Podsumowanie filmowe 1965 roku

Podsumowanie filmowe 1965 roku

28/06/2024 Blog 0

Ostatnia aktualizacja: czerwiec 2024

NAJLEPSZE FILMY ROKU

salto konwicki 1965

Miejsce #1: Salto

Jeden z tych tytułów, dzięki którym można pokochać kino – bo dzięki „Saltu” można zobaczyć jego możliwości. Nie tylko usłyszeć piękno starego polskiego języka czy poznać historię, której wszystkie warstwy będą dla nas jasne dopiero po odbyciu gruntownych studiów – ale na własne oczy zobaczyć, jak wiele może film osiągnąć jako sztuka: ile wyobraźni może się zmieścić w kadrze, ile snu! Oglądanie tego jest jak wkroczenie do Strefy Mroku, to najbardziej niesurrealistyczny surrealizm, jaki widziałem. Nikt nie jest w stanie dostrzec prawdy o sobie, tu wszystko jest normalne. Plus kopalnia kultowych cytatów.
walkower skolimowski 1965

Miejsce #2: Walkower

Wszystko, co ten film prezentuje, powinno być dzisiaj standardem. Sposób, w jaki wykorzystuje przestrzeń, prowadzi kamerę i aktorów, wolnością w operowaniu poezją i przekłada ją na język obrazu. Nie ma absolutnie żadnego powodu, żeby dziś akceptować jako widz cokolwiek mniej ambitnego. Opowiada historię studenta, który oblał egzamin, jutro ma 30 urodziny, ale jeszcze nie oddaje walkowerem swojej młodości. To jeden z tych filmów, które można opowiedzieć od początku do końca, a i tak odkryć go dopiero, gdy samemu się obejrzy, pozna kontekst. Wskazane jest oglądanie całej trylogii. Całość trwa ledwo 70 minut, gna dosłownie jak i filmowo. Spotyka na swojej drodze różnych ludzi, mówiących dziwne rzeczy, dziwnie się zachowują, myślą o dziwnych rzeczach. O tym kraju, o współczesności, o stawianiu czoła życiu, o całym mnóstwie rzeczy. W swój własny sposób. I przemawia do mnie, po tych wszystkich latach. Ta opowieść o zagubieniu w pośpiechu za czymś nieuchwytnym jest ponadczasowa.
mam 20 lat poster

Miejsce #3: Mam 20 lat („Mne dvadtsat let”)

Radziecka opowieść o dorastaniu – ludzi, narodu i kraju. Proza życia i dyskusje egzystencjalne w jednym. Bohater już teraz jest starszy, niż jego ojciec był kiedykolwiek, ale dorastał bez niego. W tej historii figura ojca jest drogowskazem do udanego, spełnionego życia, kompasem moralnym. Wtedy jednak mieliśmy do czynienia z całym krajem dorastającym bez ojca, a tym samym wchodzący w dojrzałość i samodzielne życie bez przygotowania. Poszukujący swojej drogi i tak naprawdę samego siebie. Faktycznie podczas seansu miałem wrażenie oglądania filmu, który zbiera głosy setek tysięcy jednostek w jeden wyraz niepokoju, obawy i mnóstwa innych emocji oraz przemyśleń.
for a few dollars more poster

Miejsce #4: Za kilka dolarów więcej („Per qualche dollaro in piu”)

Film zapada w pamięci dzięki klimatowi i bohaterom. Podoba mi się, jak twórcy składają hołd światu, w którym akcja filmu się toczy. Kraina mężczyzn, gdzie słowa nie mają znaczenia – liczą się tylko działania i podejmowane decyzje, które mówią wszystko. Słowa muszą ciężko zapracować, by znaleźć sobie miejsce w tym świecie. Śliczny jest tu bandzior – jego romantycznie zamglone oczy patrzące się w przestrzeń, gdy słucha melancholijnej pozytywki, są jednym z moich głównych wspomnień po seansie.
kolekcjoner wyler 1965 collector

