Za kilka dolarów więcej („Per qualche dollaro in piu”, 1965)

Za kilka dolarów więcej („Per qualche dollaro in piu”, 1965)

24 grudnia 2014 Uncategorized 1
for a few dollars more poster
Sergio Leone
Clint Eastwood & Lee Van Cleef
Strzelanie do kapelusza & Napad na bank

Łowcy nagród na Dzikim Zachodzie. Jeden nosi twarz Lee Van Cleefa, drugi Clinta Eastwooda. Obaj zgarniają konkretne sumy za swoją robotę i biorą się teraz za naprawdę dużego złoczyńcę.

Los chciał, że obaj idą za Indio, który niedawno został wyciągnięty z więzienia przez swoją bandę. Gdzie teraz może się udać taki bandzior jak on? Do największego, najtrudniejszego w zdobyciu banku. W El Paso.

Za kilka dolarów więcej” zapada w pamięci dzięki klimatowi i bohaterom. Jak na ironię, śliczny jest tu właśnie bandzior, Jego romantycznie zamglone oczy patrzące się w przestrzeń, gdy słucha melancholijnej pozytywki, są jednym z moich głównych wspomnień po seansie. Polujący na niego bohaterowie nie grzeszą manierami, golili się kilka lat temu i trudno jednoznacznie stwierdzić, czy są po dobrej stronie. Uzasadnione jest pytanie, czy nasi protagoniści po złapaniu bandziora z łupem nie będą woleli zachować pieniędzy dla siebie. A jeśli go zwrócą – czy zrobią to tylko i wyłącznie z obawy, że teraz to na nich ktoś będzie polował?

Podoba mi się, jak twórcy składają hołd światu, w którym akcja filmu się toczy. Kraina mężczyzn, gdzie słowa nie mają znaczenia – liczą się tylko działania i podejmowane decyzje, które mówią wszystko. Chociaż obaj łowcy zaczynają w tej opowieści oddzielnie, to każdy zostaje sportretowany w swoim zakresie, i dostaje te parę minut tylko dla siebie. W tym czasie widz może ich poznać, obserwując, jak pracują. Ich działania mówią za siebie, do komunikacji zazwyczaj wystarczy im spojrzenie. Najlepiej to wychodzi podczas obserwacji napadu na bank, gdy okazuje się, że zarówno bohaterowie, jak i ci, na których polują, myślą w podobny sposób, bez żadnego porozumienia. Słowa muszą ciężko zapracować, by znaleźć sobie miejsce w tym świecie.

Dzięki temu pojedynki jeden na jednego tak dobrze tu wychodzą. Po stronie teoretycznej to jedna z najnudniejszych rzeczy do obserwacji dlatego w tym filmie dodano mięsa do każdej takiej sceny. Wynik jest jasny i oczywisty, a oczekiwanie na wystrzał jest już tylko kwestią pogodzenia się z tym przez postać. I tu na pierwszy plan wychodzi nie tylko montaż, ale i muzyka. Jest tu zarówno pogodzenie się ze śmiercią, nadzieja na szczęście – może się uda?, jak i na końcu smutek – bo to już koniec. Dopiero wtedy pada strzał.

Chcecie więcej?

Warto wziąć się za inne spaghetti westerny. „Pewnego razu na Dzikim Zachodzie” choćby.