Przeczytane książki w 2025 roku i plany czytelnicze na 2026 rok

Przeczytane książki w 2025 roku i plany czytelnicze na 2026 rok

09/01/2026 Blog 0
przeczytane 2025 2026

Podsumowanie tego, co przeczytałem w 2025 roku i jakie mam plany na rok 2026.

Ten rok czytelniczo nieco mi się posypał. Autorem roku miał być Stephen King, miałem nadrobić w końcu „Mroczą wieżę”. Drugą część jeszcze przeczytałem. Trzecią też. Po 200 stronach czwartej dałem sobie spokój. I odkryłem, że to jest dosyć popularne stanowisko wśród czytelników. Nawet fani przyznają, że najlepsze momenty mam już za sobą. A nawet one nie były wyjątkowo dobre, więc… Odkładam to na przyszłość. W wolne miejsce wypożyczyłem parę polecanych powieści sci-fi i fantasy, które też nie były szczególnie wyróżniające się. Wyróżniające się pozycje roku to są te przeczytane zaraz na początku: z książek jest to „Zły” Tyrmanda, z komiksów/mang: „Rorschach” Toma Kinga.

Czytałem też mniej. Przed snem zamiast czytać oglądałem mecz w CS-ie i jakoś tak wyszło, że nawet do dwunastu przeczytanych pozycji nie dobiłem. Przez to moje plany (Pynchon i Marai) przechodzą na nowy rok, do tego dochodzą nowe prezenty i lista jest nadzwyczaj obszerna – ale są tam krótsze książki, więc może coś z tego będzie. Dwie z nich już kończę („Żar” i „Opowieść wigilijna”). Lista raczej się nie zmieni, ale dopiero co wprowadziłem w niej zmianę: Matka Boska Kwietna (Jean Genet, 1944) zamieniłem na opowiadanie „Karzeł” z tego samego roku, bo wziąłem Geneta do ręki w bibliotece, zobaczyłem małą czcionkę i przypomniałem sobie, że to francuska książka.

Przeczytane w 2025 roku:

KSIĄŻKI

1. Córka czasu – Josephine Tey, 1951
2. Zdobycie władzy – Czesław Miłosz, 1953
3. Zły – Leopold Tyrmand, 1955
4. Życie wśród dzikusów – Shirley Jackson, 1953
5. Z milczącej planety – C.S. Lewis, 1938
6. Problem trzech ciał – Cixin Liu, 2008
7. Cień kata – Gene Wolfe, 1980
8. Kantyk dla Leibowitza – Walter M. Miller, 1959
9. Stulecie chirurgów – Jürgen Thorwald, 1956
10. Pasażer – Cormac McCarthy, 2022

MANGI/KOMIKSY

1. Rorschach – Tom King, 2021
2. Berserk – tom I (Kentaro Miura, 1990)
3. Strażnicy galaktyki – tom I (Paul Pelletier, Brad Walker, Wes Craig, 2018)
4. 100 rzeczy do zrobienia, zanim zostanę zombie, tom 10-15 – Haro Aso, 2022-24
11. Superman: Śmierć Supermana – Dan Jurgens & Louise Simonson & Roger Stern, 1993

Czyli z grubsza:
– prezenty, które dostałem pod choinkę w ’24 roku (i jeszcze nie ukończyłem: Córka czasu, Pasażer)
– lata 50-te (Zdobycie władzy, Zły, Życie wśród dzikusów, Kantyk dla Leibowitza, Stulecie chirurgów)
– polecane mi pozycje sci-fi i fantasy (Z milczącej planety, Problem trzech ciał, Cień kata)

Jak na tytuł będący na czele najlepszych kryminałów w historii… To jestem zaskoczony, że otrzymuję coś w stylu Dana Browna. Poważnie. Chłop policjant leży w szpitalu i gapi się w sufit, więc z nudów zaczyna rozmyślać o tym, jak Król wieki temu zabił dwóch chłopców… I coś mu się w tym nie klei. Więc czyta dużo książek historycznych, znajduje nieścisłości i zaczyna „dochodzenie” prawdy. I to wszystko bardzo fajnie, duża wartość edukacyjna i historyczna, tylko… No, Dan Brown to jest. Napisane pod względem literackim wystarczająco, bez tworzenia żadnych interesujących postaci czy świata, nie ma też szczególnej intrygi. Czytają książki i mówią, co tam przeczytali.

