Ulubione filmy

Lista ma kolejność chronologiczną. Są tutaj filmy, które uważam za najlepsze w historii. Tutaj o każdej pozycji piszę krótko, ale jest szansa, że w innym miejscu na blogu piszę więcej.

Nie jest to kompletny ranking moich ulubionych filmów. Gdyby tak było, wtedy ta strona liczyłaby sobie jakieś 227 pozycji. Nie wszystkie jednak oglądałem chociaż raz w ciągu ostatnich 10 lat, dlatego nie mogłem zrobić kompletnego zestawienia. W takiej sytuacji odpuściłem w ogóle robienie rankingu, zamiast tego zrobiłem listę chronologiczną złożoną ze stu tytułów. To ładna, łatwa liczba. Starałem się przy tym wypośrodkować jakoś pisanie o tytułach, które faktycznie powinny się w głównej setce znaleźć, z tym, aby uwzględnić każdy rocznik chociaż raz. Dla równowagi. To oznacza więc, że na liście brakuje takich produkcji, jak: Dyktator, Bracia Marx na Dzikim Zachodzie, W wigilijną noc, Wielki sen, Wszyscy jesteśmy mordercami, Wariacje animacji, Wielki kartel, Herbaciarnia „Pod Księżycem”, Kuzyni, Słodkie życie, Kto sieje wiatr, Wyrok w Norymberdze, 101 Dalmatyńczyków, Lawrence z Arabii, Słodka Irma, Niebo i piekło, My Fair Lady, Noc iguany, Kobieta-diabeł, Miraż, Ja gorę!, Oscar, Wojna i pokój, Czyż nie dobija się koni?, W kręgu zła, Szepty i krzyki, Sanatorium pod klepsydrą, Lenny, Miłość i śmierć, Piknik pod Wiszącą Skałą, Dersu Uzała, Człowiek z marmuru, Z biegiem czasu, Annie Hall, Łowca jeleni, Przesłuchanie, Diner, Wymiar dialogu, Seksmisja, Zelig, Ballada o Narayamie, Bez końca, Nausicaa z Doliny Wiatru, Purpurowa róża z Kairu, Trop, Ran, Idź i patrz, Autostopowicz, Ofiarowanie, Laputa – podniebny zamek, Na srebrnym globie, Krótki film o zabijaniu, Krótki film o miłości, Grobowiec świetlików, Pejzaż we mgle, Stowarzyszenie Umarłych Poetów, Dekalog IV, Creature Comforts, Równowaga, Ucieczka z kina „Wolność”, Edward Nożycoręki, Wszyscy mają się dobrze, Pole, Milczenie owiec, Podwójne życie Weroniki, Wydział zabójstw, Funky Monks, Skrzydła motyla, Usłyszcie mój krzyk, Ścigany, Spaleni słońcem, Wrony, Szatańskie tango, Se7en, Underground, Morderstwo pierwszego stopnia, Korytarz, Truman Show, Porachunki, Matrix, Magnolia, Człowiek z księżyca, Miętowy cukierek, Tytus Andronikus… A to tylko z XX wieku!

Roczniki bez reprezentanta – 25 (roku 1920 i wcześniejszych nie liczę): 1922, 1923, 1925, 1926, 1927, 1929, 1930, 1932, 1933, 1934, 1935, 1936, 1938, 1943, 1945, 1947, 1949, 1951, 1954, 1966, 1996, 2015, 2017, 2018 i 2019.

Roczniki bez reprezentanta – 12 (co jednak wystarczy poprawić powtórką, w nawiasie przykładowy tytuł do ponownego obejrzenia): 1940 (Dyktator), 1946 (Wielki sen), 1956 (Herbaciarnia „Pod Księżycem”), 1961 (Wyrok w Norymberdze), 1963 (Niebo i piekło), 1964 (Noc iguany), 1967 (Wojna i pokój), 1972 (Szepty i krzyki), 1973 (Sanatorium pod klepsydrą), 1976 (Z biegiem czasu), 1978 (Łowca jeleni) i 1986 (Ofiarowanie).

Reżyserzy z największą ilością filmów na liście: Andrzej Wajda (4), Otto Preminger (3), Stanley Kubrick (3),
Najpopularniejsze roczniki: 1979 (5) 1960 (3) 1962 (3)

FURMAN ŚMIERCI ("Korkarlen", 1921)

Jedna z najlepszych historii, jakie zagościły na ekranach. Jest tu zarówno horror, jak i melodramat, rozczulające i szczere momenty pozwalają nam zapomnieć o tym, by widzieć w nich naiwność i prostotę. Z czasem fabuła przeobraża się w autentyczną tragedię, gdzie główny bohater dostępuje kary totalnej, za których grzechy dopuścił się za życia. Na szczęście czasy produkcji były inne i wtedy twórcy umieli jeszcze opowiadać z nadzieją w głosie.

TEN, KTÓREGO BIJĄ PO TWARZY ("He Who Gets Slapped", 1924)

Pierwszy film opowiadający o przemocy psychicznej, na dodatek w bardzo sugestywny sposób. Dobrze rozpisana historia, która nie marnuje czasu widza. Dodatkowe wątki idealnie łączą się w całość z porażającym zakończeniem, niezwykle skonstruowanym, pełnym napięcia, a co za tym idzie – cholernie wciągającym. Chciałem wiedzieć, jak to wszystko się rozwinie, jaki będzie finał. Nawet zostałem zaskoczony, tym jak wielki dramat zobaczyłem. Nie mieli dla mnie litości, bydlaki! Pozamiatał mną porządnie. Nie spodziewałem się tak dobrego i tak dojrzałego kina. To tylko 70 minut…

PORTIER Z HOTELU "ATLANTIC" (1924)

Przejmująca opowieść zaprezentowana wyłącznie przy pomocy obrazu i dwóch plansz tekstowych. Niebywałe osiągnięcie nawet dziś. To kino wymagające zrozumienia bohatera, jego poczucie własnej wartości, własnego życia, szczęścia na najbardziej esencjonalnym poziomie, ale też pozwalające mieć szkliste oczy przez cały seans. Piękna, osobista tragedia. Tak, wiem: dopisane zakończenie to kuriozum na skalę historyczną, ale mimo to film nadal zasługuje na miejsce na tej liście.

GORĄCZKA ZŁOTA ("Gold Rush", 1925)

Charlie Chaplin trzyma rękę na pulsie społeczeństwa, dając im to, czego potrzebują: ciepło i nadzieję. Kilka kultowych gagów oraz wielkie serce, dzięki któremu ta opowieść tak dobrze działa w opowiadaniu o radzeniu sobie z przeciwnościami losu. Ważne jest zrozumienie tego, co ludzie przechodzą każdego dnia – i znalezienie w tym humoru, nawet na krótką chwilę.

CYRK (1928)

Gagi może nie są tak rozbudowane i zgrane jak w „City Lights”, ale jednak to tutaj są one najlepsze. To jedna z najlepszych komedii, jakie w życiu widziałem. Z drugiej strony jest to też jeden z najmocniejszych dramatów, jakie w życiu zobaczyłem – przez 70 minut, jakie film trwa, byłem przekonany, że oglądam komedię. Ostatnie 20 sekund uświadomiło mi, że oglądam tragedię. Tak proste, tak piękne, tak bardzo dobre zakończenie – ono zmienia wszystko. Jak to Chaplin powiedział: „Życie jest tragedią, gdy widziane z bliska, a komedią, gdy widziane z daleka”.

ŚWIATŁA WIELKIEGO MIASTA ("City LIghts", 1931)

Komediowe złoto. Dobre uczynki pozostają niezauważone, pewni ludzi nigdy nie zmienią swojego podejścia po tym, jak już wyrobili sobie zdanie pierwszym wrażeniem. Wielki kryzys też da tu o sobie znać. A obok tego wszystkiego – kaskaderskie perełki, zbiorowe majstersztyki z udziałem kilku postaci poruszających się jednocześnie, Granie hymnu z włóczęgą nadzianym na miecz, starającym się zachowywać poważnie. Bójki w restauracji. Sprzątanie po słoniu. Pojedynek bokserski, jedna z najlepszych scen w historii… Takie momenty wyliczać można długo, a film trwa tylko półtorej godziny. Dobrze wykorzystany czas!

DZIEŃ NA WYŚCIGACH ("A Day at the Races", 1937)

Fabularnie to rutyna wg braci Marx, którzy mają umiejętność pisania żartów do każdej sekundy filmu. Co chwila wyskakują z czymś nowym, zaskakują oglądającego, a gdy na samym końcu fabuła będzie wymagać kolejnego przyspieszenia dla wielkiego finału, bracia zorganizują spektakularną burdę na stadionie. Czego chcieć więcej? Groucho bawi ciętymi ripostami i odwracaniem kota ogonem, Chico swoją powagą i zaangażowaniem, a Harpo umiejętnością gadania bez słów. Plus całość w klimacie kumpelskiego kina, troje bohaterów zaczynających się nawzajem coraz bardziej lubić i współpracować.

BURZLIWE LATA DWUDZIESTE ("Roaring Twenties", 1939)

Ten film ma wszystko: doskonały pomysł wyjściowy (zakorzeniony głęboko w problematyce normalnych ludzi, w tym wypadku jest to powrót z Wielkiej Wojny i brutalna rzeczywistość pozbawiona godnego życia dla ludzi, którzy ledwo uniknęli śmierci na froncie), idealne przeplatanie wątków (postaci znikają z ekranu na 40 minut, by wrócić w trzecim akcie) oraz doskonałego głównego bohatera, który miesza się z przestępczością z konieczności, aby cokolwiek osiągnąć. Chociaż to antybohater, to jednak cały czas widzimy w nim przebijający się blask człowieczeństwa. Dojrzały, poważny i brutalny film. Piękne kino!

