Zielona dolina („How Green Was My Valley”, 1941)

Zielona dolina („How Green Was My Valley”, 1941)

23 czerwca 2018 Opinie o filmach 0
zielona dolina
Walia & Adaptacja & Tak, to ten film wygrał z „Obywatelem Kane”

Propaganda bardzo, ideologiczny chaos i w ogóle, ale przy tym całkiem ładna nostalgia za zieloną doliną. Seansu nie żałuję.

Akcja filmu rozgrywa się gdzieś w okolicy rewolucji przemysłowej – dzieci mogą już pracować, edukacja jest dostępna uboższym klasom społecznym, świat się zmienia. Miejscem wydarzeń jest mała wioska gdzieś obok dużego świata, ale też nie jest na samym uboczu. Wszystko oglądamy z perspektywy dorosłego mężczyzny, który wspomina swoje dzieciństwo. I muszę przyznać, że ładnie ukazano świat filmu, pełny nostalgii do czasów minionych. Tytuł mówi o zielonej dolinie i faktycznie można ją tu dostrzec, chociaż film jest czarno-biały.

To po pierwsze. Co drugie rzuca się w oczy to mocna propagandowość. „Zielona dolina” propaguje pewne wartości, nie dyskutuje o żadnym problemie, jedynie przedstawia przeciwników danej idei jako ludzi złych. Dla przykładu – robotnicy mówią o tym, że chcą zacząć tworzyć związki. Ktoś wtedy w odpowiedzi krzyczy: „To socjalizm, to jest złe!” – bez mówienia, czym socjalizm jest i dlaczego jest zły i dlaczego to, co bohaterowie chcą zrobić, jest złe. To przeciwnik dobrej idei i dlatego jest zły. Dlaczego dobrej? Bo tak jest przedstawiona, bo razem będziemy silniejsi i to wystarczy. Kilka scen później – zwolennicy związków mówią „Będę mówić, jak zobaczę niesprawiedliwość” (czym sprawiedliwość jest i dlaczego to, co się dzieje, nią nie jest? O tym nie mówią), a przeciwnik związków odpowiada na to: „Nie w tym domu„. Dlaczego? Bo przeciwnicy związków tak właśnie są przedstawiani w utworach propagandowych. A kilka chwil później socjaliści zaczęli wybijać okna, bo ktoś nie był razem z nimi. Im wolno, a ich przeciwnik jest okryty hańbą.

Nie ma wątpliwości, że to film propagandowy, ale też nie ma jej tu dużo. Może to dobry sposób – siać ziarna propagandy pomiędzy opowieścią wywołującą ciepło w sercu. Wszyscy zaraz zapominają o konflikcie ze związkami, bo tak naprawdę sporo w „Zielonej dolinie” fabuły – młody pójdzie do szkoły, gdzie będą go bić, bo pochodzi z uboższej okolicy, więc nasz bohater zacznie uczyć się bić. Ksiądz zakocha się w kobiecie. Ktoś pójdzie do armii. Ktoś zginie podczas wydobywania węgla. Młody nawet wpadnie do zamarzniętego stawu i prawie umrze z zimna, nie będzie mógł chodzić… Dużo, prawda? W całej „Grze o tron” jeszcze tyle się nie działo. I przy tym wszystkim nadal jest gdzieniegdzie propaganda, ale tak chaotyczna, że trudno mi rzec, co poeta miał na myśli. Otrzymujemy tu najazd na kościół za jego przestarzałe zasady, najazd na szkołę za brutalnych nauczycieli, potem dostaniemy śpiewanie na cześć królowej, co jakiś czas ktoś wróci do tematu związków… I jeszcze to całe biadolenie, że nie ma pracy, jakby praca była jakimś ograniczonym surowcem naturalnym. Dlaczego jej nie ma? No, nie ma i tyle. Grunt, aby widz się smucił.

Muszę jednak na koniec przyznać, że te dwie godziny wysiedziałem bez większego problemu. Zawsze coś!