Najbardziej mnie szokuje, że ta książka mogła być wielka na wiele sposobów. I gdyby ją adaptował jakiś artysta na dowolne medium, to jest na drodze do stworzenia dzieła sztuki. To przede wszystkim mogłaby być historia o tym, jak tworzą się różne wersje rzeczywistości poprzez ślepe powtarzanie za innymi, zamiast poznać prawdę osobiście. Albo jak chce się silnie wierzyć, to prawda przestaje mieć znaczenie, bo dla tej osoby wiara jest ważniejsza i wygodniejsza. To mogłaby być historia o dziedzictwie i o tym, co zostawiamy po sobie i jakby to było żyć ze świadomością, że wszystko o naszym życiu może być przeinaczone. To mogła być książka o tym -czy to w ogóle ma znaczenie? Przecież Ryszard III nie żyje. Oni wszyscy nie żyją. Czy to w ogóle istotne, czy on zabił? Czy był niewinny? Czy osoby, których zabił, w ogóle istniały? Kierunków, w stronę których mogła iść ta książka, jest multum. I nie idzie w dosłownie żadnym. To książka, która mogła mieć tysiąc stron oraz liczne wątki drugoplanowe odnoszące się do teraźniejszości, z licznymi motywami łączącymi wszystko ze śledztwem – ale zamiast tego jest cienką książeczką liczącą 250 stron o czymś, co wraca co sto lat do debaty publicznej. A główny bohater – pojawiający się w kilku innych powieściach tej samej autorki, jak podejrzewałem podczas lektury – jest zadowolony, że rozruszał trochę szare komórki… I tyle.

Uderza mnie jednak – i zastanawia, czy to jest prawda? – poziom powszechnej edukacji w UK o ich własnej historii. Bohater pyta przypadkowe osoby, co wiedzą o tej lub tamtej osobie sprzed setek lat, a oni mają jakąś odpowiedź. Chociażby powierzchowną. Czy w Polsce tak dałoby radę zaczepić ludzi o Łokietka, Sobieskiego, Chrobrego? Czy by ich rozpoznali z portretu, czy coś o nich wiedzą? Czy umieją wyliczyć, kto zastępował kogo? Wiem, że to dwa różne kraje – z czego jeden po 1800 roku do dzisiaj miał niewiele okazji, aby powszechnie utrwalać własną historię – ale i tak trudno mi uwierzyć, że w UK tak to wygląda. A przynajmniej wyglądało 70 lat temu. I jednak lektura zawstydza czytelnika – mnie – który po skończeniu powieści ma pragnienie uzupełnić edukację.

Niemniej, wyżej bym postawił chociażby „Anioły i demony”. I liczę, że powstanie faktycznie adaptacja „Córki…”, która rozwinie ten tytuł do rozmiariów, na które zasługuje.

Nie czytam, o czym jest komiks, zanim go kupię. Ogólnie przestałem zaznajamiać się z opisami filmów czy książek – warto to warto, a tutaj jeszcze autor jest mi znany i ceniony. Spodziewałem się więc origin story o Rorschachu z „Watchman”, a tymczasem dostałem komiks rozgrywający się współcześnie o próbie zamachu na człowieka, który kandyduje na stołek prezydenta Stanów Zjednoczonych. Historia rozgrywa się w świecie z komiksu Alana Moore’a (nie z filmu), ale jest opowiedziana w taki sposób, że niekoniecznie musi być kanoniczna. Ów zamachowiec – powstrzymany i zastrzelony w twarz – nosił maskę Rorschacha, taką zwykłą, produkowaną w Chinach i kupioną w sklepie za dolara. Teraz zaczyna się wewnętrzne śledztwo: kim byli zamachowcy, jak to zrobili, dlaczego chcieli to zrobić… I czy kontrkandydat ma z tym coś wspólnego. Jest więc to bardziej thriller dziennikarsko-polityczny i kryminał osadzony w tym uniwersum, a nie kontynuacja arcydzieła Moore’a – chociaż i na tym polu Tom King próbuje coś zdziałać, zadając pytanie: czemu superbohaterowie zniknęli po 1986 roku? Co chcieli w ten sposób powiedzieć?

Intryga jest fenomenalna – nie da się oderwać od komiksu, pierwotnie publikowanego w formie 12 zeszytów, teraz liczącego ponad 300 stron. Dwie pierwsze strony zachwycają wizualnym wykorzystaniem medium komiksowego, po czym fabuła przejmuje pałeczkę, wzbudzając ciekawość każdym detalem, a droga jest coraz to bardziej i bardziej pobudzająca wyobraźnię: jak wiele jest tutaj elementów, ile się dzieje i co musiało się stać, aby do zamachu doszło. Wszystko to interpretowane przez naprawdę inteligentnego śledczego, który nie wierzy w nic i jest przekonany, że każdy go okłamuje… Co często oznacza prawdę. A gdy ktoś sprawia wrażenie fanatyka, to jest jednak szansa, że tylko manipuluje odbiorcą. Jak wielu tutaj ma potrzebę manipulowania…

Całość jest spełnieniem obietnicy, jaką daje nazwisko autora – bo gdy wszystkie zaskoczenia i zwroty akcji wybrzmią, gdy odpowiedzi padną, to czytelnik dalej będzie się czuć zagubiony i przytłoczony tym, co przeczytał. Poznaje prawdę i teraz postawione mu jest wyzwanie: co z tą prawdą uczyni? Nie jest to kontynuacja, ale z całą pewnością godny następca złożoności „Strażników”.

