Dlaczego najlepsze filmy 2025 roku zbierają średnie oceny?

Dlaczego najlepsze filmy 2025 roku zbierają średnie oceny?

29/01/2026 Blog 0

Kolejny rok i kolejny raz, kiedy polecane filmy okazują się średnie, a filmy, które nikogo nie obchodzą, okazują się godne uwagi. Przez długi czas można to ignorować, mówić rzeczy w stylu: "Kwestia gustu" albo znajdywać wygodne wyjaśnienia, ale tym razem chcę sprawdzić: czemu filmy, które JA polecam, inni oceniają niżej?

Dobre filmy oczywiście też były doceniane – nie wszystkie, to inna broszka. W zasadzie mój TOP roku aż do dwóch pierwszych pozycji jest albo jeszcze nieznany – z uwagi na niszowość produkcji, które dopiero będą mieć premiery i dystrybucję (Kameleon, Pod światłem) albo już zostały docenione mniej lub bardziej. Za co zostały docenione i czy ja doceniam za to samo? To już inna rozmowa, może nawet potencjalnie interesująca. Póki co: skupię się na tych dwóch filmach, które w 2025 roku były dla mnie najważniejsze, a szersze publika mogła o nich w ogóle nie słyszeć.

Moje drugie miejsce. Film, o którym po powtórce jeszcze mniej mam pomysłów, co o nim napisać, ponieważ jeszcze więcej warstw w nim zobaczyłem za drugim razem i wpłynęło to nawet na zakończenie, które odczytuję zupełnie inaczej… I nie jestem pewien, czy chcę. To produkcja o aktorze, który zdaje sobie sprawę, że gra też w prawdziwym życiu – od samego początku, kiedy na przesłuchaniu do roli zagrał swojego przyjaciela i tylko dlatego zaczęła się jego kariera. Tylko co to naprawdę znaczy i ile to jest warte – jako życie? To jest podróż przez doczesność – jaką zbudowaliśmy i jaką mogliśmy mieć, o wszystkich wyborach dokonywanych po drodze. Ta scena, jak bohater został bohaterem ratując czyjąś własność? Myślał, że w końcu doświadcza czegoś prawdziwego – dopóki nie słyszy, że złodziej okazał się mieć problemy psychiczne i nie powinno się go oceniać po tym, co teraz zrobił, bo on taki nie jest. Jak więc mamy się odnaleźć w tej rzeczywistości? Ile jej przeżycie jest warte i jak powinno się ją przeżyć jako artysta i człowiek? O tym jest Jay Kelly Noah Baumbacha. 6.6/10 na IMdb. 6.0 na filmwebie (5.7 od osób uznawanych przez filmweb za krytyków). Nominowany do filmu roku na gali Critics Choice Award (przegrał z IBAA), w tym także za scenariusz (przegrał z filmem Sinners) oraz paru innych nagród, które niewiele mi mówią. Adam Sandler zdobył większość statuetek dla tego dzieła sztuki.

Dlaczego nisko oceniony? Wbrew pozorom nie ma to nic z byciem na Netfliksie i byciu nie-netfliksowym filmem (czyli nie ma przypominania co chwila widowni o co chodzi w fabule), więc widownia oglądająca film „w tle” nic nie zrozumiała i nisko oceniła. Te niskie oceny zaczęły się już w Wenecji podczas premiery – ponieważ uważali, że to sentymentalny film. A Włosi byli wkurzeni najbardziej, ponieważ Amerykański film przedstawia podróż z Paryża we Francji do Włoch na jednym pociągu, a takiego połączenia nie ma. Naprawdę. Odczytują to jako kolejny obraz braku szacunku do Włoch i traktowania ich jako czegoś w stylu: „lil’ France”. W filmie nawet nie jest powiedziane, że oni jadą jednym pociągiem cały czas, ale w sumie można tak to odebrać. W każdym razie: oceny na IMDb już podczas Wenecji spadały na pysk. I później trend się utrzymał.

