Buster Keaton
Wszystkiego o komedii miał się nauczyć od pewnego Grubasa. Był gwiazdą kina niemego, który cieszył się na perspektywę wprowadzenia dźwięku. Zagrał go Donald O'Connor. Miał na imię Józek i nikt nie ma pewności, czemu nazywamy go Buster. Oto Buster Keaton i przegląd jego twórczości.
„A comedian does funny things. A good comedian does things funny.” – Buster Keaton
Pisanie o tym reżyserze nie jest łatwe, ponieważ Peter Bogdanovich zrobił o nim dokument, który w zasadzie wyczerpał temat. Pan Keaton poznany z każdej strony, aż po reklamy, jakie robił przy końcówce życia. Jeśli chcecie pochwał – Internet jest już pełny esejów udowadniających klasę, fach i kreatywność tego człowieka. Jego spuścizna? To samo – mnóstwo jest materiałów ukazujących wpływ tego człowieka to, co mogliśmy oglądać w kinie po nim. Należał do pokolenia, które wyniosło wygłupy ponad głupotę i wywrotki, one stały się sztuką filmową. Mnóstwo ludzi upadało na dupę albo przez pomyłkę uderzyło nie tego chłopa, którego chcieli – i tylko pojedyncze nazwiska przetrwały próbę czasu. Buster Keaton należał do nich – a ja po prostu nie mam tu nic więcej pozytywnego do dodania. Każda pochwała została już powiedziana, każdy fakt stwierdzony. Ja niestety od siebie mogę powtórzyć tylko kilka słów uzasadnienia, czemu nie jestem jego największym fanem. Pomimo że zgadzam się z pochwałami i widzę wielkość tego artysty.
„I asked (Keaton) how he did all those falls, and he said, 'I’ll show you.’ He opened his jacket and he was all bruised. So that’s how he did it—it hurt—but you had to care enough not to care.” – Garry Moore
Trzy elementy o tym decydują: powolne wprowadzenie, brak tworzenia postaci oraz wolne tempo tak ogólnie. I tylko to ostatnie uległo poprawie – widać po prostu różnicę między tym, jak stopniowo buduje scenę z wodospadem w 1923 roku, a jak gwałtowna jest cała sekwencja huraganu w 1928 roku. Do której nadal trzeba czekać dobre 50 minut. Początki nigdy nie były dobrą stroną twórczości Keatona – opowiadał najczęściej podstawowe, proste historie, ale robił to w skomplikowany sposób. Adoptował sztukę (Buster bokserem), opierał się o prawdziwe wydarzenia (Generał) albo parodiował konflikt Hatfield–McCoy (Our Hospitality). I chociaż technicznie rzecz biorac faktycznie stosował mało plansz tekstowych, to były one głównie upchnięte na początku, do prezentacji założeń fabularnych – co było zbyt często wolne, powolne, nudne, męczące. I bardzo łatwo mógł z tego zrezygnować – jak w „One Week”. Młode małżeństwo wprowadza się do nowego domu – to wszystko. I zaczyna się komedia.
„What I liked best about Buster was that he was easy to live with and fun to work with.” – Eleanor Keaton
Buster grał najczęściej prostego, uczciwego człowieka – niepozornego pod względem fizycznym. Niski, chudy, wydaje się herlawy. I taki był w scenach fabularnych: łatwo było nim pomiatać, nie był kłótliwy i pozwalał, aby inni aktorzy w scenie stawali się antagonistami w danej opowieści. A zaraz potem jak miały miejsce sceny akcji, to włączał się motorek w dupie oraz tryb nieśmiertelności, bo pan Keaton był niezwykle zdolny fizycznie. Na tym polegał cały urok jego produkcji, tego wymagały jego filmy, ale zawsze widziałem wtedy Keatona, a nie postać. Harold Lloyd dużo lepiej łączył fizyczność swoich wyczynów z chuderlawością swojej sylwetki, on faktycznie tworzył postać popchniętą do takich działań. Chaplin z kolei opowiadał lepsze historie. Keaton tworzył najlepsze gagi.
