Wzgardzona („Stella Dallas”, 1937)

Wzgardzona („Stella Dallas”, 1937)

4 stycznia 2018 Uncategorized 0
poster stella dallas
King Vidor
Barbara Stanwyck
Matka jest tylko jedna & Chyba, że są dwie & Ale w tamtych czasach była tylko jedna

Matka robi wszystko dla swego dziecka. A Hollywood umie o tym opowiadać. Nawet wtedy, kiedy nie umie.

To jest z całą pewnością produkcja, o której będzie mi trudno pisać. Tytułowa bohaterka wzdycha do mężczyzny, który przechodzi obok jej domu każdego dnia. Maluje się i stroi, żeby przyciągnąć jego uwagę, co w końcu kończy się sukcesem. Zawierają związek małżeński, mają dziecko… Po czym na podstawie kilku błahych nieporozumień rozstają się, Stella dostaje opiekę nad dzieckiem, małą dorastającą dziewczynką, która cały czas będzie rosła…

Problemem jest właśnie ta błahość, pobieżność. Przez moment podejrzewałem, że będzie to opowieść o problemach w komunikacji międzyludzkiej, ale przeszkadza w tym, jak bardzo pobieżni są bohaterowie filmu, jak podchodzą niedbale do wszystkiego, jak szybko wyciągają wnioski, jak słabo angażują się we wszystko… Nawet nie traktują siebie nawzajem jak realne jednostki, częściej są dla siebie swoimi statusami i z tego powodu obdarzają siebie takim traktowaniem, jakim się obdarzają. Kochają żonę nie dlatego, że ją kochają, ale dlatego, że to jest ich żona. Żeby zdobyć faceta, trzeba się umalować i to wystarczy. Potem on każe jej się ubierać w konkretny sposób, ona odmawia. On wyjeżdża, a gdy wraca, to zastaje ją z dzieckiem w jednej ręce i kieliszkiem wina w drugiej. Więc się rozstają.

Żaden z bohaterów nie ponosi żadnych konsekwencji za taki sposób życia. Przez cały czas idą idealnie po środku – nie mają okropnego życia, ale też ich codzienność nie jest usłana różami. Nic nie zmienia się tak naprawdę w życiu bohaterów, oni też nie przechodzą żadnej transformacji (lub bardzo skromną). To prowadzi mnie do konsternacji w trakcie oglądania, bo nie wiem, jaki efekt chcą twórcy osiągnąć. Co mam wynieść z tego seansu? Tym bardziej, że technicznie rzecz biorąc mamy tu fundament pod typową komedię pomyłek – mąż widzi żoną, „to nie tak jak myślisz„, perypetie, bieganie i na końcu okazuje się, że faktycznie „to nie tak, jak myślałeś” i żyją szczęśliwie. Happy end. W przypadku filmu „Wzgardzona” jednak uznali, że wezmą podstawę durnowatej komedii i zrobią z tego poważny dramat.

Wszystko to układa się w całość dopiero na ostatniej prostej, w epilogu. Wtedy okazuje się, że „Wzgardzona” tak naprawdę opowiada o miłości matki do swojego dziecka. I jak wiele może poświęcić w trosce o swoją pociechę, stawiając jej dobro ponad swoim. Robi to jednak nie poprzez robienie czegoś, tylko poprzez zaprzestanie robienia tego, co akurat robiła. Zamiast aktywności wybiera pasywność. To wszystko. Ponownie – trudno tu nawet widzieć ludzi. Matka robi tu coś dla swojej córki, jedna figura dla drugiej. Nie jeden człowiek dla drugiego, bo ten drugi człowiek coś sobą reprezentuję, nie. Tu istotny jest tylko status społeczny.

To powiedziawszy, nadal można się wzruszyć w finale. Coś więc „Wzgardzona” robi dobrze.