Miejsce #5: Kolekcjoner ("The Collector")

Tytułowa osoba zbiera nie tylko motyle, ale też porywa kobietę. Zamyka ją w piwnicy i ma zamiar… No właśnie, co teraz? Kim jest? Dlaczego to zrobił? Ten obraz idący daleko w uczłowieczeniu zbrodniarza, budując wobec niego sympatię, pokazując go w niebezpiecznie pociągającej pozycji z rozpiętą koszulą. To skomplikowany portret złożonych ludzi, w tym filmie ze złem można tylko pójść na ugodę. Nie przeraża poddanie się, albo myśl o tym, co to Zło z tobą może zrobić. Przeraża myśl, że to i tak nic nie da. Nie ma wyjścia. To ponure, przytłaczające doświadczenie. Ciężko nawet wynieść z tego jakiś morał poza wiedzą, że takie zło faktycznie może istnieć. Nie zdziwiłem się, kiedy przeczytałem, że „Kolekcjoner” inspirował co najmniej jednego seryjnego mordercę.

Miejsce #6: Wielki wyścig ("The Great Race")

Mnóstwo tutaj małych i wielkich sekwencji komediowych, jak bójka w barze czy bitwa na ciasta, które pewnie należą do kanonu humoru filmowego. Jeśli chcecie cos śmiesznego – z tytułów bardziej absurdalnych, fizycznych, kreskówkowych i slapstickowych – wtedy dzieło Blake’a Edwarda zasługuje na pochwały. Nie boi się pokazać swoich bohaterów przeżywających sytuacje niemożliwe i niebezpieczne (jak upadek z kilku kilometrów), nie boi się szalonych pomysłów, nie boi się spuścić smyczy z tej niewydarzonej obsady dokonujących niemożliwego. Ta komedia trwa jakieś 160 minut i jest w niej spokojnie z dwie godziny doskonałej zabawy.

Miejsce #7: Ciemna strona sławy ("Inside Daisy Clover")

Gdy widz poznaje Daisy, widzi żywiołową i agresywną postać: gdy pewien chłopak będzie się do niej dobierać, ona wyprowadzi go kopniakami. Pod tym wszystkim widać jednak wrażliwą dziewczynę, głupią i zawiedzioną życiem, jakie przyszło jej prowadzić. Za to w swojej pierwszej roli… jest zupełnie inna. Jest gwiazdą. Pewną siebie, żywą reklamą. Ten kontrast jest motywem głównym tego tytułu, a reżyser idzie jeszcze dalej: konfrontuje widza z takimi sylwetkami jak Myrna Loy albo Fred Astaire i wielu, wielu innych. Wszyscy na ekranie zdają się przypominać Daisy, ale tylko tę ekranową. Opowieść o tym, jak w Hollywood działa system gwiazd. O tym, dlaczego celują w takie, które wydają się zwykłe i pospolite… By zawsze miały świadomość, że łatwo będzie je zastąpić, gdy nie będą się słuchać.

Miejsce #8: Doktor Żywago ("Doctor Zhivago")

Pierwsza połowa XX wieku, rewolucja ludowa, Carowie idą do piekła, do władzy dochodzi zwykły człowiek… Tylko w praktyce to wyszło trochę inaczej i bohaterowie tej historii są tego świadkami, pośrednio uczestniczą i ponoszą konsekwencje tych zmian. Nie są politykami ani nikim takim, są po prostu mieszkańcami miast, z których trzeba uciekać. Te realia uderzają, bo biją one po oczach naszych protagonistów, którzy nie mogą znieść tego, co widzą. Nie mogą jednak nic zrobić. Jeśli zrobią, to będzie tylko gorzej. Smutny, piękny film. /david-lean/
mirage 1965 dmytryk

Miejsce #9: Miraż ("Mirage")