„Charlie’s tramp was a bum with a bum’s philosophy. Lovable as he was, he would steal if he got the chance. My little fellow was a working man and honest.” – Buster Keaton
Tak widzę to podium klaunów komedii lat 20. Nie znam jednak twórczości Keatona po 1928 roku, nielicząc niemal gościnnych występów u Chaplina, Wildera, Kramera czy w „Twilight Zone”. To pierwsze to wspólna scena w „Światłach rampy”, gdzie pewnie zobaczyłem pierwszy raz pana Bustera. Wtedy i jeszcze długo później nie wiedziałem, że to był on i co to pojednanie na ekranie z Chaplinem oznacza. Mówił, kiedy widziałem go pierwszy raz, ale miał wtedy kamienną twarz. Wiele, wiele lat później odkryłem jego uśmiech – wbrew powszechnej opinii uśmiechał się na ekranie, po prostu miał długi okres, kiedy tego nie robił. Jeszcze jak ojciec nim rzucał po scenie za dzieciaka to miał zauważyć, że widownia mniej się śmieje, kiedy on się śmieje, więc robił to mniej i mniej, aż w końcu zaczął robić to, z czego był najbardziej znany: nieporuszonej, często zdezorientowanej twarzy, którą sto lat później odnajdzie na nowo Dany Pudi w „Community”.
Jego ojciec miał problemy z alkoholem i przerwali występy na scenie, chociaż Buster ich zatrudniał do swoich produkcji. Nie miał szczęścia w miłości aż do trzeciego małżeństwa, oddał też swoją artystyczną niezależność, co było tylko początkiem jego kłopotów w branży. Tracił kontrolę nad tym, co robi, kłócił się i czuł pustkę, kiedy to nic nie dawało. Irving Thalberg wraca do mojego życia po tym, jak miesiąc temu czytałem o nim przy okazji poznawania Toda Browninga. Był jego przyjacielem i walczył o realizację jego twórczości, podobnie było z twórczością Keatona. Też poszedł w alkohol, z którego wyszedł. I tworzył dalej, w dużym, dużym skrócie. Przyjął dźwięk i telewizję, aż do samego końca, kiedy umarł we śnie. Po drodze doświadczył, jak jego najważniejsza twórczość jest odkrywana na nowo. I po prawdzie mam wrażenie, że tak jest nadal.
Obecnie Buster Keaton znajduje się w moim rankingu reżyserów na miejscu #238
Top
1. Jeden tydzień
2. Marynarz słodkich wód
3. Sąsiedzi
4. Człowiek z kamerą
5. Generał
6. Rozkosze gościnności
7. Dom Roughów
8. Strach na wróble
9. Młody Sherlock Holmes
10.Marynarz na dnie morza
11.Trzy wieki
12.Codzienne marzenia
13.Policjanci
14.Sygnał
15.Pech
16.W teatrze
17.Koza
18.Nawiedzony dom
19.Na Zachód!
20.Buster Bokserem
21.Sportowiec z miłości
22.Szczęśliwa siódemka
23.Łódź
Ważne daty
1895 – urodziny Josepha w Kansas, USA
1899 – pierwszy występ na scenie
1917 – aktorski i (współ)reżyserski debiut krótkometrażowy
1918- urodziny trzeciej żony, będzie aktorką (zagra m.in. żonę Buster Keatona kilka wrazy_ która umrze w 1998 roku; Joseph doznaje urazu słuchu podczas walk w ramach WW1.