SOKÓŁ MALTAŃSKI (1941)

Formuła niezestarzała się pewnie ani trochę. Cyniczny bohater, który nikomu nie wierzy otoczony przez samych kłamców i manipulatorów, to się nie mogło znudzić. Nadal za każdym razem, gdy każe „gadać prawdę”, ja jestem zaskoczony. Przyparci do muru mówią co innego, i to też okazuje się kłamstwem. Prowadzą własną grę i nie ufają nikomu. A jednocześnie wszystko jest tu bardzo proste i szczere. Dopóki masz coś do zaoferowania, grasz dalej, ale potem – odejdziesz samotny. Tylko cynizm może cię uratować. Bardzo drapieżny i dynamiczny film, a zakończenie to mistrzostwo. Najlepiej oglądać na VHS!

OBYWATEL KANE ("Citizen Kane", 1941)

Doskonała fabuła o człowieku, jego wnętrzu, jego psychice i skomplikowanych przeżyciach. Rozkazuje spojrzeć na twarz bohatera i chcieć wiedzieć, kim on jest, i co znaczy to, co on robi. Obiecuje wiele, by na końcu słowa dotrzymać. Udziela wszelkich odpowiedzi, bez mówienia niczego wprost lub pozwalania sobie na „twórcze niedopowiedzenia”, za którym nie stoi żaden konkret. A z każdym kolejnym seansem przekonuję się, że ten film złożył jeszcze jedną obietnicę… To definicja kina i jeden jedyny film, który można obejrzeć i dać sobie spokój z kinem jako takim. Film przemawiający za całą dziedzinę sztuki.

KING’S ROW (1942)

Autentyczny fresk o ludzkości wchodzącej w XX wiek, o przyjaźni i poważnych zmianach, objawiających się przede wszystkim w postrzeganiu i rozumieniu podstawowych rzeczy, które nas otaczają. Opowiada przede wszystkim o czasach, kiedy do ludzkiej świadomości wchodziło pojęcie psychologii i problemów psychicznych. jednak w tych słowach zawiera się też coś więcej, spojrzenie na człowieka jako takiego, zrozumienie go, spisania jego bogatszej definicji. Ilość tematów podjętych w końcówce tej produkcji urywa łeb, a seans kończy się na gigantycznej nucie wzruszeń i optymizmu. Można się wtedy zapomnieć.

CASABLANCA (1942)

Gdzie druga wojna światowa i Marsylianka miesza się z gestapowskimi mundurami. Doskonały scenariusz i jedno z najlepszych połączeń przeróżnych wątków w jedną opowieść. Dialogi „Casablanki” to klasa sama w sobie. Klimat spajający melancholię, nostalgię, ciężkie czasy i słońce w jedno, na czarno-białej taśmie i zadaszonej scenografii. Plus historia kręcenia niemal równie ciekawa, co sam film. Cieszę się, że ten film istnieje.

ARSZENIK I STARE KORONKI ("Arsenic and Old Lace", 1944)

Potęgą tego obrazu jest to, że każda chwila, każdy ustęp w stronę innego gatunku, takiego jak dreszczowiec, kryminał, thriller, wszystko to podyktowane jest tylko jednemu: komedii. Nawet jeśli jakaś scena wygląda jak z horroru, to jednocześnie wciąż miałem 100% pewność, że reżyser chciał mnie tym ubawić do łez. Ten film ma tyle rzeczy, które uwielbiam: staroświecki dom na przedmieściach, czarno-białą jesień i szalone momenty, które traktuje się całkowicie poważnie. Olbrzymie tempo wydarzeń i różne „running joke”, jak te z narzeczoną, policjantem lub taksówkarzem. Plus wspaniały Cary Grant. CHAAARGE!

ZŁODZIEJE ROWERÓW (1948)

Definicja życiowego, naturalnego i realistycznego kina. Bez kombinowania i wymyślania, wzięto prosty pomysł z życia na konflikt i umiejętnie go przedstawiono tak, by na ekranie niósł te same emocje co w prawdziwym świecie. Smutny film, który nie miał na celu zdołować widza. Gorzka opowieść o tym, że zawsze jest coś, co jeszcze można stracić. Pieniądze, zdrowie, szacunek dziecka do twojej osoby. Los albo przypadek może postawić pierwszy krok, ale dalej podążać tą drogą tylko siebie samego może bohater winić. Tutaj twórcy nie chcieli, by widz się poddał.

BULWAR ZACHODZĄCEGO SŁOŃCA (1950)

Dramat o kinie, które odeszło, a wraz z nim niemal wszystko. Istotna jest tu bezpośredniość i szerokie podejście do tematu, które właściwie je wyczerpuje. Bez litości wobec prawdy i rzeczywistości. I bardzo dobrze. Zakończenie jest jednym z najlepszych, jakie w życiu widziałem. Coś jak najdoskonalsza krótkometrażówka, jaką kiedykolwiek oglądaliście, wiele emocji i historii zamknięte na tak małej ilości taśmy, że to wydaje się niemożliwe. Tak naprawdę to cały ładunek tego filmu skoncentrowano jeszcze raz, by przyłożyć widzowi ponownie.

UMBERTO D. (1952)

Umberto nie ma jak zapłacić czynszu. I to tyle. Jest już na tyle stary, że nie może pracować. Nie ma rodziny, jego jedynym towarzyszem jest piesek. Jedyną opcją jest dla niego wyprzedawanie niewielkiego majątku, jaki posiada – a potem? Żebranie? Opuszczenie swojego psa, oddanie go przypadkowej osobie na ulicy? Na koniec oglądający ma świadomość, ile takie rozstanie mogłoby znaczyć. I myśli sam z siebie o tym, jak to na starość życie tej postaci zaczęło się sprowadzać do sprzedawania tego, co nazbierał przez wcześniejsze lata. Aż do pojedynczej walizki. Łatwo zacząć się zastanawiać, czy w ogóle warto to robić?

CENA STRACHU (1952)

Thriller egzystencjalny i dramatyczna podróż w tempie dziewięciu kilometrów na godzinę. Sportretowany jest tutaj obraz ludzi, którzy dopiero co uniknęli zagłady w globalnym konflikcie (druga wojna), a „w nagrodę” czeka na nich… pustka, depresja i głodowe stawki. Albo nawet i mniej. Ci ludzie są tam zamknięci, skaczą sobie do gardła bez problemu. Widz musiał zrozumieć, jacy ludzie są w stanie zdecydować się na samobójczą misję transportowania nitrogliceryny ciężarówką, gdzie najmniejszy podskok może zdecydować o eksplozji. Życie bohaterów wisi na włosku w każdej chwili. W każdym możliwym sensie.

DESZCZOWA PIOSENKA ("Singing in the Rain", 1952)

Produkcja, w której wszystko jest na właściwym miejscu. Żarty są przednie i świeże, historia to perełka i klasyk sam w sobie, z perfekcyjnym scenariuszem, który można chwalić za dialogi, zakończenie, dynamiczną akcję… praktycznie wszystko. Najważniejszy pozostaje temat. Jeśli się nad tym przypadkiem zastanowić to była to jedna z najtrudniejszych komedii do napisania, ale się udało. To produkcja, która świetnie odgrywa swoją rolę w postaci złożenia hołdu ludziom, którzy pracowali w tamtym okresie nad filmami, a nawet filmom w ogóle. Do takiego kina tęsknię.

ŚWIATŁA RAMPY ("Limelight", 1952)

Po Chaplinie można się spodziewać sentymentalizmu, trochę taniego i naiwnego romantyzmu, sloganów o wartości życia. I po raz kolejny to działa. Bohaterowie potrzebowali to usłyszeć, to autentycznie im pomaga, i gdy o tym mówią – to właśnie mieli na myśli. Nie kłamali, nie zmyślali, niewciskanie bzdur byle tylko coś powiedzieć. Produkcja to wysoce autobiograficzna, w której Chaplin zatacza koło i składa hołd ludziom, którzy go inspirowali na początku kariert. A sceny wieńczące film oraz ta, w której Teresa krzyczy: „Calvero, I can walk!” są jednymi z najlepszych w historii mojego kina.

TOKIO STORY (1953)

Łatwa pozycja do polecenia, bo wypełniona jest konkretnymi motywami i uwagami. Jest tak samo aktualny wtedy co dzisiaj. Głównym daniem są tutaj relacje między ludźmi. Obawy przed tym, że nie spełniło się oczekiwań rodzicieli. Rodzice z kolei czujący zawód, że ich syn jest zaledwie lekarzem na przedmieściach. Reżyser obiera kierunek obserwacji i pomocy, zamiast osądzania lub zawiedzionego machania głową. Woli pocieszać w obliczu zmian i zapewniać, że w tym wszystkim nadal jest miejsce na bliskość. Trzeba tylko o tym im przypomnieć. Na końcu każdy robi to, co uważa za słuszne. I nie ma w tym nic złego.

ZŁOTORĘKI ("The Man With Golden Arm", 1955)

Przede wszystkim doskonały scenariusz i urok starego kina wykorzystanego, aby spróbować opowiedzieć o uzależnieniu od narkotyków. Ująć chociaż trochę stygmatyzacji ludzi skreślonych przez używki. Scenografia całej dzielnicy zbudowana w studio oraz twórcy z autentycznym talentem, którzy pracowali nad tym tytułem. Ile tutaj postaci, ile wątków! I wszystko to jest zastosowane w zaskakujący sposób, przeplatając się perfekcyjnie, tworząc bardzo życiową i klasyczną konstrukcję dramaturgiczną. To opowieść o sile i wytrwałości.