Widownia zarzuca, że to film egocentryczny, czyli skupiony na pokazaniu miłości bogatych ludzi sukcesu do samych siebie. Najbardziej jest to zarzucane wobec osoby George’a Clooneya – widownia czuje, że cały film jest zbudowany wokół niego od początku. Tylko po to, aby pokazać, jako to on nie jest wspaniały w każdym znaczeniu tego słowa. W rzeczywistości Jay Kelly nie był robiony z myślą o nim na pokładzie. Clooney przyszedł już na gotowe i zaakceptował projekt, bo chciał pracować z Baumbachem. Film tak naprawdę jest o Peterze Bogdanovichu – tylko to jest tak subtelne, że nawet ja tego nie zauważyłem, chociaż wiedziałem o relacji Baumbacha i Bogdanovicha, słynną apaszkę powinienem rozpoznać natychmiast… Ale taki jest efekt, kiedy jest się subtelnym. I tworzy się sztukę, która może znaczyć wiele rzeczy dla różnych ludzi. Jakby co – w filmie Jay Kelly protagonista traci przyjaciela, reżysera, który od dawna nie mógł nakręcić nic na poziomie dzieł z przeszłości. Zostawia on po śmierci Kelly’emu apaszkę i ten dodatek jest noszony przez postać Adama Sandlera przez prawie cały film. Bogdanovich zmarł parę lat temu. Wydaje się oczywiste, ale nawet ja musiałem to doczytać w ciekawostkach.

Nawet to biorąc pod uwagę, to obecnie bogaci ludzie nie zasługują na czucie się źle w swoim życiu. Problemy bogatych ludzi nie obchodzą współczesnej widowni. „Problemy pierwszego świata”, „kasę zamiast na film, mogli lepiej przeznaczyć na bezdomnych koczujących i snujących się po LA” – to jest dosyć popularne stanowisko. Jay Kelly jest bogaty, ma wokół siebie wiele osób dogadzających mu w każdy sposób, może sobie pozwolić na każdy kaprys – w tym zerwanie umów i lot na inny kontynent prywatnym samolotem. Widownia ani myśli chociaż spróbować zrozumieć tego człowieka, a co dopiero pozwolić mu na bycie protagonistą w jakiejkolwiek produkcji. Nie jest to pierwszy raz, gdy tak się dzieje.

Niestety ten film musiał taki właśnie być. Nie o Bogdanovichu, który kilka razy bankrutował – bo to byłaby zupełnie inna opowieść, czy takie życie było warte. Nie, to musiał być film o kimś odnoszącym sukces, znanym na całym świecie – taka osoba musiała się zapytać, czy było warto. I George Clooney wykonał wspaniałą robotę przekonując widownię do tego, że cały czas czuje się swobodnie i luźno, ledwo parę razy przez cały film pokazując swoje prawdziwe oblicze. To wszystko były właściwe wybory. To po prostu nie są właściwe czasy dla takich produkcji.

I mój numer pierwszy. Film, który rozumiał moją biedną stronę. Zresztą nie tylko moją. Zrozumiał i przedstawił nie naszą frustrację czy złość, ale zawód, że przyszłość okazała się inna, niż nam obiecano. Pokolenie Clerks żyje dalej bez marzeń o zmianie świata czy osiągnięciu sukcesów – mają swoje małe życie i chcą się nim cieszyć. Reguły miały być jasne: pracuj ciężko i uczciwie, a w nagrodę będziesz mieć bezpieczny los, w którym pozostanie ci sporo czasu na cieszenie się życiem. Tak po prostu. Tylko tyle, a tymczasem mamy po dwie prace i codzienne wydatki zjadają tyle, że nie możemy marzyć o odłożeniu czegoś na przyszłość, a co dopiero myśleć o atrakcjach. Atrakcją jest fastfood i papierosy. I musimy się tym cieszyć, bo inni mają jeszcze gorzej – a pracują równie ciężko i uczciwie. Co więc zrobić? Nie iść na skróty i starać się coś zrobić z własnego życia. O tym opowiada Good Fortune – robiąc to poprzez przebogatą, zaskakującą historię, tworząc rewelacyjnych bohaterów i dostarczając dużo zrozumienia. U mnie zdobył nagrodę roku za scenariusz, a wyróżniłem go nominacją też za reżyserią oraz zdjęcia. I to tyle z nagród czy nominacji. Co ciekawe, film ten zdobył nagrodę Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej na Warszawskim Festiwalu Filmowym – ale nie jest to nagroda dla filmu, tylko dla dystrybutora (w tym wypadku: Monolith Films) aby wspomóc dystrybucję filmu, który wygrał w sekcji Konfrontacje na podstawie głosów widzów. Czyli to żadna nagroda, bardziej wyróżnienie czy grant, coś w tym stylu.