1920 – aktorski debiut pełnometrażowy
1922 – urodziny pierwszego syna, umrze w 2007 roku
1923 – reżyserski debiut pełnometrażowy
1924 – urodziny drugiego syna, umrze w 2009 roku
1928 – ostatni wyreżyserowany pełny metraż
1938 – ostatni przyznany mu dorobek reżyserski, potem jeszcze kręcił kilka rzeczy
1940 – trzecie małżeństwo, będą razem do jego śmierci
1946 – śmierć ojca, ostatni raz wystąpił w 1935 roku; przyczyny śmierci nie są jasne, a grób oznaczono dopiero w 2018 roku (po zbiórce fanów)
1952 – James Mason remontuję chałupę, którą kupił od Keatona i odnajduje tam jego zaginiony film, który następnie odnawia
1955 – śmierć matki, ostatni raz wystąpiła w 1937 roku
1966 – ostatni występ w filmie i śmierć, LA (rak płuc)
Our Hospitality (1923)
Keaton jest chwalony za używanie małej ilości tabliczek z tekstem. Co ma chyba nawet potwierdzenie w statystykach: jego filmy miały średnią ilość najmniejszą w porównaniu do innych niemych komedii. Mało dialogów, opisów i innych tekstów, zamiast tego akcja i język wizualny. A ja nigdy nie odnosiłem wrażenia, że tak jest… I pewnie przyczyną są proporcje. Na cały film ilość tekstu pewnie jest mniejsza niż u konkurencji, ale początek i ekspozycja ciągnie się i ciągnie. Keaton nie bierze się za proste i łatwe umiejscowienie akcji, np. w tym filmie bierze się za uproszczoną wersję konfliktu Hatfield–McCoy, czyli bardziej brutalne Romeo i Julia z happy endem na końcu. Film dużo potrzebuje żeby ustanowić prosty fakt: oni chcą go zabić, a on nawet o tym nie wie. I zakocha się w córce tamtych, co ich połączy. Trzeba poczekać, aż film przejdzie do rzeczy – i zarówno historia, jak i liczne karty dialogowe to wydłużają. A twórcy nie znajdują wiele humoru po drodze.
Sama akcja i komedia też nie jest zbyt dynamiczna. Każdy element wprowadzany jest oddzielnie, napięcie jest budowane w słynnej sekwencji finałowej z wodospadem… Której esencję raczej i tak zna każdy współczesny widz przed seansem, co nie pomaga. Odnoszę wrażenie, jakby byli na tej krawędzi z 10 minut.
Reasumując: film, którego elementy z całą pewnością szanuję. To chyba mój komentarz do filmografii Keatona w pigułce.
Generał ("The General", 1926)
Komedia nie bardzo łączy się z historycznością, ale sama w sobie naprawdę znakomita. I imponująca.
Okres Wojny Secesyjnej. Zwykły chłopak dla swojej kobiety zaciąga się do wojska – wojsko jednak woli go zostawić tam, gdzie jest obecnie: w pracy przy kolei. Nie przyjmują go, samica mu nie wierzy, więc teraz on wykorzystuje okazję, aby zaciągnąć się do wojska: i goni swoim pociągiem za skradzioną lokomotywą, udowadniając tym samym swoje męstwo.
Akcja i komedia ponownie imponują – to wszystko są prawdziwe pociągi, na torach i wiele osób porusza się na nich, jakby to były pojazdy w świecie „Mad Maxa”. Dużo złożonych ujęć wymagających zgrania wielu elementów – i one wszystkie naprawdę bawią. Na wiele sposobów: od małych rzeczy po te duże, od gestykulacji i mimiki aktorów po zaskoczenia, gdy coś dużego ma miejsce niespodziewanie. Bawiłem się na tym seansie – a to był już któryś z kolei – jednak nigdy żaden dowcip nie siadł w pełni. Czuć – przynajmniej ja czułem – że to jest w dużym stopniu prawdziwa historia w obrębie prawdziwego konfliktu. Oryginalnie miał się rozgrywać w szatach przeciwnej strony, ale to zmieniono. Opowiedziano jednak tę historię jak każdą, zwykłą historię w niemej komedii – pomyłki, zbiegi okoliczności i grono ludzi zachowujących się jak debile. To jest po prostu trochę inne. Wolałbym zobaczyć film całkowicie fikcyjny, inspirujący się prawdziwymi wydarzeniami nawet, ale nie mający takiego związku z prawdą i prawdziwymi ludźmi.
Tylko no… Dlatego sam Keaton tak był dumny z tego obrazu: inspirował się książkami historycznymi. Wizualnie film był natchniony fotografiami z tamtego okresu. Ciężka sprawa. A podczas premiery w USA (w 1927 roku – w 1926 roku tylko w Japonii odbyła się premiera) krytycy nie byli zadowoleni. Pościg im się dłużył, a żarty nie śmieszyły. Dopiero lata później zaczęto z tego robić arcydzieło komedii. Dopiero później oficjalnie zaczęło przeszkadzać widzom, jak film opowiada o Wojnie Secesyjnej. A ja najwyraźniej stoję gdzieś pomiędzy: bawiłem się dobrze… jednak nie aż tak dobrze.