BUNTOWNIK BEZ POWODU ("Rebel Without a Cause", 1955)

Pokazano świat młodych tak autentycznie: przeróżne konflikty, szczególnie wewnętrzne, bez kontekstu historycznego, dzięki czemu produkcja pozostała aktualna. Wspaniała jest scena na schodach, gdy Jim walczył o prawdę i sprawiedliwość wbrew własnym rodzicielom, bo chciał być im wierny – co za paradoks! Zaczyna samodzielnie odkrywać świat i to pierwsze co widzi: zakłamanie wśród rodziców, brak zasad, tchórzostwo. Świat się zmienia i nie ma czasu, by czekać – trzeba już teraz zacząć polegać na swoim osądzie. Mnóstwo tutaj detali do wyłapywania i rozmyślania nad nimi przy kolejnych seansach.

ŚCIEŻKI CHWAŁY ("Path of Glory", 1957)

Kino zarówno wojenne i antywojenne. Rzadko zdarza się twórcom filmowym podjąć tę stronę wojny – nawet jeśli wybierają ujęcie negatywne, to zwykle żołnierze zostają ludźmi. U Kubricka żołnierze tracą status człowieczeństwa w momencie przywdziania uniformu. Wtedy są już tylko mięsem armatnim w rękach ludzi, którzy chcą ich kosztem coś zyskać. I lepiej dla nich, by zginęli na polu bitwy, bo inaczej zginą po powrocie do domu, zabici przez swoich. Za tchórzostwo. Za niewypełnienie rozkazu. Za zdradę. Kubrick dodaje swoim filmem bardzo istotną cegiełkę do ogólnego wizerunku wojny w kinie. Trzeba zobaczyć.

KANAŁ (1957)

Jest październik ’44, większość dzielnic Warszawy przepadła, teren jest zniszczony. Niedobitki wiedzą, że sprawa jest przegrana, ale jeszcze są w trakcie godzenia się z tym. Opór trwa, a narrator stawia sprawę otwarcie: ci ludzie nie przeżyją. To ich ostatnie chwile. Pomoc nie nadchodzi, zostaje tylko jedno: wycofać się kanałami. Bohaterowie cały czas nie mogą się pojąć, że to już koniec, i to wszystko, co osiągnęli. Kanał jest doświadczeniem – ukazaniem tego, jak ci ludzie walczyli do końca w gównie, byle tylko przez minutę dłużej pozostać wolnymi ludźmi. Lektura obowiązkowa dla każdego człowieka.

POPIÓŁ I DIAMENT (1958)

Jeden z pierwszych tytułów podejmujących rozrachunek z drugą wojną. Nie ma tu normalnych postaci z krwi i kości, każda na pierwszym planie to romantyk martwiący się o ojczyznę, główny konflikt filmu to Polacy zabijający Polaków; kobieta, w której Maciek się zauroczy, jest tak naprawdę Legionem wszystkich kobiet, których ukochani są patriotami ginący w tym konflikcie, a cała struktura ugina się od stylistyki podchodzącej pod poetycki realizm. Udało się ująć nastrój i napięcie tamtych czasów, przekazując więcej niż widać. „Popiół i diament” był tym, czego wtedy widownia potrzebowała. Wajda – wieszcz narodu.

KOTKA NA GORĄCYM, BLASZANYM DACHU (1958)

Nowy Orlean i walka o to, kto dostanie testament. Jest tu wszystko, co typowe dla tego gatunku: piętrowe dialogi, teatralność, gęstość emocji – ale wychodzi w tym wszystkim naturalnie. Nawet burza za oknem jakoś stapia się ze wszystkim. Bardzo lubię konflikty, w których fundamentem jest powiedzenia prawdy do zatwardziałych hipokrytów i takich wolących więcej przemilczeć, a innym razem po prostu skłamać. Chciałem zobaczyć, jak ci ludzie zareagują w starciu z prawdą. Tajemnice wychodzą z szafy i czułem satysfakcję, gdy w końcu je poznałem. Jedni to zrozumieli, inni nie, ale liczy się co innego.

HIROSZIMA, MOJA MIŁOŚĆ ("Hiroshima, mon amour", 1959)

Para kochanków spleceni na łóżku w romantycznych objęciach wspomina dramat drugiej wojny światowej, a przede wszystkim jej finału, który wydarzył się w tytułowej lokacji. Kobieta jutro wylatuje i już więcej nie spotka tego mężczyzny. W panice naciska, by wykorzystać do końca czas, jaki mu pozostał. Szepty kochanków wypełniają półmrok, ale czy są oni tylko tym – ludźmi? A może to manifest całej ludzkości, która musi pogodzić się z tym, że do tragedii doszło, i teraz musimy żyć dalej? To trudny film, można go różnie odczytywać, a koniec końców to zawsze może być przede wszystkim piękny romans młodych ludzi.

ANATOMIA MORDERSTWA ("Anatomy of a Murder", 1959")

Nic tutaj nie zasłania głównego spektaklu, jakim jest drążenie sprawy w sądzie. Z jednej strony mamy adwokata, który zadaje konkretne pytania i dąży do tego, aby przysięgli oceniali na zimno, bez emocji. Z drugiej strony główny bohater żartuje, jest żywiołowy i gra pod publikę. Najbardziej szanuję ten film za to, że jest taki prawdziwy – w tym sensie, że jednozdaniowe wydarzenie zostało opowiedziane przez ponad 2,5 godziny ze wszystkimi szczegółami. Dzisiaj wystarczą jednozdaniowe nagłówki, aby wydać osąd i zamknąć sprawę w umysłach wielu. Anatomia… jest inna. Taka, jaka powinna być.

GDY KOBIETA WCHODZI PO SCHODACH ("Onna ga kaidan o agaru toki", 1960)

Kobieta o pseudonimie „Mama”, luksusowa hostessa pierwszej klasy, zbliża się do wieku, kiedy to będzie musiała zdecydować się na zamążpójście… Albo otworzenie własnego baru. Co wybrać? Kierować swój biznes i narazić się na całe ryzyko, jakie z tym przychodzi, czy może zaakceptować propozycję pierwszego, który się oświadczy? W tym wieku o poważnego kandydata nie może w końcu liczyć. A kolejne wyzwania tylko czekają, by wychylić swoją głowę. Znakomity dramat o narodzinach kobiety nowoczesnej w Japonii i o tym, czego wymagało tak naprawdę wejście choć jeden stopień wyżej w tytułowych schodach.

PSYCHOZA ("Psycho", 1960)

To nie tylko rewelacyjne kino gatunkowe, ale i autorskie, a do tego idealne przełożenie historii na język filmowy jakby tu było jej pierwotne miejsce. Każda chwila i scena działa na kilku poziomach, dostarczając nie tylko ponadczasowej rozrywki, ale też zaskakuje głębią. Ten film potrafi przestraszyć, a napięcie momentami skacze pod sufit, ale najważniejsze sceny oparto na złożonej psychologii, którą wykorzystano do stworzenia niebanalnej intrygi z zagadkami pozornie niedającymi się wytłumaczyć oraz strasznym, mrocznym klimatem. Takiego szacunku dla człowieczeństwa mi brakuje.

GARSONIERA ("The Apartment", 1960)

Komedia romantyczna tak niepodobna do dzisiejszych standardów tego gatunku, jak współczesne postrzeganie swastyki wobec jej pierwotnego znaczenia. Całą opowieść wypełnia romantyzm w nowoczesnym – moim! – rozumieniu tego słowa, a główny bohater jest wszystkim, czego ta historia od niego potrzebowała. Bohater, który nie uważał, że jego miłość do kogoś oznacza, że posiada tę osobę na własność. Człowiek, który zrozumiał miłość. Plus Fran Kubelik, pierwsza normalna postać kobieca w historii kina, ze swoimi słabościami i zaletami, przeszłością i w pełni wiarygodną psychologią. Wspaniała postać..

BURZA NAD WASZYNGTONEM ("Advise & Consent", 1962)

Jeden z pierwszych filmów pokazujących politykę od drugiej strony. Przywódcy narodu przedstawieni jako skłócona grupa ludzi, którzy swoje prawdziwe zamiary ukrywają przed publiką. Do dziś jest to złoty standard opowiadania o zakulisowym życiu polityków. Kiedyś w końcu umieli opowiadać o polityce z dojrzałością i bez narzucania emocjonalnej wymowy, w postaci gorzkich czy pesymistycznych finałów. Plus wielki finał. Nie ma tam żadnego wielkiego uderzenia, wręcz przeciwnie, ale w tym zabiegu jest wyrażona ponadczasowa prawda o polityce.

CUDOTWÓRCZYNI ("Miracle Worker", 1962)

Nie oglądamy dwóch słynnych – przynajmniej w kulturze amerykańskiej (częściowo ślepa Annie Sulivan i całkowicie ślepa oraz głucha Helen Keller) – kobiet, zamiast tego jesteśmy świadkiem pięknej opowieści o walce i dokonywaniu niemożliwego. Patrzyłem się jak w obrazek i chłonąłem każdą kolejną sekwencję, w której Annie próbuje nawiązać kontakt z Helen, nauczyć ją rozumieć świat i móc rozpocząć eksplorowanie go. To wzruszający seans, ale nie we współczesnym znaczeniu tego słowa. Na każdym kroku kapie z niego miłość do człowieka i wiara w to, że wszystko jest możliwe – trzeba tylko wymyślić, jak to zrobić.

HARAKIRI ("Seppuku", 1962)

To surowy i zimny film, jego wymowa jest buntownicza oraz oskarżycielska. Atakowany jest tutaj cały ówczesny system władzy oraz kodeks honorowy, który w rzeczywistości okazuje się służyć czemuś innemu niż na papierze. Obnażona jest też prawdziwa natura władców, i to, czym się kierują. Uwielbiam atmosferę zbudowaną z surowych zdjęć, gry aktorskiej i oszczędnej muzyki. Wszystko tu w zasadzie jest perfekcyjne – od suchego powietrza na dziedzińcu, po łąkę, gdzie między ostrymi wiatrami doszło do pojedynku na ostrza. Pojedynku – warto dodać – w głównej mierze psychologicznego.