PS. Że Frank Miller jest jedną z postaci (ten Miller) to wyłapałem, chociaż nie rozumiem. Ale że Steve Ditko jest tutaj jako starszy autor komiksów, to nie. I też nie wiem, co z tym zrobić. Takich detali, które wynajduję po lekturze, że trochę.

Trzy historie, które świetnie chwytają czytelnika – aż chce się poznawać dalej, co autor ma do zaoferowania. Sam Gus wystarczy – świat czy inne elementy ledwo są wspomniane, jednak protagonista już teraz prezentuje się fantastycznie. To prawdziwy antybohater, który nie zważa na cokolwiek i jest autentyczny we wszystkim. Nie ma dla niego różnicy, czy zabija dobrych albo złych, jakie efekt wywiera na świat i ludzi wokół siebie. Liczy się jego misja i koniec.

Dodali tylko tego chochlika czy tam elfa, który cały czas komentuje: „Oszalałeś? Tak nie wolno!”. Wątpię, aby to była część wizji autora.

Z zalet… Cóż: to pierwszy raz, kiedy tytułowi Strażnicy faktycznie są powołani, żeby strzec całą galaktykę. W grze są awanturnikami robiącymi jakieś poboczne misje typu: znajdź to i tamto, w filmach Marvela są kretynami sprzątającymi bałagan, który sami wywołali. W komiksie jest faktyczne zagrożenie dla całego kosmosu i trzeba było powołać taką grupę, nie było czasu na zastanowienie się, świat jest ważniejszy.

Koniec zalet, początek wad. Cały tom składa się chyba z trzech historii, gdzie żadna nie jest rowiązana w satysfakcjonujący sposób. Bardziej urwana i teraz robimy coś nowego. Styl całości to jeszcze poprzedni wiek: wszyscy przyjmują pozy, panele zawalone są ruchem i nic na nich nie widać, do tego każdy gada przy użyciu pięciu dymków często nieczytelnie rozłożonych, cały czas ktoś wpada na jakiegoś znajomego, którego kiedyś zabił ale ten jednak żyje… Nic się z tego nie da wyczytać. Historia nie jest opowiedziana w zajmujący sposób, nie znasz bohaterów. Po paru stronach żałowałem, że kupiłem i czytałem do końca wyłącznie z obowiązku. Fabuła ugina się od absurdalnych momentów, jak np. Drax zabijający wszystkich – łącznie ze sobą – na półtorej minuty. Najwyraźniej tak się da.

Ładnie to narysowane, ale to najniższa półka tego, co myślę, gdy wyobrażam sobie typowy komiks ze sklepu wychodzący co tydzień.

Piękno języka polskiego oraz wehikuł czasu do odległej planety, gdzie trwa świat nam zupełnie obcy, nieznany i egzotyczny: do Warszawy lat 50. XX wieku. I piszę to całkowicie poważnie. Tyrmand okazał tak niezwykłą umiejętność do opisywania jemu współczesnej teraźniejszości, że ta lektura nie ma prawa się zestarzeć i z każdą kolejną dekadą robi się coraz to atrakcyjniejsza, bo ze szczegółami opisuje świat coraz bardziej i bardziej nam odległy. Całość ma intrygę – kryminalną nawet! I to dwie! – oraz licznych bohaterów, bogatych i przejmujących, ale jednak małe to miało dla mnie znaczenie. Do tego stopnia, że ostatnie 100 stron, kiedy autor w końcu wziął się za dokończenie intrygi, były mi najbardziej obojętne. Wtedy niby te wszystkie liczne wątki łączą się w całość, poszczególne kawałki układanki wpadają na swoje miejsce, wtedy dostajemy wszystkie odpowiedzi podane tak nijako (długie monologi ciągnące się i ciągnące), że zacząłem dochodzić do wniosku, iż nie jest to książka warta kończenia. A raczej taka, której nie kończy się czytać – bo z całą pewnością będę ją miał pewnego dnia na półce, będę ją otwierać w losowych momentach i czytać, co akurat trafię. I będę miał z tego dziką przyjemność: ten świat, ten język, ten stopień dostrzegania i obserwacji świata wokół!
 
