Paul Thomas Anderson
„I had older brothers and sisters who were doing drugs and playing rock music and doing all those insane things. I was watching.” – Paul Thomas Anderson
Obecnie Paul Thomas Anderson znajduje się w moim rankingu reżyserów na miejscu #122
Top
1. Magnolia
2. Aż poleje się krew
3. Jedna bitwa po drugiej
4. Boogie Nights
5. Licorice Pizza
6. Lewy sercowy
7. Mistrz
8. Nić widmo
9. Junun
10. Mattress Man Commercial
11. Couch
Wyróżnienia
1997 – reżyser roku (nominacja)
1999 – reżyser roku (wygrana)
2007 – reżyser roku (nominacja)
2025 – reżyser roku (nominacja)
Ważne daty
1970 – urodziny Paula (USA)
1996 – debiut kinowy
1997 – śmierć ojca z powodu raka, dlatego nie lubi żartów na temat tej choroby
2001 – małżeństwo
2025 – nowy film
Nić widmo („Phantom Thread”, 2017)
Mieszanka lania wody oraz skrótów. O miłości jako czymś złym.
Słynny projektant ubrań znalazł nową muzę. Traktuje ją źle, ale ona chce przy nim być. Dlaczego? Bo nam to powiedziała z OFF-u. O tym, że bohaterka czuje fascynację do projektanta strojów, dowiadujemy się w zasadzie tylko z jej monologów, które słyszymy z OFF-u. Język filmu jest tak bogaty, ale tutaj w ogóle go nie wykorzystano.
Bardzo dziwne jest, że cały seans składa się jednocześnie z dłużyzn, jak i skrótów myślowych. Tymi drugimi są wszystkie portrety postaci, relacje między nimi czy coś, co w tym filmie funkcjonuje jako akcja, chociaż tak naprawdę po pierwszych 15 minutach już niewiele się dzieje. Całą resztę można po prostu przewidzieć na tym etapie, ale nie doświadczymy żadnej zmiany, wszystko kończy się tak, jak się zaczęło. To jest historia o ludziach, którzy postrzegali miłość jako posiadanie drugiej osoby na własność. Problem w tym, że oboje chcieli posiadać tę drugą osobę, więc zaczęło iskrzyć, zaczęli się ranić nawzajem, ale żadne nie chciało się poddać. Sylwetki bohaterów to typowe dwuzdaniowe szkice z podręczników psychologii dla początkujących: on chce dominować i czuć siłę, mając władzę nad innymi, ponieważ może sobie pozwolić traktować ich byle jak. Ona chce silnego człowieka, który ugnie się pod jej wpływem, albo chociaż to ona stanie się przyczyną jego sukcesów, a tym samym stanie się jego właścicielem, bo ten bez niej nie będzie mógł tworzyć. Banał, prostacki banał, który na dodatek stoi w miejscu.
Reżysera w ogóle nie interesuje pokazanie zmiany lub choćby nazwanie po imieniu tego, co się dzieje. Może nawet właśnie tak postrzega miłość? Kto wie? Ja nie. Ta historia do niczego nie dąży. Bohaterowie nie rozwijają się, nie zadają pytań, oni po prostu są. Można by pomyśleć, że opowieść o złych ludziach niezasługujących na miłość mnie poruszy, ale nie w tym wypadku. Ta fabuła była mi kompletnie obojętna. Nawet nie jest w stanie sobie wyobrazić negatywnego wpływu, jaki Nić widmo mogłaby mieć poprzez utrwalenie mitu o miłości jako czymś złym. Trudno mi w ogóle sobie wyobrazić, aby ten tytuł miał jakikolwiek wpływ na cokolwiek.
W tej produkcji usłyszałem jedne z najgorszych dialogów w całym swoim życiu. Pomijam, że służą często jako zastępstwo do opowiadania, albo to, że bohaterowie należą do tych, co używają 16 wyrafinowanych słów w tym samym celu, co dres mówiący „spierdalaj”. Najgorsze, że słuchając ich, czułem się co chwila, jakby aktorzy mówili je pierwszy raz i na bieżąco jeszcze zaglądali do kartek, by przypomnieć sobie, co mają mówić. Wątpię też, czy reżyser wypowiedział większość z nich na głos, zanim zaczął kręcić – są tak bardzo nienaturalne i dziwne.