SALTO (1965)

Jeden z tych tytułów, dzięki którym można pokochać kino – bo dzięki „Saltu” można zobaczyć jego możliwości. Nie tylko usłyszeć piękno starego polskiego języka czy poznać historię, której wszystkie warstwy będą dla nas jasne dopiero po odbyciu gruntownych studiów – ale na własne oczy zobaczyć, jak wiele może film osiągnąć jako sztuka: ile wyobraźni może się zmieścić w kadrze, ile snu! Oglądanie tego jest jak wkroczenie do Strefy Mroku, to najbardziej niesurrealistyczny surrealizm, jaki widziałem. Nikt nie jest w stanie dostrzec prawdy o sobie, tu wszystko jest normalne. Plus kopalnia kultowych cytatów.

PEWNEGO RAZU NA DZIKIM ZACHODZIE (1968)

Taniec śmierci. Widz pochylony nad każdym trupem, nawet najmniej ważnym. Anonimowa trójka wyczekująca na stacji, której nikt nie zapamięta i nikt ich nie opłacze. Spędziłem z nimi ich ostatnie 12 minut. Nawet w zwyczajnym budowaniu stacji słychać echo końca tych, którzy ją zbudują. A ona stać będzie dalej. Jakże idealny motyw dla spaghetti westernu. Koniec ludzi będących dzieckiem czasów minionych. Wszyscy się żegnają z tym światem. To odejście jednej epoki i żal po niej, jej ostatnie tchnienie radości z życia i zaistnienia, ustępujące radości z nastania nowych czasów, nowych możliwości.

2001: ODYSEJA KOSMICZNA (1968)

Nawet forma jest niezwykła: mamy niełączące się (z początku) przypowieści, ekstremalnie małą ilość dialogów, innowacyjne posługiwanie się obrazem. A treść jest jeszcze bardziej imponująca. Stworzono coś niezwykłego i pozwolono widzowi to poznać – ale nic więcej, jedynie wyrażono na to zgodę. Niewiele filmów oferuje choćby cząstkę tego, co „Odyseja”. Zwykle mam wrażenie oglądania tego, co już całkiem dobrze znam. „2001” to kompletnie inny kierunek dla kina. Najważniejsza jest końcówka, sceny z Halem, ostatnia podróż. Jedno z wyjątkowych doświadczeń, jakie można przeżyć dzięki kinu.

NOCNY KOWBOJ ("Midnight Cowboy", 1969)

Nowe społeczeństwo, nowe Hollywood przyjmującego wpływy Brytyjskiej Nowej Fali, oraz nowa Ameryka, która opuściła Johna Wayne’a. Ludzie już zachowują się inaczej, ich życie ma inny rytm. Gorzka opowieść o ludziach, którzy zapewne nigdy nie mieli szansy na tym świecie. Co gorsza, trudno za to winić ich samych, kiedy większość problemów nie wynikła z ich winy. Początek zafundował im ktoś inny. Im przyszło tylko walczyć o kolejny przeżyty dzień, nie znając lepszej drogi. Im bliżej końca, tym większy smutek.

EASY RIDER (1969)

Przedstawienie kultury ludzi, których społeczeństwo się obawiało, nie znało i nie rozumiało. Nie chodzi tu tylko o pokazanie palenia narkotyków czy skutków brania LSD. Twórcy byli na tyle mądrzy, że wiedzieli, iż konflikt, który przedstawiają, ma wymiar filozoficzny. Tu nie chodzi o sam zarost czy motory, tutaj chodzi o wartości, które bohaterowie sobą reprezentują. Pada tu też ważne pytanie o to, czy sami bohaterowie faktycznie te wartości reprezentują, czy też to jest jedynie poza. To manifest ich stylu życia, ale nie jest on bezkrytyczny. Plus legendarne zakończenie, które przysłania wszystko inne.

BRZEZINA (1970)

Jeden z moich ulubionych filmów Wajdy, zrealizowana na podstawie prozy Iwaszkiewicza. Opowiada o spotkaniu dwóch braci. Jednemu niedawno umarła żona, drugi jest nieuleczalnie chory i przyjechał, by umrzeć wśród tych brzezin. To bardzo prosty film. Nie ma tutaj sentymentalizmu i sytuacji, w której umierający przed odejściem pokazuje wszystkim w miasteczku wartość życia. Zamiast tego jest nabieranie pełnego oddechu, melancholia i radość z prostych powodów. Dla siebie. A w tle… rozgrywają się inne dramaty.

JOHNNY POSZEDŁ NA WOJNĘ ("Johnny Got His Gun", 1971)

Jak głosi tytuł, Joe poszedł i wrócił – w niej w stanie, który kwestionuje jego egzystencję: czy on jeszcze żyje, czy tylko wegetuje? Bohater zostawiony sam sobie rozmyśla, wspomina, niektóre momenty nagina tak, by wyglądały, jakby działy się na bieżąco, szuka w nich pomocy, wyjaśnień. Cały czas jako widz siedzimy w jego głowie, jednocześnie widząc sytuację z zewnątrz – lekarze go badają, dotykają, a ja słyszałem, jak to odczuwał, jak to interpretuje… Na słuchawkach robi jeszcze większe wrażenie niż w sali kinowej. Głos bohatera jest wtedy zbyt blisko. Dołujący film, o zamykających klatkach. Zawsze jest jakaś klatka…

NA KRAŃCU ŚWIATA ("Wake in Fright", 1971)

Bohaterowie na ekranie piją non-stop, niezależnie od pory dnia i nocy. Kino ciężkiego oddechu i masy potu, który nie jest wywoływany wyłącznie przez australijski upał. Każda kolejna postać drugoplanowa wydaje się enigmatyczna – za obojętnością na ich obliczu zawsze coś się kryje. Niepokojące kadry, jasne światła rażące widza, koncentracja na nieprzyjemnych rzeczach do oglądania. Szczególnie knajpa, w której John poznał czym jest hazard – kto by pomyślał, że tak może wyglądać brama piekła? To opowieść o tym, jak ważny jest wybór. I co może oznaczać pojedyncza rezygnacja z niego. Straszna rzecz!

MECHANICZNA POMARAŃCZA (1971)

Ten film jest zbyt aktualny, zbyt rozległy, zbyt trudny w oglądaniu. Już sam wstęp wydaje się okropny, ale potem robi się coraz gorzej, bo tortury na głównym bohaterze wydają się nieskończone, tak jak świat wydaje się nienaprawialny. Tu wszystko jest zepsute i niewłaściwe, jedni czerpią przyjemność z zadawania bólu, drudzy dostosowują się, by pierwsi mieli na kim się wyżyć, trzeci stoją z boku, starając się tylko przeżyć kolejny dzień. Z tej sytuacji, wydaje się, nie ma wyjścia, skoro nikogo ona nie obchodzi. Jedyne co się liczy to pozory. Wszyscy są tu oskarżeni i winni. To dosłownie boli w oglądaniu.

ZAGADKA KASPARA HAUSERA ("The Enigma of Kaspar Hauser", 1974)

Herzog będący sobą. Opowiadający o tym, o czym chce opowiadać. Kaspar Hauser istniał i naprawdę cholerna wie, skąd się wziął, albo kim był. Wiadomo tylko, że był wydarzeniem. Mamy to poczucie bycia razem z nim przez chwilę. Słuchanie go. Trochę jak oglądanie serialu, którego on jest bohaterem. Dzięki Kasparowi otrzymuję tytuł, który w całości dostarcza mi wszystkiego, czego chciałbym lub potrzebowałbym od Herzoga. Tego unikatowego spojrzenia na świat, jakby dostrzegał on dodatkowy wymiar wokół mnie, a dzięki temu sam go dostrzegam.

KOBIETA POD PRESJĄ ("A Woman Under the Influence", 1974)

Ludzie nie dają rady, nie wytrzymują życia, tylko nie możemy tego zrozumieć w tym znaczeniu, że możemy poznać konkretne wydarzenie, które doprowadziło do chwili obecnej. Życie pokazane w prawdziwy sposób, chociaż wyraźnie drastyczny i nieprzyjemny – reżyser celowo zamyka nas na ponad dwie godziny w pokoju z tym wszystkim. Robi to jednak w stopniowy, progresywny sposób i na koniec nadal nie wiemy, co powinniśmy z tego wyciągnąć. Ten film jest skomplikowany. W dobry sposób. Cenię go za to. I za pokazanie, że kamera może zobaczyć prawdę.

CHINATOWN (1974)

Jedno z najbardziej gorzkich doświadczeń w historii kina. Nikt nam nie obieca, że cokolwiek mogłoby potoczyć się inaczej, że gdyby bohater był bardziej zaangażowany, to coś by to zmieniło. Wydaje się, jakby wszystko tu było tak naprawdę zbędne, począwszy od głównego bohatera, a na śledztwie i walce kończąc. Robienie wszystkiego, aby zrozumieć całą intrygę, to wszystko traci na znaczeniu i prowadzi donikąd. Chinatown paradoksalnie opiera się na tym, że do niczego nie dochodzi. Rzeczy się dzieją, ale pozostaje uczucie pustki – i ta pustka, to „nic”, jest tak naprawdę „czymś”. Czymś, o czym opowiada cały film.