Gdy będę wspominał tę książkę, to wspomnę przede wszystkim spacery we dwoje ulicami Warszawy. Długą kolejkę do kina i przekrój przeróżnych grup społecznych, różnych zachowań oraz systemów działających pod powierzchnią. Zawsze czuć, że autor faktycznie zna te wszystkie światy: od dziennikarzy po podziemie, wszystko tutaj jest mięsiste, wiarygodne, żywe. Ilekroć jednak – może poza pierwszymi kilkoma setkami stron, wtedy miałem jeszcze jakieś oczekiwania – wchodził wątek tytułowego Złego, kim jest i dlaczego robi co robi? Albo co knują przestępcy, na czym polega ich plan? Kim jest mały człowiek w meloniku? Tak, to było obiecujące, naprawdę. Spodziewałem się po tym czegoś, tylko to stało w miejscu zbyt długo, bym nie mógł nabrać oczekiwań, iż sam autor nie wie jeszcze, co z tym zrobić. Nie zaskoczyło mnie, że wrócił do tego tak późno, tak niechętnie, tak z konieczności dokończył byle dokończyć. To po prostu nie ma znaczenia w tym utworze, on jest arcydziełem bez tego.

Wiedziałem, że to nie będzie horror do końca, ale spodziewałem się chociaż jakichś elementów nadnaturalnych w lekkim tonie. A tymczasem otrzymujemy tutaj anegdoty z życia rodzinnego matki mającej męża, czwórkę dzieci i jakieś zwierzątka. Zaczyna się od tego, że ich eksmitują, więc muszą się przeprowadzić i znajdują w ten sposób stary, duży dom, w którym nikt od dawna nie mieszka… No i tyle, a co się spodziewaliście? Ton jest nakreślony od początku bardzo dobrze: miałem pewność, że otrzymam ciepłą, ludzką książkę o prostych przyjemnościach. Dopiero później dowiedziałem się, że to wszystko ma elementy autobiograficzne i początkowo było publikowane w damskich (żeby nie napisać: babskich) czasopismach. I taka forma pewnie byłaby lepsza od książki, nawet tak krótkiej. Żeby kilka stron przeczytać raz w tygodniu? Świetna rzecz i przyjemna, pewnie nawet bym jej wyczekiwał i od niej zaczynał lekturę nowego numeru. Jako książka? Zabrakło mi głębi w opisywaniu życia i ludzi. To naprawdę coś, co bym mógł czytać jako dziecko, ale jako dorosły chcę więcej niż tylko kury domowej, dla której czas leci tak szybko, że po Dniu Niepodległości zaraz przychodzi Boże Narodzenie. I na odwrót.

Przyjemna i łatwa w poleceniu książka, ale bardziej do wracania do niej niż przeczytania od deski do deski.

O chłopie porwanym z Ziemi na obcą planetę. Statkiem kosmicznym. Tam wyswobadza się i próbuje być wolny, jednocześnie poznając nowy świat i ucząc się o nim. To jest literatura dwóch cech: pierwszą, że pisze naukowiec, dający swojemu bohaterowi naukowe podejście, więc i ten z fascynacją uczy się nowego świata, opisuje go bardzo naukowo i temu poświęca większość treści książki. Trochę jak „Władca pierścieni”, tylko jak idą, to opisują drzewa.

Druga cecha: motyw odkrycia nowego świata jest tutaj wykorzystany po prostu do mówienia źle o ludzkości. Wiecie, te wszystkie pobieżne banały o autodestrukcji i tak dalej. Czemu ze sobą walczycie, czemu są wojny? Nie jest to najmądrzejsze, ale jednak muszę docenić: autor pisząc te wszystkie pouczenia nie ma na myśli nakazywania czegokolwiek. Raczej proponuje nowe podejście do pewnych rzeczy – wszystko to mocno osadzone w religijności, oddaniu się czemuś wyższemu itd. Jako książka – da się przebrnąć, ale szybko miałem pewność, że nic z tego nie będzie. Ciągu dalszego, którego ta część nie wymaga, nie mam ochoty czytać.