Pozytywny akcent jest taki, że muzyka jest absolutnie cudowna i nie wymaga filmu w najmniejszym stopniu. Podczas seansu ledwo ją słychać poza kilkoma scenami, ale po włączeniu jej na Spotify przesłuchałem całość trzy razy. Jeden z najlepszych tego typu nagrań, jakie w życiu usłyszałem – dla fanów Rachmaninova pozycja obowiązkowa.
Chcecie więcej?
Zobaczcie „Słodkiego drania” (Woody Allen, 1999). To film o muzyku jazzowym i jednym z wątków jest toksyczna relacja głównego bohatera z niemą dziewczyną. Traktuje ją źle, ale ona na to się godzi, bo tak bardzo kocha jego muzykę i chce jej słuchać w nieskończoność. Akcja rozgrywa się w czasach sprzed radia i nośników fizycznych, o streamowaniu nie mówiąc, dlatego wtedy to był jedyny sposób. Niema kobieta nie chciała nikogo posiadać, krzywdzić ani też nie miała innych ukrytych celów. Kochała muzykę oraz człowieka, który ją tworzył – za to, że ją tworzył. Resztę można było zaakceptować za tę cenę, przynajmniej według niej. A jest to jedynie wątek poboczny całości, cały film ma do zaoferowania wiele więcej (to fikcyjny dokument z nielinearną narracją i przesłaniem). „Nić widmo” w porównaniu z tym tytułem nie prezentuje się godnie.
Licorice Pizza (2021)
Ciepłe kolory, jeżdżenie ciężarówką bez benzyny i bieganie. Każdy będzie mieć jakieś pozytywne wspomnienie z tego filmu.
Losy dwóch osób, z których on ma 15 lat i naciska na relację oraz różne biznesy. Ona ma więcej lat – film jest martwy przez długi czas, bo zaczyna się właśnie od „nie powinieneś pytać o takie rzeczy” – ale jeszcze nie zrobiła niczego istotnego ze swoim życiem, czego chyba pragnie, nie wiem. Ogólnie tych bohaterów ciężko zrozumieć oraz ich relację – a czytając wrażenia w Internecie, widzowie jeszcze to utrudniają, dokładając do tego własne warstwy. Są razem cały czas, ale jednak upierają się, że nie są. Dobrze im razem, ale jednak nie mogą być razem… I chyba chodziło o to właśnie, że ona nie chce się wiązać z kimś niedojrzałym, chce coś osiągnąć – w tym aktywistycznym znaczeniu tego słowa. Ciężko zrozumieć, czemu w ogóle chcą być ze sobą – on umie szczekać tylko wtedy, gdy jest sam, a ona… Powiem tak: przez większość czasu sądziłem, że cały film jest takim rewanżem na kimś, kto odrzucił reżysera w młodości i teraz pokazuje mu, co ta osoba straciła, goniąc za sama nie wiedząc czym. „Patrz, jaka byłaś głupia”, tego typu sprawy – ale nie, ten film jest faktyczną próbą na uczciwe kino romantyczne. Relacji przedstawionej na ekranie daleko do zdrowej, ale i tak jest to krok do przodu względem tego, co odwalił w „Nici widmo”. Mało tutaj miłości i szacunku, dużo seksualności, wygłupów i jednostronnego zwracania uwagi na siebie. To przede wszystkim powrót do czasów, kiedy samiec robił z siebie debila, żeby zwrócić uwagę samicy – w ten sympatyczny, nostalgiczny sposób.
A co do problemów innych widzów – najwyraźniej widzą tutaj pedofilię, bo on jest niepełnoletni… Chociaż do niczego nie dojdzie.