PERSONEL (1975)

O życiu początkującego pracownika teatru, zajmującego się kostiumami. To portret ówczesnej Polski w sposób, który nie rzuca się w oczy. Stary teatr, w którym grają stare sztuki, mało ludzi przychodzi, pracownicy są źle traktowani. Połowa scen wygląda jak dokument. Zakończenie jest najlepsze. Jego klasę tworzy optymizm w oparach smutnej rzeczywistości. Widz wie na 90%, jaka jest prawda, co się naprawdę stanie, ale jednocześnie zatrzymano się w tej sekundzie, gdy wciąż jest możliwa inna droga. Ta chwila staje się wtedy wiecznością, pełną dobra i uśmiechu.

SZCZEGÓLNY DZIEŃ ("A Special Day", 1977)

Hitler przybywa do Włoch, cała kamienica pustoszeje. Zostaje tam tylko dwoje ludzi. Rozmawiają. A najlepsze jest to, że nie mówimy tu o romansie, ale dwójce samotnych ludzi, którzy potrzebowali odrobiny ciepła. Z czasem okazuje się, że nawet gdy są sami, to tematy polityczne mają wpływ na ich życie. Dzielą ich oraz definiują. Piękny film, subtelny, dziejący się przeważnie w niedopowiedzeniach. Wyprane barwy, przez które jednak przebijają kolory. A jedno z pierwszych ujęć, od kamery wchodzącej przez okno do mieszkania i pokazujące pobudkę licznej rodziny na jednym cięciu, to dzieło sztuki!

CHIŃSKI SYNDROM ("The China syndrome", 1979)

Pełnoprawne urzeczywistnienie idei: „Jedynym kryterium wartości moralnej jest to, jak wykonujesz swoją pracę” na przykładzie pracownika elektrowni atomowej. Przeróżne konflikty – zarząd niechcący tracić milionów dziennie na dodatkowe testy kontra pracownik, który się ich domaga. Dziennikarska hiena kontra dziennikarz chcący wykonywać swój zawód. Zwykli obywatele, którzy się boją kontra pracownicy elektrowni wiedzący swoje. Punkt kulminacyjny to marzenie – pościgi, konstrukcja finału, pauza przed finałowym aktem… Cudo!

ŻYWOT BRIANA ("The Life of Bran", 1979)

Są lepsze filmy, które są śmieszne, ale nie ma chyba lepszej komedii. Nie żartuje z religii i ludzi religijnych – a tym bardziej z chrześcijan i Chrześcijaństwa. Nie, kpi po prostu z ludzi i bawi się tym, jak wiara może zacząć swe narodziny. Do tamtych czasów przeniesiono ludzi o współczesnej mentalności, rozmawiających o współczesnych tematach, mających zaskakujące wykształcenie. Każdy żart zrobił swoje zadanie, każdy coś mówi, każdy jest oryginalny i zachwycający. Sam finał jest kryształem optymistycznej energii, majestatycznym widokiem wywołującym we mnie zachwyt.

zywot briana

MANHATTAN (1979)

To film dla starszych ludzi. Niekoniecznie starych, ale takich, którzy już poznali życie. Zresztą sam film implikuje, że to może nastąpić zarówno w wieku 42 lat, jak i 17. Allen bez cienia fałszu opowiada o popełnieniu błędów, dawaniu drugiej szansy, braku szczerości z samym sobą, publicznej autoterapii, życiu na Manhattanie, kręceniu się wśród wyższych sfer… Ta opowieść ma z pewnością mnóstwo uroku. Patrzymy na miasto przez czarno-biały obiektyw człowieka, który spoglądając na te ulice, słyszy jazz.

CZAS APOKALIPSY (1979)

Fabularnie jest to jeden z wielu tytułów opowiadający o koszmarze wojny wietnamskiej, filmowo – jedno z arcydzieł gry światłem i cieniem. Świat filmu jest skryty w dymie, starożytnych budowlach dzikich ludzi, lesie, bagnie, cieniu, nocy i świetle rotacyjnym, które ujawnia obecność bohaterów, gdy płyną nocą na łódce rzeką. Każdy kadr jest przemyślany i buduje atmosferę obłędu, oderwania od świata rzeczywistego, i podkreśla otworzenie bram do piekła, gdzie nie ma miejsca dla człowieka. Każda sekunda to wizualne arcydzieło. Skala obrazu jest ogromna. Trudno mi uwierzyć, że ten film naprawdę istnieje.

STALKER (1979)

Oglądanie tego filmu to podróż. Wszystko oparto na sugestii i zwątpieniu oraz próbie wiary. Pytania się mnożą, a odpowiedzi z czasem zdają się coraz mniej istotne lub możliwe do udzielenia. Ostateczne, filmowe doświadczenie, które stawia widzowi wyzwanie. Wymaga od niego, by widział więcej, niż twórcy pozornie mu pozwalają. By umiał interpretować i kwestionować obraz, zmusza go do stawienia czoła trudnym pytaniom. Ten seans nie skończy się, dopóki nie odpowiesz. To podróż, która ciebie zdefiniuje, podczas której usłyszysz ciszę i zobaczysz rzeczy, których nikt poza tobą nie zobaczy. To film osobisty.

ZEMSTA PO LATACH ("The Changeling", 1980)

Zaczyna się od głuchego uderzania w rurach, codziennie o tej samej porze. Słychać też szmery, kran nagle się odkręca, by w wodzie pokazać przerażający obraz… Ten dom – to co w nim egzystuje – chce coś powiedzieć… Bałem się, to przerażający film. Z bardzo precyzyjnym budowaniem napięcia oraz porażającym finałem, ale nic nie przebije rewelacyjnej sceny spirytystycznej. Oglądając ją, byłem pewny, że widzę przypadek opętania. Cała historia jest kapitalna i jak najbardziej logiczna, kamera się skrada, jakby miała osobowość i własny cel w tym wszystkim, a George C. Scott dodaje mnóstwo klasy. Wielki film!

OPĘTANIE (1981)

Takiego wulkanu na ekranie nie sposób znaleźć gdziekolwiek indziej. Aktorzy walczą, rzucają krzesłami, biegają, krzyczą, rzucają się, przeżywają, żyją, niemal zostają wysadzeni w powietrze, przejechani, rozstrzelani, a co najgorsze: tracą miłość swojego życia. Myślę, że to najlepszy film Żuławskiego, ponieważ jest najbardziej uniwersalny i najprostszy. Reżyser ograniczył mnogość inspiracji i tematów do jednego – do opowiedzenia o tym, jak to jest, gdy ukochana osoba od ciebie odchodzi. Żuławski opowiada o rozstaniu tak, jakby tworzył horror, a jego bohaterowie byli opętani. Pytanie tylko – które z nich? A może oboje?

ZNACHOR (1982)

Co za historia! Jedna z najlepszych, jakie na ekranie przyszło mi oglądać. To aż chce się poznawać. Obraz polskiej wsi, postaci, napięcie wyczekiwania na operację – czy się uda? Oczywiście, ale jako widz bardzo tego chciałem. I wciąż tego chcę, za każdym seansem. Jest ból i pasja, ale nie działałoby to równie dobrze, gdyby nie taki bohater, jak Antoni: człowiek niemogący żyć ze świadomością, że nie pomógł. Jeden z wyjątkowych filmów w polskiej kinematografii, bo umiejący przedstawić prawdziwie ciepłą opowieść! Chce się oglądać.

SENS ŻYCIA WEDŁUG MONTY PYTHONA („The Meaning of Life”, 1983)

Produkcja wulgarna, prowokująca i przewrotna. Atakuje ona ludzi, systemy, wierzenia i do wszystkiego podchodzi w tak niecodzienny sposób, że przez połowę filmu nie wiedziałem co o tym wszystkim myśleć tak naprawdę. Tym bardziej że to nie jest do końca produkcja segmentowana – przynajmniej część nabiera dodatkowego kontekstu, kiedy już obejrzy się całość. Twórcy podeszli do tej produkcji z prawdziwym zaangażowaniem i rozmachem, miejscami trudno uwierzyć, ile rzeczy jednocześnie rozgrywa się na ekranie. Każda scena zapada w pamięci i bawi od lat. Wielki film!

DAWNO TEMU W AMERYCE („Once Upon a Time in America”, 1984)

Poezja kinowa. Sergio Leone wypełnia przestrzeń obrazem, tworząc prawdziwy krajobraz w montażu i narracji opartej na spojrzenia i przeskokach czasowych, ale też muzyce i nostalgii. Warstwa dźwiękowa jest niesłychanie bogata, opowiadając historię przedstawioną w filmie na własną rękę. Ilość pięknych momentów w tym obrazie jest ogromna. Opowieść o niewyrażonym smutku nad życiem ludzi, którzy utracili na tym świecie wszystko – z wyjątkiem wspomnień.

O-BI, O-BA KONIEC CYWILIZACJI (1985)

Po apokalipsie pozostaje tylko czekać na Arkę – ale czym ona jest? Latającym spodkiem? Zbawieniem? Wytłumaczeniem? To metaforyczna podróż, w której każda postać i linijka dialogu jest jakimś symbolem. Wszyscy wiedzą, że Arka tak naprawdę nie istnieje – ale czynią ją prawdziwą. Jakieś brudne dziecko po serii zapewnień, że Arka nie istnieje, zapyta: „Głupcze! Skoro wiesz, że nie jest prawdziwa, to czemu sam jej nie zbudujesz?”. Wszyscy są tu głupcami. Iście hipnotyzująca satyra na głupią część ludzkości, ich stagnację, wiarę w cuda, do tego parodia reżimu PRL. Sci-Fi jakby Lem pisał scenariusz.

POWRÓT DO PRZYSZŁOŚCI ("Back to the Future", 1985-1990)

Mistrzostwo świata, idealne kino przygodowe i czysta przyjemność. Widziałem wiele razy i za każdym razem mnie bawi, punkty kulminacyjne trzymają w napięciu za każdym seansem, wciąga mnie i inspiruje, efekty specjalne nadal robią wrażenie (w zasadzie wiele z nich pozostały niewidzialne) oraz uczy, że przyszłość cały czas się tworzy, a my mamy siłę, aby ją zmienić. Podkreślam: całą trylogię liczę jako całość, chociaż wiem, że to nie było tak planowane.