Hard sci-fi od człowieka, który nie ma mózgu naukowca

Od samego początku miałem problemy z wczuciem się w tę książkę, uwierzeniem w nią i jej bohaterów. Miałem jednak świadomość, że to nie są duże rzeczy, więc zapamiętałem tylko jeden przykład: tytułowa gra w trzy ciała. Jest to gra VR, gdzie zakłada się kostium, dzięki któremu odczuwasz też ból. I nie ma tam za bardzo elementów czyniących z tego doświadczenia grę. Bo się w nią nie gra. W niej się jest i ona się przewija. Ktoś, kto to wymyślił, nie ma pojęcia o grach. Żaden czytelnik nawet 10 sekund nie wytrzyma w przekonaniu, że są ludzie, którzy by chcieli w to grać. I z czasem cała rzecz ma jeszcze mniej sensu, gdy dowiecie się, jaki jest szerszy cel owej rozgrywki. No chyba, że to nie jest wasza pierwsza książka z tego gatunku i chociaż słyszeliście o „Grze Endera”, wtedy się domyślicie dużo. Ogólnie całość sprawia wrażenie, jakby nie była świadoma, ile czytelnik już może mieć własnego doświadczenia.

Zapewne jest to wina tłumaczenia, ale nigdy podczas lektury nie czułem, że czytam coś z Chin, z innej kultury myślenia. „Shogun” mi to dostarczył, bohaterów myślących zupełnie inaczej, inaczej konstruujących zdania, mających inne wartości. Tutaj czytałem standardowe czytadło, które nie wyróżniało się językiem w żadnym stopniu – jedynie pasma „hard sci-fi” i tłumaczenie działania czegoś wskazywały, że autor coś wie od siebie, umie opowiadać jak coś działa, ale do tego jeszcze wrócę. Narracyjnie jedyną wskazówką, że to dzieło z takiego kraju, jak Chiny, jest fakt wyobrażenia sobie obcej cywilizacji, w której naturalnym jest mordowanie ludzi zbyt starych, aby mogli zapierdalać dla dobra ogółu.

Największy mój problem to jednak brak humanitaryzmu oraz głębokie przeświadczenie autora, że jego celem oraz realnym osiągnięciem może być apel o poprawę ludzkości. Widzicie, jest tutaj skrajna nienawiść do ludzkości – i nie jest ona jakoś zgłębiona. Ot, po prostu: ludzie toczą wojny, nienawidzą się, gdzieś tam panuje głód i nędza… To jest dosłownie cytat z książki, to nie jest częścią narracji. Bohaterowie nie doświadczają tego, nie analizują, nie uczą się tego – ot, po prostu to czują i od początku wychodzą z założenia, że ludzkość jest stracona, więc trzeba pomocy od kosmitów, żeby oni tutaj przyszli, zabili wszystkich i będzie na pewno lepiej. Bo zakładają, że chociaż nic o kosmitach nie wiedzą, to przecież wiedzą wszystko o ludziach i gorzej nie będzie, nie? xD Nie ma innych słów: to jest po prostu debilne. I autor nie jest tego świadomy, ponieważ nie ma umysłu naukowca. Widzi problem wojny i innych, ale gdy stoi przed wyborem: douczyć się, znaleźć przyczynę, zrozumieć całe zjawisko albo po prostu zadowolić się sloganem jako wytłumaczeniem, on rezygnuje z umysłu naukowca a wybiera umysł lenia. On czuje się komfortowo z tym, że ma proste wytłumaczenie: to wina rodzaju ludzkiego, on nie jest zdolny do niczego innego.

Poza tym cała fabuła tej pierwszej części mogłaby w obecnej formie zawrzeć się w 10 stronach prologu następnej części, a jednak rozdmuchano to do ponad 400 stron. W jaki sposób? Cóż… Skacząc z jednego wątku do drugiego, potem następuje rozmowa w stylu: „Dobra, teraz odpowiem na twoje pytania” (aka: leniwa ekspozycja), potem następuje monolog bez żadnego wstępu (aka: leniwa ekspozycja), potem jest tłumaczenie jak coś działa, protony i inne kosmosy, potem od początku. Strasznie to amatorskie.

Najwięcej dla mnie znaczyły te pojedyncze słowa o tym, że bohaterowie robią coś, czego nie dożyją, bo skutek nastąpi za wiele, wiele lat. I jedna z postaci może marzyć o zmianie, nikt jej tego nie zabierze. To mnie poruszało.

PS. Okładka to dramat. Gadanie o tym, że prezydent USA lubi tę książkę, sadząc przy tym solidne spoilery – co dla każdego myślącego nie ma nic wspólnego z samą książką, po prostu to jest książka z innego kraju i dyplomatycznie jesteśmy mili. Od kiedy którykolwiek prezydent jest czymkolwiek w temacie jakiejkolwiek literatury? Wymienianie nagród i innych zaszczytów, że to pierwszy tekst będący przekładem, który dostał to i tamto wyróżnienie… Jasny sygnał, że książka nie ma żadnej wartości, bo marketingowcy nie mają o czym pisać.

