Emigranci + Osadnicy (1971-72)

Emigranci + Osadnicy (1971-72)

29/01/2024 Opinie o filmach 0

Emigranci („Utvandrarna”, 1971)

osadnicy 1972

Osadnicy („Nybyggarna”, 1972)

5/5

Jedna ocena i opinia dla obu tytułów, bo to tak naprawdę całość. Spójna historia, bohaterowie, styl, wszystko. Każdy z tytułów trwa ponad trzy godziny, najpierw opowiadając losy ludzi ze Szwecji, którzy wybrali przeniesienie się do Stanów Zjednoczonych (no bo gdzie indziej? innych miejsc nie ma), by w Osadnikach pokazać, jak tam osiedli. I pomimo licznych problemów oraz olbrzymiego metrażu jest to naprawdę udany seans – bo cały czas reżyser pamiętał, co jest w tym tytule najważniejsze. Mianowicie: realizm.

Film ocieka realizmem, a raczej brutalnymi, życiowymi sytuacjami, które albo widzimy pierwszy raz w życiu na ekranie, albo widzimy je o wiele dosadniej. Jedna z pierwszych scen to topienie kociąt w rzece – i chociaż ujrzymy tylko worek płynący po wodzie, to je słyszymy. I oglądamy całość z perspektywy kogoś, kto na to patrzy z wątpliwościami, cały czas ruszając im na ratunek i poddając się, ruszając i poddając się, bo przecież już jest za późno. Albo ocalenie komuś życia przed zamarznięciem, poprzez zamordowanie dużego zwierza i wsadzenie człowieka do środka. Było to chociażby w Zjawie z 2015 roku, tylko w Osadnikach jest dalece brutalniejsze, paskudne oraz śmierdzące. Oglądamy w końcu ojca ratującego życie swojemu synowi, a wół przecież też był cenny. Innego wyjścia nie ma i łatwo sobie wyobrazić, że naprawdę ratują wtedy życie członkowi ekipy.

Na samym początku reżyser daje znać, co mu nie wychodzi, gdy oglądamy incydent, w którym człowiek jest przygnieciony kamieniem podczas pracy na polu. Wygląda to sztucznie samo w sobie, ale gorzej, że nie wyraża żadnej treści – bo co się stało, na podstawie tego, co zobaczyliśmy? Umarł w jakiś sposób lub stracił przytomność? Tak wyglądało, ale scenę później przy asyście kuleje przez drogę, więc najwyraźniej kamień przygniótł mu nogę… Tylko reżyser nie dał rady tego zaprezentować. Ogólnie ma problem z prezentacją czegokolwiek poza sceną rozmowy, bo ten problem będzie się utrzymywać dalej. Podniosłe wydarzenia będą miał mały pay-off, chociażby powyżej z pakowaniem zamarzniętego dziecko do zwierzęcia – potem będzie tylko scena w domu, jak dają mu syropek… I tyle wystarczy najwyraźniej widzowi, by ten poczuł, że młody już jest uratowany.

Fabularnie film też nie ma wiele do zaoferowania, ponieważ twórcy wystarczy, że opowiada o życiu. Tak po prostu, o życiu. A że coś się musi dziać, to korzysta ze schematów, zamieniając całość w ciąg epizodów. Np. choroba, budowanie domu, wyjazd młodszego brata do Kalifornii. Nie ma tutaj spójności czy konsekwencji, miało się tylko coś dziać, to wszystko. To typowe, jednowymiarowe historyjki, typowe dla czasu i miejsca akcji, w które często pod względem dramaturgii nie mogłem zbytnio uwierzyć – czemu starszy brat tak źle traktował młodszego, na przykład? Po seansie obu części mogę mieć też problemy, powiedzieć, co się działo w którym filmie. Co więcej scenarzysta miał ambicję umieścić film w konkretnym przedziale czasowym, żeby przy okazji wspominać po łebkach o wydarzeniach historycznych, mających blady związek z bohaterami. Jak np. agresję Indian, która skończyła się powieszeniem – bardzo efektowna sekwencja, tylko Szwedzi gdzieś wtedy znikają z ekranu na pół godziny. I to te bliżej końca.

To powiedziawszy, szczerze lubię oba tytuły. Tutaj po czyjejś śmierci nie ma płakania przy oknie albo odwiedzin przez fachowców. Nie, tutaj w następnej scenie trzeba samodzielnie zbudować trumnę. Zmarła była w końcu tak ważna, że nie godzi się tylko jej zakopać. To krótkie ujęcie, ale wyczerpujące temat i pokazujące, co tu było najważniejsze. Miło też wspominam faktyczne oddanie realiów tamtych czasów, które dziś jest nie do pomyślenia. Jak choćby to, że niektórzy serio wierzyli, że nie muszą się uczyć języka, bo gdy postawią stopę na Nowym Lądzie, to Duch Święty ich pobłogosławi tą wiedzą. Nie zdziwi mnie, jeśli naprawdę tak wtedy myśleli.

Trzeba nieco wybaczyć temu dyptykowi, ale i tak warto się zabrać za ten seans. To, co tu zobaczycie, nie zapomnicie przez długi czas, gwarantuję. Liv Ullman chyba nigdzie nie było równie piękna, co tutaj.