SAMOLOTY, POCIĄGI I SAMOCHODY ("Planes, Trains and Automobiles", 1987)

To film o ludziach, którzy przeszli piekło, ale nadal jest w nich ta wewnętrzna siła, aby żyć, aby cieszyć się życiem, aby iść do przodu. Nie osiągają tego poprzez milczenie lub zapominanie o tragedii – oni przeżywają to, co ich spotyka. Oni konfrontują swoje problemy. Nie uciekają przed niczym ani też nie ukrywają. I ta siła jest czymś, co się nie starzeje. Wręcz z kolejnymi dekadami robi to jeszcze większe wrażenie. Z wierzchu może się wydawać, że to prosta komedia złożona z serii gagów i ładnym happy endem, ale pod spodem jest solidne filmowe rzemiosło, doskonałe aktorstwo i mnóstwo ludzkiego ciepła.

DIE HARD (1988)

Ta produkcja jest po prostu kozacka. Atmosfera zamknięcia, kolejne widowiskowe sceny, z których McClane wychodzi żywy w ostatniej możliwej sekundzie, a na końcu ledwo trzyma się na nogach. Jest ranny, boli go każda część ciała, a serce ledwo daje radę od nadmiaru wrażeń. W jednym z krytycznych momentów McClane czołga się ostatkiem sił, ponieważ stopy ma całe w szkle. I zajmuje mu dłuższą chwilę, by z tego stanu się wylizać. Mimo to, gotowy był stawić czoło czemukolwiek, co jeszcze zostało. Bohater, którego chce się pamiętać i oglądać. Takie kino uwielbiam!

RÓB, CO NALEŻY ("Do The Right Thing", 1989)

Niespodzianka filmowa. Nie kończy się wtedy, kiedy powinna, nie zawiera tego, co powinna, nie pokazuje tego tak, jak powinna. Nie jest spójna w ten sposób, że po seansie natychmiast wiemy, co obejrzeliśmy i dlaczego. Jest raczej tak, że rzeczy się dzieją – i co z tego? Od nas zależy znaleźć odpowiedź na to pytanie. Zupełnie jak w życiu – nikt z góry nie nada wydarzeniom odpowiedniej wagi za nas. Od nas zależy, żebyśmy zauważyli w nich coś więcej. Coś, z czego możemy wyciągnąć wnioski. A fakt, że 30 lat później ludzie pytają nie o czyny policji, ale o to, co zrobił Mokkie, jest naprawdę znaczący.

KORCZAK (1990)

Historia, którą trzeba było opowiedzieć, człowiek, którego trzeba było zaprezentować. Ma wiele przerażających scen, a reżyser nie ocenia swojego bohatera. Woli zostawić z nim widza, żeby ten poznał historię osoby, która nie chciała zostawić dzieci samych z Holokaustem. Plus piękne, czarno-białe zdjęcia oraz pamiętne monologi o pracy w udawanym sklepie i stworzeniu cywilizowanej umieralni.

DRABINA JAKUBOWA ("Jacob’s Ladder", 1990)

Z tym filmem trzeba się zamknąć samemu w pokoju. Przenosi nas do świata jakby nam bliskiego, ale mu nie ufamy, boimy się go i staramy się w nim odnaleźć, jednak nie mamy nad nim kontroli, to on ma władzę na nami… Jedno z najbardziej niezwykłych rozliczeń z doświadczeniami wojennymi oraz przeszłością ciążącą nad naszymi głowami. I pomimo zaskakującego finału, kolejne seanse są jeszcze lepsze od pierwszego!

CHŁOPIEC Z ULICY GULING (1991)

Film monumentalny i osobisty jednocześnie. Ładny i kojący swoim spokojem obraz dorastania w latach 60. XX wieku w Tajwanie. Pierwsza miłość, konflikt z łobuzami, postawienie się światu wokół siebie: tak ludziom, jak i systemowi. Gdy dobre decyzje w danej chwili przestają takimi być z perspektywy czasu. I na odwrót. Yang wymaga, ale też nagradza. To się ogląda naprawdę dobrze (jak na czterogodzinną produkcję). I nawet chcę go obejrzeć jeszcze raz. To jedyny obraz Yanga, który taką reakcję we mnie wywołał.

BEZ PRZEBACZENIA ("Unforgiven",1992)

Każda postać w tym filmie była kiedyś bohaterem lub jego zaprzeczeniem. Ratowali niewiasty z rąk bandytów albo wręcz przeciwnie – porywali je i strzelali celnie do każdego, kto chciał je uratować. Pili, pojedynkowali się, tworzyli legendy o honorze i niesamowitych akcjach, w których samodzielnie wychodzili cało. Łączy ich jedno: przetrwali. I teraz są tutaj. Nie dzielą się na tych dobrych i złych. Nawet nie chodzi o podział na żywych i martwych. Gatunek i tamte czasy zostały obdarte ze swojej legendy, blasku i chwały. To doświadczenie czasów, które minęły i nie pozostawia widza obojętnym. Wyzywa go.

DZIEŃ ŚWISTAKA ("Groundhog Day", 1993)

Ton tej opowieści jest niesamowity, bo jednocześnie spójny, zróżnicowany i perfekcyjnie wymierzony. Fundamentem jest obyczaj z sarkastycznym bohaterem – od tej podstawy historia waha się w kierunku surrealizmu, paranoi, komedii, historii miłosnej i tragedii. Ten film potrafi przywalić widzowi, ale też mu pomóc: pokazuje, jak można byłoby spędzić ten dzień, ile on oferuje – o wielu z nich widz na pewno sam nie pomyślał. Scenarzysta zostawia widza z tym uczuciem: „Chcę przeżyć taki dzień”, ale jednocześnie uczy, jak wiele trzeba najpierw dać z siebie, jak dużo trzeba nad sobą pracować, by do tego dojść.

ŻEGNAJ, MOJA KONKUBINO ("Ba wang bie ji / Farewell, My Concubine", 1993)

Nie pamiętam, bym do tej pory zżył się z bohaterami tak bardzo w tak krótkim czasie. Ich historia będzie się rozgrywać na tle rewolucji kulturowych Chin, a ich decyzje będą konfrontowane z czasami, w których przyszło im żyć. Jest co oglądać! To ten rodzaj artystycznego kina, które opiera się nie na długich ujęciach, ale ferii barw, pięknych kostiumach, kulturze kraju oraz jego fascynacją u reżysera. Postawiono na rozmach i emocje. Bardzo dobre aktorstwo, świetne wyczucie barw. Sceny początkowe, sceny przy ognisku na koniec oraz ta sztuka, odegrana po raz ostatni – one pozostaną w mojej pamięci!

CO GRYZIE GILBERTA GRAPE'A ("What's Eating Gilbert Grape", 1993)

Trudny, głęboki film, z bohaterem, który nie mówi o sobie i o tym, co czuje. Co z tego zrobiono? Intensywną, pasjonującą i przede wszystkim zrozumiałą opowieść, opowiedzianą tylko i wyłącznie za pomocą obrazu. Bardzo dobra, precyzyjna i uczciwa opowieść o tym, że są na tym świecie ludzie zajmujący się innymi z własnej woli, czerpiący z tego przyjemność, ale zwyczajnie potrzebujący wdzięczności oraz osoby, która pomoże im nie zabrnąć za daleko. A także wiele, wiele więcej. To w końcu najlepszy film (i jeden z niewielu) zajmujący się w tak dojrzały sposób cierpieniem psychicznym.

Co gryzie Gilberta 1993 whats eating

PULP FICTION (1994)

Pewnie jedna z najtrudniejszych do obronienia pozycji w historii. Wszyscy w końcu kochamy ten film i oglądamy go wielokrotnie, ale gdy przyjdzie do uzasadnienia tego, wtedy większość ma pustkę w głowie – może poza frazesami, że kultowy, że genialny scenariusz, że masa smaczków. Napiszę więc, że to niezwykła produkcja, zaprezentowana w niezwykły sposób, która sprawia mnóstwo zabawy i naprawdę się cieszę podczas obcowania z tym tytułem. I mam niemal natychmiast odbyć tę podróż ponownie. Fascynujący film, który jest zagadką nawet 40 seansów później.

CLERKS (1994)

O wszystkim i… o jeszcze większej ilości tematów, motywów i życiowych wariacjach. Za każdą rozmową kryje się coś więcej, za każdym zwykłym człowiekiem jest niezwykła osoba, która po prostu chce być szczęśliwa. To uniwersalne stanowisko, ale tutaj poznajemy pokolenie ludzi szczęśliwych, którym wmawiano, że jeszcze tacy nie mogą być. Najpierw muszą coś osiągnąć, dokonać czegoś. Czy tak naprawdę jest? A jeśli nie, co jest więc kluczem do szczęścia? I to tylko jeden z wielu sposobów, jak można ten tytuł odebrać. Zwykła, prosta komedia – albo diagnoza społeczeństwa i ludzkości w mikroskali.

STO LAT W KINIE (1995)

Absolutne arcydzieło (nie tylko dokumentu). Kilka osób, począwszy od emerytek pamiętających jeszcze pierwsze filmy dźwiękowe aż do nastolatek. Wszystkie opowiadają historię swego życia znaczonego przez kino. Jakie to kino kiedyś było, kiedy to kosiło się trawnik, malowało płot i w szkole się pilnie uczyło, tylko po to, by od rodziców dostać te kilka groszy na bilet. Łysiejący pan drżącym głosem mówiący o ostatniej scenie z „Kanału” Wajdy i tym, że nie mógł potem wstać z szoku. Światła się paliły, a on dalej siedział zahipnotyzowany. Tytuł przypominający, za co tak naprawdę kocham kino. Łezka w oku gwarantowana.