PS2. Aha, jeszcze ta wiadomość do obcej cywilizacji, na zasadzie: „Elo mordo, co tam”. Przecież widzowie „Arrival” to wyśmieją (bo nie wiemy, czy oni nawet rozumieją ideę zadawania pytań albo komunikacji na zasadzie pytanie – odpowiedź), a ja jeszcze czytałem „Głos Pana”, więc pozostaje mi się tylko z tego śmiać. Najbardziej amatorskie „hard sci-fi” jakie w życiu widziałem.

Niniejszy komiks to tak naprawdę połączenie dwóch wydań: „Śmierć Supermana” oraz następujący potem „Pogrzeb”. Żadne nie jest też samodzielną historią, tylko wycinkami poszczególnych numerów z innych serii. I o ile sama śmierć jest logicznym ciągiem wydarzeń, tak część pogrzebowa często chwyta się wielu aspektów życie po śmierci i wydaje się trwać i trwać, jakby nie mieli pomysłu, do czego przejść dalej.

Wracając do początku: tak, w tej historii Superman umiera. Pojawia się znikąd potwór, który po kolei daje sobie radę z innymi superbohaterami, w końcu angażuje się Liga i po chwili na polu walki zostaje tylko Superman, jako ostatnia nadzieja ludzkości. Tytuł zdradza finał, ale jest robiony tak, że twórcy mają pełną świadomość tego, co robią i dokąd idzie ciąg wydarzeń, co on oznacza i sami mają do tego stosunek emocjonalny. Historia opowiedziana jest poprzez akcję i w międzyczasie przedstawiamy resztę postaci i tematów. Tutaj jest np. Lex Luthor II, który tak naprawdę jest swoim ojcem, który udał śmierć i nikt o tym nie wie – i jego narzeczona Supergirl, która umie przyjmować każdy kształt i nie ma pojęcia o złej stronie Luthora. Szalone, komiksowe rzeczy.

Historia śmierci ma swój gigantyczny wpływ na czytelnika, a ciąg dalszy przez większość czasu potrafi go podtrzymać. Jak wiele osób ma swoją własną historię w związku z tym, ile rzeczy się wtedy dzieje. Czuć, jak wielkim wydarzeniem w świecie komiksu była śmierć tego człowieka. Znawcy tematu i uniwersum tylko mogą odnieść wrażenie, że powinno mieć nawet większe, ale cóż – część pogrzebowa trwa dłużej od śmierci i wyraźnie brakuje jej momentum, tempa, celowości. Trwa akurat tyle, żebym nadal chciał czytać ciąg dalszy, ale jednak pamiętam jeszcze, że wrażenia moje były o wiele większe podczas czytania środkowej części tego tomu liczącego 550 stron, niż gdy go kończyłem. Na pewno nie żałuję, że wydałem tyle pieniędzy, więc to też jest ważne.

Pierwsza część z serii „Księga Nowego Słońca”, która wpasowuje się nurt takich pozycji jak Wiedźmin czy Berserk – silny fizycznie, małomówny bohater z bronią białą przemierza świat. Gatunek fantasy/high fantasy. Tutaj jest to Severian, człowiek szkolony całe życie na kata, który lituje się nad swoją ofiarą (kobietą) i tym samym zostaje wyrzucony i pozostawiony samemu sobie. Potem ma różne przygody, ryzykuje życiem, pomaga innym i historia nagle się urywa. Ponoć celowo, podczas sceny akcji, kiedy bohaterowie osiągają ważny punkt w swojej podróży.

Pierwsze wrażenie było takie, że miałem sobie dać spokój, ale coś kliknęło w okolicy 60 strony – dialog był na tyle interesujący, że chciałem wiedzieć, co będzie dalej… I czytałem już do końca. Z większym lub mniejszym zaangażowaniem. Dobrze się czytało i jakbym kolejną część dostał w prezencie, to też bym przeczytał, ale nie wiem, czy wezmę ją do ręki z własnej woli. Jednocześnie czuję, że te najlepsze elementy, które ma świat i fabuła do zaoferowania, dopiero będą mieć miejsce. Bohater jest interesujący i sporo samic się na niego rzuca, wyznając mu nawet miłość, jest też krew i walka, więc jakaś adaptacja z tego mogłaby wyjść sensowna. Albo taka na miarę Xeny: wojowniczej książniczki. Tak czy siak: jest potencjał.

Albo Kantyczka, nie Kantyk. Na moim wydaniu jest Kantyk na okładce. Pozycja i tak nie wyjaśnia, czym to-to jest. Za Internetem: Kantyk – śpiew liturgiczny w kościołach chrześcijańskich; pieśń zbliżona do psalmu, charakteryzująca się podniosłym tekstem zaczerpniętym z Biblii, lub o tematyce biblijnej. Pozycja składa się z trzech części, każda pierwotnie była wydana osobno. Sam autor wydał tylko tę powieść, by wiele lat później zacząć pisać kontynuację i popełnił samobójstwo przed jej ukończeniem, bo był przekonany, że nie pisze godnej kontynuacji. Kontynuację ukończył ktoś inny i ponoć odbiorcy potwierdzają: fajne, ale to nie jest ten poziom.
 