Poza tym film opowiada o współczesnych ludziach zachowujących się współcześnie, tylko podpisuje czas akcji na lata 70. Samochody, stroje, jakieś słówko tu i tam, dużo muzyki. Wystarczy. Kobiety są ładne, a poszczególne epizody balansują między nadużywaniem gościnności a dobrze spędzonym czasem. Fragment z Bradleyem Coopoerem ani przez moment nie zapowiadał się na tak dobry, jakim się okazał, a finałowa sekwencja montażowa jest po prostu piękna i raczej kochana przez wszystkich, którzy zobaczyli ten obraz.
Jedna bitwa po drugiej ("One Battle After Another", 2025)
Bob zawodowo odpalał fajerwerki podczas wydarzeń słynnej grupy aktywistyczno-terrorystycznej, która zajmowała się okradaniem banków i wypuszczaniem nielegalnych imigrantów z klatek, gdzie zostali zamknięci przez wojsko. Bob robi to, bo ma ochotę na kobietę. Na tę samą, co pewien rasistowski żołnierz – oboje są biali i pragną tej czarnej samicy. Gdy rodzi ona dziecko i ucieka, historia przeskakuje o 16 lat do przodu. Rasistowski żołnierz ma możliwość, aby dołączyć do ważnej grupy ważnych ludzi i na drodze może stanąć fakt, że lata temu miał kontakt z kobietą o czarnym odcieniu skóry. Istnieje szansa, że jej dziecko, obecnie przebywające z Bobem, jest dzieckiem żołnierza. Zaczyna się akcja: zdobyć tę dziewczynę. Zabić – albo uratować.
Wszelkie elementy ideologiczne, pozwalające kategoryzować film po którejś ze stron politycznego spektrum, kończą się w pierwszej części i nie pełnią większej roli w narracji albo fabule. Nie ma szczególnego powodu, aby obstawiać przy którejkolwiek – konserwatyści mogą być przekonani, że film jest po ich stronie, ponieważ osoba czarnoskóra zostawia swoje dziecko bez powodu, a aktywistów przedstawiono jako terrorystów zajętych długoterminowo wyłącznie spożywaniem narkotyków bez troski o cokolwiek na świecie. To prosta opowieść o dwóch mężczyznach, które robią wszystko, aby zdobyć kobietę – i do tego dostosowują całą resztę, co jest elementem satyry samym w sobie. Satyry zadowalającej – rozumiemy, z czego się naśmiewa i jak to robi – jednak jest ona dosyć podstawowa: bezpieczna i oczywista. Film nie zaskoczy nikogo jakimkolwiek komentarzem albo obserwacją. Całość inspirowana jest powieścią Thomasa Pynchona i chociaż jego obecność jest wyraźna w tej produkcji – przekrzywiona rzeczywistość świata przedstawionego, absurdalne imiona niektórych postaci czy też istotność erekcji u postaci żołnierza – zmiany są skrajne do tego stopnia, że ciężko to nazwać adaptacją, jeśli czytało się chociaż skrót fabularny na Wikipedii. Jeśli oglądaliście tylko film, to lektura pierwowzoru będzie dla was zupełnie innym doświadczeniem.
Można też napisać: Anderson wycina dużą część nie zastępując jej niczym nowym, upraszczając fabułę jak tylko się da – ale by mieć do tego prawo, trzeba przeczytać książkę, więc tego nie twierdzę.
Anderson celuje w kino mocno rozrywkowe: zabawne dialogi, szybka akcja, komedia podszyta absurdem. Leonardo DiCaprio gra agresywnego, przeklinającego i denerwującego się szybko człowieka, więc każda jego rozmowa z kimkolwiek w tym filmie jest komediowym złotem. Seans trwa prawie trzy godziny i umie utrzymać uwagę widza – prosta fabuła dająca mocne motywacje bohaterom, którzy są w ciągłym ruchu – z wyjątkiem momentów ekspozycyjnych. Są dwa w filmie, kiedy film dosłownie się zatrzymuje, aby pokazać w nudny sposób kilka osób gadających w nieciekawy sposób, ponieważ będą oni istotni w marginalny sposób dla reszty seansu. Żeby w finałowym pościgu włączyć trzeciego gracza, film naprawdę staje na głowie z wprowadzaniem całego sekretnego stowarzyszenia i uzasadnieniem, dlaczego to jest dla nich takie ważne, aby włączyć tego zawodnika. Absurd jest jednak mile widziany: czy to chodzi o tajny kod podczas pukania do owego stowarzyszenia („Jingle Bells” wybijane w drzwi), czy też sam obraz dawnego rewolucjonisty, który nigdy nic nie zrobił, a teraz po latach narkotyków nie pamięta żadnych haseł i innych szczegółów i nie może się dogadać z dawnymi towarzyszami.