DOM ("A Casa", 1997)

Opowieść o ciszy, którą wybierasz zamiast powiedzenia innym tego, co potrzebujesz, by wiedzieli. Może dlatego, że nie zrozumieją. Albo zrozumieją inaczej. Zignorują? Tyle możliwości. Więc wybierasz komunikację bez słów. Krzyczysz całym sobą, ale bez otworzenia ust. Bartas w „A Casa” rozciąga tę ciszę na cały film, pozbawiając go dialogów. Bohaterowie posługują się wyłącznie językiem obrazów, rzucając tym samym nie tylko nowe światło na twórczość tego reżysera, ale i powód, dla którego uczymy się tego języka i tak go kochamy.

TAJEMNICE LOS ANGELES ("L.A. Confidential", 1997)

Nic więcej nie warto nawet oczekiwać od kryminału. Chce się poznać wyjaśnienie, chce się dokopać do sedna całej sprawy. Fabuła to istna rewelacja, trzeci akt – w którym wszystkie niepasujące do siebie klocki okazują się mieć swoje miejsce – to czysta perfekcja. Napięcie buzuje pod spodem w każdej sekwencji, z rozmysłem dając o sobie znać w strategicznych punktach. Plus najlepsze strzelaniny w historii kina. Ta historia! Ta satysfakcja z seansu! Mocne, pełnokrwiste kino!

TITANIC (1997)

Monument kinematografii, w którym niemal każdy moment sprawia, że mam ochotę być wdzięcznym za posiadanie oczu. Uwielbiam, jak bardzo to heroiczny film, w którym zarówno Jack i Rose poświęcają się dla siebie nawzajem, a także wielu ludzi umiera śmiercią honorową, czując się odpowiedzialnym za katastrofę, więc nawet nie myślą, by spróbować zająć czyjeś miejsce – ale to przede wszystkim opowieść o chwytaniu każdej okazji bez strachu. Bo co przyjdzie ci z wyjścia cało z największej katastrofy morskiej w dziejach, jeśli potem nie będziesz żyć tak, by zasłużyć na miejsce na tej łódce?

KSIĘŻNICZKA MONONOKE (1997)

O miłości do drzew opowiedzieć za pomocą fantastycznego kina batalistycznego – do tego trzeba być Miyazakim. Mamy tu rewelacyjnego herosa, który wytrzyma wszystko i jeszcze stanie do walki z każdą ze stron, w tej niewiarygodnej intrydze o losy świata. Będzie w samym środku centrum starć czterech różnych grup ucinającej sobie głowy – tylko po to, aby pogodzić miłość do drzew z miłością do ludzi. Plus warta pamięci scena karmienia przeżutym pokarmem. Piękny film i fantastyczna przygoda!

WIECZNOŚĆ I JEDEN DZIEŃ (1998)

Na jednym poziomie jest to film o starszym mężczyźnie, który jutro wybiera się do szpitala, a dzisiejszy dzień spędza z przypadkowo poznanym dzieckiem, nielegalnym imigrantem z Albanii, którego spotkał, gdy ten podbiegł do jego auta stojącego na światłach, i umył mu okna. Na drugim poziomie jest to wiwisekcja przeszłości, przypomnienie sobie tego punktu zwrotnego, który zaważył na tym, że bohater na starość znalazł się w tym właśnie miejscu. Wspomnienia dzieciństwa i żony, jej listów, kariery pisarza, który dziś szuka znaczenia słów. Theo Angelopoulos jako jedyny potrafi opowiadać kino drogi w taki sposób, by stało się ono kinem podróży.

BYĆ JAK JOHN MALKOVICH ("Being John Malkovich", 1999)

Świat dziwny i niemający z tym problemu. To kino metaforyczne, ale w ten przyjemny, logiczny i jasny sposób. Opowieść Charliego Kauffmana można obejrzeć i odebrać na pewnym podstawowym poziomie: jako historia niespełnionego człowieka, który może zaznać miłości tylko oszukiwaniem. W szerokim kontekście jest to opowieść o sztuce i różnorodnym odbiorze jej. Szukania w niej szczęścia, życia, własnej osobowości, odpowiedzi, a przede wszystkim życia wiecznego. Niezwykły film – przemyślany i istotny.

MIĘTOWY CUKIEREK ("Peppermint Candy", 1999)

„Obywatel Kane” + „Memento” + Korea, ale to dosyć krzywdzące porównanie, bo film nie jest poskładany z innych. Jest całkowicie oryginalny, wręcz trudno uwierzyć jak bardzo – złożony z kolejnych warstw przeszłości bohatera. Napisać historię człowieka i opowiedzieć ją od tyłu tak, by każdy z tych segmentów był równie ciekawy – to dopiero wyzwanie! Opowieść jest smutna. Ludzie przy płakaniu smarkają i tracą głos, a przy krzyczeniu twarz wykrzywia im się w straszny i trochę groteskowy sposób. Emocjonalna petarda, którą trzeba obejrzeć przynajmniej dwa razy, by tę historię jakoś sobie „ustawić”.

HARMONIE WERCKMEISTERA (2000)

Piękny film. W tym miasteczku nie ma czasu ani historii, jest tylko wieloryb wywołujący zamieszki. Oniryczna zagadka pełna treści na każdym kroku, którego poznawanie jest taką samą przyjemnością, co zwykłe oglądanie. Czerń i światło tego filmu zostają w pamięci, jego mgła, wędrowny cyrk, scena w szpitalu czy opowieść o krążeniu wokół słońca. Nawet jeśli nic nie zrozumiemy, zawsze będziemy mieć piękno tego filmu w naszych oczach. Jest w tym struktura i konkretny zamysł, ale jest też miejsce dla nas – aby wieloryb znaczył dla każdego z nas coś innego.

SPIRITED AWAY (2001)

Największa przygoda filmową XXI wieku, pełna magii i uroku, niczym opowieść w głowie dorosłego, który wspomina zabawy z dzieciństwa. Albo i dzieciństwo samo w sobie. Ile się wtedy nauczył, kogo wtedy poznał, i jakie wszystko było wtedy niezwykłe i piękne. Bez przyglądania się całości lub szczegółom, bo wtedy wszystko się rozleci. Wszystko to zamknięte w pętlę, przypominającą o tym jednym jakże istotnym fakcie: był wtedy dzieckiem. Miyazaki zdaje się celebrować to wspomnienia, tak samo, jak fakt bycia właśnie małą, młodą osobą, dla której każda chwila może być wydarzeniem.

POTWORY I SPÓŁKA ("Monster Inc.", 2001)

Animacja przedstawiająca niezwykły świat, pełna wyobraźni – tym razem jednak zamiast jednego głównego bohatera mamy dwóch, dzięki czemu mamy do czynienia z buddy movie. Co mogę powiedzieć – widziałem dziesiątki razy i pewnie drugie tyle razy ten film zobaczę. Uwielbiam do niego wracać, śmiać się z polskiego dubbingu, wzruszać, ilekroć słyszę „kotek!”, zachwycać się dynamiką całości, przewrotnym morałem… Ten tytuł to idealny lek na pochmurny dzień albo tydzień. Albo miesiąc.

OAZA ("Oasis", 2002)

Tu nie ma lamerstwa („Och, to miłość, kto ją zrozumie”) ani dziecinady („miłość to takie różowe i miłe, ooo”). Gówno, ten film jest zbyt dojrzały na takie zagranie i wie, dlaczego jego bohaterowie robią to, co robią. Opowiedzenie o takiej miłości – miłości osób, którzy nie tylko nie są przystosowani do nas, ale też my do nich – wymagało jaj. Ogólnie to film zabiera w inny świat, którego pewnie z 99% ludzi nigdy nie odwiedziła i jest z tego zadowolona. Ten film to zmienia w dosyć brutalny sposób, zmuszając do refleksji – i to tylko jej początek. Ten film daje przyjemność, ale tylko taką, jaką daje obcowanie z dobrym kinem.

MIĘDZY SŁOWAMI (Lost in Translation, 2003)

Film o pogodzeniu się z samym sobą. O życiu ze sobą, z rzeczywistością, stanem obecnym, konsekwencją tego, co było kiedyś i zaakceptowaniu tego, co jest. A jednocześnie – o patrzeniu w przyszłość, na podstawie nowo zdobytej wiedzy i doświadczenia. Z optymizmem i satysfakcją. Uwielbiam ciszę w tym filmie, chociaż nie ma tu jakoś mało dialogów. Uwielbiam spojrzenie między Charlotte i Bobem, które trwa i trwa, bez słowa wypowiedzianego na głos. I do dziś pamiętam wrażenie, jakie wywarło na mnie ujęcie Scarlett Johansson siedzącej na parapecie, a za oknem widać Tokio z wysokości 50 piętra.

ZAKOCHANY BEZ PAMIĘCI ("Eternal Sunshine of the Spotless Mind", 2004)

On chce zapomnieć o niej, ona o nim – tylko gdy tak się dzieje, to uzmysławiają sobie, że wcale tego nie chcą. Utracone wspomnienie miłości zaczyna rozsadzać wszechświat, a bohaterowie tracą zmysły i nie wiedzą dlaczego. Miłość jednak zawsze ich znajdzie i to jest właśnie w tym piękne. Film otwarty na widza i jego subiektywny odbiór, zaskakujący wizualnie i tematycznie, umiejący uderzyć w sedno tego, o czym mówi. Tytuł odnosi się do poematu poświęconego dziewicom, które pilnowały świętego ognia – żyły w celibacie, ale były za to poważane i szanowane.