Wracając: Kantyk zaczyna się po tym, jak Wojna rozjebała ludzkość. Ocaleni zwrócili się przeciw nauce i reagują agresją na wszystkie naukowe rzeczy, które mogłyby nakierować znowu ludzkość na możliwość wojny atomowej, nuklearnej, jakiejkolwiek. Jedynie Zakon Leibowitza pielęgnuje i przechowuje wiedzę oraz pozostałości po dawnej cywilizacji – często nie rozumiejąc, co mają w ręku, ale ich zadaniem nie jest kwestionować lub używać tej wiedzy, tych książek, jedynie je zachować, aż ludzkość znowu będzie gotowa.
 
Gdzieś w połowie pierwszej części miałem nadzieję właśnie, że każda kolejna będzie czymś więcej niż „ciągiem dalszym”. Z innej perspektywy albo w innym okresie czasowym. I to właśnie dostajemy. Świat przedstawiony został zbudowany w sposób, który bardziej wzbudza ciekawość oraz zainteresowanie niż „jak do tego doszło” i „co jest czym, jak to działa”. Wszystko jest tutaj dosyć skąpo zarysowane, ale to ma sens – bo trzymamy się pojedynczej perspektywy, która widzi i rozumie tylko tyle, ile ma przed sobą. Czytelnik jako jedyny pozna więcej niż jedną i z ich krzyżowania buduje się zarys tego, co się działo i jak wyglądał ten świat na przestrzeni wieków. Historie wymagają cierpliwości – szczególnie pierwsza, która jest poświęcona nudnemu życiu zakonnika – a język autora nie jest zbyt kwiecisty i interesujący sam w sobie. Tutaj chodzi o jego wizję, jaką roztacza przed czytelnikiem: świat odbudowany na nowo, przyszłość jedna i druga i każda kolejna (zawsze jest coś dalej, coś jeszcze) i przede wszystkim: rola religii i boga wśród ludzi podróżujących ku gwiazdom. Rola religii i boga wśród ludzi, którzy nie potrzebują jednego i drugiego, bo mają naukę. Prawdopodobnie autor jest bardzo religijny i ostatecznie to wybrzmiewa w utworze, zajmuje stronę w wielu kwestiach, ale nie psuje to odbioru fabuły. Podobnie jak jego silny pesymizm i przekonanie, że historia się powtarza.
 
Jest tutaj coś z Pozostawionych. Szczególnie z serialu.

Zapis postępów w anestezjologii oraz chirurgii na przestrzeni czasu w postaci fabularyzowanej – autor niby odczytuje notatki swojego dziadka, lekarza i podróżnika, ubierając je w formę fabularną, dając figurom historycznym przemyślenia, emocje, ludzkość. Podczas prezentacji przełomowego odkrycia naukowiec popełnia błąd, zostaje wyśmiany, protagonista śmieje się razem z tłumem – kiedy są u progu zmienia świata. Nie zadają pytań, nie próbują pomóc, nie zakładają, że wkradł się błąd – skreślają całą ideę jako niedorzeczną. Niby miało to miejsce blisko dwa stulecia temu, ale wydaje się podejrzanie współczesne. Tak samo jak komentarz o blokowaniu znieczulenia podczas porodu z powodu religijnych. Jezus powiedział, że baba ma rodzić w bólu to będzie cierpieć i już, nie żaden chloroform.

W każdym razie – lektura daje perspektywę. Przez tysiąclecia leczenie było niczym hazard: jeśli nie umrzesz od choroby, od umrzesz od operacji. A nawet jeśli operacja się powiedzie, to umrzesz od zakażenia. I postęp polegał jedynie na coraz szybszym wykonaniu operacji, ku temu też zmierzały odkrycia w postaci narzędzi do operacji. Thorwald opisuje fabularyzowany okres odkrycia znieczulenia – oraz proces ku niemu. Lektura pełna jest bolesnych opisów cierpienia oraz dokładnych działań medycznych w trakcie leczenia/operacji. Nacinanie moszny, aby wprowadzić tubę do pęcherza, jako leczenie kamieni na pęcherzu, tego typu rzeczy.

