Lepsze życie („Better Things”, 2016-22)

Lepsze życie („Better Things”, 2016-22)

09/01/2026 Opinie o serialach 0
better things lepsze życie

Chyba w żadnej innej produkcji równie często nie padają słowa: „Kocham Cię, mamo”.

Ocena 5 z 5

Najpierw był Jerry Seinfeld, który stworzył legendę telewizji i serial będący o „niczym”. W rzeczywistości był jednak o życiu komika i o tym, jak zdobywa swoje inspiracje. Wiele lat później dopiero powstał prawdziwy serial o „niczym”. Stworzył go Louis C.K., nadal tworząc coś, co miało wysoki poziom i zostało docenione przez publikę. Pamela Adlon z kolei jest aktorką, do tej pory znaną mi przede wszystkim z drugiego planu w Californcation. W 2016 roku razem z Louisem C.K. stworzyła właśnie Lepsze życie: serial o niczym. Bo bycie samotną matką trzech dziewczynek oraz aktorką pracującą przy wszystkim – od reklamy poprzez dubbing, nawet w szkole uczy – jest niczym. Taka przewrotność życiowa. Sam Louis C.K. po drugim sezonie i firmy z nim powiązane zostały odsunięte od produkcji – po tym, jak potwierdził oskarżenia na swój temat. Serial nie zmienił się – Pamela Adlon grała główną rolę, była producentem wykonawczym, napisała 31 z 52 odcinków, reżyserując 44 z nich.

Zagrała postać imieniem Sam, która w trakcie trwania serialu przekroczy 50 lat. Rozwiodła się z mężem dawno temu i nie chce do tego wracać, nawet wyjaśniać szczegółów. Naprzeciwko mieszka jej matka Phil. Jej córki to Max (Mikey Madison), Frankie i Duke. W trakcie poznamy też chociażby jej brata Mariona (Kevin Pollak) i jego małżeństwo. I tak, jest to trochę serial o „niczym” – opis jednego z odcinka brzmi: „Sam robi barszcz”, bo aż tak trudno to opisać w prosty sposób. Jednocześnie jednak to jest serial o wychowywaniu trzech dzieci, każde będące w innym wieku, jedno idzie na studia gdy drugie wkracza w okres buntu, o pierwszych kontaktach seksualnych swoich dzieci, o ich nowych partnerach i planach życiowych, o relacji z fanami, o szukaniu kogoś nowego, o zalotach niewłaściwych mężczyzn, o kontaktach z innymi rozwodnikami, o gotowaniu, o ogarnianiu domu, o byciu Żydem, o tradycjach Żydowskich, o byciu Żydem w społeczności latynoskiej, o relacjach z bratem, z jego żoną, o relacjach z matką, o rozwiązywaniu sporów między tamtą żoną i matką, o pomaganiu własnym dzieciom w realizacji marzeń i spełnieniu się… I tak naprawdę nie jestem jeszcze u progu wymieniania tego wszystkiego. Dość powiedzieć, że większość postaci ma imiona neutralne płciowo i to „samo jakoś tak wyszło”.

Jednak tak naprawdę serial nie jest o żadnej z tych rzeczy bezpośrednio, za to przez pryzmat codziennego życia i próby z dnia na dzień odnalezienia się w tym chaosie, nie stawiając na pierwszym planie niczego innego niż własny skrawek tej planety: własny dom, własna rodzina. Jeśli nawet pojawi się ekologia albo temat społeczny, to będzie on istotny dla którejś postaci i w ten sposób będzie istotny dla samej Sam: bo to będzie ważne dla jej dzieci i ona będzie ich w tym wspierać. Nie będzie mieć wszystkich odpowiedzi, nie będzie wzorem do naśladowania, ale będzie się starać w robieniu tego, co według niej wydaje się właściwe. Ten serial daje tę perspektywę widzowi: zamiast angażować się w kłótnię w Internecie, lepiej pojechać na weekend do brata albo wujka. I posłuchać, co tam u nich.

To jest względnie bogaty serial. Bohaterowie mają dom i często wyjeżdżają gdzieś na odpoczynek – nawet nie wakacje. Wydają dużo, jedzą dużo – ale tak, ich praca też jest pokazana. Tak, praca artysty i życie artysty. Można też spojrzeć na bohaterów w upraszczający sposób – każdy mężczyzna odwala coś żenującego, każda kobieta nienawidzi innych kobiet, każde dziecko cały czas jęczy i narzeka, nienawidzi swojego rodzica i godzinę później jednak dzwoni z prośbą o pomoc – ale to mała część tej opowieści, gdzie każdy ewoluuje i nikt nie jest tylko jednym epizodem ze swojego życia. Każdy też poszukuje. Czy Sam nazwie swoją córkę pizdą? Tak, wielokrotnie. Czy Sam wielokrotnie usłyszy wyznanie miłości od swoich dzieci? Również. Chyba w żadnej innej produkcji równie często nie padają słowa: „Kocham Cię, mamo”.

Ta opina nie jest koherentna, ponieważ tego serialu nie można tak po prostu opisać. Nie mogę wam odebrać poznania tego poczucia humoru i niespodzianek i piękna, jakie ma do zaoferowania ten tytuł, to jest możliwe wyłącznie osobiście. Trzeba go samemu włączyć i przekonać się, jak pięknie on opowiada o życiu w tak wielu jej barwach. I jest taki prawdziwy. To krzątanie się Sam po kuchni przy gotowaniu, ta jej niepewność przy wkładaniu kolejnych składników – ten serial zyska was właśnie takimi momentami. Serial manifestujący, że warto żyć. I warto życie przeżyć.

Serial, na który trafiłem wyłącznie dlatego, że oglądam wszystko z 2022 roku – Better Things ostatni sezon miało w tym roku. I dzięki temu zobaczyłem kolejną, piękną sekwencję kina (5×9, odcinek „England” – jak tylko Duke będzie patrzeć na tęczę, to będziecie wiedzieć, że coś wspaniałego się zbliża). Rozumiem, że bohaterowie mogą irytować, ale serio? Jeszcze kinomani nie wyrośli z takich stanowisk? To w ogóle nie jest argument za tym, aby taki serial był ignorowany, żebym w ogóle o nim nie słyszał, gdy był nadawany. Oglądanie wszystkiego jest jedynym sposobem, aby trafiać na takie klejnoty. Krytycy, marketing, wszystko inne – to po prostu zawodzi. Nie potraficie dotrzeć do odbiorcy, ponieśliście porażkę. Jest różnica między odkrywaniem perełek debiutującego twórcy z Azerbejdżanu, a odkryciem serialu współtworzonego przez gwiazdy, mającego naprawdę wysokie oceny na FW (w sensie gwiazdki, bez komentarza), dostępnego w Polsce na VOD – ale dowiaduję się o tym dopiero po fakcie.