Wracając. Czemu ten film jest nisko oceniany? „Nisko” oczywiście w kontekście tego, że jest najlepszym filmem roku i oceny nigdzie tego nie odzwierciadlają. Powód pierwszy: widownia nie kupuje zakończenia i przemiany jednego z majętnych bohaterów, który doświadczył codzienności jako szeregowy pracownik i w finale postanowił to wszystko przeorganizować, kiedy już znowu został szefem. Co konkretnie było w tym mało wiarygodnego? Sam fakt przemiany. Bohaterowie filmowi przestali ewoluować. Ewolucja kojarzy się pewnie już tylko z Green Book i innymi tego typu „grzecznymi” filmami. Filmy dla dorosłych nie mogą opowiadać o ewolucji lub zmianie. Widownia już tego nie kupuje.

Bo w samym filmie jest to całkowicie naturalne. Chłop przeżył na ulicy wiele miesięcy i zrozumiał po drodze wszystko, jego mini-monolog pt.: „How is everyone not just miserable and angry all the time?” jest jednym z najlepszych punktów filmu. Osobiście potrzebowałem drugiego seansu, żeby zrozumieć głównego bohatera i czemu zdecydował się wrócić do własnego życia, zamiast zostać bogatym na zawsze. Najwyraźniej jestem w tym osamotniony – tę decyzję już wszyscy rozumieją.

Powód drugi… Tak naprawdę brak, ponieważ widownia zwyczajnie nie ma do tego filmu większych uwag. Poglądy, że ten tytuł jest np. propagandą anty-korporacyjną (czyli że to lewacki film jest, a oni są prawilnymi konserwatystami i gardzą wszystkim, co jest lewackie!) tudzież produktem od bogatych ludzi pouczających biednych o tym, jak wygląda bieda, są nieliczne. Oczywiście są opinie w stylu: „To musi być propaganda jedzenia mięsa, skoro wzięli Keanu Reevesa i kazali mu lubić nuggetsy i taco, podczas randki biorą steka i w ogóle cały ten film utożsamia spożywanie mięsa z socjalizacją, romansem i przyjemnością”, ale to inna inszość. Większość po prostu bawiła się średnią albo i w ogóle, bo Anioł stróż ich nie śmieszył, a Keanu Reeves grał dziwnie – za co mam do niego ogromny szacunek. Zagrał od samego początku postać, którą widz zrozumie dopiero w drugiej połowie filmu, kiedy dotrze do niego, że to on jest tak naprawdę głównym bohaterem filmu. Zagrał dziwnie? Bo zagrał kogoś, kto on tysięcy lat widział głaskanie piesków i dopiero teraz mógł tego doświadczyć – wszystko się zgadza, to idealny występ. Widać jednak, że ja dosyć mocno pochylam się nad tym tytułem. Pozostali widzą w nim średniaka, nic więcej. Minęły czasy, kiedy takie kino mogło aspirować powszechnie do bycia klasykiem. Obecnie widzowie z jednej strony punktują, że „to już było”, a z drugiej strony próbują włożyć ten tytuł w zakres jeszcze jednej produkcji podejmującej temat: „nierówności społecznej”, obnażającej fałsz „amerykańskiego snu” czy innego „późnego kapitalizmu”. I wyrażają zawód, że tak naprawdę film o tym nie jest, ale jest tego za mało.

I finalnie – niskie oceny to niestety też smutne przedłużenie treści filmu. On naprawdę zrobił wszystko w podręcznikowy sposób, trzymając się wszystkich złotych wyznaczników od najlepszych nauczycieli scenopisarstwa – tych samych, które uczyniły tyle innych filmów klasykami, o których mówi się do dzisiaj. Zbudował interesujący świat z czytelnymi zasadami, trzymał się ich, dał każdej postaci cel i drogę, wszystkie poruszane tematy zostały należycie wprowadzone i rozwinięte, dialogi były krótkie i do rzeczy, każdy element był niezbędny i potrzebny… Nie ma się do czego przyczepić. I co? Nic. Film przechodzi bez echa. Zasady się zmieniły w tej nowej teraźniejszości – również dla twórców filmowych. Jakie to reguły? Tego nie wie nikt. Pozostaje tylko robić swoje i walczyć, aby w tym życiu, które mamy, osiągnąć ile damy radę. Zarówno jako twórcy, jak i widzowie czy aspirujący krytycy filmowi. Może za wiele lat to się opłaci. A może nie? Ważne, żeby podróż owocowała w momenty, dzięki którym będziemy chcieli ją kontynuować. I Anioł stróż jest takim momentem na drodze między kolejnymi marnymi tytułami, spośród których wyłoni się dobre kino. Jeśli tylko ja je wyróżnię – niech tak będzie.