Nadal to nie pomoże tak naprawdę w strachu przed operacją współcześnie – jest nieskończenie lepiej niż kiedyś, ale nadal będziecie mieć takie same odczucia wobec wizyty u dentysty. To długa lektura, nawet jeśli dosyć wygodnie podzielona na rozdziały i napisana dosyć żywo, to jednak czyta się trochę w kółko o tym samym. Zapada w pamięć i jest ważną lekturą, ale taką, którą lepiej czytać bez pośpiechu.

Możliwe też, że czytałem jakąś krótszą wersję – miało być 600 stron, było poniżej 300. Drobnym drukiem i na dosyć dużych stronach, ale jednak. Ostatni rozdział zaczyna się od słów, że to jest ostatni rozdział, ale brakuje jakiejś konkluzji. Autor pisze o ostatniej rzeczy, jaką chciał napisać – i kończy.

Przeczytałem ale i nie przeczytałem, ponieważ to jest tylko część większej całości. Może nawet w większym znaczeniu tego słowa. Pan McCarthy napisał dwie książki i wydał je jedna po drugiej – pierwszy był „Pasażer”, druga „Stella Maris”, opowiedziana z perspektywy siostry protagonisty „Pasażera”, która zmarła dekadę przed „Pasażerem”. To uczucie zagubienia oraz braku kompletności jest więc celowa i wskazana, o to tutaj też chodzi: o życiu prowadzonym później, o zmaganiu z przeszłością. Również tą nierozwiązaną. Nawet jeśli na pierwszym planie jest tutaj kafkowskie zagubienie z „Procesu” i stawienie czoła ludziom, którzy nie do końca dają wyraz temu, co chcą od bohatera.

Przeczytałem ale i nie przeczytałem, ponieważ nie mam dla was odpowiedzi, które chciałbym mieć. Na przykład czemu to wszystko jest tutaj tak dziwnie napisane, czemu gramatyka jest celowo niepoprawna, czemu dialogi mieszają się z narracją, czemu to jest aż tak wulgarne i prostackie miejscami, czemu tak ciężko ogarnąć tę opowieść… Napiszę tylko, że oddałem się temu zagubieniu. I czytało się dobrze, to zabawna i wciągająca książka napisana w przepiękny sposób. I będę czytać „Stella Maris” w przyszłości. I wtedy może dopiero ogarnę życie Bobby’ego Westerna.

Polskie wydanie jest pomidorek.

Plany na 2026 rok

1. 49 idzie pod młotek – Thomas Pynchon, 1966
2. Żar – Sándor Márai, 1942
3. Serce to samotny myśliwy – Carson McCullers, 1940
4. Hotel New Hampshire – John Irving, 1981
5. Obcy – Albert Camus, 1942
6. Karzeł – Pär Lagerkvist, 1944
7. Dzikowy skarb – Karol Bunsch, 1945
8. Czarny potok – Leopold Buczkowski, 1946
9. Nadzy i martwi – Norman Mailer, 1948
10. Rzeźnia numer pięć – Vonnegut, 1969
11. Matka noc – Vonnegut, 1961
12. Syreny z Tytana – Vonnegut, 1959
13. Modlitwa za Owena – John Irving, 1989
14. Hermann Hesse – Wilk stepowy, 1927
15. Opowieść wigilijna – Charles Dickens, 1843
16. Rebeka – Daphne du Maurier, 1938
17. W stronę Swanna – Marcel Proust, 1913
18. W cieniu zakwitających dziewcząt – Marcel Proust, 1918
19. Dziennik 1954 – Leopold Tyrmand, 1954, 1980, 1999, 2025
20. Chwile – Andrew O’Hagan, 2020

Czyli z grubsza: prezenty pod choinkę 2025, lata 40 i zaległe roczniki (z których jeszcze nic nie przeczytałem), prezenty pod choinkę… Tak, dostałem „W poszukiwaniu straconego czasu”. Do tego Vonnegut jako autor roku i zaległe książki Irvinga, który był moim autorem roku dwa lata wstecz.

Plany na 2027 rok

1. Nienasycenie – Stanisław Ignacy Witkiewicz, 1930
2. Przylądek Dobrej Nadziei – Zygmunt Nowakowski, 1931
3. Dola człowiecza – André Malraux, 1933
4. Sklepy cynamonowe – Bruno Schulz, 1934
5. Granica – Zofia Nałkowska, 1935
6. Przeminęło z wiatrem – Mitchell Margaret, 1936
7. Myszy i ludzie – John Steinbeck, 1937
8. Upiór z Canterville – Oscar Wilde, 1887
9. Szczęśliwy książę i inne opowiadania – Oscar Wilde, 1888
10.Ballada o więzieniu w Reading – Oscar Wilde, 1898
11.Bajki – Oscar Wilde, 1888
12.Złota wolność – Zofia Kossak-Szczucka, 1928