Wyspa psów („Isle of Dogs”, 2018)

Wyspa psów („Isle of Dogs”, 2018)

18 listopada 2018 Opinie o filmach 0
wyspa psow
Wes Anderson
Bryan Cranston & Bill Murray & Greta Gerwig & Frances McDormand

U Andersona pies przytulony przez człowieka pyta widza, jak ma się w tej sytuacji czuć. To się musi podobać.

Akcja dzieje się w Japonii. Tytułowe miejsce zostało stworzone w obliczu zagrożenia, jakim jest choroba roznoszona przez psy. Czworonogi zaczynają tam nowe życie, walcząc między sobą i żywiąc się śmieciami. Wydaje się, że nie ma już nadziei na zmianę, kiedy na wyspie ląduje chłopiec mający zamiar odzyskać swojego ukochanego psa.

Wes Anderson nic nie stracił ze swoich umiejętności, jego najnowsza produkcja wciąż jest na granicy przereżyserowania – przestylizowania, przeładowania przeróżnymi detalami i szczegółami, zbytniej mechanizacji w stosowaniu zabiegów. Czuć wyraźnie, że ten film był osobistym wyzwaniem realizacyjnym – najwidoczniej animacja poklatkowa sama w sobie nie jest już wystarczająco trudna. Teraz Anderson musiał aranżować sceny złożone, pełne ruchu i wydarzeń na każdym planie, wszędzie jest jakiś element do poruszania się. Tutaj ktoś biegnie, tam trwa walka, a nad tym wszystkim jeszcze latają dodatkowe elementy i również one biorą udział w akcji – a przecież jeszcze trzeba zadbać o czytelność prezentacji tego wszystkiego dla widza, dzielić akcję na mniejsze wątki. To byłoby trudne nawet jako standardowa animacja, a tutaj mamy kukiełki! I to wciąż mało było dla Andersona, bo ten wymyślił sobie cwany zabieg z funkcją języka oraz napisów w swojej produkcji. Otóż: każdy w „Wyspie psów” gada w swojej ojczystej mowie, a jego słowa nie są tłumaczone. Akcja z kolei dzieje się w Japonii, więc widz jest zmuszony patrzeć na większość zachowań bohaterów i interpretować je na zasadzie kontekstu czy też domyślania się, o co im chodzi. Wyjątkiem są tylko psy – główni bohaterowie i to właśnie ich szczekanie zostało przez twórcę przełożone na język angielski. Ma to znaczenie narracyjne – pomaga wczuć się w postaci wiodące oraz obserwować zachowanie ludzi z pozycji czworonoga – ale też było wyzwaniem dla autorów. Połowa filmu miała być nieczytelna w zaplanowany sposób i trzeba było to zrobić tak, żeby widz zaakceptował taki zabieg.

W produkcję „Wyspy psów” włożono więc mnóstwo wysiłku i pracy, to niebywałe osiągnięcie artystyczne, jak i osobiste dla reżysera. Co się za tym więc kryje? W zasadzie nic, a przynajmniej na poziomie historii czy bohaterów – czyli jak zawsze u Wesa Andersona. Fabuła to w zasadzie jeden człowiek robiący coś głupiego, a potem to odkręcamy i wracamy do punktu wyjścia. Bohaterowie niczego nie osiągają ani też niczego sobą nie prezentują – poza miłością do psów. I wydaje się, że tylko o to w tym wszystkim chodzi. Treść filmów Andersona zawiera się w poruszanych motywach i ten jest tym razem dominujący: wyrażenie miłości do czworonogów. Można dostrzec ślady innych – jak choćby ukazanie niewinności poznawania świata poprzez plotki czy mity, zawierzenie innym w to, co mówią, jakby to była udowodniona prawda, kiedy rzeczywistość okazuje się inna. Słyszysz coś o kimś, potem poznajesz tę osobę w rzeczywistości i ta okazuje się zupełnie inna. Na początku wydawało się to niewinne, ale mogło przynieść poważne konsekwencje. Wydaje się, jakby to pochodziło z filmu dla dzieci, a „Wyspa psów” zawiera poważne sceny brutalności czy też szokuje sugerowaniem poważnej sceny śmierci. Jeśli o mnie chodzi, to takie rzeczy właśnie chciałbym oglądać w przedszkolu, ale nie wiem, jak inni.

Moje obawy przed seansem potwierdziły się więc – na czas seansu byłem pod wrażeniem umiejętności artystycznych twórcy, czerpałem przyjemność z jego stylu i humoru, a takie „Nie jesteś naszym przywódcą” pewnie będę cytować jeszcze przez długi czas. Po seansie z kolei czuję się pusty. Został tylko żal, że wszystko to było jedynie po to, aby sam reżyser mógł się pobawić – a dla widza nic z tego nie zostało.