Jednocześnie jest to produkcja, w której nie ma nic istotnego. Bohaterowie są ledwo zarysowani, ciężko powiedzieć, aby mieli ze sobą jakiekolwiek relacje – i jeśli mają, sprowadzają się one do jednej, krótkiej sceny na przestrzeni prawie trzech godzin. Ich motywacje ideologiczne są nieobecne lub nieistotne – każdy robi po prostu to, czego od niego wymaga fabuła. Nikt nie dokonuje wyboru ani nie ma możliwości dokonania wyboru. Gdy ktoś umiera – efekt jest jak w serialu sensacyjnym z lat 80: nie mamy teraz myśleć, że oto skończyło się czyjeś życie. Że teraz ta postać zabiła – nawet jeśli w obronie własnej – i teraz do końca będzie żyć z tą świadomością. Nie, oni zwyciężyli i mamy happy end. Ciężar narracji jest równie duży, co w przypadku: do następnego odcinka. One Battle After Another. W tle ma miejsce wiele detali, które mają potencjał do interpretacji, jednak zmierzają donikąd i jeśli mówią coś: mówią na potrzeby mówienia, same bezpieczne i oczywiste rzeczy, które konkretna widownia będzie chciała usłyszeć i zobaczyć – oraz będzie w stanie odczytać. Nie są to motywy istotne w kontekście samej opowieści, dla bohaterów.
Audiowizualnie One Battle After Another jest potężnym doświadczeniem. Prawdopodobnie nie ma tutaj jednego ujęcia, którego nie można by zatrzymać i znaleźć istotnego powodu, aby go wychwalić. Każda decyzja inscenizacyjna reżysera była właściwa, każdy segment kreacji obrazu zasługuje na nagrody i jest istotny w narracji. Od kostiumu, charakteryzacji, kolorystyki barw, muzyki poprzez oświetlenie. Ten moment, jak biegali po dachu? Nie ten ze spadkiem 40 stóp, ale wcześniej, jak czarne sylwetki na tle mocno oświetlonego budynku zeskoczyły w dół? Miód dla oczu. Ile przestrzeni mają aktorzy, ile ruchu ma tutaj kamera – chociaż każde ujęcie było przemyślane i miało swoją choreografię, to udało się jednocześnie ująć energię i spontaniczność opowieści, robiąc to w czytelny i atrakcyjny wizualnie sposób. Mógłbym się przyczepić, że po przeskoku o 16 lat bohaterowie wyglądają bardzo podobnie. Nie byłem też fanem ilości zbliżeń na twarz – jednak dzięki temu pozostałe 25% filmu, kiedy kadry są szerokie, wybijają się one jeszcze bardziej. Pościg zgodnie z plotkami zachwyca, ale jest dosyć krótki – wcześniej są co prawda w samochodach, ale pościg jako taki zaczyna się bardzo późno i trwa kilka minut. Spodziewałem się podkręconego Death Proof, otrzymałem poziom Złodziej z przypadku – tam też są pościgi, krótkie i do rzeczy.
Myślę, że wrócę do tego filmu jeszcze nie raz. To solidna rozrywka, która nie ma prawa się zestarzeć – wszystko z czasem będzie tylko dla zabawy, a opowieść o ojcu walczącym z samym sobą o własne dziecko pozostanie ponadczasowa. Wszystkie elementy filmowe są tutaj wykonane na złoto, seans pozostaje niezapomniany i daje pragnienie na więcej.
„No matter how many times you do it, you don’t get used to the sadness – for me at least – of coming to the end of a film.” – Paul Thomas Anderson
Najnowsze komentarze