Technicznie rzecz biorąc, to po prostu półtorej godziny solidnego thrillera pełnego zabiegów mącących w narracji, a dopiero końcówka umieszcza to wszystko w jakimś wyższym kontekście, jakim jest paranoja lat 60., lepiej eksplorowana w innych obrazach. Czarno-białe zdjęcia, oniryczny rozwój wydarzeń, Nowy Jork. I mocne rozwiązanie intrygi, adresujące i atakujące powszechne obawy wśród ludzkości w tamtych latach. To zaskakujący obraz, który ogląda się do końca i chce się poznać odpowiedzi. Finał wprowadza do świadomości odbiorcy wiele trudnych zagadnień, jeśli ten już o nich nie słyszał wcześniej. Kryminał zamienia się w dramat, który zostaje z odbiorcą. I jego sztuczki działają przy kolejnym oglądaniu, więcej wymagać nie będę. Wciągający, intrygujący seans.

Miejsce #10: Szymon z Pustyni ("Simón del desierto")

Bunuela bawi fakt, że ktoś wszedł na słup i stoi. Mnie w sumie też, jak się nad tym zastanowić. To jak najbardziej jest inspirowane prawdziwymi przypowieściami o świętych męczennikach, którzy spędzali lata na słupie, modląc się i cierpiąc za wszystkich, błogosławiąc miejscowym i przyjezdnym. Tylko że u Bunuela bohater po pobycie na słupie przez jakiś czas dostaje od miejscowych nowy słup. Schodzi, wchodzi na nowy. Ludzie się go pytają, jak się tam na górze załatwia. Przychodzi Szatan i kwestionuje jego możliwości. Szymon jest przepełniony pogardą wobec siebie, ma o sobie niskie mniemanie i uważa za największego grzesznika, żałując i przepraszając Boga, wymyślając sobie dodatkowe kary za to, co pomyślał, powiedział czy za moment zawahania. Jest w tej historii zgrywa, ale też uczucie w stosunku do człowieka, który jest tak naprawdę bezsilny wobec swojego poczucia winy. Bunuel nie wierzy, że mu może pomóc, żeby ten zszedł i zaczął się czuć dobrze wobec siebie, by mógł inaczej spędzić życie. Jeśli już, to daje głos innym, prostym ludziom i pozwala im na kilka uszczypliwych słów.

Również warte uwagi: Wstręt, Co słychać, koteczku?, Żandarm w Nowym Jorku, Olimpiada w Tokio i Syn rewolwerowca

NAJLEPSZE SERIALE ROKU

Miejsce #1: I Spy - sezon I

Serial świadczący o swoich czasach: banalna produkcja o szpiegach, którzy mają przygody w każdym odcinku: ochraniają kogoś, wydobywają jakąś informację, coś infiltrują itd. Fabuły są toporne i nieinteresujące, dramaturgia banalna, sceny akcji (najczęściej walki wręcz) byle jak zrealizowane. Cała siła tego tytułu to aktorzy, którzy zdobyli sympatię odbiorców. Taki na przykład Bill Cosby – to bardziej poważna rola w jego repertuarze, chociaż nadal w lekkiej stylistyce jako całość. To jedyny serial z tego roku, który widziałem, więc tylko z tego powodu pierwsze miejsce.

NAJLEPSZE ODCINKI ROKU

fugitive 1963

Miejsce #1: Corner of Hell ("The Fugitive", 2x21)

Interesujący obrót sytuacji, w którym to pułkownik Gerard jest oskarżony o coś, czego nie zrobił, a Kimble jest tym, który może mu pomóc. Cały serial w tym momencie coraz mocniej kręci się wokół dziur w systemie, gdzie niewinni zostają ukarani, a tutaj do takiej dziury wpada sam pułkownik. Do tego sama historia jest nieoczywista i pełna uczciwego napięcia. Ułatwienia fabuł na potrzeby telewizji spotykają się tutaj z poważnym potraktowaniem, nawet jeśli jest tu lekki akcent aktywistyczny. Plus Bruce Dern w gościnnej roli.
addams family 1964