SZCZĘŚCIE (2005)

Ten film wymaga skupienia, ale co rzadko spotykane, potrafi się za nie odwdzięczyć. Reżyser łączy tu niemoc z obowiązkiem natychmiastowego działania, szuka powodu, dla którego jest to uznawane za obowiązek, pozwala bohaterom zastanowić się nad tym i przyjąć tego konsekwencje, które tak naprawdę mają zasięg indywidualny – własne sumienie. Opowieść o zwykłych, dobrych ludziach, którzy jak chyba każdy musieli stanąć wobec problemu, z którym musieli coś zrobić, choć ich nie dotyczył.

LUDZKIE DZIECI ("Children of Men", 2006)

Zachwycający obraz. Scenografia, reżyseria, zdjęcia, historia, detale – wszystko! Futurystyczny horror, w którym terroryzm, przemoc, propaganda i zamordyzm są jedynym rozwiązaniem, a jednocześnie nie można się poddawać, gdy wokół świat i wszystko, co dla nas ważne, odchodzi lub przepada, kiedy wszyscy wokół nadal są ślepi. Wszystko jest brudne, ale z tym brudem się walczy. Potężny film!

WSZYSTKO ZA ŻYCIE ("Into the Wild", 2007)

Opowieść o dziurze w sercu, którą może zostawić jeden człowiek. Nazwał on siebie Alexander Supertramp, a po skończeniu szkoły uciekł od rodziców, aby żyć tak, jak chciał. Nie zostawiał po sobie żadnych śladów poza wspomnianą dziurą, a wszystko, co robił, przygotowywało go do celu, jaki sobie zamierzył: zdobyć dzikość Alaski, zamieszkać tam. Każdy w końcu chce spełniać marzenia i żyć po swojemu. Cytat na początku mówi o tym, że „nie jest tak, że to ludzi nie kocham – ale naturę kocham bardziej”. I jest to z pewnością film pełny miłości. Do bardzo wielu rzeczy.

WALL-E (2008)

Tym razem Pixar zaserwowali najmłodszym prawdziwe kino. Pod względem „wartości” to na pozór kino dosyć proste. Dbanie o środowisko, o siebie, ogólnie rzecz biorąc: o formę. Jednak tak naprawdę wartością „Wall-Ego” jest coś innego: rozwój emocjonalny, umiejętność rozpoznawania piękna i docenienia go. Jakby nie było, w końcu to produkcja dla najmłodszych. I jest tu czym się zachwycać. Ten tytuł emanuje pięknem w przeróżnych formach. Moment, który najbardziej mnie ujął, to Wall-E idący spać. Gdy zachował się jak dziecko, które nigdy nie miało matki. Chwila nieskończonego piękna.

wall-e

MARY I MAX (2009)

Historia toczy się wokół relacji, jaka zawiązuje się pomiędzy małą australijską dziewczynka imieniem Mary i jej korespondencyjnym przyjacielem z USA – Maxem, który jest samotny i otyły. Autorem całości jest Adam Elliot, twórca paru krótkometrażówek o burym, depresyjnym tonie, i ten styl ustawił jego pełnometrażowy debiut. Jest to film, który każdy powinien zobaczyć. W końcu każdy powinien przejść obok bezdomnego 80-latka i pomyśleć, że całe jego życie prowadziło do tej właśnie chwili. Bezkompromisowa produkcja o dwojgu ludzi, którzy w nieszczęściu znaleźli wzajemne oparcie.

DEBIUTANCI ("Beginners", 2010)

Ten tytuł mnie uszczęśliwia samą swoją obecnością. Tak: czuję się lepiej tylko dlatego, że ten tytuł istnieje i mogę do niego wrócić w każdej chwili. O tym opowiadają Debiutanci: o powrotach i o tym, że przeszłość z nami zawsze będzie, w ten dobry sposób. O magii codzienności, o pozytywnym patrzeniu w przyszłość, o przeglądaniu starych fotografii… O byciu szczęśliwym. O byciu smutnym. O śmianiu się ze smutku. Niezwykłe osiągnięcie na poziomie narracji, montażu, scenografii, reżyserii i ogólnie opowiadania obrazem o rzeczach, których wydawałoby się, nie można pokazać. A jednak się udało.

KOŃ TURYŃSKI ("A torinói ló", 2011)

Jedna z teorii mówi, że Koń… przedstawia koniec świata na zasadzie odwrotnego początku, czyli odejmowane są po kolei rzeczy, które chrześcijański Bóg stworzył (pierwszego dnia stworzył światło i oddzielił je od ciemności – itd.). Dla mnie Koń… jest nieistniejącym epilogiem mojej ulubionej książki i przedstawia koniec pewnego rodzaju ludzi. Robi to w bezlitosny sposób, hipnotyzujący i fascynujący, nie pozwala oderwać wzroku i urzeka pięknem technicznym oraz grozą świata przedstawionego. Ten film jest przeżyciem. Wstrząsającym, ale też sprawiedliwym.

PERKS OF BEING A WALLFLOWER (2012)

Każdy ma film, bez którego nie mógł żyć przez kilka dni – dla mnie było to Perks…, które obejrzałem cztery razy w ciągu trzech dni. Nie miało dla mnie sensu oglądanie wtedy czegoś innego. To tytuł wypełniony miłością, muzyką, zrozumieniem, akceptacją – a przy tym bierze się za prawdziwie ambitny temat, czyli przedstawia bohatera, który całkowicie zmienia swoje poglądy filozoficzne o 180 stopni. Podejmuje świadomą decyzję, żeby zacząć wyznawać inne wartości – a sposób, w jaki to zrealizowano pod kątem wizualnym, czyni z tej produkcji prawdziwe dzieło sztuki.

ONA ("Her", 2013)

Zaskakująca produkcja. Są tu metafory choćby stanu, w którym gadasz sam ze sobą, rozpamiętując przeszłość, starając się ją napisać na nowo takie sytuacje, jak dawna kłótnia z ukochaną. Są tu rozmyślenia nad istotą miłości i człowieka w tym wszystkim. Czym jest idealny związek? I czy może on się wydarzyć pomiędzy człowiekiem oraz komputerem? Ten film pomaga znaleźć porządek w życiu, z wymierną pomocą idealnej Samanthy Johansson – to w niej można się zauroczyć. A Amy Adams jeszcze nigdy nie była taka ładna.

PRZECHOWALNIA NUMER 12 ("Short Term 12", 2013)

Opowiada o problemach psychicznych, ranach pozostawionych w dzieciństwie i wracających do nas w wieku dorosłym. Miejscem akcji jest ośrodek dla nieletnich, którzy stanowią zagrożenie dla samych siebie. To kino atrakcji i niespodzianek, każdy mały moment jest arcydziełem. To nie jest dzieło sztuki. To zbiór małych dzieł sztuki. Wielkie kino pełne małych przykładów wielkiej empatii w codziennym życiu. W tym filmie można się zakochać.

WHIPLASH (2014)

Czy w sztuce faktycznie można coś osiągnąć – czy można być naprawdę mistrzem? Ten tytuł pozwala uwierzyć, że sztuka może być obiektywna, że można w niej osiągnąć ideał, dążyć do niego i być coraz lepszym i lepszym. Samo bycie artystą nie jest osiągnięciem, nie ma też za to żadnej większej nagrody oprócz szacunku do samego siebie. Po seansie można zacząć słuchać jazz i słyszeć w nim więcej. Plus doskonały montaż, aktorstwo i finał trwający kwadrans, który mogę oglądać w kółko i w kółko…

PATERSON (2016)

Adam Driver gra Patersona, kierowcę (ang. driver) autobusu, w mieście Paterson. Każdy dzień jego filmowego życia znaczy codzienność – ulubione płatki na śniadanie, rutynowa praca, obiad w domu, spacer z psem, podczas którego zaglądamy do baru na piwo. Nie doświadczamy tutaj tzn. „zabijania czasu”. Seans zostawia z pytaniami, intryguje, rozgrzewa i inspiruje. Udaje mu się oddać czar rzeczywistości – w trakcie oglądania wyczekiwałem powrotu do tych codziennych smaczków, jak choćby podsłuchiwanie rozmów pasażerów w autobusie. Znalazłem w tym przyjemność. Znalazłem przyjemność w codzienności.

MANCHESTER BY THE SEA (2016)

Lee Chandler pracuje jako dozorca. Prowadzi monotonne życie, z którego wyrywa go jeden telefon – bohater natychmiast opuszcza miasto, by wrócić do brata. Ten jednak umiera, zanim zdążyli się spotkać. Teraz pozostaje dokończyć wszystkie sprawy i dopełnić ostatnią wolę zmarłego. Poznawaniu losu Chandlera towarzyszył mi nieustający dołek. Tutaj są zdarzenia, które zostawiają blizny na całe życie, a ogólna wymowa jest taka, że nie ma sprawiedliwości na tym świecie. Są rzeczy, które nigdy nie zostaną naprawione, a ból nigdy nie zniknie. Najbardziej dojrzały obraz od lat.

HAMILTON (2020)

Musical dla ludzi, którzy myślą o sobie, że nie lubią musicali. To biografia dla ludzi, których nieszczególnie kręcą biografie. To hip-hop dla ludzi, którym wydaje się, że hip-hop nie jest w ich stylu. „Hamilton” to prawdziwe święto kreatywności: każda scena jest ekscytująca w oglądaniu, a fascynujących detali nagromadzonych na ekranie jest tyle, że pewnie nigdy ich wszystkich nie odkryjemy. I ponadto: ta produkcja jest zwyczajnie piękna. Chwali wielkość, do której jest zdolny człowiek, przyznaje każdemu prawo do bycia kochanym. Po seansie chce się śpiewać i tańczyć, osiągnąć coś i czytać książki naukowe.