturgia odhaczona (czemu tak mówi, co się stało?), tylko widz jednak ma to w dupie, bo nie rozumie i nie ma powodu, żeby zrozumieć. Potem bohaterowie stoją i palą fajkę, potem kupują ziemię – na papierze wszystko odhaczone, bo nawet jest konflikt: czy uda się kupić tę ziemię? Sięgają za pazuchę i jest ryzyko, że będą się strzelać!… Tylko co to widza ma interesować? To jest tylko kolejna scena, która się wydarzyła. Tak jakby miało wystarczyć, że biały facet czmychnął przed czarnymi – taka moja teoria, bo film wymaga trochę rasizmu od oglądającego. Dotarło to do mnie dużo później, jak Sammie zapytał Hailee Steinfeld: „What are you?”, na co ona odparła: „I’m a human being”, co go zakłopotało. Nie rozumiecie? Czy to nawiązania do serialu Community? (hej, to miałoby tyle samo sensu, co cała reszta) Dopiero po chwili Hailee Steinfeld odpowiada o kolorze swojej skóry – i wtedy ja ogarnąłem, że o to pytał Sammy na samym początku. Zamiast stworzyć świat, w którym takie kwestie są istotne i nadać im jakieś konsekwencje, to twórcy idą na skróty. Co jest trochę słabe, skoro to film o konflikcie asymilacji z zachowaniem swojego rodowodu najwyraźniej (wtedy jest jeszcze śmieszniej)
Jeśli takie rzeczy wydają się wam interesujące, to śmiało, ale dla mnie nic tu nie jest interesujące. Sceny następują po sobie bez szczególnego pomysłu, nic wybiegającego poza podstawy nie zostaje skonstruowane, film jakich wiele. Jednocześnie jeśli byłby to jeden z tych pierwszych 300 filmów, jakie bym zobaczył w życiu, to byłbym pod wrażeniem. Oglądam sobie zwykły film, gdzie chodzą i gadają, nic specjalnego, aż tu nagle jest ta scena z muzyką – i to jest tak dziwne i inne od wszystkiego, co do tej pory widziałem, że to musiałoby ze mną zostać na lata. Potem bym zobaczył analizę w internecie, jak wiele jest tutaj detali budujących konflikt asymilacji i asertywności, co rozwaliłoby mi głowę i pewnie zawsze miałbym dla tego tytułu jakieś miejsce w pamięci. Problem w tym, że mam więcej filmowego doświadczenia niż te 300 filmów i umiem już ocenić, że coś głębokiego i dziwnego nadal może być słabo zrobione – poza tym, że rozumiem tę scenę wyłącznie dzięki wiedzy własnej wyniesionej z innych, dużo lepszych, produkcji. Jak Jazz Kena Burnsa, który opowiadał o tworzeniu muzyki jako tworzeniu nowego, własnego domu – i widzę w ten sposób, że reżyser Ryan Coogler jedynie coś tam z tego słyszał, sam nie bardzo to rozumie i nie ma o tym nic do powiedzenia; ale znalazł w tym wymówkę, żeby zrobić dziwną scenę. Generalnie film jest produkcją kostiumową, a tu nagle na scenę wchodzi gitara elektryczna, DJ, dresy i właściwa muzyka bluesowa ginie gdzieś w tym burdelu – i to wszystko mogłoby działać. Widziałem, jak to działa w lepszych filmach (mówię ogólnie, nie ta konkretna scena), Sinners po prostu się do nich nie zalicza. Takie sceny są tylko dziwne, zamiast skłaniać do refleksji. To jest spektakl inspirowany tytułami, które skłaniały do refleksji, ich pustą wizualizacją.
Oglądałem jednak do końca i nawet zauważyłem scenę po napisach, rozgrywającą się pod koniec XX wieku. To gadanie o braterstwie, słońcu i… I cholera, twórcy naprawdę chcieli tutaj zmieścić bardzo dużo. Ale tego nie umieją. Starania się przynoszą efekt tylko komediowy. Nawet banda białych przyjechała na dokładkę, żeby sobie postrzelać, żeby bohater wyszedł na jeszcze większego terminatora. Niepoważne to było.
Powiązane
2018 2022 2025 Action Boxing Drama Music Period Drama Reżyser Science Fiction Southern Gothic Sports Superhero Supernatural Horror Thriller USA Vampire
Najnowsze komentarze