Miejsce #2: Amnesia in the Addams Family ("The Addams Family", 1x22)

Gomez ulega wypadkowi i teraz jest normalny. Teraz jego szokują rzeczy, które widzi we własnym domu, szczególnie jego rodzina. Delikatny zwrot w typowym żarcie tego serialu (w każdym odcinku pojawia się ktoś z zewnątrz, którego szokuje wnętrze domu) jest urozmaicone o slapctick w postaci walenia w łeb Gomeza. Wymyślili w końcu, że jak raz się uderzył, to drugi raz go odmieni. Problem w tym, że nie obgadali tego wcześniej i teraz każdy po kolei uderza z zaskoczenia, przez co biedny Gomez wchodzi z jednej osobowości w drugą. Ja się śmiałem.
dick van dyke show 1961

Miejsce #3: The Great Petrie Fortune ("The Dick Van Dyke Show", 5x7)

Rob jest na czytaniu testamentu i jako jedyny nie spodziewa się dostać czegokolwiek – ale dostaje. Będzie to zagadka w postaci biurka, które ma skrywać bogactwo. Całość przypomina komiks z Kaczorem Donaldem i ma podobnie satysfakcjonujące zakończenie. Lekka rozrywka, sympatyczna i ma pierwiastek rozgrzewający serce.

REŻYSER ROKU:

David Lean („Doktor Żywago”)
William Wyler („Kolekcjoner”)
Tadeusz Konwicki („Salto”)
Jerzy Skolimowski („Walkower”)
Blake Edwards(„Wielki wyścig”)

SCENARZYSTA ROKU:

Robert Bolt („Doktor Żywago”)
John Kohn & Stanley Mann („Kolekcjoner”)
Tadeusz Konwicki („Salto”)
Peter Stone („Mirage”)
Jerzy Skolimowski („Walkower”)

ZDJĘCIA ROKU:

Freddie Young („Doktor Żywago”)
Joseph MacDonald („Mirage”)
Kurt Weber („Salto”)
Antoni Nurzynski („Walkower”)
Margarita Pilikhina („Mam 20 lat”)

MONTAŻ ROKU:

Norman Savage („Doktor Żywago”)
N. Karlovaya & R. Skoretskaya („Mam 20 lat”)
Ted J. Kent („Mirage”)
Alina Faflik & Jerzy Skolimowski („Walkower”)
David Hawkins & Robert Swink („Kolekcjoner”)

AKTOR ROKU:

Omar Sharif („Doktor Żywago”)
Terence Stamp („Kolekcjoner”)
Zbigniew Cybulski („Salto”)
Jerzy Skolimowski („Walkower”)
Jack Lemmon („Wielki wyścig”)

MUZYKA ROKU:

Maurice Jarre („Doktor Żywago” & „Kolekcjoner”)
Quincy Jones („Mirage”)
Chico Hamilton („Wstręt”)
Andrzej Trzaskowski („Walkower”)
Henry Mancini („Wielki Wyścig”)

AKTORKA ROKU:

Natalie Wood („Ciemna strona sławy” & „Wielki wyścig”)
Julie Christie („Doktor Żywago”)
Samantha Eggar („Kolekcjoner”)
Irena Laskowska („Salto”)
Aleksandra Zawieruszanka („Walkower”)

Jej bohaterka w „Ciemnej stronie…” przechodzi przez całe spektrum doświadczeń życiowych, z czasem mówi coraz mniej, ale jej ekspresja pozostaje jasna od początku do końca. Lata pełne doświadczeń, skoncentrowane w jednym filmie i w jednej aktorce, bez jednego fałszywego przejścia lub potknięcia. Najbardziej zapamiętam jej oczy w chwilach, gdy prawie płakała – to ze smutku, ale nie mogła sobie na to pozwolić. To ze szczęścia, gdy rozglądała się, nie będąc pewna, czy może. A wokół brak pewności.