Buster bokserem ("Battling Butler", 1926)
Więcej tego samego. Keaton adaptuje sztukę teatralną i nie do końca się w tym odnajduje
„Bokser” jest kolejnym z filmów Keatona, gdzie humor przez większość czasu jest dodany w dialogach, a raczej: tylko tam się znajduje. Gdy na początku poluje na zwierzęta, to nie jest śmieszne dopóki nie pojawi się plansza z tekstem: „No nie ma do czego strzelać” kontrastującego z masą zwierząt na ekranie. Fabuła z grubsza polega na nieporozumieniu: chłop zakochuje się w samicy, tylko jej rodzina nie chce lamusa, więc nabiera ich, że tak naprawdę jest słynnym bokserem. Ów bokser się o tym dowiaduje i wkręca protagonistę do prawdziwej walki z kimś o przezwisku Morderca – trzeba więc lubić fabuły oparte o „lier reveal”, gdzie tylko czekamy, aż kłamstwo wyjdzie na jaw. Ja nie jestem tego fanem i ten film w żadnym razie nie przekonuje do zmiany stanowiska. Slaptick pojawia się tak porządnie dopiero w 50 minucie, kiedy bohater zaczyna trenować do walki – nie ma wiele gagów, ale są przeciągnięte, więc chociaż chwilę trwają. Wcześniej wręcz żałowałem, że pan Keaton nie wcielił się w rolę kamerdynera, bo ten jest bardziej aktywną postacią od swojego panicza. Stoją głównie i udają, że mówią to, co jest napisane na planszy.
Finał też mnie zawiódł. Do walki nie dochodzi, a prawdziwy Battling Butler po prostu zaczyna się znęcać nad Keatonem, który nagle umie się bić. I się biją w kółeczku przez dwie minuty, no zero pomysłu. A mógł go atakować przez kilka korytarzy – Buster wymierza ciosy, a oponent cały czas ucieka, po drodze coś by się działo… A to wymyśliłem podczas oglądania, więc serio dałoby radę zrobić więcej z tej adaptacji. Im wystarczyło tylko zrobić kolejny obraz, w którym mizerny chłopak odchodzi na końcu z grzeczną kobietą, która dopiero na samym końcu pokazuje, że ma charakter.
The Cameraman (1928)
Komedia ponownie imponuje.
Ot, typowa historia kolesia, który chce zaimponować kobiecie: tym razem przekonując ją, że naprawdę jest operatorem kamery. Bo jest, ale nie wojennym lub innym dramatycznym, który filmuje z narażeniem życia. Nie, on robi coś… Mniej imponującego, ale nadal się stara. I udowodni swoją wartość w komiczny sposób. Tylko najpierw będzie trochę stalkować, wąchać włosy… Generalnie takie rzeczy mi nie przeszkadzają, ale tutaj było blisko przesady. I tak najbardziej niezręczny jest to obraz w innych scenach: chociażby w przebieralni, gdzie wszedł typ do kabiny Bustera Keatona i uparł się, żeby razem się przebierać. Bo wiecie: Buster jest drobny, a tamten duży i groźny, więc nie wyjdzie i ma siłę, żeby zastraszyć naszego bohatera, więc ten się nie postawi. Taki był zamysł tej sceny, a w praktyce oglądamy przez pięć minut, jak dwóch chłopów rozbiera się i ubiera, zajmując razem przestrzeń jednego metra kwadratowego. Trochę zabawne to w sumie też było.
Nieważne – opening, mecz na stadionie zrealizowany w pojedynkę, zamieszki na ulicy oraz finał z łódkami to nadal świetne sekwencje komediowe. Realizacyjnie robią wrażenie do dzisiaj. I robiły wrażenie ponad dekadę temu, gdy widziałem je pierwszy raz. O nich będziemy pamiętać, wspominając ten tytuł. One się liczą. Tylko one. Przynajmniej na tę chwilę.
Najnowsze komentarze