Zaklęte rewiry (1975)

Zaklęte rewiry (1975)

27 kwietnia 2018 Drama 0
zaklete rewiry
Janusz Majewski
Marek Kondrat & Roman Wilhelmi
Barman pije najwięcej za barem

Przede wszystkim o ludziach i relacjach między nimi. Adaptacja zachęcająca do poznania książki.

Romek opuścił wieś i przyjechał do miasta. Zaszedł do hotelu i zapytał, czy mają tam pracę. Przyjęli go i zaczął swoją drogę na szczyt, poczynając na zmywaku i licząc na to, że kiedyś obejmie go przywilej obsługi gości w restauracji jako kelner. Pozna jednocześnie ciemną stronę biznesu i stawi czoła swoim brutalnym przełożonym. Polska, XX wiek.

Szybko rzuca się w oczy, że jest to adaptacja książki. Musi być, bo jak na dłoni widać tu mocne przycięcie wątków, przyspieszenie akcji, a bohaterowie często zachowują się tak, że trzeba mocno zastanowić się i dojść do tego, dlaczego robią, co robią. Szczególnie widać to po wątku miłosnym, który jest. Musiał być, żeby Romek miał coś w swoim życiu poza pracą, ale nie było czasu, aby należycie go rozwinąć. A w mniejszym stopniu widać to choćby na samym początku – z filmu nie wynika, że Romek wyjechał ze wsi do miasta. Przeczytałem opis powieści, żeby się tego dowiedzieć. Bohater po prostu pojawia się między uliczkami z walizką, nic o nim nie wiemy. Możemy się tylko domyślić, że zapewne uciekł z domu, ale dopiero w ostatnim akcie dowiadujemy się, że jest nieletni. Twórcy wyraźnie dużo ominęli w procesie adaptacji.

Podobnie wygląda przedstawianie świata. Film powstał w 1975 roku, więc momentami trudno powiedzieć, czy to Polska lat 70. na ekranie, czy też może akcja rozgrywa się wcześniej? A jeśli tak – jak bardzo? Książka powstała w 1937 roku, akcja wydaje się rozgrywać w czasie Polski Niepodległej, ale jeśli chodzi o zachowanie postaci, to pasowałoby ono nawet do „Ziemi obiecanej” (też 1975 rok powstania adaptacji). Pewne jest tylko, że to przeszłość, a jej zasad uczymy się po drodze, kiedy bohaterowie robią różne rzeczy i wtedy myślimy sobie „ok, tak wtedy było„. Najwyraźniej kiedyś można było przyjść do kierownika, a on dawał ci pracę z miejsca, piętro wyżej dostawałeś łóżko, a wszystko to prowadziło do egzaminu, gdzie dostawałeś papier na bycie kelnerem, gdziekolwiek chcesz pracować, bez potrzeby ponownego udowodnienia swojej wartości na zmywaku i za barem.

Dlatego mimo wszystko tak bardzo cenię sobie ten obraz – za obraz tamtych czasów i historię młodego człowieka osadzoną w nim. To odświeżające zobaczyć człowieka z samej góry – właściciela, dyrektora, zarząd i prezesa w jednej osobie – pokazującego bohaterowi, jak szybko i efektywnie piaskować (?) naczynia do umycia. Widać, że on przeszedł podobną drogę w swoim czasie, musiał poznać każdy szczebel w tej drabinie prowadzącej na górę. Nie został szefem po znajomości, nie kupił tego biznesu i nie odziedziczył go, tylko na niego zapracował. Historia o czasach, w których mogłeś mieć karierę, nawet jeśli jeszcze nic nie umiałeś – i zajść na szczyt, jeśli będziesz wystarczająco pracowity. O ile dobrze wiem, kapitalizm nigdy na ziemiach polskich nie miał miejsca, a okres II Rzeczypospolitej to okres etatyzmu, niemniej to chyba najbliższa kapitalizmowi historia, jaką w kinie polskim powstała.

Nie jest to jednak produkcja o systemie ekonomicznym, ale o ludziach i relacjach między nimi. O stawianiu czoła agresywnemu szefowi, zrozumieniu go, czemu stał się taki, jak jest teraz, oraz wpływaniu na innych ludzi. Przede wszystkim o walce z samym sobą, aby innych nie traktować tak, jak oni traktowali ciebie – by zamiast tego zrobić właściwą rzecz. To wszystko jest w „Zakazanych rewirach„, nożyczki adaptacji niczego w tej sprawie nie ruszyły. A to najważniejsze. Kawał dobrego, polskiego kina.

Czuję się zachęcony, aby przeczytać książkę.