Zwyczajni ludzie („Ordinary People”, 1980)

Zwyczajni ludzie („Ordinary People”, 1980)

15 kwietnia 2018 Drama 0
zwyczajni ludzie
Robert Redford
Donald Sutherland
Przedmieścia & Depresja

Niemal antyfilmowa narracja. Bohaterowie odmawiają bycia bohaterem filmowym. Redford jednak przekonuje, że czasem warto zamienić życie w film.

Zwykła rodzina amerykańskiego przedmieścia – dorastający syn, matka i ojciec. Żyją spokojnie, chociaż w relacjach między nimi można wyraźnie wyczuć większą sztuczność niż zazwyczaj. Unikają tematu, a my jako widzowie nie wiemy nawet, czym ten temat jest.

Zwyczajnych ludzi” charakteryzuje niemal antyfilmowa narracja. Bohaterowie odmawiają bycia bohaterem filmowym; chcą, aby ich życie było zwyczajne. Nie mówią o swoich problemach lub przeszłych wydarzeniach, które miały miejsce w ich życiu. Nie konfrontują się z innymi, nie stawiają nikomu czoła, nie rozwiązują swoich problemów. Ich życie toczy się do przodu w stagnacji, bez zmian i ruchu. Oni czują się z tym komfortowo, ale my – widzowie – nie. I nie mam pewności, ale z tego też może wynikać paradoksalnie nieustające, podskórne napięcie. Seans jest wolny, nieciekawy i usypiający, ale mimo wszystko byłem zaintrygowany podczas oglądania – i nie wiem, czy to zasługa filmu, czy moich przyzwyczajeń z takimi historiami, że spodziewałem się kłótni i bohaterów otwierających się przed innymi. Dlatego czekałem, ale czy napięcie udzieli się innym oglądającym? Nie mam pewności.

Zwyczajni ludzie” potrzebują dużo czasu, zanim pójdą do psychiatry pogadać o swoich problemach i zacząć coś z nimi zrobić. Warto tu jeszcze wspomnieć, że widziałem tu spory wpływ serialu „MASH” w pokazywaniu problemów psychologicznych. Albo tak właśnie je kręcili w latach 70. i 80. Niemniej, film Redforda kojarzył mi się mocno z takimi epizodami jak „Hawk’s Nightmare” (sezon V) czy „Bless you, Hawkeye” (sezon IX).

Ostatecznie wynika z tego morał, że warto mimo wszystko zostać postacią w filmie, otworzyć się na konflikt i pozwolić mu urosnąć. „Zwyczajni ludzie” nie oszukują widza, takie złamanie statusu quo spowoduje ofiary, ale ofiary zawsze będą, nawet wskutek sytuacji patowej. Film Redforda przekonuje, że lepiej jest walczyć i coś wygrać, tracąc coś przy okazji, niż żyć pasywnie i stracić coś czekając, aż wszystko samo się rozwiąże.

Rola Sutherlanda była wspaniała. Finalne wyznanie to piękny moment w historii kina.